niedziela, 14 lipca 2013

Witajcie w mojej bajce

Cześć i czołem, uwaga, od dziś będę się tu uzewnętrzniać.


Moje przemyśliwanki zaczynają się powoli wylewać z mojej głowy, brakuje im już miejsca na tym „dysku”. Musze je gdzieś utylizować.


Przemyśliwanki dotyczą głownie mojego małżeństwa, które jakoś dziwnie zaczyna się gmatwać i trochę mnie przerastać. 


To była/jest wielka miłość. Jesteśmy razem 13 lat. 4 lata po ślubie. Razem prawie połowę mojego życia, jako ze dobijam do 30tki. 


Poznaliśmy się jako gówniarze. Miłość nas dosłownie poraziła. Utrudnieniem był fakt, ze ja mieszkałam w górach. On - Polska centralna. Po kilku latach bardzo emocjonalnego związku na odległość rzuciłam wszystko i przeprowadziłam się, na studia, do tej Polski centralnej, do dużego miasta, żeby być blisko.


Pierwszy zonk: okazało się, ze On ma swoje sprawy w tym wielkim mieście i niekoniecznie jestem pępkiem Jego wszechświata.


Dość ciężko, ale przebolałam. Miałam 19 lat wtedy.


Od 3ciego roku studiów wspólne mieszkanie. Po studiach ślub. Niezła praca i kariera. Pieniądze. Samochód. Kredyt. Remont mieszkania. Przeprowadzka do stylowego, dużego mieszkania w kamienicy w centrum. 2 koty.


Brzmi dobrze, no nie?


Jak sztampowa opowiastka z kolorowego żurnala.


Tylko coś nie bardzo możemy znaleźć wspólny mianownik ostatnio.


Zawsze się ścieraliśmy, ogień i woda. Związek mocno burzliwy, ale najtrwalszy spośród wszystkich znajomków. Bez zdrad (przynajmniej ja nic nie wiem).


Ostatnio jednak w mojej duszy i głowie dzieje się coś niedobrego.
Zaczynam szukać stabilizacji, którą porzuciłam wyprowadzając się z gór, kuszona wielkim światem. I nie mogę jej, cholera, znaleźć. 


I coś, od czego właściwie powinnam zacząć:
niepłodność, z którą jakiś czas temu stanęliśmy oko w oko.


Zapewne sporo będzie o tym temacie na tym blogu.


Jestem typową ekstrowertyczką a trochę nie mam z kim pogadać. Cala moja rodzina została w rodzinnym, pięknym mieście, w górach.


Może wiec moje utykiwania na codzienność zostaną wysłuchane tutaj? Może znajdzie się ktoś, kto podzieli moje rozterki. Kto mi powie, czy ja, do jasnej cholery, za dużo wymagam od życia?


 I żeby nie było: uważam się za osobę szczęśliwa, choć pewnie nie zabrzmię zbyt wiarygodnie po powyższych, gorzkich żalach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz