niedziela, 11 sierpnia 2013

Ten pierwszy raz

image



Pamiętam dobrze moment podjęcia decyzji o dziecku.
Blisko 3 lata temu wyjechaliśmy na wspólne wakacje z parą znajomych i ich 2 letnim wtedy synkiem.
Typowe wakacje all inclusive w ciepłych krajach. Chcieliśmy się gdzieś wyrwać, akurat oni wyjeżdżali i jakoś tak wyszło.

Na początek dodam, że nigdy nie lubiłam dzieci i nadal nie jestem ich fanatyczną fanką. Wręcz przeciwnie. Mam kilku wybrańców, których darzę ciepłym uczuciem. To wszystko. Dzieci na ulicy nie zachwycają mnie. Nie “gugam” nad nimi, nie dotykam. Nie interesują mnie, dopóki nie zaczną zakłócać mojego spokoju wyjąc, wrzeszcząc i biegając w okolicy 500 metrów.

Do czasu wyjazdu w ogóle nie podejmowaliśmy tematu dziecka i nie mieliśmy w ogóle kontaktu z dziećmi. Mieliśmy wtedy jakieś 26/27 lat. Temat dziecka w ogóle dla nas nie istniał. Aż do tego momentu. Pojawił się gwałtownie, nagle, niespodziewanie i bardzo zdecydowanie.

Spotkaliśmy się z nimi na lotnisku.
Oni - para w naszym wieku, całkowicie nam “podobna” z 2 letnim bąblem, wyjątkowej urody. Wielkie ślepka, krótkie, rozstrzelone mleczaki, ciemne loczki i dołeczki, kiedy się uśmiechał. Łaził sobie tym pokracznym krokiem, z pampersem ukrytym w dżinsach z H&Mu, ciągnąc za sobą wielkiego, pluszowego “piesia”. Słodziak do zjedzenia.

Przeszliśmy odprawę, samolot był spóźniony chyba z 2h.
Patrzyłam tak na nich i na tego małego i pomyślałam, że oni się niczym od nas nie różnią… i olśniło mnie. Zaczęła we mnie kiełkować decyzja o posiadaniu dziecka. Ale jeszcze wtedy na zasadzie: chciała bym a boje się.

Nie chodziło tylko o to, że ten dzieciak był ładny. Podobało mi się to, że oni w trójkę stanowią rodzinę.
Że są jacyś tacy zorganizowani i sfocusowani na tym małym. To dziecko nadało tej dwójce ludzi jakiś taki… wspólny mianownik, że obserwowałam ich jak wryta. I poczułam zazdrość.

Dolecieliśmy na miejsce. Dość zmęczeni i głodni. Ja z małżem po szybkim odstawieniu bagaży do pokoju niemal natychmiast rozpłaszczyliśmy się przy basenie. Oni musieli jeszcze ogarnąć temat dziecka, czajnika, kaszki, łóżeczek i innych takich. Było mi ich autentycznie żal, bo byliśmy wszyscy skonani, a oni zamiast natychmiast oddać się błogiemu relaksowi musieli ogarnąć całą masę spraw.

Leżeliśmy przy basenie w pełnym słońcu. On na swoim leżaczku, ja na swoim. Cisza. Wiem, że oboje myśleliśmy o tym samym.

Ja: Kurde, fajny taki ten mały.. fajnie tak dziecko mieć. Zobacz, oni sobie radzą, to my sobie przecież też poradzimy.
On: No, fajny.
Ja: Heheh..
On: Nom?
Ja: To co, próbujemy?
On: Okeeej.

I tak od stanu kompletnej nieświadomości w temacie posiadania dziecka przeszliśmy do decyzji o jego posiadaniu.
Zajęło nam to jakieś 4 h, od momentu posiedzenia na lotnisku do momentu znalezienia się nad basenem.

Bodajże jeszcze tego samego dnia lub następnego przeszliśmy od słów do czynów.
Pamiętam doskonale swój szok.
Trzeba Wam wiedzieć, że zawsze byliśmy hiper odpowiedzialni jeśli chodzi o zabezpieczanie się. Stosowaliśmy zawsze 2 metody antykoncepcji w tym samym czasie. Trochę taka paranoja.
Więc po pierwszej próbie byłam w szoku. Dosłownie.

Pamiętam ten moment, kiedy On kończył we mnie. Pamiętam dokładnie to uczucie, to ciepło, to pulsowanie, tą nieskończoną miłość.
Usiadłam potem na łóżku, zawinięta w prześcieradło i cała się trzęsłam. Być może nawet płakałam z emocji. Nie pamiętam dokładnie.
Nie omieszkałam nawet poinformować mojej mamy SMSowo, że oto właśnie podjęliśmy taką decyzję i spróbowaliśmy (może to kogoś dziwić, ale mam wyśmienitą relację z mamą).

Od tamtego momentu przez najbliższe kilka miesięcy byłam w permanentnej ciąży urojonej. Co miesiąc miałam pakiet objawów ciążowych. Łykałam witaminy dla ciężarnych, nie brałam żadnych leków i non stop byłam “trochę w ciąży”.

Tamte wakacje wspominam wspaniale. Byliśmy wtedy tacy szczęśliwi.
Od tamtego czasu postępuje proces fermentacji.
Wszystko się popierd***o.

Z mamą tego małego brzdąca, który tak nas popchnął do decyzji, od czasu tamtego wyjazdu bardzo się zaprzyjaźniłam. Jest teraz bardzo bliską mi osobą, najlepszą przyjaciółką, wtajemniczoną w nasze problemy. Bardzo mnie wspiera od samego początku, przeżywa razem ze mną i jest jedyną osobą, której mogę się wypłakać w rękaw (mamie nie chce rozrywać serca moim płaczem). Dziękuję Jej za to, że jest przy mnie, i  obdarowuje mnie całym tym swoim cudownym ciepłem.


Dzięki G.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz