wtorek, 6 sierpnia 2013

A ja w ruchomych piaskach tonę.



Jak sobie radzę z naszą niepłodnością?
Nijak. Nie radzę sobie.

Niby żyjemy normalnie, niby wszystko “jakoś jest”, ale jest chyba gorzej, niż sama sobie z tego zdaje sprawę.
To siedzi we mnie cały czas, jak taka obrzydliwa stonka.
Codziennie myślę o tym, co jakiś czas.
To pragnienie jakoś tak we mnie rozkwita,rośnie, wzbiera na sile.
Nasze mieszkanie,duże, ładne, stylowe, jak z żurnala Ikei jest takie puste.

Adoptowaliśmy drugiego kotka. Maluszek, ma kilka tygodni. Jest boski.
Ale załatał dziurę tylko na chwilę. Na kilka tygodni.

Czuję, że to co mamy, to nie jest rodzina.

Co chwilę się dowiaduję, że jakaś moja koleżanka jest w ciąży. Że urodziła. Wrzuca foty na Facebooka.
Dziś własnie jedną taką oglądałam. Siedziała śliczna w ogóródku z dzidziusiem na ręku, wpatrzona w nie jak w świety obrazek.
Ja nie wiem, co ona czuje. Nie rozumiem. Nie ogarniam.

Jestem zła. Wkurza mnie to.
Kiedy spotykam dziewczyny w ciąży, znajome czy nie, denerwują mnie.
Czuje złość na nie, na to, że raz spróbowały i bach - dwie kreski na teście.

Czuję, że ta cała bezpłodność bardzo wpływa na moje życie.
Tracę zapał do codzienności. Do mojej ambitnej pracy, w której jestem dobra i mam odpowiedzialne zadania.
Nie chce mi się wstawać z łóżka.

Prawie wcale o tym z Nim nie rozmawiamy. On jakby.. udaje, że tematu nie ma.
Kiedy ja zaczynam, wybucha na mnie, że ja jak zwykle histeryzuje, że nie ma co roztrząsać scenariuszy.
Więc ucinam i zapada cisza. On zamyka się w gabinecie, ja się snuję po domu jak dusza potępiona.

W moim portfelu leży recepta zwinięta w rulon, na Jego antybiotyki.
Jeszcze ja muszę zrobić badania, posiewy i też antybiotyki sobie zapodać.
Nie mam jakoś siły wykupić tej pieprzonej recepty. Nie mam siły zapisać się do lekarza na ten posiew cholerny.
Tym bardziej mnie to męczy, że On jakoś nie przejawia w ogóle zainteresowania. Nawet nie zapyta, kiedy wykupię te leki.
Bo to, żeby sam je sobie wykupił, to mu nawet do głowy nie przyjdzie.

Jestem tak cholernie samotna, do granic możliwości. Nie rozumiem dlaczego w sumie.

Aktualnie boje się myśleć o przyszłości. Jakoś kompletnie straciłam do niej zapał.
Mam wrażenie, że wszystko, co dobre mogło mnie w życiu spotkać, jest już za mną.

Powiedział mi kiedyś, jakoś za raz po tym, jak odebraliśmy te pierwsze, przeklęte wyniki nasienia:
"Ty masz chociaż wybór. Ja nie."

Tylko nie wiem co gorsze. Mieć ten wybór, czy go nie mieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz