sobota, 19 listopada 2016

Jak zostać drobiem domowym i nie zwariować


W komentarzach pojawiła się sugestia, żebym napisała o tym, jak poradziłam sobie z czasowym (mam nadzieję!) zawieszeniem zawodowym. Jak to się stało, że z osoby czynnej zawodowo, lubiącej swoją pracę stałam się zadowoloną, pełnoetatową mamą. Jak sobie z tym poradziłam.

Well, miło mnie połechtał ten komentarz, ale czy tak całkowicie trafia w punkt? Tu bym chyba polemizowała. Także obawiam się, że odpowiedzi do końca nie udzielę, tudzież nie będzie zadowalająca.

Fakt faktem, że jakieś tam przepoczwarzenie nastąpiło i rzeczywiście, z korpo-szczura (choć de facto w korpo nie pracowałam) zostałam mamą na pełen etat. I fakt faktem, chyba nie zwariowałam.
I fakt faktem, jestem szczęśliwa.
I fakt faktem, roboty nerwowo szukam już od X czasu.
I fakt faktem, dupa zbita.

Ale może zacznijmy od początku.

#CIĄŻA
Taki ze mnie freak, że powiedziałam szefowi o IVF. Mało tego - przesunęłam procedurę o 3 miesiące, żeby najpierw skończyć ważny projekt (projekt się obsunął i idealnie pokrył się z IVF. A ja, już w ciąży, odebrałam statuetkę branżową za jego sukces.).
Do szpitala trafiłam wprost z biurowego kibla, bodajże w 5 czy 6 tygodniu ciąży, czyli na tak bladym początku, że część ludzi "normalnie zachodzących w ciążę" na tym etapie jeszcze nie ma pojęcia, co się święci. Choć lekarz kilka dni wcześniej zalecał mi pozostanie w domu... także jak widać, praca była dla mnie nader istotna. Zbyt-nader-faker.
Jeszcze ze szpitala próbowałam jakoś kontrolować sytuację, czym wkurzyłam pracodawcę i dostałam ochrzan. Był to dla mnie policzek, bo widocznie nie uważano mnie za niezastąpioną. Po wyjściu ze szpitala jeszcze pojawiłam się w pracy, raz jeden, żeby przekazać tematy i podomykać sprawy. Ku zgryzocie pracodawcy. I wsio.

Pierwsze tygodnie w domu to było leżenie w łóżku i wychodzenie z wszechogarniającego szoku.
Że jestem w końcu w ciąży, jak to się stało w ogóle. Że dziecko będzie chyba. Że pracy niet. Że nie muszę zachrzaniać jakby mnie ktoś gonił. Nie mogę w sumie.
Szok.
Pierwsze tygodnie były bardzo trudne- nie mogłam sobie znaleść miejsca, tęskniłam za pracą.
Potem doszły do tego jakieś psycho-jazdy po samym in vitro, które trwały chyba do trzeciego trymestru ciąży.
Tkwiłam w takim troszkę ambarasie aż do porodu.

#2 ROK MACIERZYŃSKIEGO
Jak zobaczyłam Młodą to wszystko stanęło na głowie.
Pierwsze tygodnie to był generalny szok, mętlik i ambaras. Buch, nagle dziecko, ale skąd ono się wzięło, WTF?
A potem zaczęłam swój świetny, najlepszy macierzyński ever - świetny, bo miałam kilka dobrych koleżanek, które urodziły w podobnym czasie i spotykałyśmy się nawet i kilka razy w tygodniu, łaziłam z młodą po różnych spotkaniach, grupach i inicjatywach dla młodych mam. Czułam się jak ryba w wodzie. Generalnie rzadko bywały dni, że siedziałam z nią sama i nie było żadnych atrakcji.
Macierzyństwo wessało mnie bez reszty i aż promieniałam spełnieniem. Na każdym kroku słyszałam, że jestem potwierdzeniem tezy, że kobieta kwitnie, kiedy staje się matką. I rzeczywiście, tak się czułam. Macierzyństwo mnie uskrzydliło.
Myśl o powrocie do pracy wyzwalała we mnie panikę, bo nie wyobrażałam sobie absolutnie w tamtym czasie rozstania z dzieckiem. Ta myśl była dla mnie wręcz traumatyczna, paraliżująca. Nic innego się nie liczyło, jak tylko bycie z dzieckiem. A dwa, że specjalnie nie miałam ochoty wracać do tej pracy. Plan był taki, że jestem rok na macierzyńskim a potem wracam - do starego pracodawcy albo gdzieś indziej.
Spotkałam się z pracodawcą jakoś w październiku 2015, (młoda miała wtedy ok 7 miesięcy) żeby upewnić go o moich chęciach powrotu i ustalić warunki. To był błąd. To spotkanie odbyło się za wcześnie. Ja byłam absolutnie w macierzyństwie i absolutnie nie nadawałam się do myślenia o pracy w tamtym czasie. Z szefem zawsze byliśmy na "Ty" i mieliśmy stosunkowo luźną relację. Oznajmiłam mu, że ja na full time na pewno nie wrócę i nie mogę sobie pozwolić na taki zapieprz jak kiedyś, bo "równie dobrze mogła bym oddać dziecko do sierocińca". Złożyli mi propozycję wychodzącą na przeciw moim potrzebom - miałam zaproponować na jaką część etatu chcę wrócić, a oni dadzą mi kogoś do pomocy na czas mojej nieobecności. Tylko, że nie będę już miała swojego zespołu tylko będę włączona w zespół dziewczyny, której nie lubię. Uniosłam się honorem, propozycję odrzuciłam, przekonana, że szybko znajdę coś nowego, bo przecież mam doświadczenie i w ogóle jestem super. Well...

#PO MACIERZYŃSKIM (marzec - dziś)
Macierzyński się skończył i mijały kolejne miesiące.
Emocjonalną gotowość do powrotu do pracy zaczęłam przejawiać tak de facto dopiero gdzieś koło kwietnia. Z tym, że jej nie miałam.
Po drodze ciągle coś: a to urlop, a to jakieś choroby, a to jakieś remonty, a to żłobek tudzież jego brak i tak de facto na serio pracy zaczęłam szukać na przełomie sierpnia/września właściwie. W międzyczasie Młoda sporo chorowała, co oznacza, że sporo siedziałam z Nią w domu. Nadal siedzę, bo kończy kolejną infekcję (i wróć tu człowieku do roboty...).
Zaczęłam szukać i okazało się, że niestety, ale łatwo nie jest - nie mogę tej pracy znaleść.
Albo czegoś mi tam w kwalifikacjach brakuje, albo nie dzwonią w ogóle albo ostatnio dowiedziałam się, że mam za wysokie. Anyway, jest meeega dupa i zaczyna się frustracja. Zaczynam się bać, bo mam już tak de facto 2,5 roku przerwy zawodowej a od stycznia 2016 lukę w CV (bo wtedy się rozstałam w moim pracodawcą).

***

Podsumowując:
z mojego doświadczenia wynika, że nie ma się co spinać na początku ciąży (tudzież przed) jak sobie poradzimy emocjonalnie z brakiem pracy. Dla mnie osobiście te 2,5 roku to był czas tak ko-lo-sal-nych zmian, że sama za sobą nie nadążam. U mnie to był niesamowicie dynamiczny proces. Na ten moment nie mogę uwierzyć, że mogę czuć się, może nie całkowicie, ale dość mocno spełniona, będąc mamą i żoną na wyłącznosć. Prę na tą pracę już, teraz, natychmiast, bardziej z rozsądku i dla bezpieczeństwa swojego i moich dzieci.
I znowu, rozglądając się na boki, widzę, że nie ma jednej recepty dla każdego - niektóre wracają do pracy po 3 miesiącach, inne po 6, inne po roku a inne jeszcze kiedyś tam.

Troszkę chaotyczny ten post, ale cieszę się, że go napisałam.
Nie tylko dla osoby pytającej w komentarzu, ale i dla siebie.
Pozwolił mi co nieco uporządkować w głowie.

Na koniec pieśń tematyczna.




PS. Ale i tak proszę o trzymanie kciuków na moją rychłą aktywizację zawodową. Senkju.







niedziela, 6 listopada 2016

Udany start karmienia piersią

Zagląda tu co najmniej kilka przyszłych mam, takich o których wiem. Tych, które się nie ujawniają jest pewnie więcej. I na pewno wiele osób, które może i jeszcze walczą, ale w końcu dobrną do etapu kompletowania wyprawki i wiedzy.

Na pewno chciała bym uniknąć dawania "dobrych rad" w jakimkolwiek obszarze macierzyństwa, bo po 1,7 roku mojego własnego, jestem na nie uczulona. Poza tym laktacja to bardzo odpowiedzialny temat, a ja (póki co) nie czuję się na tyle kompetentna, żeby palcem wskazywać co robić. Mogę jednak odnieść się do własnych doświadczeń i podzielić się, jak było u mnie, co mnie zaskoczyło, co być może bym zmieniła a co się udało. Ot, doświadczenia o które jestem mądrzejsza. 
Nie jest powiedziane, że to jest prawda uniwersalna, która sprawdzi się u każdego, ale nie zawadzi wiedzieć. A nuż.
Dobra, do brzegu. 

Statystyki nie wyglądają optymistycznie.
Na starcie niemal każda chce karmić, a w ciągu pierwszych 6 miesięcy odpadamy - jedna po drugiej. 




A wyłączne, czyli karmienie tylko piersią, to już w ogóle dramat



Także wychodzi na to, że łatwo nie jest.
Porad laktacyjnych udzielać nie będę, bo się nie czuję kompetentna. W rzetelnych źródłach można znaleść informacje, co i jak robić, żeby się udało. 

Przemyślenia dotyczące mojego przypadku są następujące.
Spisuje również dla siebie, ku pamięci. 

#W CIĄŻY 
  • Teoria.
    Za słabo się przygotowałam.
    Mogłam poświęcić więcej czasu na zrozumienie mechanizmu laktacji a nie prasować kolejną sukienusię. Szkoła rodzenia daje jakiś pogląd, ale moim zdaniem warto to zgłębić. Żeby zrozumieć. Poczuć. Załapać.
    Tą książkę kupiłam jak Młoda miała ok 6 miesięcy, a przydała by mi się o wieeele wcześniej.
    Nie jest idealna i świata nie zbawi, ale póki co lepszej nie spotkałam. Zbudowana na zasadzie pytań i odpowiedzi. Uporządkowana. 


  • Baza kontaktów.
    Jak zaczęły się kłopoty z moją piersią ok. 3 tygodnia życia Młodej, to nie bardzo wiedziałam do kogo mam się zgłosić.
    Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że rzetelna wiedza o laktacji nie jest wiedzą powszechną. Baaa, jest wręcz wiedzą tajemną. Do dziś tego nie rozumiem.
    Dzwoniłam do lekarza gina prowadzącego- dupa.
    Pani ze szkoły rodzenia, bez certyfikatu doradcy - coś tam poradziła, ale jak się okazało, nie do końca rzeczowo.
    Dr Google - baaaaaaaaad, baaaad, baaad idea. Don't do it.
    Położna środowiskowa - dziecko we mgle. Miała trochę podejście "albo ci się uda albo nie".
    Położna moja porodowa - w miarę, bo się zapytała swojej koleżanki, certyfikowanej doradczyni, ale i tak coś pokićkała.
    Dopiero ta ostatnia mi pomogła ostatecznie. A to nie był problem z serii "nie wiadomo jaki". Ot, normalna niedrożność kanalika w piersi. Ale każdy mówił co innego, czas leciał, cycek jak kamień, ja gorączka i zero progresu przez kilka dni. Dobrze, że drugi był sprawny.
    Szukanie pomocy już w trakcie, kiedy się wcześniej na kłopoty nie przygotowało, wprowadza jeszcze większy zamęt, stres i zmniejsza szanse na powodzenie.

    Na przyszłość już wiem, gdzie mam się zgłosić w razie "W".
    I gdzie rzeczywiście dostanę rzetelną pomoc.
    Z listy pomocowej z góry skreśliłam teściową, która nigdy nie karmiła. Polecam.

    Konkretnie przydało by mi się mieć pod ręką:
    - numer i namiary na sprawdzoną wcześniej (np w necie lub z koleżankami) certyfikowaną doradczynię laktacyjną.
    - koleżankę-mamę-karmiącą lub kilka. Osobiście na początku karmienia trafiłam do grupy mam karmiących spotykających się cyklicznie, przewodzonej przez świetną promotorkę karmienia. Tam dużo się dowiedziałam i otrzymywałam bieżące wsparcie w trudnych momentach, które się pojawiały od czasu do czasu.

    Pediatra w karmieniu raczej nie pomoże, w sensie nie rozwiąże problemów.
    Oby nie przeszkadzał i wspierał, to będzie git.
  • Gadżety
    Laktatora nie kupiłam, bo nie wiedziałam, czy będzie potrzebny. Ale jak mi wywaliło nawałem to małż jeździł po mieście szukając wypożyczalni. Jeśli nie kupuje się wcześniej, to chociaż dobrze wiedzieć, skąd wypożyczyć, żeby nie szukać na chybcika tryskając mlekiem po monitorze.
    Zapłaciłam podwójnie. Najpierw za wypożyczenie (długo trzymałam) a potem kupiłam sobie swój.

    Staniki do karmienia kupiłam przed porodem i super. W szpitalu, podczas nawału, nie wyobrażam sobie ich nie mieć. Do dziś je zdzieram. Nie wyobrażam sobie także kupować ich po porodzie.

    Osłonki i inne bajery do dziś leżą w szufladzie, bo nigdy się nie przydały. Takie rzeczy można kupić na bieżąco.

    Kupiłam 1 saszetkę mleka modyfikowanego, na wszelki wypadek. I butelkę.
    Następnym razem nie kupię. Niepotrzebnie kusi.
    Jak rzucasz palenie to papieros w szufladzie Ci sprawy nie ułatwi.
    ALE nie użyłam jej nigdy.
  • Wsparcie partnera
    Przed porodem zaangażowałam go w szkołę rodzenia, wyświetliłam temat, jak bardzo mi zależy, jakie to daje korzyści dziecku, ile zaoszczędzimy i żę będę potrzebować jego wsparcia. To była udana inwestycja kłapania dziobem.
    W kryzysowych chwilach wsparł, otarł łzę i powstrzymał przed dokarmianiem mlekiem modyfikowanym.
    Na wagę złota. Bez Niego nie dała bym rady. 


#PORÓD & SZPITAL

strategiczny czas, bo w kp najważniejsze są pierwsze tygodnie. 
  • Sprawdziłam wcześniej szpital - jakie ma praktyki jeśli chodzi o pierwsze karmienie tuż po porodzie, czy jest doradca laktacyjny i kto to jest, co z dokarmianiem mm, czy zabierają dziecko po porodzie.
    W plan porodu wpisałam, że nie życzę sobie dokarmiania, że mega mi zależy na kp, że dziecko ma być cały czas przy mnie itd.
    I rzeczywiście, mimo tego, że miałam CC, pierwsze karmienie odbyło się w ciągu bodajże 20 min od pojawienia się Młodej na świecie, przy pełnej asyście i atencji położnej, odbyło się skutecznie.
  • Podczas pobytu w szpitalu byłam "klientem marudzącym" - non stop prosiłam o kontrolę i pomoc w przystawianiu. Widziałam, że położnym skakało już ciśnienie, ale przecież nie powiedzą, że mam sobie dać spokój, więc pomagały. Jednym słowem zdecydowanie prosiłam o to, co mi się należało jak psu zupa.
  • Dokarmiłam trochę Młodą butelką, bo mleko trysnęło strumieniem dopiero w 3ciej dobie. To było bez sensu. Młoda rzygała tym mlekiem dalej niż widziała. Wisiała non stop na piersi i ulewała przez pierwsze 3 doby, ale oczywiście ja szłam w zaparte, że nie mam mleka i dziecko głodne (ciekawe czym ulewała...). I oczywiście zerowe wsparcie ze strony personelu - jedne sugerowały delikatnie dokarmianie, inne nie, wg własnego "widzi mi się".
    Teraz wiem, że racje miały te, które sugerowały nie dokarmianie. Z dystansu widzę, że młoda nie była głodna - wystarczyła jej przecież porcja minimalna, wielkości paznokcia. Niby to wiedziałam a złamałam się. Młodej nie zepsuło to odruchu ssania i nie skomplikowało sprawy. Niestety, dziewczyna obok nie miała tyle szczęścia.
    Następnym razem, o ile będzie mi dany, nie podam mm. To jest jeden ze strategicznych momentów karmienia i może on zmienić bardzo wiele. Jest niemal kluczowy.

    Ślubuję pamiętać o poniższym obrazku. 

Bywają takie sytuacje, że trzeba dokarmić ale to są do tego konkretne wskazania, a nie że przypadkowa położna zacznie jęczeć, że dziecko głodne. O tych wskazaniach pisała kiedyś Hafija. I można to wtedy zrobić za pomocą systemu SNS (taka rurka doklejona do piersi) i nie jest to żadne czary-mary. Normalne.
Można zrobić jeszcze jedną rzecz, na którą ja nie wpadłam.... wydaje się dość dziwna, ale... dziewczyna obok miała taki nawał a jej Hania tego wszystkiego nie zjadała. Tak sobie myślę, że ja na jej miejscu bym się zgodziła. No, ale to dla odważnych.
Bo to, czy dziecko w tych pierwszych dobach dostanie mm czy mleko kobiece nie jest bez znaczenia dla jego jelit. Ale to każdy sobie sam może doczytać. 

  • Wyszłam ze szpitala chyba w 5tej dobie, czy jakoś tak, czyli tryskałam już mlekiem (co nie oznacza, że wcześniej go nie miałam). Nie wyobrażam sobie jednak wychodzenia do domu wcześniej, kiedy jeszcze tego wypływu tak nie czułam. Umarła bym ze strachu.

#PIERWSZE DNI / TYGODNIE W DOMU

  • Nauczyłam się słuchać intuicji
    Byłam okrooopnie zestresowana :)) Myślę, że z drugim będzie spokojniej :)) Stres utrudnia wypływ pokarmu, także jak ryczałam nad laktatorem to nawet szpitalna maszyna nie dała rady :) Wciągnęłam meliskę, wyryczałam małżowi w rękaw, wyspałam a rano sikałam po ścianach.
    Najważniejsze: pozbyć się schiz.
    Moja głowa non stop podsuwała mi nowe pomysły, co też mogłam zrobić źle, bo przecież w książkach jest inaczej. Tracy Hogg pisze, że karmić co 3 godziny przez 30 min a ona je co 1,5 przez 10 min... Jeżuniu Jeżuniu jestem złą matką, wszyscy zginiemy.
    Jak odłożyłam wszystkie książki na najwyższą półkę, wypieprzyłam wszystkie tabelki i rozpiski co powinno a co nie powinno... to złapałyśmy rytm :)
    Jak zaczęłam słuchać siebie i dziecka, to wszystko stało się jasne.
    I uwierzyłam. 
  • Teściowa i rady z epoki kamienia łupanego
    Olałam dobre rady teściowej, o tym, że mam niewartościowe mleko (what?:), że dziecko płacze bo jest głodne, że puszcza bąki po fasoli i takie tam.
    Uwierzyłam.
  • Dieta matki karmiącej nie istnieje
    Dobrze, że szybko zrezygnowałam z restrykcyjnej diety, bo byłam okropnie słaba po porodzie i za lekkie jedzenie mnie wykańczało. Jeśli Młoda miała zły dzień to darła się niezależnie, czy jadłam gotowanego, jałowego indyka czy pizzę z tuńczykiem z Telepizzy. Niemal od samego początku jem wszystko i za Boga nie doszłam nigdy, czy coś jej kiedykolwiek zaszkodziło, czy nie. W szpitalu na oddziale poporodowym podawali schaba, kapustę i najlepszą grzybową na świecie i Armagedon nie zstąpił.
  • Catering
    Znowu mega przysłużył się mąż, bo ja odpoczywałam w łóżku z dzieckiem u piersi a on donosił mi strawę i napitek :) A że byłam meeega głodna i non stop chciało mi się pić, to się chłopak napocił, a co :) Także ojciec przydaje się nie tylko przy poczęciu (ups, choć nas to akurat przy poczęciu nie było - ot, taki joke ;))
    Generalnie zasada jest taka, że mleko i tak się naprodukuje, niezależnie od tego, czy kobieta zje czy się napije. Nie trzeba pić 3 butelek wody dziennie podczas kp jeśli nie mamy na to ochoty (to mit). U mnie to działało jednak tak, że jak byłam głodna to byłam zła a jak byłam zła to młoda to czuła i był cyrk.
    A najedzona, napita, wypasiona Pink to zadowolony, pięknie ciumkający Mesiek :) Czyli bardziej kwestia aury i atmosfery aniżeli biologii.
  • Waga - let it go
    W szkole rodzenia poradzili, żeby nie kupować wagi i mieli rację.
    Nie kupiłam.
    Waga strasznie stresuje. Ciągłe ważenie, sprawdzanie, schizy.
    Jak byłam z Meśką w szpitalu na zapalenie płuc (którego nie było) jak miała 11 tygodni to położne, zdecydowanie zaniepokojone, że karmię trzymiesięczne dziecko wyłącznie piersią (!!!), ważyły Ją rano i wieczorem. I liczyły, rachowały, procenty, promile, dużo, mało, je, nie je, ulewa, nie ulewa.... ja prdle..
    Przeżyłam horror przez duże H.
    Ot, wpadałam sobie raz na jakiś czas do przychodni ją zważyć i wszystko. Choć nie powiem, że nie kusiło.
    Do dziś wpadam czasem sprawdzić, ile waży. I do dziś uczę się odpuszczać temat wagi i centyli. Prawie mi wychodzi.
  • Pediatra
    z moją na szczęście nadajemy na tych samych falach. Jest pro karmienie a na wieść o BLW zaczęła podskakiwać i klaskać w dłonie. To ona zawsze mnie uspakajała, że moje dziecko jest szczupłe, bo tak ma a jak chcę sobie tuczyć kogoś, to kurę sobie kupić i rurką do gardła.
    Niestety, nie każda moja koleżanka ma tyle szczęścia. Nie ma co liczyć, że wszyscy lekarze znają się na laktacji i będą wspierać/walczyć/rekomendować naturalne karmienie.
    Z mojej obserwacji wynika, że ogrom mam odpada z imprezy kp dzięki pediatrom, którzy zalecają karmienie od czapy. Albo "do 6 miesięcy" a potem koniec. Wyrokują, że dziecko za chude, albo, o zgrozo, za grube!
    Gdybym trafiła na takiego, to na pewno bym go zmieniła. Na bank, bo byśmy się nie dogadali na pewno. 

#I DALEJ...

  • Rozszerzyłam dietę
    po 6 miesiącach wyłącznego karmienia piersią i zupełnie nie rozumiem, co ja się tak stresowałam tym jedzeniem pokarmów stałych. Bez sensu. Niepotrzebny stres.
    Następnym razem nie będę się tak spinać, czy dziecko zjadło tego brokuła/marchewkę/ziemniaczka czy nie.
    Jeśli wszystko będzie w normie, tak jak i teraz, to myślę, że do roku na spokojnie, niech sobie dziecko idzie w swoim tempie. Meśka i tak szła w swoim, ale co ja się nadenerwowałam przy tym... kompletny bezsens. Mądry polak po szkodzie.
  • Nie gadać
    Będę mniej poruszała ten temat w rozmowach face-to-face
    Kuźwa, karmienie piersią to istny temat-mina.
    Zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo karmisz za krótko, za długo, za często, za rzadko, w ogóle karmisz, nie karmisz mm, jesteś nienormalna, zboczona, obnażasz się, za dużo widać, za mało widać, matka-polka, starodawna, uwiązana, niemodna, zabobonna, nudna, nachalna i jesteś terrorystką laktacyjną, bo w ogóle karmisz (choć być może nawet słowem się nie odezwałaś, ze karmisz).
    Na starcie myślałam, że generalnie inni myślą, że jeśli kobieta karmi to dobrze.
    No, to zonk.
  • Krytyka
    Nie wiem jak poradzę sobie psychicznie z krytyką długiego karmienia piersią.
    Karmię 1 rok i 8 miesięcy i na razie nie mamy z Młodą zamiaru przestać i w 90% przypadkowych rozmów na ten temat jestem postawiona w sytuacji osoby tłumaczącej się z tego i zawstydzanej.
    Obawiam się także, że niebawem presja otoczenia i zwykły lęk przed oceną i krytyką zmuszą mnie do ograniczenia naszych karmień wyłącznie do domu.
    Get ready for it.

    Gdyby ktoś nie wiedział, to ogólnoświatowe zalecenia są takie, że ludzkie dziecko powinno być karmione wyłącznie mlekiem matki przez 6 miesięcy a następnie karmienie powinno być kontynuowane CONAJMNIEJ do 2 lat, tak długo jak życzą tego sobie matka i dziecko.
    Jak pierwszy raz usłyszeliśmy z mężem te zalecenia to wybuchnęliśmy śmiechem. Teraz je rozumiem, choć zdaje sobie sprawę, że dla rodziców nie karmiących lub nie karmiących długo mogą one być dziwne... niemniej jednak nie jest mi miło, kiedy jestem ośmieszana tylko dlatego, że jestem bliska ich realizacji.
***

Dobra, bo strasznie się rozwlekłam :)
O tym, dlaczego jeszcze karmię być może napiszę innym razem.
Myślę, że nie karmiła bym tak długo, gdyby nie wsparcie mentalne innych karmiących mam. Dzięki niemu nie czuje się jak Alf w galerii handlowej.
W kupie siła :)

Ej, Wy, przyszłe mamusie :)
Uwierzcie, że macie tę moc :)  
Z dedykacją, jeden z ulubionych kawałków mojej pierworodnej ;)





środa, 2 listopada 2016

Zapalenie płuc, którego nie ma.



Pod koniec września Młodą dopadł jakiś dziad wirus - znowu, podobnie jak rok temu, mieliśmy nocną schadzkę na SORZe, bo panna zaszczekała na krtani. Nie jakoś bardzo, ale jednak a że ja się boję takich oddechowych atrakcji to pojechaliśmy.
Zalecono inhalacje i po kilku dniach kiblowania w domu- przeszło.

Pojechaliśmy do Małego Cichego, w Tatry.
Było super. Pełen relaks i pogoda w 3 odcieniach: najpierw upadł, potem w jedną noc zrobiła się jesień po czym spadł śnieg... Trzeba mieć farta, żeby w 7 dni zaliczyć w Tatrach 3 pory roku.
Młoda pokasływała.

W drodze powrotnej z Zakopca zjechaliśmy troszkę z trasy odwiedzając mój rodzinny dom. Przy okazji Młoda postanowiła rąbnąć sobie metalową furtką ogrodową w dłoń tak, że skończyło się szyciem małego paluszka.
No więc zwiedziliśmy SOR również i tam, gdzie w gabinecie zabiegowym osobiście odprawiłam akrobatyczny striptiz przed chirurgiem i jego personelem, gimnastycznie karmiąc piersią wisząc nad stołem, wspiąwszy się uprzednio na coś pokroju podnóżka tudzież mini drabiny.
Ot, kolejne praktyczne zastosowanie "cusia".

Po powrocie do domu Młoda kasłała coraz bardziej i bardziej.
Kaszel stał się mokry i definitywnie nie mogła sobie z nim poradzić. Nasza pediatra zmieniała co chwilę pomysły, od Zatogripu po Mucosolvan, ale jakoś definitywnie "niet".
Aż w końcu Młoda znowu zapiała na krtani. Lekko bo lekko, przez sen, nawet się nie obudziła, no ale jako rasowa przewrażliwiona matka, wbiłam dziecię w kurtę i pojechaliśmy wesołym family-busem na SOR.

Od słowa do słowa, okazało się, że krtań może i zła nie jest, ale jak kaszle, to na RTG, a co! Jeszcze jedno zdjęcie do albumu rodzinnego! Przecież od RTG jeszcze nikt nie umarł!
I tak oto weszliśmy na SOR z lekką infekcją krtani a wyszliśmy z.... diagnozą zapalenia płuc.
Recepta na antybiotyk i do domu.
Ja zbita jak pies, bo kurwa, ile można się bujać jak nie z krtanią, jak nie z palcem, to jeszcze, ja prdlę, płucami?!

Spanikowana podałam antybiotyk po czym włączyłam myślenie.
Przypomniała mi się historia naszego pobytu w szpitalu, jak miała 11 tygodni, na zapalenie płuc właśnie. Rzekome zapalenie, bo po wyjściu zrobiłam sobie tour-de-najlepsi-lekarze-w-powiecie i 3 z nich niezależnie potwierdziło, że żadnego zapalenia nie było a szpitale są pełne dzieci z lekkim kaszlem i katarem, faszerowanych antybiotykami na zapalenie płuc. Jeden z tych lekarzy, znamienita pani ordynator z dziecięcego szpitala chorób płuc, po zobaczeniu zdjęcia RTG spojrzała na mnie jak na debila: ale, przepraszam, co dziecku dolegało? bo ja tu żadnych zmian nie widzę, nie mówiąc już o licznych.

Zadzwoniłam więc po mojego pediatrę super hero, takiego, którego zamawiam tylko na specjalne okazje, za milion zielonych dolarów, rzecz jasna.
Potwierdził tylko moje przypuszczenia, że generalnie to dziecko się nadaje do cyrku (ze swoją energią) a nie do antybiotyku i że zapalenie, to ma chyba dupy co najwyżej, radiolog co zdjęcie opisywał. Albo sobie chłopina przysnął i w środku nocy zrobił odruchowo "kopiuj-wklej" z losowo wybranego opisu. I nie ja pierwsza, nie ostatnia. To plaga jest.
Za porozumieniem stron odstawiłam antybiotyk (Młoda dostała tylko 1,5 dawki) i zaczęłam normalnie leczyć normalnie pokasłujące dziecko.

Jako, że ja to ja, jestem jaka jestem, inna nie będę - pocieszyłam się jakieś 2 h, po czym moje zwoje mózgowe zaczęły pracować dalej. Każde Jej kaszlnięcie stawiało mnie na równe nogi. Każde "ehe-ehe" w wykonaniu mojego dziecka wprawiało w rezonans cały mój system nerwowy.
Czasem mam wrażenie, że moje myśli żyją własnym życiem.

A co jeśli...?
Nie możliwe..
Teściowa na pewno ma rację..
Jestem złą matką..
Popełniam błąd..
To nie logiczne..
Ogromna odpowiedzialność..
Przerwałam antybiotyk..
A jeśli???

I wiele, wiele innych.

No więc znowu umówiłam się do znamienitej pani ordynator z dziecięcego szpitala chorób płuc, zgwałciwszy telefonicznie jej kalendarz, że ja muszę już, bo tu cuda się dzieją.
Byłam dziś.
Powtórka z rozrywki.
Zdjęcie RTG źle wykonane a opis to nie wiadomo kogo, chyba Konopielki jakiejś, bo z moim dzieckiem wiele wspólnego nie ma. Zapalenia nie ma.
Meśka za to tak się cieszyła, że wyszła wreszcie z domu pierwszy raz od X czasu, że zrobiła nadobnej pani ordynator jesień średniowiecza w jej nadobnym gabinecie.
"To dziecko jest jak sprężyna. Widziała pani kiedyś dziecko z zapaleniem płuc?".
Widziałam. Siebie. Jak miałam kilka lat i fuj, to nie było fajne.

Jeśli wszystko będzie ok, to w poniedziałek pójdzie do ukochanego żłobka.
(ej, żłobek jest zajebisty. serio.)

Odtrąbię HAPPY END dopiero, jak Młoda skończy kasłać, bo teraz mam jeszcze jakieś resztki pietra w sobie. Dzielę się jednak z Wami tą historią nie tylko dlatego, żeby się zupdate'ować. Po prostu znam mnóstwo przypadków, gdzie dzieciaki wylądowały w szpitalu z "zapaleniem płuc" niemal zupełnie bez objawów i wszystko to jakieś podejrzane.. Antybiotyki to nie są cukierki. Szczególnie dla takich maluszków.

Byle do wiosny ;)

wtorek, 23 sierpnia 2016

Żłobek oswojony!



Mission completed!
Z nieskrywaną radością uprzejmie donoszę, że żłobek został oswojony :)

Nie było łatwo, przyznaję.
Nie wiem, komu było trudniej - mnie czy Jej. 
Pierwszy tydzień był bardzo trudny- Meś może i nie zalewała się łzami na miejscu, ale w domu bardzo mocno przeżywała temat. Widać było po Niej, że nie może sobie poradzić i... byłam już niemal pewna, że temat jest nie do przejścia na ten moment. 
Szczytowy był piątek przed długim weekendem, czyli ostatni dzień tygodnia pierwszego. 
Kiedy przyszłam odebrać córkę po obiedzie, zastałam dziecko siedzące przy stoliku bez wyrazu, zapadnięte, smutne - po prostu złamane. Kiedy to zobaczyłam to pękło mi serce i byłam właściwie pewna, że pozamiatane. 
Baaa, miałam wręcz pretensję do siebie, że zafundowałam dziecku takie atrakcje w postaci "durnowatego" żłobka. 

Długi weekend popłakiwałam po kątach, choć za dużo czasu na to nie miałam, bo dwoiliśmy się i troiliśmy z mężem, żeby Meśce zapewnić maksimum miłości, bliskości, funu, atrakcji i zabawy. 
Wolne chwile między zabawą a łkaniem spędzałam z Google poszukując idealnego urządzenia podsłuchowego, które wszyję w dziecięce ubranie. Podejrzewałam wszystkich o wszystko. 

We wtorek, po długim weekendzie, zaprowadziłam Młodą do tego miejsca "kaźni niewiniątek".
A raczej: ojciec dziecka mego je zaprowadził, bo ja sama nie byłam w stanie.  Szłam obok posuwistym krokiem, jakbym szła co najmniej do dentysty na leczenie kanałowe i lewatywę. 
Pożegnałam się na tyle luzacko, na ile mi zdolności aktorskie pozwoliły, zapowiedziałam klasycznie, że wrócę po obiadku i elegancko z tej szatni spierdzieliłam, zostawiając dziecko w ramionach lekko zdezorientowanego ojca. Następnie załkałam niemo na placu zabaw, roniąc kilka łeż i układając wpis na bloga pt "Żłobing - mission failed". 
Ojciec jak to ojciec, dał buziaka, dziecko oddał pani, oddalił się wyluzowanym krokiem i już był myślami gdzie indziej. 

Liczyłam się z tym, że jest to już prawdopodobnie jeden z ostatnich dni. Zastanawiałam się, co ta ciocia żłobkowa jest taka dziwnie spokojna. Przecież jest dramat. Wkurzała mnie swoim spokojem. Uznałam ją za nieczułą pindę i sadystkę. 

Tuż po 12 pognałam do żłoba po odbiór mojej cierpiętnicy, przekonana, że znowu zastanę kukłę zamiast dziecka. 
Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że kukły nie ma. Jest za to rumiana, zadowolona z życia mała dziewczynka, która się świetnie bawi (podglądałam zanim weszłam) i wcale nie ma ochoty iść do domu. Przybiegła do mnie entuzjastycznie, zaczęła pokazywać zabawki, wysyłać buziaczki dzieciom oraz ciociom i problem był, bo nie chciała franca mała wyjść. Musiałam ją stamtąd wynieść na bosaka, buty założyłam dopiero na żłobkowym placu zabaw, na którymże musiałam spędzić jeszcze dodatkowo ze 20 minut, obserwując jak moje dziecko korzysta z zabawek w zupełnie nowy, nieznany mi dotąd sposób, susząc przy tym swoje rozstrzelone mleczaki. 

W domu też okazało się, że nastąpił jakiś całkowity przełom - nie wykazywała właściwie żadnych oznak stresowych. Ot, zadowolona z życia dziewczynka, w wyśmienitym wręcz humorze.
Zjadająca dwa obiady, w dodatku.  

Aktualnie bije nam trzeci tydzień żłobingu.
Od tamtego czasu jest już tylko lepiej - skończyły się żłobkowe płacze, skończyły się domowe strachy-na-lachy. Odbieram za to zadowolone z życia dziecko, które bardzo lubi ciocie i dzieci. Nie ma mowy o strachach. 

Przyznam szczerze, że adaptacja była dla nas doświadczeniem o wieeeele trudniejszym niż przewidywałam. W pewnym momencie byłam pewna, że nic z tego nie będzie i byłam na prawdę bliska poddania się. 
Jestem na prawdę zaskoczona jak gwałtownie sytuacja uległa zmianie. 

Bardzo się cieszę z takiego obrotu sprawy i z radością obserwuję, jak moje dziecko, zadowolone i wywietrzone, codziennie przynosi do domu jakieś nowe umiejętności czy zachowania. 

Oto żłobek oswojon! :)
Oby tak dalej. 



czwartek, 11 sierpnia 2016

Żłobing

Meśka na wakacjach.
Proszę o nie wykorzystywanie zdjęcia bez mojej pisemnej zgody. 

Gdyby raptem niecały rok temu ktoś powiedział mi, że moje dziecko "wkrótce" pójdzie do żłobka, to w najlepszym wypadku bym zczerwieniała i fukneła na nosie a w najgorszym wydłubała oczy i zrobiła sobie kolczyki.

Ale tak to już ze mną jest, że rosnę razem z dzieckiem i dojrzewam do pewnych tematów. Niesamowicie zmienia się w czasie moje postrzeganie różnych aspektów macierzyństwa.
I tak właśnie było ze żłobkiem- który od wizji piekielnego kotła w mojej głowie ewoluował do bardzo fajnej idei socjalizacji dziecka, kontaktu z rówieśnikami, wyszumienia się a także umiejętności radzenia sobie z trudnościami: zarówno w kontaktach z dziećmi jak i z własnymi emocjami.
Oczywiście po blisko 1,5 roku macierzyństwa wiem też, że nie ma jednej uniwersalnej prawdy dla wszystkich dzieci - tak więc ta wizja "fajności" żłobka pasuje mi akurat do mojego dziecka, przynajmniej tak mi się wydaje (wydawało?).

Meś bardzo lubi towarzystwo dzieci, nowe zabawki, miejsca, lubi jak się dużo dzieje - więc to daje mi nadzieje, że żłobing jakoś zatrybi.
Bo, no właśnie - żłobkujemy się od poniedziałku. Nareszcie!
Na razie od 8:30 - 12:30, żebym miała czas na zrobienie czegokolwiek, jak chociażby szukanie nowej pracy.

Po kilku przebojach z innym żłobkiem (długie oczekiwanie na miejsce, po czym się nie dostaliśmy) ostatecznie padło na prywatną placówkę tuż obok mojego miejsca zamieszkania. Dosłownie 1 przecznica. Marsz 2 minuty spacerem. Nawet wózka nie wyjmuję, tylko wrzucam Młodą do nosidła, 2 kroki i jesteśmy. Plusem placówki jest ogrodzony, dość zielony jak na miejscówkę teren z własnym placem zabaw - co oznacza, że podczas ładnej pogody dzieci są niemal cały dzień na dworze. Kit, że to jest centrum miasta - ale chociaż na dworze.

Pierwszy dzień rewelacja - nastawiłam się na siedzenie tam z Nią cały dzień, a zostałam odesłana do domu po 15 minutach.  Meś uderzyła szturmem na plac zabaw i byłam zbędna. Cały dzień nie uroniła ani jednej łezki i generalnie wcale nie miała ochoty wracać do domu. ALE widziałam w Jej oczach, co dzieje się w środku. Z drzemki obudziła się
z mega krzykiem.
Dzień drugi był już troszku gorszy.
Środa - kryzys dnia trzeciego, ale na razie nie płakała przy rozstaniu.
Dopiero dziś, w czwartek, przyczepiła się do nogi i mocno protestowała "mama, niee! mama, niee!", chwytając mnie za ręce i unosząc nogi do góry, wdrapując mi się na ręce.
Dość szybko ucięłam temat - pożegnałam się, obiecałam powrót po obiadku i ulotniłam się, podsłuchując jeszcze jakiś czas pod drzwiami. Była cisza.

Jest dzielna, ale widzę, jak w Jej malutkiej główce kłębią się meeega - emocje - giganty.
Po powrocie do domu jest rozdrażniona, bardzo źle śpi w nocy i... dostała mega apetytu.
Je takie ilości, że poważnie zaczynam się zastanawiać, czy moje dziecko nie zajada stresu.
W żłobku je jak odkurzacz- cały obiad + dokładkę. Inne dzieci muszą mocno pilnować swoich talerzy.

Ja, jak się okazało, znoszę żłobing troszkę gorzej, niż przewidywałam.
Tęsknię za Nią podczas nieobecności i oczywiście pojawiły się wątpliwości, czy aby na pewno nie robię Jej tym żłobingiem jakiejś krzywdy.
Czy to nie za wcześnie?
Czy to nie są dla Niej zbyt duże emocje i wyzwania?
Czy żłobek to jednak tylko przechowalnia na dzieci, czy może coś więcej?

Na razie łykam jak młoda foka historie innych mam o tym, jak po trudnym okresie adaptacji, dzieci uwielbiają instytucję żłobka.

Mam nadzieję, że i u nas tak będzie, bo poza aspektem praktycznym (4h dziennie bez dziecka to jest serio niezły bajer- mogę normalnie wypić kawę i zrobić zakupy) to ja serio wierzę w ideę żłobka, którą sobie wyhodowałam. Póki co.

Trzymajcie za nas kciuki, proszę.


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Depesza



Ze startem tego roku odtrąbiłam, że pod prąd, nadal będę pisać o niepłodności i już.
Ale mijają kolejne miesiące, Meśka jest coraz starsza, ja jestem mamą coraz bardziej i... ta moja vena jest odwrotnie proporcjonalna do wieku mojego dziecka.
Im więcej czasu mija, im Meś jest starsza, tym mniej mam do powiedzenia w tym temacie.
Zapominam.
Odpuszczam.
Nawet moje demony, które tak bardzo mnie prześladowały, wlazły gdzieś głęboko pod szafę i śpią.
Dojrzewam z czasem.

Bieżąca sytuacja u nas wygląda tak:
Melduję i donoszę, że kryzys małżeński został opanowany. Odpukać.
Kurz po bitwie opadł, ciężki sprzęt opuścił Grunwald, trupów brak. Wyłonił się obraz nie-do-końca normalnej, ale przyzwoitej polskiej rodziny. Prezes Kaczyński byłby dumny.
Przestaliśmy walczyć, ja przestałam walczyć, miotać się jak karp w siatce. Oczywiście, że są spiny, wiadomo. U nas zawsze będą. I'm lovin' it.
Pozwoliłam sobie na ciche "uf".

Wirus wojny przerzucił się na teściową.
Na sam jej widok dostaję usposobienia psa dingo, wściekłego w dodatku, a jak słyszę:
"a czy ona coś jadła?"
"musisz.."
"nie możesz..."
"zobaczysz..."
"ja bym nigdy..."
"ale ona mnie kocha, jak żadną babcię..."

to dostaję migotania przedsionków.
Jednak przyznaję, że pierwsze 6 miesięcy dziecka karmionego wyłącznie piersią to jest pikuś w porównaniu do histerii jakie wywołuje w babci dziecko prawie 1,5 roczne, które jest na 3cim centylu i wyrodna matka nie raczy biegać z talerzem i łyżeczką, robiąc samolociki, po całym domu a rzuca jedynie leniwe "nie chcesz jeść, to nie, narka".


Meśka jest boska, gada chyba nieprzeciętnie dużo jak na swój wiek - tzn. żadne inne dziecko w naszym otoczeniu w Jej wieku tyle nie gada. Ale umówmy się - po mamusi ;)
Lata, skacze, gra i fika.
Tylko kurde, jest strasznie chuda. Wygląda na to, że moje kuchenne rewolucje rodem z BLW nie obudziły w Niej dzikiej pasji jedzenia. Zje 3 łyżki i narka (choć potrafi zmieścić na prawdę sporo i różnorodnie - ale gdzie to jest, to nie wiem... wszystko chyba w Dadę idzie).
Jest na 3cim centylu, co spędza mi sen z powiek.
Chwała Bogu, że nadal podpija moje mleko, bo mam jako taki spokój ducha, że nie padnie za raz na jakąś anemię (w przeciwieństwie do mnie, bo ważę jakieś 6kg mniej niż przed ciążą- i fajnie).

Ja sama odnalazłam się w roli mamy, ale już od kilku miesięcy płomiennie marzę o powrocie do pracy.
Problem w tym, że z poprzedniej zrezygnowałam a nowej nie mam czasu szukać, póki Meś nie pójdzie do żłobka.
Miała iść od dziś, ale że załapałyśmy bardzo nieprzyjemny odczyn poszczepienny po szczepionce Priorixem (odra-świnka-różyczka) to sprawa się odwleka o tydzień.
Aktualnie moja przerwa zawodowa to 2 lata, także jestem w panice, czy ja w ogóle jeszcze coś potrafię, czy ktoś mnie zechce i generalnie co dalej.
Boje się, ale staram się myśleć pozytywnie.
Dziecko "poczęłam" to roboty nie znajdę? :)
Wierzę, że to wszystko się jakoś poskłada i te puzzle stworzą jakiś spójny obrazek.

I tak to.

Zastanawiam się, co począć z tym miejscem w sieci - jeszcze nie tak dawno ognistym, opłakanym milionem łez, okłutym igłami, nastrzykanym sterydami, nafaszerowanym nadzieją?
O niepłodności powiedziałam już wiele, więcej chyba nie chcę.
O samym dziecku i rodzicielstwie nie wiem czy chcę pisać. Blogów parentingowych Ci u nas dostatek. No, chyba, że tak bez lukru, to może.
Zastanawiam się nad konwencją mojego blogowania w przyszłości.
Anything can happen :)
Czas pokaże.


czwartek, 16 czerwca 2016

Errata

Przez ostatnie dni na blogu dostępne były 2 z 3 części opowiadania "Przyjaźń w niepłodności. Niepłodność w przyjaźni." 
Wpisy traktowały o historii mojej relacji z przyjaciółką pod pseudonimem Dżi i o tym, jak bardzo mocno moje starania o dziecko ukształtowały i wpłęły na tą relację. Od jakiegoś czasu- trudną relację.

Wpisy zniknęły i tak już zostanie.
Nie będe publikować tej historii.
Granice mojej prywatności i intymności na blogu przesunęłam bardzo daleko ale nie chcę naruszać prywatności Dżi. 
Dodatkowo, gdyby Ona jakimś cudem tutaj trafiła, to zapewne miała by mi za złe a tego nie chce. Chciała bym raczej, żeby nasze relacje się naprawiły, nie inaczej.

Żałuję, bo historia jest ciekawa, chociażby z socjologicznego punktu widzenia i baardzo w tematyce tego bloga. Zazwyczaj chyba bywa tak, że to nieudane starania o dziecko psują relację. U nas było zupełnie odwrotnie..

Liczyłam też, że pisanie, publikacja i Wasze komentrze spełnią dla mnie jakąś rolę terapeutyczną, bo nie mogę sobie z tematem poradzić, przepracować, ocenić. Troszku się jednak przeliczyłam i chyba nie do końca oszacowałam ryzyko i możliwe konsekwencje.

Przepraszam tych, którzy czekali na ciąg dalszy i epilog.
Tym razem postawię tą granicę troszkę bliżej jednak.