wtorek, 23 sierpnia 2016

Żłobek oswojony!



Mission completed!
Z nieskrywaną radością uprzejmie donoszę, że żłobek został oswojony :)

Nie było łatwo, przyznaję.
Nie wiem, komu było trudniej - mnie czy Jej. 
Pierwszy tydzień był bardzo trudny- Meś może i nie zalewała się łzami na miejscu, ale w domu bardzo mocno przeżywała temat. Widać było po Niej, że nie może sobie poradzić i... byłam już niemal pewna, że temat jest nie do przejścia na ten moment. 
Szczytowy był piątek przed długim weekendem, czyli ostatni dzień tygodnia pierwszego. 
Kiedy przyszłam odebrać córkę po obiedzie, zastałam dziecko siedzące przy stoliku bez wyrazu, zapadnięte, smutne - po prostu złamane. Kiedy to zobaczyłam to pękło mi serce i byłam właściwie pewna, że pozamiatane. 
Baaa, miałam wręcz pretensję do siebie, że zafundowałam dziecku takie atrakcje w postaci "durnowatego" żłobka. 

Długi weekend popłakiwałam po kątach, choć za dużo czasu na to nie miałam, bo dwoiliśmy się i troiliśmy z mężem, żeby Meśce zapewnić maksimum miłości, bliskości, funu, atrakcji i zabawy. 
Wolne chwile między zabawą a łkaniem spędzałam z Google poszukując idealnego urządzenia podsłuchowego, które wszyję w dziecięce ubranie. Podejrzewałam wszystkich o wszystko. 

We wtorek, po długim weekendzie, zaprowadziłam Młodą do tego miejsca "kaźni niewiniątek".
A raczej: ojciec dziecka mego je zaprowadził, bo ja sama nie byłam w stanie.  Szłam obok posuwistym krokiem, jakbym szła co najmniej do dentysty na leczenie kanałowe i lewatywę. 
Pożegnałam się na tyle luzacko, na ile mi zdolności aktorskie pozwoliły, zapowiedziałam klasycznie, że wrócę po obiadku i elegancko z tej szatni spierdzieliłam, zostawiając dziecko w ramionach lekko zdezorientowanego ojca. Następnie załkałam niemo na placu zabaw, roniąc kilka łeż i układając wpis na bloga pt "Żłobing - mission failed". 
Ojciec jak to ojciec, dał buziaka, dziecko oddał pani, oddalił się wyluzowanym krokiem i już był myślami gdzie indziej. 

Liczyłam się z tym, że jest to już prawdopodobnie jeden z ostatnich dni. Zastanawiałam się, co ta ciocia żłobkowa jest taka dziwnie spokojna. Przecież jest dramat. Wkurzała mnie swoim spokojem. Uznałam ją za nieczułą pindę i sadystkę. 

Tuż po 12 pognałam do żłoba po odbiór mojej cierpiętnicy, przekonana, że znowu zastanę kukłę zamiast dziecka. 
Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że kukły nie ma. Jest za to rumiana, zadowolona z życia mała dziewczynka, która się świetnie bawi (podglądałam zanim weszłam) i wcale nie ma ochoty iść do domu. Przybiegła do mnie entuzjastycznie, zaczęła pokazywać zabawki, wysyłać buziaczki dzieciom oraz ciociom i problem był, bo nie chciała franca mała wyjść. Musiałam ją stamtąd wynieść na bosaka, buty założyłam dopiero na żłobkowym placu zabaw, na którymże musiałam spędzić jeszcze dodatkowo ze 20 minut, obserwując jak moje dziecko korzysta z zabawek w zupełnie nowy, nieznany mi dotąd sposób, susząc przy tym swoje rozstrzelone mleczaki. 

W domu też okazało się, że nastąpił jakiś całkowity przełom - nie wykazywała właściwie żadnych oznak stresowych. Ot, zadowolona z życia dziewczynka, w wyśmienitym wręcz humorze.
Zjadająca dwa obiady, w dodatku.  

Aktualnie bije nam trzeci tydzień żłobingu.
Od tamtego czasu jest już tylko lepiej - skończyły się żłobkowe płacze, skończyły się domowe strachy-na-lachy. Odbieram za to zadowolone z życia dziecko, które bardzo lubi ciocie i dzieci. Nie ma mowy o strachach. 

Przyznam szczerze, że adaptacja była dla nas doświadczeniem o wieeeele trudniejszym niż przewidywałam. W pewnym momencie byłam pewna, że nic z tego nie będzie i byłam na prawdę bliska poddania się. 
Jestem na prawdę zaskoczona jak gwałtownie sytuacja uległa zmianie. 

Bardzo się cieszę z takiego obrotu sprawy i z radością obserwuję, jak moje dziecko, zadowolone i wywietrzone, codziennie przynosi do domu jakieś nowe umiejętności czy zachowania. 

Oto żłobek oswojon! :)
Oby tak dalej. 



czwartek, 11 sierpnia 2016

Żłobing

Meśka na wakacjach.
Proszę o nie wykorzystywanie zdjęcia bez mojej pisemnej zgody. 

Gdyby raptem niecały rok temu ktoś powiedział mi, że moje dziecko "wkrótce" pójdzie do żłobka, to w najlepszym wypadku bym zczerwieniała i fukneła na nosie a w najgorszym wydłubała oczy i zrobiła sobie kolczyki.

Ale tak to już ze mną jest, że rosnę razem z dzieckiem i dojrzewam do pewnych tematów. Niesamowicie zmienia się w czasie moje postrzeganie różnych aspektów macierzyństwa.
I tak właśnie było ze żłobkiem- który od wizji piekielnego kotła w mojej głowie ewoluował do bardzo fajnej idei socjalizacji dziecka, kontaktu z rówieśnikami, wyszumienia się a także umiejętności radzenia sobie z trudnościami: zarówno w kontaktach z dziećmi jak i z własnymi emocjami.
Oczywiście po blisko 1,5 roku macierzyństwa wiem też, że nie ma jednej uniwersalnej prawdy dla wszystkich dzieci - tak więc ta wizja "fajności" żłobka pasuje mi akurat do mojego dziecka, przynajmniej tak mi się wydaje (wydawało?).

Meś bardzo lubi towarzystwo dzieci, nowe zabawki, miejsca, lubi jak się dużo dzieje - więc to daje mi nadzieje, że żłobing jakoś zatrybi.
Bo, no właśnie - żłobkujemy się od poniedziałku. Nareszcie!
Na razie od 8:30 - 12:30, żebym miała czas na zrobienie czegokolwiek, jak chociażby szukanie nowej pracy.

Po kilku przebojach z innym żłobkiem (długie oczekiwanie na miejsce, po czym się nie dostaliśmy) ostatecznie padło na prywatną placówkę tuż obok mojego miejsca zamieszkania. Dosłownie 1 przecznica. Marsz 2 minuty spacerem. Nawet wózka nie wyjmuję, tylko wrzucam Młodą do nosidła, 2 kroki i jesteśmy. Plusem placówki jest ogrodzony, dość zielony jak na miejscówkę teren z własnym placem zabaw - co oznacza, że podczas ładnej pogody dzieci są niemal cały dzień na dworze. Kit, że to jest centrum miasta - ale chociaż na dworze.

Pierwszy dzień rewelacja - nastawiłam się na siedzenie tam z Nią cały dzień, a zostałam odesłana do domu po 15 minutach.  Meś uderzyła szturmem na plac zabaw i byłam zbędna. Cały dzień nie uroniła ani jednej łezki i generalnie wcale nie miała ochoty wracać do domu. ALE widziałam w Jej oczach, co dzieje się w środku. Z drzemki obudziła się
z mega krzykiem.
Dzień drugi był już troszku gorszy.
Środa - kryzys dnia trzeciego, ale na razie nie płakała przy rozstaniu.
Dopiero dziś, w czwartek, przyczepiła się do nogi i mocno protestowała "mama, niee! mama, niee!", chwytając mnie za ręce i unosząc nogi do góry, wdrapując mi się na ręce.
Dość szybko ucięłam temat - pożegnałam się, obiecałam powrót po obiadku i ulotniłam się, podsłuchując jeszcze jakiś czas pod drzwiami. Była cisza.

Jest dzielna, ale widzę, jak w Jej malutkiej główce kłębią się meeega - emocje - giganty.
Po powrocie do domu jest rozdrażniona, bardzo źle śpi w nocy i... dostała mega apetytu.
Je takie ilości, że poważnie zaczynam się zastanawiać, czy moje dziecko nie zajada stresu.
W żłobku je jak odkurzacz- cały obiad + dokładkę. Inne dzieci muszą mocno pilnować swoich talerzy.

Ja, jak się okazało, znoszę żłobing troszkę gorzej, niż przewidywałam.
Tęsknię za Nią podczas nieobecności i oczywiście pojawiły się wątpliwości, czy aby na pewno nie robię Jej tym żłobingiem jakiejś krzywdy.
Czy to nie za wcześnie?
Czy to nie są dla Niej zbyt duże emocje i wyzwania?
Czy żłobek to jednak tylko przechowalnia na dzieci, czy może coś więcej?

Na razie łykam jak młoda foka historie innych mam o tym, jak po trudnym okresie adaptacji, dzieci uwielbiają instytucję żłobka.

Mam nadzieję, że i u nas tak będzie, bo poza aspektem praktycznym (4h dziennie bez dziecka to jest serio niezły bajer- mogę normalnie wypić kawę i zrobić zakupy) to ja serio wierzę w ideę żłobka, którą sobie wyhodowałam. Póki co.

Trzymajcie za nas kciuki, proszę.


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Depesza



Ze startem tego roku odtrąbiłam, że pod prąd, nadal będę pisać o niepłodności i już.
Ale mijają kolejne miesiące, Meśka jest coraz starsza, ja jestem mamą coraz bardziej i... ta moja vena jest odwrotnie proporcjonalna do wieku mojego dziecka.
Im więcej czasu mija, im Meś jest starsza, tym mniej mam do powiedzenia w tym temacie.
Zapominam.
Odpuszczam.
Nawet moje demony, które tak bardzo mnie prześladowały, wlazły gdzieś głęboko pod szafę i śpią.
Dojrzewam z czasem.

Bieżąca sytuacja u nas wygląda tak:
Melduję i donoszę, że kryzys małżeński został opanowany. Odpukać.
Kurz po bitwie opadł, ciężki sprzęt opuścił Grunwald, trupów brak. Wyłonił się obraz nie-do-końca normalnej, ale przyzwoitej polskiej rodziny. Prezes Kaczyński byłby dumny.
Przestaliśmy walczyć, ja przestałam walczyć, miotać się jak karp w siatce. Oczywiście, że są spiny, wiadomo. U nas zawsze będą. I'm lovin' it.
Pozwoliłam sobie na ciche "uf".

Wirus wojny przerzucił się na teściową.
Na sam jej widok dostaję usposobienia psa dingo, wściekłego w dodatku, a jak słyszę:
"a czy ona coś jadła?"
"musisz.."
"nie możesz..."
"zobaczysz..."
"ja bym nigdy..."
"ale ona mnie kocha, jak żadną babcię..."

to dostaję migotania przedsionków.
Jednak przyznaję, że pierwsze 6 miesięcy dziecka karmionego wyłącznie piersią to jest pikuś w porównaniu do histerii jakie wywołuje w babci dziecko prawie 1,5 roczne, które jest na 3cim centylu i wyrodna matka nie raczy biegać z talerzem i łyżeczką, robiąc samolociki, po całym domu a rzuca jedynie leniwe "nie chcesz jeść, to nie, narka".


Meśka jest boska, gada chyba nieprzeciętnie dużo jak na swój wiek - tzn. żadne inne dziecko w naszym otoczeniu w Jej wieku tyle nie gada. Ale umówmy się - po mamusi ;)
Lata, skacze, gra i fika.
Tylko kurde, jest strasznie chuda. Wygląda na to, że moje kuchenne rewolucje rodem z BLW nie obudziły w Niej dzikiej pasji jedzenia. Zje 3 łyżki i narka (choć potrafi zmieścić na prawdę sporo i różnorodnie - ale gdzie to jest, to nie wiem... wszystko chyba w Dadę idzie).
Jest na 3cim centylu, co spędza mi sen z powiek.
Chwała Bogu, że nadal podpija moje mleko, bo mam jako taki spokój ducha, że nie padnie za raz na jakąś anemię (w przeciwieństwie do mnie, bo ważę jakieś 6kg mniej niż przed ciążą- i fajnie).

Ja sama odnalazłam się w roli mamy, ale już od kilku miesięcy płomiennie marzę o powrocie do pracy.
Problem w tym, że z poprzedniej zrezygnowałam a nowej nie mam czasu szukać, póki Meś nie pójdzie do żłobka.
Miała iść od dziś, ale że załapałyśmy bardzo nieprzyjemny odczyn poszczepienny po szczepionce Priorixem (odra-świnka-różyczka) to sprawa się odwleka o tydzień.
Aktualnie moja przerwa zawodowa to 2 lata, także jestem w panice, czy ja w ogóle jeszcze coś potrafię, czy ktoś mnie zechce i generalnie co dalej.
Boje się, ale staram się myśleć pozytywnie.
Dziecko "poczęłam" to roboty nie znajdę? :)
Wierzę, że to wszystko się jakoś poskłada i te puzzle stworzą jakiś spójny obrazek.

I tak to.

Zastanawiam się, co począć z tym miejscem w sieci - jeszcze nie tak dawno ognistym, opłakanym milionem łez, okłutym igłami, nastrzykanym sterydami, nafaszerowanym nadzieją?
O niepłodności powiedziałam już wiele, więcej chyba nie chcę.
O samym dziecku i rodzicielstwie nie wiem czy chcę pisać. Blogów parentingowych Ci u nas dostatek. No, chyba, że tak bez lukru, to może.
Zastanawiam się nad konwencją mojego blogowania w przyszłości.
Anything can happen :)
Czas pokaże.


czwartek, 16 czerwca 2016

Errata

Przez ostatnie dni na blogu dostępne były 2 z 3 części opowiadania "Przyjaźń w niepłodności. Niepłodność w przyjaźni." 
Wpisy traktowały o historii mojej relacji z przyjaciółką pod pseudonimem Dżi i o tym, jak bardzo mocno moje starania o dziecko ukształtowały i wpłęły na tą relację. Od jakiegoś czasu- trudną relację.

Wpisy zniknęły i tak już zostanie.
Nie będe publikować tej historii.
Granice mojej prywatności i intymności na blogu przesunęłam bardzo daleko ale nie chcę naruszać prywatności Dżi. 
Dodatkowo, gdyby Ona jakimś cudem tutaj trafiła, to zapewne miała by mi za złe a tego nie chce. Chciała bym raczej, żeby nasze relacje się naprawiły, nie inaczej.

Żałuję, bo historia jest ciekawa, chociażby z socjologicznego punktu widzenia i baardzo w tematyce tego bloga. Zazwyczaj chyba bywa tak, że to nieudane starania o dziecko psują relację. U nas było zupełnie odwrotnie..

Liczyłam też, że pisanie, publikacja i Wasze komentrze spełnią dla mnie jakąś rolę terapeutyczną, bo nie mogę sobie z tematem poradzić, przepracować, ocenić. Troszku się jednak przeliczyłam i chyba nie do końca oszacowałam ryzyko i możliwe konsekwencje.

Przepraszam tych, którzy czekali na ciąg dalszy i epilog.
Tym razem postawię tą granicę troszkę bliżej jednak.

czwartek, 26 maja 2016

Dzień Mamy

Ja i Mela, wrzesień 2015. Proszę o niewykorzystywanie zdjęcia bez mojej pisemnej zgody.

Podobnie jak w ubiegłym roku, nie doczekałam się ani kwiatów, ani wisiorków ani nawet złamanego "wszystkiego najlepszego".
Nic to. 
Powiem dobitnie, jak na damę przystało: sram na to.

Dostałam za to zapach pawia na bluzce.
Tupot małych, różowych kulfonów bębniących rano o podłogę.
Plamę z lodów jagodowych na kołnierzu.
Truskawki rozciapane na podłodze.
Uśmiech z 7 zębami, w tym z trzonowcem-nówka-sztuka.
Uderzenie oksytocyny podczas tulenia u piersi, że aż trzeba zagryźć zęby, żeby nie wydać z siebie jakiegoś pierwotnego dźwięku. 
Wdech- zapach jej włosów wciąż nieokiełzanych, każdy innej długości.
Słowo "ma-ma?!" wypowiedziane piskiem tysiąc razy. 

Każdego dnia, jakkolwiek zmęczona bym nie była, cokolwiek by mnie nie spotkało, sprawia, że jestem dumna, że ja- akurat właśnie ja i nikt inny- jestem Jej mamą.

I dziś jest mój dzień.
Tak jak 364 pozostałych, w jej żywiołowym towarzystwie.

poniedziałek, 23 maja 2016

Opowiedz o niepłodności - wkład w pracę naukową

Pani Ania Baruch nadała taki oto apel:
Witam serdecznie! Jestem pracownikiem socjalnym i jednocześnie piszę doktorat na Wydziale Nauk o Zdrowiu w Collegium Medicum UMK w Bydgoszczy.
Interesuje mnie niepłodność jako problem społeczny. Sytuacja, w której dwoje ludzi nie może zajść w ciążę jest bardzo trudna. Tym trudniejsza im bardziej się przeciąga. Każdy z nas zna kogoś, kto był lub jest w takiej sytuacji. Jednak zwykle chcemy taką sytuację ukryć przed światem, dlatego trudno coś o niej powiedzieć w naukowy sposób. Naukowy oznacza obiektywny, więc nie mogę w pracy opisać przypadków z rodziny lub przyjaciół.
Dlatego w ten sposób szukam par, które zechciałyby podzielić się ze mną swoimi doświadczeniami związanymi z dążeniem do zostania rodzicami. Celem moich badań naukowych jest zebranie informacji na temat osobistych doświadczeń, przeżyć i wyzwań jakich doświadczają pary niemogące zajść w ciążę.
Pozyskane dane przyczynią się do upowszechniania społecznych aspektów wiedzy dotyczących niepłodności oraz rozwoju edukacji zdrowotnej w tym kierunku. Chciałabym, aby wyniki moich badań dotarły do lekarzy, psychologów, pedagogów, pracowników socjalnych. Celem jest uwrażliwienie profesjonalistów i społeczeństwa na problemy par starających się o potomstwo. Zapewniam o anonimowości badań. Wszelkie uzyskane informacje będą w publikacjach podane w taki sposób, aby nie było jakiejkolwiek możliwości identyfikacji osób badanych.
Zachęcam do udziału w badaniu, które polega na rozmowie ze mną za pośrednictwem skype'a, jest dobrowolne i nie wiąże się z żadnymi korzyściami finansowymi. Mam nadzieję, że mi pomożecie. Przekażcie proszę tę informację także znajomym.
Osoby chętne proszone są o kontakt: ania.baruch@gmail.com

Niech nas usłyszą i zrozumieją.
Niech poznają nasz punkt widzenia nie tylko z dziadowskich programów publicystycznych ale ten ludzki, prawdziwy wymiar niepłodności.

Ja już :)
Teraz Wy :)

niedziela, 10 kwietnia 2016

List do Świeżo Upieczonego Taty

Drogi Świeżo Upieczony Tato!

Nie istotne, czy zostałeś nim tydzień temu, wczoraj czy 13 miesięcy temu. To nadal świeża sprawa. Twoje życie zmieniło się o 180 stopni. Ona również się zmieniła, matka Twojego dziecka, znaczy się. 
Postanowiłam napisać do Ciebie, żeby przekazać Ci punkt widzenia i prośbę świeżej mamy. A nuż moje słowa nie trafią w próżnię. 

Proszę Cię, w tych pierwszych tygodniach nie zostawiaj mnie samej - psychicznie i... organizacyjnie. 
Czuję się dziwnie, nagle ktoś dał mi w ramiona dziecko, powiedział, że to moje i mam sobie radzić. Jestem zszokowana tym wszystkim. 
Dodatkowo fizycznie czuję się źle - mam rozwalone krocze albo rozpłatany brzuch. Kurde, to boli. Jestem taka słaba a tu nie ma "przebacz". Nie mogę wziąć L4 od macierzyństwa. Mój organizm regeneruje siły, wraca do kondycji sprzed ciąży.
Moje hormony wariują, z moim ciałem i psychiką dzieją się dziwne rzeczy. Zatroszcz się o mnie, plis. 
Zwróć, błagam Cię, szczególną uwagę na posiłki - żebym jadła często, dobrze i do syta. To mi pozwoli wrócić do sił po porodzie. Jeśli kompletnie nie umiesz gotować sam, to zorganizuj jedzenie (tylko jakieś przyzwoite, nie fast food) z dowozem do domu, albo zaangażuj najbliższych. Dla mnie to było strasznie ważne wtedy. Byłam non stop głodna, ale nie miałam siły albo czasu tego ogarniać. 

Proszę Cię, doceń mój wysiłek i starania
Nie ważne, ile czasu spędzę "w domu" z dzieckiem, nie pracując zarobkowo: kwartał, pół roku, rok czy dłużej. 
NIGDY NIE RZUCAJ MI TEKSTEM: BO TY NIE PRACUJESZ.
Zaklinam Cię: pod żadnym pozorem. 
To jest najbardziej raniąca i deprecjonująca moje starania i wysiłki rzecz, jaką możesz mi powiedzieć. 
Po pierwsze: nie pracuję zarobkowo, nie z lenistwa, ale dlatego, że muszę/chcę ten czas spędzić z naszym dzieckiem. I nie jest to, wyłącznie, przyjemność. Myślę, że dla dziecka to są same korzyści, że ma mamę dla siebie. Ty za to nie musisz się martwić o żłobki, nianie i inne bajery. 
Po drugie: opieka nad dzieckiem full time to jest cholernie, ale to cholernie ciężka praca. Kurde, przysięgam Ci. To nie jest czcza gadka. Uwierz mi. To jest praca na dwa etaty - dzienny i nocny. Nie wyjdziesz z niej, nie ma opcji. Ja na przykład nie mam pod ręką teściowej albo mamy, które mogą mnie odciążyć. O wszystko muszę sama zadbać: zrobienie i wniesienie zakupów (to wszystko w asyście dziecka), zaopiekowanie się dzieckiem, ogarnięcie jako tako domu, posiłki - ono je trochę inaczej niż my, na ogół, więc tym bardziej. 
Nie mam czasu dla siebie, nie mogę się oderwać od tej domowej rutyny właściwie nawet na chwilę. Dzieci są największymi egoistami świata (nie mam im tego za złe) - nie wytłumaczysz im, że musisz teraz pójść w samotności na kibelek. No więc na ogół siedzisz na tym kibelku z dzieckiem na rękach. 
Nikt mi nie płaci w gotówce lub przelewem za moją pracę.
Kocham Ci i ufam Ci, ale mam z tyłu głowy taką cichutką myśl, że jestem chwilowo częściowo zależna finansowo od Ciebie. Gdyby Ci się coś odwidziało i jakaś Jessica Alba namąciła by Ci w głowie, mogła bym zostać na lodzie - finansowo, organizacyjnie. 
I będę musiała sobie poradzić, bo jestem matką.
Moja musiała, bez pracy, z kredytem hipotecznym i alimentami, które istniały jedynie w teorii. Także gdzieś mi tam dzwoni to wspomnienie. Może nie tylko mnie, wiesz? 

Nie, nie chcę Ci powiedzieć, że moja praca jest cięższa niż Twoja i należy się nade mną użalać. 
Nie chcę, ABSOLUTNIE nie chcę Ci powiedzieć, że jestem nieszczęśliwa i uciemiężona. 
Macierzyństwo mnie uszczęśliwia, jest cudowne i tysiąc razy podjęła bym tą samą decyzję. 
Chciała bym tylko, żebyś docenił. 
Tym bardziej, że bycie "kurą domową", na chwilę czy na dłużej, ma słaby PR. 
Takie są czasem wyśmiewane, wiesz jak jest. Czasem jest mi troszkę wstyd nawet, że nadal nie wróciłam na etat / do działalności, bo wiem, co sobie pomyślą inni. To nie fair, nie powinno tak być. 

Ja jeszcze nie-tak-dawno byłam znana w moich kręgach jako zakręcona na punkcie roboty pracoholiczka, dla której praca była top-one. Pracowałam dla największych graczy na polskim (i nie tylko rynku) i troszkę zadzierałam nosa.  Wtedy trochę lekceważąco patrzyłam na te "siedzące w domu matrony".  Wtedy rzucałam hasłami "ja nigdyyy..". 
Posypuję głowę popiołem. Myliłam się. Teraz mi wstyd. 
Ten cały macierzyński - kuźwa, to jest niezła tyrka. 
Nawet jako całkiem niezły, doświadczony project manager, mam często zadyszkę i nie wyrabiam na zakrętach. W domu. 

Proszę Cię, weź na siebie część obowiązków
Często zakładasz, że skoro większą część dnia pracujesz zarobkowo, to po powrocie do domu należy Ci się miska zupy, zarumieniony schabik, piwko i święty spokój. 
Bo przecież "ja nie pracuję".
Kurde, ale ja przez ten czas tak samo pracowałam, jak i Ty. Jasne, zdarzają się lepsze dni, że jest trochę luźniej... ale przecież w Twojej pracy też tak jest, prawda?
Tylko, że jakoś tak wychodzi, że często domyślnie całość obowiązków spada na matkę, bo "przecież jest matką" a dodatkowo "nie pracuje".
Nie za bardzo to kumam, bo oboje pracujemy i oboje mamy dwie ręce i dwie nóżki. A to, że jestem kobietą nie oznacza, że jestem też robotem domowym. 
Jak to sobie konkretnie wyobrażam?
Na przykład:

- po powrocie z pracy weź smarka na spacer / poczytaj / daj kolację / wykąp / przygotuj do snu / uśpij;
- w sobotę zaproponuj mi, że ogarniesz smarka na kilka godzin, a ja wyskoczę na kawę z koleżanką / na drobne zakupy / do kosmetyczki;
- zrób zakupy w drodze powrotnej z pracy;
- wstaw pranie wychodząc do pracy; 
- zaproponuj, że dziś Ty wstaniesz rano ogarnąć smarka a ja mogła bym sobie kimnąć tak do 9 na przykład (w weekendy); --> gdyby mój mąż mi to kiedyś zaproponował, to chyba z marszu zaproponowała bym mu seks oralny oraz jajecznicę z przepiórczych jajek na grzance, serwowaną w koronkowej haleczce. Czarnej. 
- jeśli dziecko jest karmione mlekiem modyfikowanym to podziel się z nią "nockami"

i tak dalej. 
Chyba nie ma opcji, żeby ona tego nie doceniła. Więc opłaci Ci się. 
Pominąwszy argumenty banalne, typu miłość i partnerstwo, po prostu Ci się to kalkuluje. 
Ja będę mniej sfrustrowana i zrzędząca a mając trochę czasu dla siebie będę lepiej wyglądać. Nikt chyba nie chce mieć za żonę / partnerkę rozczochranej miotły z kilkudniowym zarostem. Na igraszki pewnie też będę miała więcej chęci, bo skoro udało mi się ogarnąć to bikini, to niech je chociaż ktoś obejrzy. A poza tym mam na nie w ogóle jeszcze siłę, bo mogłam chwilkę odpocząć i załapać oddech. 

Podsumowując: myślę, że często mamy trudności, żeby się wzajemnie zrozumieć. 
Tak bardzo bym chciała, żebyś mnie docenił...
Tak strasznie mnie ranią te słowa o tym, że "ja nie pracuję". Tak strasznie, że dostaję piany na pysku i szczekam. A potem wyję, w łazience, do księżyca. 
Czasem się boję, że Ci się odwidzi i mnie zostawisz z tym wszystkim. 

Sama nie wiem, jak to zrobić, żeby mieć ciastko i zjeść ciastko. 
Wszechobecna gadka o równonprawieniu to w dużej mierze tylko gadka, bo ja i tak dość słono zapłaciłam za macierzyństwo - karierą i ciałem. 
Moja bezdzietna koleżanka z pracy objęła moje stanowisko i, baaa, została dyrektorem działu. Ja nie mam już powrotu do swoich dawnych obowiązków.  
Poza tym moje cycki też nie wyglądają jak wycięte z PornHub'a, na którego pewnie często ostatnio zaglądasz. Ta blizna na moim podbrzuszu też zostanie już na zawsze. 

Poza tym pamiętaj jeszcze o jednym:
Twoje dziecko również bardzo Cię potrzebuje. Tęskni za Tobą kiedy Cię nie ma.
Widzę, jak inaczej się zachowuje, jak szczęśliwa jest, kiedy razem spędzamy czas, jako zgrany team. 

Myślę, że rodzina jest wartością absolutnie nadrzędną w życiu - zawalczmy więc!
Oboje. 


Z pozdrowieniami,
Świeżo Upieczona Mama
(prawie 13sto miesięcznej córki)




Video PS. 
Zachęcam do obejrzenia.
Niby przerysowane... ale czy na pewno?