piątek, 27 września 2013

Chill & freez

Spokój, o którym pisałam w ostatnim wpisie nadal się utrzymuje.
Tak się zchillowałam, że kompletnie straciłam zapał do starań. Gdzieś mi umknął. I zabrał ze sobą smutki i smuteczki.

Za to rzuciłam się w dziki wir pracy.
Ilość pracy, którą wykonuję, jest wprost proporcjonalna do mojego zadowolenia z siebie i satysfakcji.
Muszę odnosić sukcesy i sukcesiki, żeby być zadowoloną z siebie.

On zakończył antybiotyki ze 3 tygodnie temu i jest gotowy na badania.
Ja zakończyłam swoje (no, 2 ostatnie globulki olałam) i też jestem ready to check, czy wytępiłam dziadowatą bakterię.

Tylko, że jak sobie pomyślę, że znowu mam przechodzić przez te badania, wizyty i inne to mi się odechciewa.

On ostatnio prowadzi druzgocąco niehigieniczny tryb życia.
Pracuje jak szalony, nie je, nie śpi, pali, nie rusza się i trzyma komputer na klejnotach.
Te jego plemniki musiały by być z mosiądzu, żeby przetrwać.

Nie kochaliśmy się od 2 miesięcy.
Ostatni raz na Mazurach na łódkach.

Czas wziąć się w garść i ogarnąć rzeczywistość.

niedziela, 1 września 2013

Oczyszczenie & wyciszenie



Cześć i czołem,


dawno się nie uzewnętrzniałam. Przechodzę ostatnio przez wszystkie fazy nastrojów. Obecnie zaliczam fazę kompletnego chillu w temacie niepłodności.

Od czasu mojego ostatniego wpisu przez dłuższy czas następował proces fermentacji moich odczuć w temacie niepłodności. Byłam w rozsypce, non stop chciało mi się beczeć, z Nim kompletny brak porozumienia. Niby jak, skoro w ogóle nie gadaliśmy.

W niedzielę tydzień temu wybrałam się na mszę o uzdrowienie do kościoła jezuitów. Na mszę wpadłam jak petarda, spóźniona blisko 10 minut, zgoniona i generalnie na ciężkim wkurwie.

Msza trwała prawie 2,5 godziny, zbeczałam się na niej jak dzika i od tamtego eventu ogarnął mnie jakiś… wszechobecny spokój w temacie braku ciąży i braku, póki co, perspektywy na pozytywną betę.


Nie wiem co się stało. Nie jestem wzorem praktykującej katoliczki. Ale ta msza… coś definitywnie we mnie się zmieniło, ruszyło.


Na ten moment małż bierze anybiotyki na te swoje bakterie (już kończy), ja biorę globulki również na bakterie. Te same zresztą, co On.

3 tygodnie po zakończeniu kuracji czeka nas ponowne badanie nasienia, ja posiew, On posiew i zobaczymy. Czuję, że wtedy wszystko się rozstrzygnie.
Czy będziemy mieli szansę powalczyć naturalnie, czy będziemy musieli rozstrzygnąć wewnętrzną walkę pod dramatycznym tytułem “in vitro vs adopcja”.

A póki co, jest we mnie jakaś taka nadzieja, na lepsze jutro.
Takie jakieś odczucie, że nawet to “dzisiaj” nie jest takie złe.
Gdzieś tam, kiedyś, jakoś czeka mnie szczęście bycia matką.

A jak - czas pokaże.