poniedziałek, 29 lipca 2013

Powrót do przeszlosci

Przesylam pozdrowienia z rejsu po Mazurach, aktualnie wyplywamy z gizycka. Z gory przepraszam za wszystkie orty - pisze z telefonu.
Czuje sie troche jak w powrocie do przeszlosci..



9 osob na jednej lajbie, rejs od portu do portu.



13 lat temu zaczela sie cala moja wielka milosc, rozkwitala wlasnie tutaj, na mazurach. Jako gowniarze, w tajemnicy przed rodzicami, pojechalismy na nasz pierwszy wspolny rejs zeglarski. Byla pasja, namietnosc, uniesienia i westchnienia. Byl i pierwszy raz. Za ostatnie pieniadze kupil mi u jubilera wisiorek i zalozyl oswiadczajac, ze bedziemy razem do konca zycia. To byly najbardziej emocjonalne chwile mojego zycia, pelne miliosci, pasji, emocji, motyli w brzuchu i seksu. Wszystko po raz pierwszy, smakowalo wyjatkowo rozkosznie. Mialam wtedy 16 lat. Niecale.



Teraz jestem gdzies miedzy Gizyckiem a Niegocinem, miedzy trzepiozacym fokiem a masztem i w promieniach zachodzacego slonca zastanawiam sie, co ja wlasciwie czuje.



Dla Niego ostatnimi dniami jestem po prostu niemila, chyba z kazdym z zalogi rozmawiam wiecej. Dziala mi na nerwy. Albo nawet juz.. mnie nie denerwuje. Po prostu jest gdzies obok. Spimy w jednej kajucie, jemy razem posilki.



Jest z nami pewna dziewczyna, ktora oswiadczyla mi, ze rozstala sie z chlopakiem po 6 latach zwiazku. Powod: wypalilo sie, przestala go kochac. Rozstali sie, absolutnie nie zaluje. Slyszac to pozornie kiwalam glowa ze zrozumieniem, a w rzeczywistosci wpadlam w wewnetrzna panike. Czy to wlasnie dzieje sie ze mna?



Co najgorsza, mam prawie 30 lat i jescze nigdy nie czulam sie tak pewna siebie, swiadoma wlasnej kobiecosci, chetna do seksu i prowokacji i to na moich warunkach.



Chcialabym poznac odpowiedz, i chcialabym, zeby brzmiala ona: kocham.

środa, 24 lipca 2013


Wczoraj byliśmy u androloga i odebraliśmy wyniki. Całą stertę wyników Jego badań. I to najważniejsze: wynik drugiego badania nasienia.


Good news: okazało się, że jest poprawa.
Z 2,2 mln w 1 mln zrobiło się 6,4 mln!
W totalu z 7 mln zrobiło się 28 mln.
Morfologia bardzo spoko, dużo żywotnych.
Budowa poniżej normy: 3% prawidłowych.

Nie jest to stan zadowalający oczywiście, ale jest lepiej.
Dodatkowo okazało się, że On ma 2 bakterie w nasieniu, które mogą być przyczyną mojego chronicznego zapalenia pęcherza i gorszych wyników nasienia. Dostał antybiotyki, ja muszę zrobić badania również i również antybiotyki. Do tego czasu seks tylko z mechanicznym zabezpieczeniem, żeby się nie zarażać wzajemnie.

Jesteśmy daleko od celu, ale jest nadzieja. Jest jakieś tam malutkie światełko w tunelu, jakaś nadzieja się tli.

Moja nadzieja, która ostatnio mocno podupadła…
Boże, daj mi siłę do walki, daj mi więcej nadziei, daj mi cierpliwość.
Daj mi siłę, żeby przetrwać tą… próbę.

wtorek, 23 lipca 2013

Sądny dzień

Wtorek, tydzień się rozkręca zupełnie beznamiętnie.
Niby fajnie, ale nijak.

Dziś po południu mamy odbiór wyników z powtórzonego badania nasienia i wizytę u androloga. Nie jestem w stanie przewidzieć, jaki będzie wynik i moja reakcja na niego. Już się przekonałam, że w tej dziedzinie nie da się przewidzieć swoich reakcji.

Boje się o Niego, jak On zareaguje w wypadku gorszych lub niepoprawionych wyników.
I siebie też się boję, bo mogą głowa, moje uczucia, zupełnie wymykają mi się spod kontroli, jak się okazuje.

Wydaje mi się, że dziś będzie sądny dzień. Sądna wizyta.
Minęły 3 miesiące od ostatniego badania i jeśli wyniki się nie poprawią a my nie znajdziemy przyczyny, to co? Pozostaje nam in vitro. Coś z czym trudno mi się pogodzić. Nie chodzi tylko o kościół, ale o zwykłą etykę. Dla mnie osobiście jest to sprawa kontrowersyjna moralnie.
I prześladuje mnie przeświadczenie, że natura i Bóg nie chcą mojego dziecka powołać na świat.

A przecież ja jestem zdrowa. Mogę „normalnie” mieć dzieci.
Boże, wystawiasz mnie na próbę ognia.. Ufam, że tak musi być. Że jest w tym całym ambarasie jakiś cel i zamysł, którego ja na razie nie ogarniam.

czwartek, 18 lipca 2013

Środek tygodnia



Weekend minął, dziękuję, nie najgorzej. Snuliśmy się leniwie po domu w pidżamach i w takie dni zawsze jesteśmy w dobrych nastrojach i stosunkach.

A w poniedziałek nastała rzeczywistość.
Czyli powrót do pracy do domu i w domu oczekiwanie na „nie wiem co”.
Zazwyczaj mój czas po powrocie z pracy do domu wygląda tak:
on siedzi przy komputerze
daje mu buziaka
robię coś do jedzenia
wychodzi z gabinetu coś zjeść
odchodzi zanim skończę jeść, bo „musi pilnie coś skończyć”
kończę posiłek gapiąc się w ścianę
sprzątam
oglądam TV lub sama sobie planuje czas w postaci wypadu gdzieś, z kimś.
Mam doła, idę spać. Sama.

Od tego tygodnia On zaczął wychodzić „do pracy” bo wynajęli sobie w kolegami biuro w centrum.
Chwała Bogu.
Tylko, że póki co, niewiele to zmieniło. Wracamy razem do domu a on i tak siada przed komputerem i tyle go mam.

Wczoraj wybuchła awantura.
Że się go czepiam, że czego ja właściwie chcę, że przecież we wtorek byliśmy na chwilę w parku po pracy, a mnie nadal źle.
I kurde, sęk w tym, że ja sama nie wiem za bardzo, czego ja chcę. Żeby był w domu dla mnie a nie dla sprzętów Apple? Żeby zrozumiał, że ja też jestem interaktywna? Że ja nie muszę non stop gdzieś latać jak dziecko z ADHD, mogę z nim na kanapie leżakować, ale RAZEM to róbmy?
I ostatnie: że nie czuję się w domu jak kobieta, tylko jak worek kartofli. Że atrakcyjna czuje się, jak wychodzę z domu. Jestem przecież laseczką przed trzydziestką i poza domem, owszem, wiem, że fajna ze mnie lala. W  domu – wór kartofli. Fajna kumpela , współlokatorka. That’s all folks.

On teraz jest w drodze na badania, bo musimy powtórzyć cały secik w klinice niepłodności.
Krew , mocz a przede wszystkim: nasienie.
Ostatnie badanie sprzed 3 miesięcy nie pozostawiło nam złudzeń, dlaczego po 2 latach starań o dziecko nadal jesteśmy 1+1. Słabe wyniki nasienia. Zamiast 15 ml plemników – 7 mln. I to nie wiadomo jakiej budowy, bo nie dało się im zrobić morfologii, tak ich mało było. Na razie wszystko wskazuje na to, że pozostaje nam jedynie in vitro.

Po odebraniu wyników nasienia te 3 miesiące temu, sięgnęłam dna.
I dość szybko się od niego odbiłam.
On chyba nie przyjął do wiadomości w ogóle, że sprawy u niego mają się tak a nie inaczej.
Uczepił się myśli powtórzenia badania (zresztą tak nam poradziła lekarka, bo parametry są mocno zmienne w czasie) i na tym koniec.

No więc dziś jest powtórka badań.
Wyniki we wtorek i widzenie z panią profesor-androlog.
Nasze życie zależy teraz od kilku cyferek na świstku papieru.

niedziela, 14 lipca 2013




"Is that all there is" to love?

Minutki z 11.07.2013, 23:55, czwartek

Lezę sama w zimnym łóżku. On siedzi za ścianą. “Pracuje” czyli dłubie na komputerze. Generalnie to dłubanie zajmuje mu większą cześć jego życia. Mam wrażenie, że jak robi cokolwiek innego to się męczy.

Codziennie zasypiam sama. W zimnym łóżku. Nigdy nie zasypiamy razem przytuleni, dotykając się stopami, czując swój zapach. Nie mamy szans również na to, aby leżąc obok, czując swój zapach i ciepło, poczuć chęć bliskości idącej dalej niż smyrganie stopy o stopę.

 Mojemu sercu jest obecnie chłodniej niż moim zimnym stópkom schowanym pod kołdrą. 

Witajcie w mojej bajce

Cześć i czołem, uwaga, od dziś będę się tu uzewnętrzniać.


Moje przemyśliwanki zaczynają się powoli wylewać z mojej głowy, brakuje im już miejsca na tym „dysku”. Musze je gdzieś utylizować.


Przemyśliwanki dotyczą głownie mojego małżeństwa, które jakoś dziwnie zaczyna się gmatwać i trochę mnie przerastać. 


To była/jest wielka miłość. Jesteśmy razem 13 lat. 4 lata po ślubie. Razem prawie połowę mojego życia, jako ze dobijam do 30tki. 


Poznaliśmy się jako gówniarze. Miłość nas dosłownie poraziła. Utrudnieniem był fakt, ze ja mieszkałam w górach. On - Polska centralna. Po kilku latach bardzo emocjonalnego związku na odległość rzuciłam wszystko i przeprowadziłam się, na studia, do tej Polski centralnej, do dużego miasta, żeby być blisko.


Pierwszy zonk: okazało się, ze On ma swoje sprawy w tym wielkim mieście i niekoniecznie jestem pępkiem Jego wszechświata.


Dość ciężko, ale przebolałam. Miałam 19 lat wtedy.


Od 3ciego roku studiów wspólne mieszkanie. Po studiach ślub. Niezła praca i kariera. Pieniądze. Samochód. Kredyt. Remont mieszkania. Przeprowadzka do stylowego, dużego mieszkania w kamienicy w centrum. 2 koty.


Brzmi dobrze, no nie?


Jak sztampowa opowiastka z kolorowego żurnala.


Tylko coś nie bardzo możemy znaleźć wspólny mianownik ostatnio.


Zawsze się ścieraliśmy, ogień i woda. Związek mocno burzliwy, ale najtrwalszy spośród wszystkich znajomków. Bez zdrad (przynajmniej ja nic nie wiem).


Ostatnio jednak w mojej duszy i głowie dzieje się coś niedobrego.
Zaczynam szukać stabilizacji, którą porzuciłam wyprowadzając się z gór, kuszona wielkim światem. I nie mogę jej, cholera, znaleźć. 


I coś, od czego właściwie powinnam zacząć:
niepłodność, z którą jakiś czas temu stanęliśmy oko w oko.


Zapewne sporo będzie o tym temacie na tym blogu.


Jestem typową ekstrowertyczką a trochę nie mam z kim pogadać. Cala moja rodzina została w rodzinnym, pięknym mieście, w górach.


Może wiec moje utykiwania na codzienność zostaną wysłuchane tutaj? Może znajdzie się ktoś, kto podzieli moje rozterki. Kto mi powie, czy ja, do jasnej cholery, za dużo wymagam od życia?


 I żeby nie było: uważam się za osobę szczęśliwa, choć pewnie nie zabrzmię zbyt wiarygodnie po powyższych, gorzkich żalach.