sobota, 14 grudnia 2013

Spotkania towarzyskie

Dziś wieczorem czekają nas dwie parapetówki w tym samym czasie.
Najpierw zaliczamy jedną. Potem drugą.
Spotkamy ogromną część naszych znajomych z "różnych bajek".

I teraz uwaga, będzie wyznanie z serii "brzydkie":
obawiam się tego, że któraś mi oznajmi, że jest w ciąży.

Chociaż będę miała pretekst i wymówkę, do wyżłopania co najmniej 1 butelczyny wina.

czwartek, 12 grudnia 2013

Rewers

Weszłam na bloga z zamiarem trepanacji czaszki i ponownego emocjonalnego ekshibicjonizmu.
Zanim zaczęłam klepać, bach, zaglądam na trzy wybrane z listy najświeższe wpisy blogi dziewczyn, które czytam i którym kibicuję i co? Jedna chora  w trakcie procedury IV, druga cukrzyca ciążowa, trzecią dopadł dołek po obejrzeniu dziecka znajomych... i stwierdziłam, że niezbyt chyba będzie na miejscu ten mój dzisiejszy wpis. Zasępiłam się :/

Ale jako że ekshibicjonizm jest silniejszy, oto mój rewers na dzis:
popierniczyło mi się we łbie.
Słowo honoru.

Zaskakuje sama siebie.

Jeszcze kilka dni temu pisałam, cała w skowronkach, jak to jest między mną a S. ostatnio cudownie.
On, po zakończeniu trwających około 6 miesięcy prac nad projektem dzień i noc, nieobecności duchowej i częściowo fizycznej przy mnie, nie rozmawianiu ze mną akurat w czasie, kiedy tego najbardziej potrzebowałam nagle postanowił zrobić wielki come back.

Zaczął pracować w normalnych porach jak normalni ludzie.
Wracać do domu z pracy jak normalni ludzie (a nie zaszywać się w gabinecie na całe dnie i noce).
Zaczął być obecny w domu.
Zaczął ze mną rozmawiać.
Zaczął zasypiać ze mną (!!!), czyli nie kładę się sama do łóżka.
Zaczął normalnie jeść ze mną posiłki przy stole.
I w ogóle, jakoś tak bardziej odnotował moją obecność w domu i zaczął zaznaczać swoją.

A ja co?
Uwaga: kompletnie nie umiem się w tym odnaleźć.
Rozsypała się moja codzienność, do której się chyba przyzwyczaiłam, rozsypałam się ja.

Nie wiem co się stało.
Nie umiem tego wytłumaczyć, ale wręcz przed nim uciekam.
Zaszywam się w koncie domu z komputerem... chociaż widzę, że on jest otwarty na jakąś interakcję ze mną. Czeka na nią wręcz.

Ale ja nie umiem.
Jestem wręcz chyba niemiła.

Nie rozumiem co się stało.
Nie umiem się z tego cieszyć, jestem jakaś taka... poirytowana.

Mam coś z głową.
C'mon..



sobota, 7 grudnia 2013

Słowo na sobotę

Dzisiejszy post wieczorową porą chciałam zacząć od "przepraszam", w stronę tych, którzy poczuli się dotknięci zakończeniem mojego ostatniego postu (historia znajomej, która zaszła w ciążę a potem ją straciła). Nie chciałam, żeby moje stwierdzenie zabrzmiało jak jakieś wartościowanie dramatu, czy coś podobnego. Przyznam, że po głębszym przemyśleniu tematu w mojej głowie pojawiło się kilka nowych refleksji. Nowe refleksje przypłynęły wraz z postami pod wpisem.
Szczególnie tym od Juti... który dobitnie mi wytłumaczył, jak krowie na rowie, o czym w ogóle mowa.
Wszystkie te sprawy, które nas dotyczą, cała ta historia płodności i niepłodności jest mega delikatna i na prawdę, jestem ostatnią osobą, która chciała by której z Was/Nas sprawić przykrość i nieprzyjemność.

A tak poza tym:
leżę z gilem wiszącym do pasa. Zatoki, które już od kilku miesięcy wysyłały mi sygnały, że coś się im nie podoba, wytoczyły działa wojenne. Zamiast oddać się szałowi przedświątecznego sprzątania i zakupów, leżę owinięta w polar i nabawiam się odleżyn. Towarzyszą mi wielkie, białe prochy antybiotyku.

Na HSG póki co zdecydowałam się w szpitalu ("piszę "póki co" bo nie wiem, czy jeszcze się nie zmieni w temacie...). Okazało się, że w klinice koszt wszystkich badań i wizyt to niemal 1000 PLN, więc stwierdziłam, że dam radę. Dzwoniłam do położnej w szpitalu, żeby się umówić, ale okazało się, że mam się zgłosić dopiero w styczniu, bo w grudniu nie ma już miejsc. Pytałam też o możliwość dodatkowego znieczulenia, ale nie ma takiej opcji. Podają tylko ketonal dożylnie i tyle.

Na koniec dodam jeszcze, że cudowne skutki uboczne Clostilbegytu, który przyjmuje małżonek trwają. Nie ograniczają się już tylko do popędu seksualnego, ale również do przymilności ponad miarę i nad wyraz nadzwyczajnego okazywania stanu zakochania. Jak dla mnie to może sobie brać te proszki nawet i cały 2014 rok.. ;)

Aha, dodatkowo obserwuję po Jego stronie niesamowitą ewolucję w temacie naszej niepłodności.
Jakiś czas temu, co widać nawet w moich wpisach, nie dało się z Nim poruszyć tego tematu. Teraz sam wychodzi z inicjatywą, chętnie chodzi do lekarza (wręcz pilnował ostatnich wizyt i sam się na nie wprosił), potrafimy o tym rozmawiać a nawet, uwaga -uwaga, zażartować sobie z niej czasami. Jesteśmy w tym razem.

Mimo wszystko jednak: zbliżających się cudownych Świąt, fajnych skutków Clostilbegytu, Jego rozmowności w temacie... ta franca - niepłodność - cały czas jest z nami.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Pryszcze, okres & straszne historie

Po miesiącu intensywnego bzykania dostałam okres.
Dzisiejsze krwawe wydarzenie zostało poprzedzone istną inwazją syfów na mojej twarzy.

Nie oznacza to jedynie tego, że nie jestem w ciąży i mam pryszcze.
Oznacza to również fakt, że oto nieuchronnie zbliża się badanie HSG.

Teraz waham się jedynie, czy robić to w mojej prywatnej klinice za 500 zł ze znieczuleniem (nie wiem jakim), czy zrobić ze skierowania jakie dostałam, do szpitala, nieodpłatnie.
Może zadzwonie jutro do mojej kliniki i dowiem się jakie oni tam dają znieczulenie.
Dodam, że mam bardzo niski próg bólu.

Zastanawiam się, czy to HSG w ogóle ma sens przy naszych badaniach nasienia.
Poprzedni lekarz, u którego byliśmy zasugerował, żebyśmy po HSG podeszli do inseminacji. Na moje pytanie, czy to ma sens (inseminacja oraz HSG) odpowiedział:

"Zawszę jest sens, droga pani. Do zapłodnienia potrzeba 1 plemnika. Pan ma je waleczne i to w dodatku 6 milionów. Nie takie cuda już widziałem."

W związku z tym plan na dziś jest taki:
- HSG - dla świętego spokoju
-styczeń - badanie nasienia
- inseminacja, jeśli będzie jakieś w miarę
- od razu zapis na in vitro.

Końca nie widać.
Boże, jak to się wszystko wlecze.
Czy to się kiedyś skończy?

W związku z tym, że mój dzisiejszy wpis tryska optymizmem, chciałam przytoczyć jeszcze jedną, przesympatyczną historię z cyklu "historia poroniona".
Istnieje sobie koleżanka, a raczej: znajoma, z którą zwykłyśmy sobie przy winku czerwonym, w za dużej ilości, dyskutować na temat naszych starań o dziecko. Ona dopiero zaczęła stosunkowo niedawno, więc.. Dyskutowałyśmy jakoś niecały rok temu, zanim zaczęliśmy się z Małżem leczyć w klinice. Jeszcze wtedy wierzyłam mocno, że wszystko będzie ok.
Nie widziałam się z nią jakiś czas. Byłam ostatnio na imprezie urodzinowej jej przyjaciółki - nie było jej. Od razu wyczułam pismo nosem, że coś jest na rzeczy, ale jej przyjaciółka przeczyła. Ale czułam, że coś jest nie tak. Nawet... dziwna sprawa.. ale wychodząc na imprezy, gdzie przypuszczałam, że ona będzie, miałam taką brzydką obawę, że jak się zobaczymy to ona na pewno będzie w ciąży a ja nie. Brzydkie to, ale przyznaje się, że tak mam. Mam brzydkie odczucia w stosunku do ciąż innych.

W ostatnią sobotę, podczas zakrapianej posiadówki u nas, jej przyjaciółka wyjaśniła mi o co chodzi. Tamta koleżanka była w ciąży. Ale już nie jest.
Okazało się, że zarodek był nieprawidłowy, że komórki połączyły się nie prawidłowo i w 3cim miesiącu (albo wcześniej, sama nie wiem) dowiedziała się, że ciąża na pewno obumrze. Nie zgodziła się na sztuczne usunięcie. Czekała na naturalne poronienie. Do czego oczywiście doszło.
Niezbyt sobie ku***a wyobrażam taki moment naturalnego poronienia, w domu. Przecież 3 miesiące to ten zarodek nie jest już jakiś mikroskopijny. Chyba.
Słaba historia. Słabiutka.

Wiecie co sobie pomyślałam?
/ coś czuję, że za raz walnę ryzykownym stwierdzeniem i mogę zostać ukamienowana /
Że to jest owszem, przestraszne. Nie wiem jak starszne, bo nie przeżyłam. Bardzo jej współczuję.
Ale ona chociaż wie, że są zdolni do zapłodnienia (tematu donoszenia nie poruszam).

czwartek, 21 listopada 2013

W biegu

Ostatnimi czasy, poza miłymi chwilami w małżeńskim wyrku, pochłonęła mnie kompletnie praca.

Wiele się ode mnie oczekuje a ja staram się dawać z siebie na maxa.
Miałam jednak w poniedziałek (w końcu) rozmowę ewaluacyjną i usłyszałam kilka słów, na temat tego, czego się ode mnie oczekuje, a czego jeszcze nie osiągnęłam.
Była to po części racja, ale na pewno nie był to feedback złożony "na kanapkę" (czyli przeplatanie słów pochwał ze słowami wskazującymi, co trzeba poprawić). Była kulturalna, na wysokim poziomie, ale gdyby odsiać z tego wszystkie konwenanse, konkrety mówią: weź się, spręż.
Nie czuję się zmotywowana. Czuję się zagubiona i wystraszona, że nie sprostam temu, czemu powinnam sprostać.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że zżera mnie moja własna ambicja walcząca z ograniczeniami umysłu. Jestem zawodowo zmęczona a mam niecałe 30 lat.
Jestem dobra w tym co robię, ale nie mogę zrobić kroku do przodu.

We wtorek byliśmy u kolejnego lekarza. Skierował nas do niego ten doktorek od teściowej (z którą od czasu ostatniej awantury nie mam nawet cienia kontaktu). Do tematu podeszłam o dziwo bez emocji, bo jestem tak pochłonięta stresem płynącym z pracy, że nie mam wolnych neuronów, żeby przepuszczać przez nie stres związany z niepłodnością.

W prostych, żołnierskich słowach:
  • 2 h wizyty i gadania
  • powiedział, że Clo małż może brać, ale i tak nic mu to nie pomoże prawdopodobnie (mówcie co chcecie, ja cenie taką szczerość)
  • wypisał mi skierowanie na HSG ( fuck..) a wcześniej, w drugim dniu cyklu, muszę zrobić jakieś badanie z krwi
  • o bakteriach coś tam gadał, że nie ważne - przytaczał wiele jakiś tam argumentów, ale nie jestem w stanie ich powtórzyć
  • zbadał mnie 
  • wypisał jakieś tam leki na moje bakterie, ale wymusiłam to na nim
  • powiedział, że warto spróbować inseminacji, bo w niepłodności nie ma żadnych reguł
  • a jeśli insemka się nie uda, to w te pędy na in vitro
  • i że w niepłodności nigdy nie ma nic "na pewno" i "wszystko jest możliwe" .
I tyle.
Leków jeszcze nie wykupiłam. HSG zrobię, ale nie wiem jeszcze czy z tego skierowania, co on mi dał, czy zapłacę 500 zł w klinice, za takie ze znieczuleniem. Tam gdzie on mi polecił, dają Ketonal w zastrzyku.

Na pocieszenie kupiliśmy sobie samochód. Nówka sztuka, z salonu. Volswagen Tiguan.
Nie tam, żebyśmy srali dolarami. W leasing wzięliśmy, żeby trochę podatki obniżyć, bo nas zjadają.

niedziela, 17 listopada 2013

Intymnik

Serwus.
Melduję, że żyję i mam się dobrze.
Powiedziała bym nawet, że całkiem świetnie, biorąc pod uwagę okoliczoności.

Gdyby ktoś mi powiedział wcześniej jaki wpływ na mojego faceta będzie miał Clostilbegyt to bym mu zaserwowała te prochy... kilka lat wcześniej :-)

Występują u niego dwa objawy:

1/ humory (ale są dość zabawne akurat. trochę jak u kobitki przed okresem)
2/ ochota na seks.

Punkt dwa podkreśliłam. Powinnam go jeszcze wyblodować i zrobić czcionką co najmniej 30tką.
Po prostu jakby mógł to by mnie nie wypuszczał z łóżka :)
Zachowuje się jakby miał znowu 16 lat i widział mnie pierwszy raz na golasa :)

Wita mnie codziennie po pracy słowami:
"Cześć, idziemy do łóżka? :) "

Nie ukrywam, że korzystam z tego skutku ubocznego.
Z taką częstotliwością nie kochaliśmy się chyba od... 10 lat.
I to... bez zabezpieczenia.

Tak wiem, bakterie. Tak wiem, jestem nieodpowiedzialna. Tak wiem, leczyliśmy się i teraz robimy krok wstecz. Może.

Ale za to dawno nie czułam się tak pożądana i kobieca.
I znowu od kilku miesięcy mogę mieć nadzieję na cud. Że może jakoś, kiedyś.
Skoro tak mu testosteron skoczył (zakładam że to to skoro jest taka chuć) to może i armia się spisze?

Po prostu pojechaliśmy po bandzie i daliśmy szansę losowi, szczęściu, Bogu.
A nawet jeśli cud się nie zdarzy, jest fajnie. Tu i teraz.



A we wtorek zaczynamy dalsze wizyty lekarskie, o których napiszę niebawem.


środa, 6 listopada 2013

Kolejny lekarz, kolejny "zjazd"

Jest świeży blog, fajnie-miło było, ale się skończyło.
Nie dajcie się zwieść cukierkowemu szablonowi, bo generalnie jest chu*owo.

Krótka retrospekcja:
Po ostatnim "apogeum wkurwienia" zdołałam się uspokoić i jako tako wrócić do równowagi (czytaj: zamiotłam temat pod dywan). Zaliczyłam kolejną mszę o uzdrowienie u Jezuitów, co działa na mnie jak prozac, valium i kokaina w jednym.
Postanowiłam zignorować pierdolącą od rzeczy teściową, co mi skutecznie wychodzi.
On zakończył wreszcie projekt, nad którym siedział kilka ostatnich miesięcy dzień i noc.
Projekt odbił się pozytywnym echem w branży a ja odzyskałam partnera życiowego. Obecnie między nami jest świetnie. Bombowo.
Sprawy łóżkowe się ożywiły i to z pożądania a nie konieczności prokreacji. Pozwoliliśmy sobie nawet na małe szaleństwo bez zabezpieczenia przed moimi bakteriami.
Długi weekend listopadowy minął bardzo miło, pojechaliśmy w moje rodzinne góry. Miło, rodzinnie, chilloutowo. Kocham Go. Czuję, że kroczymy razem ramię w ramię.
I to tyle, jeśli chodzi o słodkie pierdzenie.

Kolejny zjazd do "piekła niepłodności" nastąpił dziś. Cholera wylazła spod dywanu, pod którym była trzymana.
Skorzystałam z rady teściowej (no.. serio serio) i udałam się na wizytę do jej kumpla -lekarza - ginekologa. Wizyta była przekładana od jakiegoś czasu, bo on nie mógł.
Dziś poszliśmy, ja i małż.

Wizyta kompletnie uaktywniła cały smród tego cholernego problemu niepłodności.
Niby nic się nie wydarzyło na niej szczególnego.
Pan mocno skupił się na mnie, jakby fakt, że Małż. ma 6 milionów plemników nie stanowił problemu.
Wypytywał mnie o wszystko, aż dokopał się do faktu, że ja, moje Panie, nie miałam jeszcze sprawdzanej drożności jajowodów. Jakoś lekarz mi tego nie zalecił w żadnym momencie. Nie wiem dlaczego.
Finał wizyty był taki, że:

- on nam nie pomoże, bo się nie zna
- za to skieruje nad do swoich kumpli-specy-magików-od-niepłodności, po znajomości oczywiście
- oni mi pewnie te jajowody poprzepychają jak trzeba (czy tam coś z nimi zrobią)
- z bakteriami mam dać sobie spokój (tymi moimi, co ich nie wyleczyłam), bo to na pewno nie jest powód i mam temat olać
- i 100 zł po proszę , dziękuję, do widzenia.

Wyszłam z gabinetu w kawałkach.
Najpierw głowa, potem kadłub a za mną wlekły się nogi.
Teściowa ma rację. Jestem histeryczką.

Co mnie rozwaliło?
Nie wiem.

Może to, że lekarz właściwie nic nam nie powiedział nowego?
Może to, że miałam w głowie plan (następujący: On bierze Clo, w styczniu badanie nasienia, na pewno będzie słabe, więc w marcu startujemy do in vitro z programu, z czystym sumieniem, że zrobiliśmy wszystko co się da) a on mi go jakoś rozpieprzył bezceremonialnie?
Może to, że muszę zrobić tą cholerną laparoskopię czy jakkolwiek to się nazywa, a z tego co czytałam, to zajebiście boli?
Może to, że każda wizyta u lekarza jest dla mnie wyczerpująca psychicznie a te nadęte, spasione dupki nie wykazują żadnego zrozumienia i empatii?
Może to, że Małż siedział ze spuszczoną głową i za wiele nie mówił?
Może to, że lekarz nie wymyślił żadnego magicznego sposobu na zajście w ciążę natychmiast?

Nie wiem.

Wiem natomiast, że jestem w momencie, którego tak bardzo się obawiałam, po odebraniu pierwszego sygnału o naszej beznadziejnej sytuacji  (Jego wyników nasienia w maju). Wtedy bardzo bałam się drogi, jaką przyjdzie nam pokonać w tej walce.
Jestem właśnie na tej drodze. Przeszłam spory kawał i jestem zmęczona, zaczynam tracić siły a końca tej drogi nie widać.

Nie mam ani GPSa, ani mapy a światełka na końcu drogi też jakoś nie widać.


wtorek, 5 listopada 2013

Świeży, piękny i pachnący

Witam na "nowym" :)

Męczyłam się z przeniesieniem bloga przeokrutnie.
Przeprowadzka z Tumblra nie była łatwa. Pokusiłam się nawet o własną domenę, z czego jestem dumna, jak paw.

Myślę, że i mnie będzie łatwiej się pisało na bloggerze a Wam łatwiej komunikowało, komentowało (mam nadzieję :).

Przez jakiś czas jeszcze będą trwały pracę nad dopracowaniem warstwy wizualnej (nie wiem czy ten szablon nie jest zbyt agresywny).

Anyway, witajcie na "nowym" :)

High five!

piątek, 25 października 2013

Apogeum kur**cy

< sorry za brak polskich znaków, piszę z komórki >

Wczorajszy dzień był jakimś apogeum.

Po “pracy” (chociaz w wypadku takiego poziomu bezproduktywności jest to mocne nadużycie) pojechalam na zabiegi rehabilitacyjne, bo jestem po skreceniu kostki. Zadzwonila tesciowa ze swoimi madrosciami i solidnie wyprowadzila mnie z rowniwagi swoimi madrosciami zyciowymi dojrzalej paniusi.

W telegraficznym skrocie:
- jestem histeryczką, nie mogę do tego TAK podchodzic
- nigdy mnie nie ma w domu, wiecznie jestem w pracy, albo na angielskim, albo z koleżanką - wychodzi na to, że gdybym lepiej dbala o ognisko domowe to bym byla w ciąży już
- zle wyniki S. to wynik złej diety i trybu życia, co jest tez oczywiście moją winą
- poza tym wspominałam kiedyś, że moja mama też miała problemy, wiec to wszystko jest genetyczne i nie ucieknie sie od tego
- generalnie ja juz wszystko przekreslilam i z takim podejsciem to nic nie zdzialamy.

Moja reakcja byla dosc zdecydowana i glosna. Mam wrazenie ze slyszalo mnie duzo wiecej osob na ulicy niz powinno. Prulam sie na cale gardlo. Poczulam wszystko to, co we mnie siedzi.
Ulało mi się na całego.
Raczej ja zatkalo.

Powiedzialam jej żeby sobie dała spokoj bo nie ma pojecia zielonego co przechodzimy: ja i jej syn. I ze pierdoli od rzeczy o tematach ktorych nie rozumie, bo skad. Ze jak byla w moim wieku to miala 10cio letnie dziecko. Ze nie ma zielonego pojecia jak to jest przezyc 3 lata w zludzeniach, nadziejach i nigdy sie, kurwa, nie dowie.
Zdebiala i o dziwo przeszlsmy do bardziej merytorycznej rozmowy. I o dziwo- nie rzucilam sluchawka.

Ale po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że to jest drurna, niezbyt blyskotliwa paniusia. Ot, taka slodka idiotka, ktora co drugim zdaniem utwierdza rozmowce o swoim braku nawet ciasnego rozumku i cienia inteligencji.

W nastepnej kolejnosci malzonek zrobil mi awanture z pretensja, ze po co jej mowilam. Dostalam opierdol, ze powiedzialam obu matkom. Stwierdzil, ze ma prawo bo to jest, uwga czytelniku, usiadz wygodnie: JEGO PROBLEM i nikogo innego.
Myslalam ze mu walne z liscia w tym momencie i poczulam sie taka kurna sama z tym wszystkim, jak jeszcze nigdy w zyciu. Z nikad zrozumienia.
Ja w ogole mam wrazenie, ze on ma z lekka wyjebane w temacie.

Wisienką na torcie tego przemilego dnia byla wycieczka do przychodnii po wyniki mojego posiewu.
Przywitala mnie przemila karta z laboratorium z informacja, ze oto moje dwie przesympatyczne bakterie postanowily pozostac ze mna na dluzej.
Czyli nie wyleczone i nadal nie mozemy powrocic do staran (on nie ma juz bakterii wiec bym go zarazila znowu).

Grande finale byl moj wielki lament w samochodzie, ze dlaczego mnie tak Bóg każe, przeciez nic mu nie zrobilam. Do malzonka wtedy dotaro, ze ze mna jest slabo, skoro odwolania do Najwyższego polecialy.

Mila atmosfera w domu, bardzo mocna melisa, wypita duszkiem lampka wina i koty sprawily, ze zasnelam jak… niemowle.

Wkurwiona, oto dzis o 8 rano stawilam sie na wizyte u gina z wynikiem badan. Ja i moje bakterie.

Pani dokor, ktorej nie lubie, twierdzila ze nie wiadomo ile tych bakterii jest wiec nie ma sie co przejmowac.

Wiec mi sie znowu ulalo dosc zdecydowanie, ze mnie nie interesuje ile ich jest, ma ich nie byc, bo nie bede meza zarazac, ze wlacze z niepłodnością i mam wizję in vitro nad głową. I ze porządnie ma byc. Nie po to leczyliśmy się 2 miesiące, żeby teraz zacząć się zarażać, bo “pani doktor się wydaje”.

Wiec siedzę teraz i czekam na wyniki. Powiedziałam jej ze 3 lata czekam na dziecko wiec 30 min na wyniki tez poczekam.

No i czekam.
A owocem jest ten oto wylewny wpisik.

czwartek, 24 października 2013

From "chill" to "hell"

Trwam w po-wtorkowym szoku.


Nie mogę się na niczym skupić. Chciałabym się rzucić w wir pracy, ale mam akurat spokojniejszy okres, więc tym bardziej mi trudno.


Skaczę myślami non stop od in vitro, do błagalnych myśli wysyłanych do Boga, do cienia myśli o adopcji, od nadziei do jej braku.


Jestem w czarnej dupie.
Nie da się tego inaczej opisać.


Był chill. Teraz jest hell.


Chciałabym, żeby czas płynął szybciej.
Pstryk.
Żeby już był styczeń i żebym wiedziała, że wyniki nasienia nadal są do dupy.

Pstryk.
Marzec.
Stoję przed kliniką już zakwalifikowana do in vitro.

Pstryk.
Jestem w ciąży.
( Mój Boże, jak to zdanie pięknie brzmi.)


To wszystko już tak strasznie długo trwa.
Tak strasznie jestem zmęczona.
Taka straszna niesprawiedliwość.

Czy to się kiedyś skończy?

W 2014 roku będę w ciąży.
W 2014 roku będę miała brzuch.
I rozstępy. I będę się z nich cieszyć.


PS. Już miałam kliknąć publikuj…i właśnie w tym momencie weszła do mnie do pracy koleżanka w 9tym miesiącu ciąży z wizytą. Moje uczucia są brzydkie, nieładne.

wtorek, 22 października 2013

Nadzieja umiera ostatnia

Retrospekcja zgonu.


Bezproduktywny dzień w pracy. Ból brzucha z nerwów.

Do androloga spóźniliśmy się z 30 minut, bo korki.
Zapomnieliśmy gotówki. On nie zabrał karty. Musieliśmy dzwonić do kumpla, prosić o pożyczkę przelewem. Wypłata z bankomatu. Potem bieg do kliniki. Ja byłam w rozsypce. Łzy w oczach, szał w duszy.


Odebraliśmy cholerną kopertę. Panie w pomarańczowych kitlach na recepcji ruszały się wolniej niż 100 letnie żółwie. Wypisywała sobie coś na komputerze a koperta leżała obok.
"Czy może mi pani podać już tą kopertę?"
Pani spojrzała z rozbawieniem, podała. Niech jej ten uśmieszek cholerny bokiem wyjdzie.


Wyniki gorsze niż ostatnio.
Zamiast 6,5 mln plemników - 4,5. Morfologii tym razem nie zrobiono, bo było ich za mało.
Reszta wyników jest nieistotna na ten moment.
Jedno słowo: są gorsze niż ostatnio.
Ale nadal lepsze, niż za pierwszym razem.

Bakterii u Niego nie ma. Posiew jałowy.
Nie ma. Ale parametry nasienia się nie polepszyły. Wręcz przeciwnie.


Pani androlog zasugerowała nam, właściwie sama nie wiem co:


  • nie ma co się martwić, bakteria wyleczona, ale to 3 miesiące po zamknięciu leczenia antybiotykiem potrzeba, żeby wszystko wróciło do normy

  • myśleliście o in vitro? Lepiej zacznijcie.

  • chciała nam dać na 2 miesiące witaminy a potem dopiero kurację Clostilbegytem. Od razu poprosiliśmy o Clo. A raczej On poprosił. I dostaliśmy.

  • Clo jest dla nas ostatnią deską ratunku. Jeśli Clo się nie sprawdzi - albo cud, albo in vitro.

Siedząc w gabinecie miałam chwilę załamania. Dr o coś mnie zapytała, odpowiedziałam prawie płacząc. Miła kobieta spojrzała na mnie ciepłym, współczującym spojrzeniem. Czułam to.
Przebadała nas na wylot. A raczej - Jego. Nie wiem, co by jeszcze mogła zbadać. Chyba fazy księżyca, jak słowo daję…


Wyszliśmy.
Czułam się pusta w środku, jak bańka mydlana.


Jestem pod wrażeniem tego, jak rozmawialiśmy o in vitro po wyjściu z gabinetu. Nie skakaliśmy sobie, w drodze wyjątku od reguły, do gardeł. Wspieraliśmy się słowem. Czułam,że jesteśmy małżeństwem. Jedziemy na jednym wózku, którego ciągnie zaprzęgnięta miłość.


On nie ma problemu z in vitro.


Ja mam. Ale czuję… ulgę chyba czuję.
Jesteśmy bliżej końca tego cholernego koszmaru. Rozwiązania, jakiekolwiek będzie.


Aczkolwiek nie wiem, czy jutro rano znajdę w sobie siłę, żeby wstać z łóżka.

poniedziałek, 21 października 2013

Znaki


Źródło zdjęcia: http://naturalknowledge247.com


Już kiedyś chyba pisałam, że wierzę w znaki. W jakąś taką Opatrzność, która nadaje kierunek naszemu życiu i czasami dyskretnie podsuwa nam rozwiązania, przyszłość, opcję, marzenia, puszcza do nas oko, sugeruje.
Nie rozpatruję tego w kategorii manipulacji.


W temacie naszego rodzicielstwa, od czasu do czasu natykam się na takie.. znaki.

Dla niektórych mogą one wydawać się błahe, nieznaczne, ale okoliczności w jakich się pojawiają, odczucia jakie ze sobą niosą, myśli, których są impulsem, sprawiają, że znaczki stają się znakami.


#1
Za pierwszy z nich uważam nasze “spiknięcie” się i wyjazd z parą znajomych z dzieckiem, o których pisałam kilka wpisów temu. Przez nich właśnie zdecydowaliśmy w tempie ekspresowym, że oto właśnie chcemy i będziemy mieć dziecko.
To nie mógł być przypadek.
Bóg zdecydował, że już czas nam pokazać. I wybrał ich, jako drogę pokazania nam, że to całe rodzicielstwo dotyczy także nas.
Że my, ta dwójka przekornych i zakochanych dzieciaków (well, to nic że wtedy już przed 30tką) już powinna o tym pomyśleć.
Nie musiał nas długo namawiać. Znalazł idealną drogę. Prosto do serca.

#2
Kilka miesięcy temu, w czerwcu, adoptowaliśmy małego kotka. Świetny futrzak. Mój kotek idealny.
Niedługo potem powtórzyliśmy badanie nasienia. Po wizycie u lekarza chciałam schować tą cholerną kopertę z wynikiem badania nasienia do segregatora z dokumentami. Otworzyłam segregator w dowolnym miejscu, wsunęłam kopertę do koszulki, w której były już jakieś dokumenty. Kiedy już miałam zamykać segregator i odstawić go na półkę spojrzałam na dokument, który był tam wcześniej. Na kartce widniał tłusty, czarny nagłówek: UMOWA ADOPCYJNA. Chodziło oczywiście o kota.
Czytelnik może pomyśleć: pff, bzdura. Szczególnie czytelnik, który rzeczywiście adoptował dziecko, może czuć się wręcz dotknięty moim porównaniem. Ale w tym jednym momencie, tuż po wsunięciu  koperty do koszulki w segregatorze, poczułam nagle uderzenie adrenaliny, nagle zdałam sobie sprawę, że nie wiem, jaki plan ma na nas Bóg. Dosłownie stęknęłam pod nosem i wyszeptałam: “Boże, proszę Cię, nie… nie damy rady.” *
(nie chodzi mi o to, że uważam adopcję za coś niewłaściwego. Po prostu w tamtym momencie nie byłam jeszcze gotowa na rozważenie tej opcji).

#3

Dziś do pracy wpadły bliźniaki mojego szefa.
Pierwszy raz, odkąd tam pracuję. Wesolutkie, różowe małe prezesiki.
Obserwowałam kątem oka, z niejakim rozbawieniem i rozczuleniem, jak mój szef, świetny gość zresztą, wciela się w role ojca.
Pracuję w tym miejscu już kilka lat, ale dzieciaki wpadły po raz pierwszy. I nie kwalifikowało by się to żadnego ze znaków, gdyby nie to, że wiem, że dzieci są poczęte metodą in vitro. A my jutro,punkt 17:30, mamy sądną wizytę w klinice, u pani androlog.


I tak oto, jestem w tym momencie w potrójnym rozkroku pomiędzy macierzyństwem “naturalnym”, in vitro i adopcją.


Do zobaczenia, pani androlog.
See You tomorrow.

piątek, 18 października 2013

Humory muchomory

Humory u mnie adekwatne do pogody.


Czekamy.
Czekamy na wyniki nasienia.

Zapewne już są, ale przez telefon mi ich nie podadzą.
Zapewne ta wstrętna, znienawidzona koperta z logo kliniki leży sobie w jakiejś wstrętnej, metalowej szufladzie i czeka.

Czeka na spektal, który odbędzie się, kiedy ją chwycimy w dłonie, otworzymy i odczytamy zawartość.

Ja zaczynam już przekraczać granice ludzkiego zniecierpliwienia i poddenerwowania.

Robię wszystko, żeby zagłuszyć rzeczywistość.
Dzień zaczynam o 6 rano.
Potem rehabilitacja (skręcona kostka) / angielski / albo coś jeszcze innego.
W pracy do 19:00.
Wieczorem zamykam się w “pudełku nicości” oglądając seriale, w których ludzie są ładni, wypoczęci i szybko i szczęśliwie rozwiązują swoje problemy. Śpię.
And here we go again.
A seksu jak od sierpnia nie było, tak nie ma.


Pojadę jutro po tą cholerną kopertę. Muszę się przygotować na wtorkową wizytę u Pani Profesor androlog.
Marzę, żeby zakwalifikowała nas do inseminacji.

poniedziałek, 14 października 2013

Drama Queen

Wrócił wczoraj z tego niedzielnego spotkania biznesowego i oznajmił, że żona jego wspólnika jest w ciąży z drugim dzieckiem.
I zniknął w czeluściach swojego gabinetu, zostawiając mnie w garach.


Rozsypałam się na kawałki, zupełnie jak miska, którą pieprznęłam o zlew.

A potem była już tylko awantura.
Wrzeszczałam jak opętana płacząc, i wykrzykując litanię gorzkich żali:


  • że dość mam tego, że on wiecznie pracuje

  • że sama jestem jak palec

  • że nie mam ochoty wracać z pracy do domu

  • bo to jest umieralnia, grobowiec, zimne, szare ściany a nie dom

  • że jestem samotna

  • że albo coś zróbmy albo to zakończmy póki oboje jesteśmy piękni, młodzi, trzydziestoletni i mamy szansę ułożyć sobie życie.

Patrzę na to, co napisałam powyżej i zastanawiam się o co mi konkretnie chodziło.
O to, że pracuje w niedzielę (i w ogóle wiecznie po wsze czasy pracuje, amen) czy o to, że żona wspólnika jest w drugiej ciąży?

I’m a dramma queen.
< co nie znaczy, że nie miałam racji>

niedziela, 13 października 2013

"Ale za to niedziela będzie dla nas..."








Niedziela.
Wyskoczył z łóżka jak oparzony tuż po przebudzeniu i pobiegł na spotkanie biznesowe. Nie, żeby to była jakaś wyjątkowa sytuacja.
Po prostu, dla Niego to jest naturalne.


I tak leżę sobie sama w łóżku, obsiadły mnie koty i tak się zastanawiam, czy nasze życie jest “nienormalne” czy po prostu nie ma czegoś takiego jak “normalność”?

Ja bym chciała, żebyśmy w domu, w odpowiednich godzinach i porach, mieli czas i przestrzeń tylko dla siebie. 
On każdą swoją chwilę poświęca pracy. Startupom. Planom na wielki biznes. Przybliżaniem ich do rzeczywistości. 

Trudno mi to zaakceptować.
Mieszkamy razem od ładnych kilku tak, a ja nadal nie przyzwyczaiłam się, bo… chyba czekam, aż on się zmieni. Ale przecież wszyscy wiemy, że się nagle nie zmieni. 

Byłam kilka lat temu u wróżki. Powiedziała, że dla Niego zawsze praca będzie miała ten sam priorytet co rodzina. Dla mnie ważniejsza będzie rodzina.


Powiedziała mi także, że koło czterdziestki będę miała drugiego męża. Na własne życzenie.

Dlatego właśnie nie powinno się chodzić do wróżki.

niedziela, 6 października 2013

Powrót z krainy chilloutu



Cześć i czołem, zaczynam wracać z krainy chilloutu.
Co ciekawe, zbiegło się to z kolejną mszą o uzdrowienie, na której byłam w ubiegłą niedzielę.

Moja głowa i serce zaczynają sobie przypominać o problemie.
Moje nerwy stały się mega wrażliwe na Jego odchyły od moich oczekiwań.

Myślę, że to dobrze, że tak powinno być.
Czas zabrać się za robotę i wrócić do tematu. Bo ostatnio zamietliśmy temat pod dywan i łapaliśmy oddech, chilloutując się.

Mam Go zapisać na piątek na badanie nasienia.Ja w tym czasie muszę także sprawdzić jak tam moja flora bakteryjna wygląda.


No i seks. Hello? Nie pamiętam jak to się robi.
Nie kochaliśmy się 2,5 miesiąca! Nie wiem co się stało. Ani ja nie próbowałam. Ani on. Może po prostu potrzebowaliśmy brejka.

A co najciekawsze w tym wszystkim? Okres mi się spóźnia ponad 3 dni.
Taka sytuacja.

piątek, 27 września 2013

Chill & freez

Spokój, o którym pisałam w ostatnim wpisie nadal się utrzymuje.
Tak się zchillowałam, że kompletnie straciłam zapał do starań. Gdzieś mi umknął. I zabrał ze sobą smutki i smuteczki.

Za to rzuciłam się w dziki wir pracy.
Ilość pracy, którą wykonuję, jest wprost proporcjonalna do mojego zadowolenia z siebie i satysfakcji.
Muszę odnosić sukcesy i sukcesiki, żeby być zadowoloną z siebie.

On zakończył antybiotyki ze 3 tygodnie temu i jest gotowy na badania.
Ja zakończyłam swoje (no, 2 ostatnie globulki olałam) i też jestem ready to check, czy wytępiłam dziadowatą bakterię.

Tylko, że jak sobie pomyślę, że znowu mam przechodzić przez te badania, wizyty i inne to mi się odechciewa.

On ostatnio prowadzi druzgocąco niehigieniczny tryb życia.
Pracuje jak szalony, nie je, nie śpi, pali, nie rusza się i trzyma komputer na klejnotach.
Te jego plemniki musiały by być z mosiądzu, żeby przetrwać.

Nie kochaliśmy się od 2 miesięcy.
Ostatni raz na Mazurach na łódkach.

Czas wziąć się w garść i ogarnąć rzeczywistość.

niedziela, 1 września 2013

Oczyszczenie & wyciszenie



Cześć i czołem,


dawno się nie uzewnętrzniałam. Przechodzę ostatnio przez wszystkie fazy nastrojów. Obecnie zaliczam fazę kompletnego chillu w temacie niepłodności.

Od czasu mojego ostatniego wpisu przez dłuższy czas następował proces fermentacji moich odczuć w temacie niepłodności. Byłam w rozsypce, non stop chciało mi się beczeć, z Nim kompletny brak porozumienia. Niby jak, skoro w ogóle nie gadaliśmy.

W niedzielę tydzień temu wybrałam się na mszę o uzdrowienie do kościoła jezuitów. Na mszę wpadłam jak petarda, spóźniona blisko 10 minut, zgoniona i generalnie na ciężkim wkurwie.

Msza trwała prawie 2,5 godziny, zbeczałam się na niej jak dzika i od tamtego eventu ogarnął mnie jakiś… wszechobecny spokój w temacie braku ciąży i braku, póki co, perspektywy na pozytywną betę.


Nie wiem co się stało. Nie jestem wzorem praktykującej katoliczki. Ale ta msza… coś definitywnie we mnie się zmieniło, ruszyło.


Na ten moment małż bierze anybiotyki na te swoje bakterie (już kończy), ja biorę globulki również na bakterie. Te same zresztą, co On.

3 tygodnie po zakończeniu kuracji czeka nas ponowne badanie nasienia, ja posiew, On posiew i zobaczymy. Czuję, że wtedy wszystko się rozstrzygnie.
Czy będziemy mieli szansę powalczyć naturalnie, czy będziemy musieli rozstrzygnąć wewnętrzną walkę pod dramatycznym tytułem “in vitro vs adopcja”.

A póki co, jest we mnie jakaś taka nadzieja, na lepsze jutro.
Takie jakieś odczucie, że nawet to “dzisiaj” nie jest takie złe.
Gdzieś tam, kiedyś, jakoś czeka mnie szczęście bycia matką.

A jak - czas pokaże.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Ten pierwszy raz

image



Pamiętam dobrze moment podjęcia decyzji o dziecku.
Blisko 3 lata temu wyjechaliśmy na wspólne wakacje z parą znajomych i ich 2 letnim wtedy synkiem.
Typowe wakacje all inclusive w ciepłych krajach. Chcieliśmy się gdzieś wyrwać, akurat oni wyjeżdżali i jakoś tak wyszło.

Na początek dodam, że nigdy nie lubiłam dzieci i nadal nie jestem ich fanatyczną fanką. Wręcz przeciwnie. Mam kilku wybrańców, których darzę ciepłym uczuciem. To wszystko. Dzieci na ulicy nie zachwycają mnie. Nie “gugam” nad nimi, nie dotykam. Nie interesują mnie, dopóki nie zaczną zakłócać mojego spokoju wyjąc, wrzeszcząc i biegając w okolicy 500 metrów.

Do czasu wyjazdu w ogóle nie podejmowaliśmy tematu dziecka i nie mieliśmy w ogóle kontaktu z dziećmi. Mieliśmy wtedy jakieś 26/27 lat. Temat dziecka w ogóle dla nas nie istniał. Aż do tego momentu. Pojawił się gwałtownie, nagle, niespodziewanie i bardzo zdecydowanie.

Spotkaliśmy się z nimi na lotnisku.
Oni - para w naszym wieku, całkowicie nam “podobna” z 2 letnim bąblem, wyjątkowej urody. Wielkie ślepka, krótkie, rozstrzelone mleczaki, ciemne loczki i dołeczki, kiedy się uśmiechał. Łaził sobie tym pokracznym krokiem, z pampersem ukrytym w dżinsach z H&Mu, ciągnąc za sobą wielkiego, pluszowego “piesia”. Słodziak do zjedzenia.

Przeszliśmy odprawę, samolot był spóźniony chyba z 2h.
Patrzyłam tak na nich i na tego małego i pomyślałam, że oni się niczym od nas nie różnią… i olśniło mnie. Zaczęła we mnie kiełkować decyzja o posiadaniu dziecka. Ale jeszcze wtedy na zasadzie: chciała bym a boje się.

Nie chodziło tylko o to, że ten dzieciak był ładny. Podobało mi się to, że oni w trójkę stanowią rodzinę.
Że są jacyś tacy zorganizowani i sfocusowani na tym małym. To dziecko nadało tej dwójce ludzi jakiś taki… wspólny mianownik, że obserwowałam ich jak wryta. I poczułam zazdrość.

Dolecieliśmy na miejsce. Dość zmęczeni i głodni. Ja z małżem po szybkim odstawieniu bagaży do pokoju niemal natychmiast rozpłaszczyliśmy się przy basenie. Oni musieli jeszcze ogarnąć temat dziecka, czajnika, kaszki, łóżeczek i innych takich. Było mi ich autentycznie żal, bo byliśmy wszyscy skonani, a oni zamiast natychmiast oddać się błogiemu relaksowi musieli ogarnąć całą masę spraw.

Leżeliśmy przy basenie w pełnym słońcu. On na swoim leżaczku, ja na swoim. Cisza. Wiem, że oboje myśleliśmy o tym samym.

Ja: Kurde, fajny taki ten mały.. fajnie tak dziecko mieć. Zobacz, oni sobie radzą, to my sobie przecież też poradzimy.
On: No, fajny.
Ja: Heheh..
On: Nom?
Ja: To co, próbujemy?
On: Okeeej.

I tak od stanu kompletnej nieświadomości w temacie posiadania dziecka przeszliśmy do decyzji o jego posiadaniu.
Zajęło nam to jakieś 4 h, od momentu posiedzenia na lotnisku do momentu znalezienia się nad basenem.

Bodajże jeszcze tego samego dnia lub następnego przeszliśmy od słów do czynów.
Pamiętam doskonale swój szok.
Trzeba Wam wiedzieć, że zawsze byliśmy hiper odpowiedzialni jeśli chodzi o zabezpieczanie się. Stosowaliśmy zawsze 2 metody antykoncepcji w tym samym czasie. Trochę taka paranoja.
Więc po pierwszej próbie byłam w szoku. Dosłownie.

Pamiętam ten moment, kiedy On kończył we mnie. Pamiętam dokładnie to uczucie, to ciepło, to pulsowanie, tą nieskończoną miłość.
Usiadłam potem na łóżku, zawinięta w prześcieradło i cała się trzęsłam. Być może nawet płakałam z emocji. Nie pamiętam dokładnie.
Nie omieszkałam nawet poinformować mojej mamy SMSowo, że oto właśnie podjęliśmy taką decyzję i spróbowaliśmy (może to kogoś dziwić, ale mam wyśmienitą relację z mamą).

Od tamtego momentu przez najbliższe kilka miesięcy byłam w permanentnej ciąży urojonej. Co miesiąc miałam pakiet objawów ciążowych. Łykałam witaminy dla ciężarnych, nie brałam żadnych leków i non stop byłam “trochę w ciąży”.

Tamte wakacje wspominam wspaniale. Byliśmy wtedy tacy szczęśliwi.
Od tamtego czasu postępuje proces fermentacji.
Wszystko się popierd***o.

Z mamą tego małego brzdąca, który tak nas popchnął do decyzji, od czasu tamtego wyjazdu bardzo się zaprzyjaźniłam. Jest teraz bardzo bliską mi osobą, najlepszą przyjaciółką, wtajemniczoną w nasze problemy. Bardzo mnie wspiera od samego początku, przeżywa razem ze mną i jest jedyną osobą, której mogę się wypłakać w rękaw (mamie nie chce rozrywać serca moim płaczem). Dziękuję Jej za to, że jest przy mnie, i  obdarowuje mnie całym tym swoim cudownym ciepłem.


Dzięki G.

sobota, 10 sierpnia 2013

Nocne rozmowy

Wczoraj rozmawialiśmy, ale wręcz wymusiłam to na nim.

Siedziałam przy komputerze, przeglądając blogi dziewczyn w podobnym położeniu, lub też już w trakcie in vitro.
Oczywiście minę miałam nie tęgą, wzruszenie na twarzy, deszcz w oczach.

Zajrzał przez ramię, przeczytał na głos z kpiną jakieś jedno zdanie (nie wiedząc zupełnie co czyta, to miał być żart).
Ten żarcik poderwał mnie z nóg jak oparzoną, strzeliłam klapą od komputera, zerwałam się na równe nogi, jak goły w pokrzywach,
i uciekłam z wielkim fochem, wrzeszcząc coś o “daniu spokoju”.

Dogonił mnie, po czym wysyczałam mu w twarz, i widziałam, że mocno jest zdziwiony:

"Czuję, że jestem z tym wszystkim sama! Że sama to wszystko muszę ciągnąć za sobą do przodu! Że gdyby nie moje wysiłki to tkwili byśmy nadal w miejscu, w którym jesteśmy. Biegam za Tobą w workiem leków, muszę się prosić i przypominać, żebyś je wziął. Gdybym nie wykupiła recepty, to nawet byś się nie pofatygował. Nie mam siły!”

I widziałam w Jego oczach… zaskoczenie? Jakiś taki strach?
Nie wiem co to było,ale widziałam to.

Próbowaliśmy potem nawiązać jakiś dialog, przez najbliższą godzinę.
On próbował przerwać rozmowę mówiąc, że bez sensu jest roztrząsanie scenariuszy.
Ja, że chce rozmawiać o tym po prostu, o sytuacji, o naszych uczuciach.

I nawiązaliśmy ten dialog, chociaż trochę to trwało.
Dowiedziałam się, że on kontroluje swoje myśli i nie dopuszcza do świadomości scenariusza, że nie uda się poprawić wyników nasienia.
Gdyby na to pozwolił, to by zwariował.
"Ja w sumie też chce mieć dziecko".


On:
"Przestań zadręczać się złymi myślami i weź do siebie te dobre. Przecież jesteśmy na dobrej drodze.
Pomyśl sobie, że to się kiedyś skończy. Wyobrażaj sobie, jak będzie wspaniale, kiedy to wszystko się skończy. Nazywamy to nadzieją i boimy się jej mieć, zupełnie niepotrzebnie. Żyjemy czarnymi myślami w obawie przed rozczarowaniem i to nas wprawia w jeszcze gorszy stan. Jeśli złe będzie miało przyjść, to i tak nadejdzie, niezależnie od tego w jakim nastroju będziemy. Nadzieja pozwoli nam w mniejszym stresie przez to wszystko przebrnąć.”

Nie wiem czy udało mi się to jakoś ubrać w słowa, ale ma taką cholerną rację.
Mogę się postarać wykrzesać z siebie więcej wiary, nadziei i optymizmu.
Spróbować chociaż.

wtorek, 6 sierpnia 2013

A ja w ruchomych piaskach tonę.



Jak sobie radzę z naszą niepłodnością?
Nijak. Nie radzę sobie.

Niby żyjemy normalnie, niby wszystko “jakoś jest”, ale jest chyba gorzej, niż sama sobie z tego zdaje sprawę.
To siedzi we mnie cały czas, jak taka obrzydliwa stonka.
Codziennie myślę o tym, co jakiś czas.
To pragnienie jakoś tak we mnie rozkwita,rośnie, wzbiera na sile.
Nasze mieszkanie,duże, ładne, stylowe, jak z żurnala Ikei jest takie puste.

Adoptowaliśmy drugiego kotka. Maluszek, ma kilka tygodni. Jest boski.
Ale załatał dziurę tylko na chwilę. Na kilka tygodni.

Czuję, że to co mamy, to nie jest rodzina.

Co chwilę się dowiaduję, że jakaś moja koleżanka jest w ciąży. Że urodziła. Wrzuca foty na Facebooka.
Dziś własnie jedną taką oglądałam. Siedziała śliczna w ogóródku z dzidziusiem na ręku, wpatrzona w nie jak w świety obrazek.
Ja nie wiem, co ona czuje. Nie rozumiem. Nie ogarniam.

Jestem zła. Wkurza mnie to.
Kiedy spotykam dziewczyny w ciąży, znajome czy nie, denerwują mnie.
Czuje złość na nie, na to, że raz spróbowały i bach - dwie kreski na teście.

Czuję, że ta cała bezpłodność bardzo wpływa na moje życie.
Tracę zapał do codzienności. Do mojej ambitnej pracy, w której jestem dobra i mam odpowiedzialne zadania.
Nie chce mi się wstawać z łóżka.

Prawie wcale o tym z Nim nie rozmawiamy. On jakby.. udaje, że tematu nie ma.
Kiedy ja zaczynam, wybucha na mnie, że ja jak zwykle histeryzuje, że nie ma co roztrząsać scenariuszy.
Więc ucinam i zapada cisza. On zamyka się w gabinecie, ja się snuję po domu jak dusza potępiona.

W moim portfelu leży recepta zwinięta w rulon, na Jego antybiotyki.
Jeszcze ja muszę zrobić badania, posiewy i też antybiotyki sobie zapodać.
Nie mam jakoś siły wykupić tej pieprzonej recepty. Nie mam siły zapisać się do lekarza na ten posiew cholerny.
Tym bardziej mnie to męczy, że On jakoś nie przejawia w ogóle zainteresowania. Nawet nie zapyta, kiedy wykupię te leki.
Bo to, żeby sam je sobie wykupił, to mu nawet do głowy nie przyjdzie.

Jestem tak cholernie samotna, do granic możliwości. Nie rozumiem dlaczego w sumie.

Aktualnie boje się myśleć o przyszłości. Jakoś kompletnie straciłam do niej zapał.
Mam wrażenie, że wszystko, co dobre mogło mnie w życiu spotkać, jest już za mną.

Powiedział mi kiedyś, jakoś za raz po tym, jak odebraliśmy te pierwsze, przeklęte wyniki nasienia:
"Ty masz chociaż wybór. Ja nie."

Tylko nie wiem co gorsze. Mieć ten wybór, czy go nie mieć.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Powrót do przeszlosci

Przesylam pozdrowienia z rejsu po Mazurach, aktualnie wyplywamy z gizycka. Z gory przepraszam za wszystkie orty - pisze z telefonu.
Czuje sie troche jak w powrocie do przeszlosci..



9 osob na jednej lajbie, rejs od portu do portu.



13 lat temu zaczela sie cala moja wielka milosc, rozkwitala wlasnie tutaj, na mazurach. Jako gowniarze, w tajemnicy przed rodzicami, pojechalismy na nasz pierwszy wspolny rejs zeglarski. Byla pasja, namietnosc, uniesienia i westchnienia. Byl i pierwszy raz. Za ostatnie pieniadze kupil mi u jubilera wisiorek i zalozyl oswiadczajac, ze bedziemy razem do konca zycia. To byly najbardziej emocjonalne chwile mojego zycia, pelne miliosci, pasji, emocji, motyli w brzuchu i seksu. Wszystko po raz pierwszy, smakowalo wyjatkowo rozkosznie. Mialam wtedy 16 lat. Niecale.



Teraz jestem gdzies miedzy Gizyckiem a Niegocinem, miedzy trzepiozacym fokiem a masztem i w promieniach zachodzacego slonca zastanawiam sie, co ja wlasciwie czuje.



Dla Niego ostatnimi dniami jestem po prostu niemila, chyba z kazdym z zalogi rozmawiam wiecej. Dziala mi na nerwy. Albo nawet juz.. mnie nie denerwuje. Po prostu jest gdzies obok. Spimy w jednej kajucie, jemy razem posilki.



Jest z nami pewna dziewczyna, ktora oswiadczyla mi, ze rozstala sie z chlopakiem po 6 latach zwiazku. Powod: wypalilo sie, przestala go kochac. Rozstali sie, absolutnie nie zaluje. Slyszac to pozornie kiwalam glowa ze zrozumieniem, a w rzeczywistosci wpadlam w wewnetrzna panike. Czy to wlasnie dzieje sie ze mna?



Co najgorsza, mam prawie 30 lat i jescze nigdy nie czulam sie tak pewna siebie, swiadoma wlasnej kobiecosci, chetna do seksu i prowokacji i to na moich warunkach.



Chcialabym poznac odpowiedz, i chcialabym, zeby brzmiala ona: kocham.

środa, 24 lipca 2013


Wczoraj byliśmy u androloga i odebraliśmy wyniki. Całą stertę wyników Jego badań. I to najważniejsze: wynik drugiego badania nasienia.


Good news: okazało się, że jest poprawa.
Z 2,2 mln w 1 mln zrobiło się 6,4 mln!
W totalu z 7 mln zrobiło się 28 mln.
Morfologia bardzo spoko, dużo żywotnych.
Budowa poniżej normy: 3% prawidłowych.

Nie jest to stan zadowalający oczywiście, ale jest lepiej.
Dodatkowo okazało się, że On ma 2 bakterie w nasieniu, które mogą być przyczyną mojego chronicznego zapalenia pęcherza i gorszych wyników nasienia. Dostał antybiotyki, ja muszę zrobić badania również i również antybiotyki. Do tego czasu seks tylko z mechanicznym zabezpieczeniem, żeby się nie zarażać wzajemnie.

Jesteśmy daleko od celu, ale jest nadzieja. Jest jakieś tam malutkie światełko w tunelu, jakaś nadzieja się tli.

Moja nadzieja, która ostatnio mocno podupadła…
Boże, daj mi siłę do walki, daj mi więcej nadziei, daj mi cierpliwość.
Daj mi siłę, żeby przetrwać tą… próbę.

wtorek, 23 lipca 2013

Sądny dzień

Wtorek, tydzień się rozkręca zupełnie beznamiętnie.
Niby fajnie, ale nijak.

Dziś po południu mamy odbiór wyników z powtórzonego badania nasienia i wizytę u androloga. Nie jestem w stanie przewidzieć, jaki będzie wynik i moja reakcja na niego. Już się przekonałam, że w tej dziedzinie nie da się przewidzieć swoich reakcji.

Boje się o Niego, jak On zareaguje w wypadku gorszych lub niepoprawionych wyników.
I siebie też się boję, bo mogą głowa, moje uczucia, zupełnie wymykają mi się spod kontroli, jak się okazuje.

Wydaje mi się, że dziś będzie sądny dzień. Sądna wizyta.
Minęły 3 miesiące od ostatniego badania i jeśli wyniki się nie poprawią a my nie znajdziemy przyczyny, to co? Pozostaje nam in vitro. Coś z czym trudno mi się pogodzić. Nie chodzi tylko o kościół, ale o zwykłą etykę. Dla mnie osobiście jest to sprawa kontrowersyjna moralnie.
I prześladuje mnie przeświadczenie, że natura i Bóg nie chcą mojego dziecka powołać na świat.

A przecież ja jestem zdrowa. Mogę „normalnie” mieć dzieci.
Boże, wystawiasz mnie na próbę ognia.. Ufam, że tak musi być. Że jest w tym całym ambarasie jakiś cel i zamysł, którego ja na razie nie ogarniam.

czwartek, 18 lipca 2013

Środek tygodnia



Weekend minął, dziękuję, nie najgorzej. Snuliśmy się leniwie po domu w pidżamach i w takie dni zawsze jesteśmy w dobrych nastrojach i stosunkach.

A w poniedziałek nastała rzeczywistość.
Czyli powrót do pracy do domu i w domu oczekiwanie na „nie wiem co”.
Zazwyczaj mój czas po powrocie z pracy do domu wygląda tak:
on siedzi przy komputerze
daje mu buziaka
robię coś do jedzenia
wychodzi z gabinetu coś zjeść
odchodzi zanim skończę jeść, bo „musi pilnie coś skończyć”
kończę posiłek gapiąc się w ścianę
sprzątam
oglądam TV lub sama sobie planuje czas w postaci wypadu gdzieś, z kimś.
Mam doła, idę spać. Sama.

Od tego tygodnia On zaczął wychodzić „do pracy” bo wynajęli sobie w kolegami biuro w centrum.
Chwała Bogu.
Tylko, że póki co, niewiele to zmieniło. Wracamy razem do domu a on i tak siada przed komputerem i tyle go mam.

Wczoraj wybuchła awantura.
Że się go czepiam, że czego ja właściwie chcę, że przecież we wtorek byliśmy na chwilę w parku po pracy, a mnie nadal źle.
I kurde, sęk w tym, że ja sama nie wiem za bardzo, czego ja chcę. Żeby był w domu dla mnie a nie dla sprzętów Apple? Żeby zrozumiał, że ja też jestem interaktywna? Że ja nie muszę non stop gdzieś latać jak dziecko z ADHD, mogę z nim na kanapie leżakować, ale RAZEM to róbmy?
I ostatnie: że nie czuję się w domu jak kobieta, tylko jak worek kartofli. Że atrakcyjna czuje się, jak wychodzę z domu. Jestem przecież laseczką przed trzydziestką i poza domem, owszem, wiem, że fajna ze mnie lala. W  domu – wór kartofli. Fajna kumpela , współlokatorka. That’s all folks.

On teraz jest w drodze na badania, bo musimy powtórzyć cały secik w klinice niepłodności.
Krew , mocz a przede wszystkim: nasienie.
Ostatnie badanie sprzed 3 miesięcy nie pozostawiło nam złudzeń, dlaczego po 2 latach starań o dziecko nadal jesteśmy 1+1. Słabe wyniki nasienia. Zamiast 15 ml plemników – 7 mln. I to nie wiadomo jakiej budowy, bo nie dało się im zrobić morfologii, tak ich mało było. Na razie wszystko wskazuje na to, że pozostaje nam jedynie in vitro.

Po odebraniu wyników nasienia te 3 miesiące temu, sięgnęłam dna.
I dość szybko się od niego odbiłam.
On chyba nie przyjął do wiadomości w ogóle, że sprawy u niego mają się tak a nie inaczej.
Uczepił się myśli powtórzenia badania (zresztą tak nam poradziła lekarka, bo parametry są mocno zmienne w czasie) i na tym koniec.

No więc dziś jest powtórka badań.
Wyniki we wtorek i widzenie z panią profesor-androlog.
Nasze życie zależy teraz od kilku cyferek na świstku papieru.

niedziela, 14 lipca 2013




"Is that all there is" to love?

Minutki z 11.07.2013, 23:55, czwartek

Lezę sama w zimnym łóżku. On siedzi za ścianą. “Pracuje” czyli dłubie na komputerze. Generalnie to dłubanie zajmuje mu większą cześć jego życia. Mam wrażenie, że jak robi cokolwiek innego to się męczy.

Codziennie zasypiam sama. W zimnym łóżku. Nigdy nie zasypiamy razem przytuleni, dotykając się stopami, czując swój zapach. Nie mamy szans również na to, aby leżąc obok, czując swój zapach i ciepło, poczuć chęć bliskości idącej dalej niż smyrganie stopy o stopę.

 Mojemu sercu jest obecnie chłodniej niż moim zimnym stópkom schowanym pod kołdrą. 

Witajcie w mojej bajce

Cześć i czołem, uwaga, od dziś będę się tu uzewnętrzniać.


Moje przemyśliwanki zaczynają się powoli wylewać z mojej głowy, brakuje im już miejsca na tym „dysku”. Musze je gdzieś utylizować.


Przemyśliwanki dotyczą głownie mojego małżeństwa, które jakoś dziwnie zaczyna się gmatwać i trochę mnie przerastać. 


To była/jest wielka miłość. Jesteśmy razem 13 lat. 4 lata po ślubie. Razem prawie połowę mojego życia, jako ze dobijam do 30tki. 


Poznaliśmy się jako gówniarze. Miłość nas dosłownie poraziła. Utrudnieniem był fakt, ze ja mieszkałam w górach. On - Polska centralna. Po kilku latach bardzo emocjonalnego związku na odległość rzuciłam wszystko i przeprowadziłam się, na studia, do tej Polski centralnej, do dużego miasta, żeby być blisko.


Pierwszy zonk: okazało się, ze On ma swoje sprawy w tym wielkim mieście i niekoniecznie jestem pępkiem Jego wszechświata.


Dość ciężko, ale przebolałam. Miałam 19 lat wtedy.


Od 3ciego roku studiów wspólne mieszkanie. Po studiach ślub. Niezła praca i kariera. Pieniądze. Samochód. Kredyt. Remont mieszkania. Przeprowadzka do stylowego, dużego mieszkania w kamienicy w centrum. 2 koty.


Brzmi dobrze, no nie?


Jak sztampowa opowiastka z kolorowego żurnala.


Tylko coś nie bardzo możemy znaleźć wspólny mianownik ostatnio.


Zawsze się ścieraliśmy, ogień i woda. Związek mocno burzliwy, ale najtrwalszy spośród wszystkich znajomków. Bez zdrad (przynajmniej ja nic nie wiem).


Ostatnio jednak w mojej duszy i głowie dzieje się coś niedobrego.
Zaczynam szukać stabilizacji, którą porzuciłam wyprowadzając się z gór, kuszona wielkim światem. I nie mogę jej, cholera, znaleźć. 


I coś, od czego właściwie powinnam zacząć:
niepłodność, z którą jakiś czas temu stanęliśmy oko w oko.


Zapewne sporo będzie o tym temacie na tym blogu.


Jestem typową ekstrowertyczką a trochę nie mam z kim pogadać. Cala moja rodzina została w rodzinnym, pięknym mieście, w górach.


Może wiec moje utykiwania na codzienność zostaną wysłuchane tutaj? Może znajdzie się ktoś, kto podzieli moje rozterki. Kto mi powie, czy ja, do jasnej cholery, za dużo wymagam od życia?


 I żeby nie było: uważam się za osobę szczęśliwa, choć pewnie nie zabrzmię zbyt wiarygodnie po powyższych, gorzkich żalach.