piątek, 25 października 2013

Apogeum kur**cy

< sorry za brak polskich znaków, piszę z komórki >

Wczorajszy dzień był jakimś apogeum.

Po “pracy” (chociaz w wypadku takiego poziomu bezproduktywności jest to mocne nadużycie) pojechalam na zabiegi rehabilitacyjne, bo jestem po skreceniu kostki. Zadzwonila tesciowa ze swoimi madrosciami i solidnie wyprowadzila mnie z rowniwagi swoimi madrosciami zyciowymi dojrzalej paniusi.

W telegraficznym skrocie:
- jestem histeryczką, nie mogę do tego TAK podchodzic
- nigdy mnie nie ma w domu, wiecznie jestem w pracy, albo na angielskim, albo z koleżanką - wychodzi na to, że gdybym lepiej dbala o ognisko domowe to bym byla w ciąży już
- zle wyniki S. to wynik złej diety i trybu życia, co jest tez oczywiście moją winą
- poza tym wspominałam kiedyś, że moja mama też miała problemy, wiec to wszystko jest genetyczne i nie ucieknie sie od tego
- generalnie ja juz wszystko przekreslilam i z takim podejsciem to nic nie zdzialamy.

Moja reakcja byla dosc zdecydowana i glosna. Mam wrazenie ze slyszalo mnie duzo wiecej osob na ulicy niz powinno. Prulam sie na cale gardlo. Poczulam wszystko to, co we mnie siedzi.
Ulało mi się na całego.
Raczej ja zatkalo.

Powiedzialam jej żeby sobie dała spokoj bo nie ma pojecia zielonego co przechodzimy: ja i jej syn. I ze pierdoli od rzeczy o tematach ktorych nie rozumie, bo skad. Ze jak byla w moim wieku to miala 10cio letnie dziecko. Ze nie ma zielonego pojecia jak to jest przezyc 3 lata w zludzeniach, nadziejach i nigdy sie, kurwa, nie dowie.
Zdebiala i o dziwo przeszlsmy do bardziej merytorycznej rozmowy. I o dziwo- nie rzucilam sluchawka.

Ale po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że to jest drurna, niezbyt blyskotliwa paniusia. Ot, taka slodka idiotka, ktora co drugim zdaniem utwierdza rozmowce o swoim braku nawet ciasnego rozumku i cienia inteligencji.

W nastepnej kolejnosci malzonek zrobil mi awanture z pretensja, ze po co jej mowilam. Dostalam opierdol, ze powiedzialam obu matkom. Stwierdzil, ze ma prawo bo to jest, uwga czytelniku, usiadz wygodnie: JEGO PROBLEM i nikogo innego.
Myslalam ze mu walne z liscia w tym momencie i poczulam sie taka kurna sama z tym wszystkim, jak jeszcze nigdy w zyciu. Z nikad zrozumienia.
Ja w ogole mam wrazenie, ze on ma z lekka wyjebane w temacie.

Wisienką na torcie tego przemilego dnia byla wycieczka do przychodnii po wyniki mojego posiewu.
Przywitala mnie przemila karta z laboratorium z informacja, ze oto moje dwie przesympatyczne bakterie postanowily pozostac ze mna na dluzej.
Czyli nie wyleczone i nadal nie mozemy powrocic do staran (on nie ma juz bakterii wiec bym go zarazila znowu).

Grande finale byl moj wielki lament w samochodzie, ze dlaczego mnie tak Bóg każe, przeciez nic mu nie zrobilam. Do malzonka wtedy dotaro, ze ze mna jest slabo, skoro odwolania do Najwyższego polecialy.

Mila atmosfera w domu, bardzo mocna melisa, wypita duszkiem lampka wina i koty sprawily, ze zasnelam jak… niemowle.

Wkurwiona, oto dzis o 8 rano stawilam sie na wizyte u gina z wynikiem badan. Ja i moje bakterie.

Pani dokor, ktorej nie lubie, twierdzila ze nie wiadomo ile tych bakterii jest wiec nie ma sie co przejmowac.

Wiec mi sie znowu ulalo dosc zdecydowanie, ze mnie nie interesuje ile ich jest, ma ich nie byc, bo nie bede meza zarazac, ze wlacze z niepłodnością i mam wizję in vitro nad głową. I ze porządnie ma byc. Nie po to leczyliśmy się 2 miesiące, żeby teraz zacząć się zarażać, bo “pani doktor się wydaje”.

Wiec siedzę teraz i czekam na wyniki. Powiedziałam jej ze 3 lata czekam na dziecko wiec 30 min na wyniki tez poczekam.

No i czekam.
A owocem jest ten oto wylewny wpisik.

czwartek, 24 października 2013

From "chill" to "hell"

Trwam w po-wtorkowym szoku.


Nie mogę się na niczym skupić. Chciałabym się rzucić w wir pracy, ale mam akurat spokojniejszy okres, więc tym bardziej mi trudno.


Skaczę myślami non stop od in vitro, do błagalnych myśli wysyłanych do Boga, do cienia myśli o adopcji, od nadziei do jej braku.


Jestem w czarnej dupie.
Nie da się tego inaczej opisać.


Był chill. Teraz jest hell.


Chciałabym, żeby czas płynął szybciej.
Pstryk.
Żeby już był styczeń i żebym wiedziała, że wyniki nasienia nadal są do dupy.

Pstryk.
Marzec.
Stoję przed kliniką już zakwalifikowana do in vitro.

Pstryk.
Jestem w ciąży.
( Mój Boże, jak to zdanie pięknie brzmi.)


To wszystko już tak strasznie długo trwa.
Tak strasznie jestem zmęczona.
Taka straszna niesprawiedliwość.

Czy to się kiedyś skończy?

W 2014 roku będę w ciąży.
W 2014 roku będę miała brzuch.
I rozstępy. I będę się z nich cieszyć.


PS. Już miałam kliknąć publikuj…i właśnie w tym momencie weszła do mnie do pracy koleżanka w 9tym miesiącu ciąży z wizytą. Moje uczucia są brzydkie, nieładne.

wtorek, 22 października 2013

Nadzieja umiera ostatnia

Retrospekcja zgonu.


Bezproduktywny dzień w pracy. Ból brzucha z nerwów.

Do androloga spóźniliśmy się z 30 minut, bo korki.
Zapomnieliśmy gotówki. On nie zabrał karty. Musieliśmy dzwonić do kumpla, prosić o pożyczkę przelewem. Wypłata z bankomatu. Potem bieg do kliniki. Ja byłam w rozsypce. Łzy w oczach, szał w duszy.


Odebraliśmy cholerną kopertę. Panie w pomarańczowych kitlach na recepcji ruszały się wolniej niż 100 letnie żółwie. Wypisywała sobie coś na komputerze a koperta leżała obok.
"Czy może mi pani podać już tą kopertę?"
Pani spojrzała z rozbawieniem, podała. Niech jej ten uśmieszek cholerny bokiem wyjdzie.


Wyniki gorsze niż ostatnio.
Zamiast 6,5 mln plemników - 4,5. Morfologii tym razem nie zrobiono, bo było ich za mało.
Reszta wyników jest nieistotna na ten moment.
Jedno słowo: są gorsze niż ostatnio.
Ale nadal lepsze, niż za pierwszym razem.

Bakterii u Niego nie ma. Posiew jałowy.
Nie ma. Ale parametry nasienia się nie polepszyły. Wręcz przeciwnie.


Pani androlog zasugerowała nam, właściwie sama nie wiem co:


  • nie ma co się martwić, bakteria wyleczona, ale to 3 miesiące po zamknięciu leczenia antybiotykiem potrzeba, żeby wszystko wróciło do normy

  • myśleliście o in vitro? Lepiej zacznijcie.

  • chciała nam dać na 2 miesiące witaminy a potem dopiero kurację Clostilbegytem. Od razu poprosiliśmy o Clo. A raczej On poprosił. I dostaliśmy.

  • Clo jest dla nas ostatnią deską ratunku. Jeśli Clo się nie sprawdzi - albo cud, albo in vitro.

Siedząc w gabinecie miałam chwilę załamania. Dr o coś mnie zapytała, odpowiedziałam prawie płacząc. Miła kobieta spojrzała na mnie ciepłym, współczującym spojrzeniem. Czułam to.
Przebadała nas na wylot. A raczej - Jego. Nie wiem, co by jeszcze mogła zbadać. Chyba fazy księżyca, jak słowo daję…


Wyszliśmy.
Czułam się pusta w środku, jak bańka mydlana.


Jestem pod wrażeniem tego, jak rozmawialiśmy o in vitro po wyjściu z gabinetu. Nie skakaliśmy sobie, w drodze wyjątku od reguły, do gardeł. Wspieraliśmy się słowem. Czułam,że jesteśmy małżeństwem. Jedziemy na jednym wózku, którego ciągnie zaprzęgnięta miłość.


On nie ma problemu z in vitro.


Ja mam. Ale czuję… ulgę chyba czuję.
Jesteśmy bliżej końca tego cholernego koszmaru. Rozwiązania, jakiekolwiek będzie.


Aczkolwiek nie wiem, czy jutro rano znajdę w sobie siłę, żeby wstać z łóżka.

poniedziałek, 21 października 2013

Znaki


Źródło zdjęcia: http://naturalknowledge247.com


Już kiedyś chyba pisałam, że wierzę w znaki. W jakąś taką Opatrzność, która nadaje kierunek naszemu życiu i czasami dyskretnie podsuwa nam rozwiązania, przyszłość, opcję, marzenia, puszcza do nas oko, sugeruje.
Nie rozpatruję tego w kategorii manipulacji.


W temacie naszego rodzicielstwa, od czasu do czasu natykam się na takie.. znaki.

Dla niektórych mogą one wydawać się błahe, nieznaczne, ale okoliczności w jakich się pojawiają, odczucia jakie ze sobą niosą, myśli, których są impulsem, sprawiają, że znaczki stają się znakami.


#1
Za pierwszy z nich uważam nasze “spiknięcie” się i wyjazd z parą znajomych z dzieckiem, o których pisałam kilka wpisów temu. Przez nich właśnie zdecydowaliśmy w tempie ekspresowym, że oto właśnie chcemy i będziemy mieć dziecko.
To nie mógł być przypadek.
Bóg zdecydował, że już czas nam pokazać. I wybrał ich, jako drogę pokazania nam, że to całe rodzicielstwo dotyczy także nas.
Że my, ta dwójka przekornych i zakochanych dzieciaków (well, to nic że wtedy już przed 30tką) już powinna o tym pomyśleć.
Nie musiał nas długo namawiać. Znalazł idealną drogę. Prosto do serca.

#2
Kilka miesięcy temu, w czerwcu, adoptowaliśmy małego kotka. Świetny futrzak. Mój kotek idealny.
Niedługo potem powtórzyliśmy badanie nasienia. Po wizycie u lekarza chciałam schować tą cholerną kopertę z wynikiem badania nasienia do segregatora z dokumentami. Otworzyłam segregator w dowolnym miejscu, wsunęłam kopertę do koszulki, w której były już jakieś dokumenty. Kiedy już miałam zamykać segregator i odstawić go na półkę spojrzałam na dokument, który był tam wcześniej. Na kartce widniał tłusty, czarny nagłówek: UMOWA ADOPCYJNA. Chodziło oczywiście o kota.
Czytelnik może pomyśleć: pff, bzdura. Szczególnie czytelnik, który rzeczywiście adoptował dziecko, może czuć się wręcz dotknięty moim porównaniem. Ale w tym jednym momencie, tuż po wsunięciu  koperty do koszulki w segregatorze, poczułam nagle uderzenie adrenaliny, nagle zdałam sobie sprawę, że nie wiem, jaki plan ma na nas Bóg. Dosłownie stęknęłam pod nosem i wyszeptałam: “Boże, proszę Cię, nie… nie damy rady.” *
(nie chodzi mi o to, że uważam adopcję za coś niewłaściwego. Po prostu w tamtym momencie nie byłam jeszcze gotowa na rozważenie tej opcji).

#3

Dziś do pracy wpadły bliźniaki mojego szefa.
Pierwszy raz, odkąd tam pracuję. Wesolutkie, różowe małe prezesiki.
Obserwowałam kątem oka, z niejakim rozbawieniem i rozczuleniem, jak mój szef, świetny gość zresztą, wciela się w role ojca.
Pracuję w tym miejscu już kilka lat, ale dzieciaki wpadły po raz pierwszy. I nie kwalifikowało by się to żadnego ze znaków, gdyby nie to, że wiem, że dzieci są poczęte metodą in vitro. A my jutro,punkt 17:30, mamy sądną wizytę w klinice, u pani androlog.


I tak oto, jestem w tym momencie w potrójnym rozkroku pomiędzy macierzyństwem “naturalnym”, in vitro i adopcją.


Do zobaczenia, pani androlog.
See You tomorrow.

piątek, 18 października 2013

Humory muchomory

Humory u mnie adekwatne do pogody.


Czekamy.
Czekamy na wyniki nasienia.

Zapewne już są, ale przez telefon mi ich nie podadzą.
Zapewne ta wstrętna, znienawidzona koperta z logo kliniki leży sobie w jakiejś wstrętnej, metalowej szufladzie i czeka.

Czeka na spektal, który odbędzie się, kiedy ją chwycimy w dłonie, otworzymy i odczytamy zawartość.

Ja zaczynam już przekraczać granice ludzkiego zniecierpliwienia i poddenerwowania.

Robię wszystko, żeby zagłuszyć rzeczywistość.
Dzień zaczynam o 6 rano.
Potem rehabilitacja (skręcona kostka) / angielski / albo coś jeszcze innego.
W pracy do 19:00.
Wieczorem zamykam się w “pudełku nicości” oglądając seriale, w których ludzie są ładni, wypoczęci i szybko i szczęśliwie rozwiązują swoje problemy. Śpię.
And here we go again.
A seksu jak od sierpnia nie było, tak nie ma.


Pojadę jutro po tą cholerną kopertę. Muszę się przygotować na wtorkową wizytę u Pani Profesor androlog.
Marzę, żeby zakwalifikowała nas do inseminacji.

poniedziałek, 14 października 2013

Drama Queen

Wrócił wczoraj z tego niedzielnego spotkania biznesowego i oznajmił, że żona jego wspólnika jest w ciąży z drugim dzieckiem.
I zniknął w czeluściach swojego gabinetu, zostawiając mnie w garach.


Rozsypałam się na kawałki, zupełnie jak miska, którą pieprznęłam o zlew.

A potem była już tylko awantura.
Wrzeszczałam jak opętana płacząc, i wykrzykując litanię gorzkich żali:


  • że dość mam tego, że on wiecznie pracuje

  • że sama jestem jak palec

  • że nie mam ochoty wracać z pracy do domu

  • bo to jest umieralnia, grobowiec, zimne, szare ściany a nie dom

  • że jestem samotna

  • że albo coś zróbmy albo to zakończmy póki oboje jesteśmy piękni, młodzi, trzydziestoletni i mamy szansę ułożyć sobie życie.

Patrzę na to, co napisałam powyżej i zastanawiam się o co mi konkretnie chodziło.
O to, że pracuje w niedzielę (i w ogóle wiecznie po wsze czasy pracuje, amen) czy o to, że żona wspólnika jest w drugiej ciąży?

I’m a dramma queen.
< co nie znaczy, że nie miałam racji>

niedziela, 13 października 2013

"Ale za to niedziela będzie dla nas..."








Niedziela.
Wyskoczył z łóżka jak oparzony tuż po przebudzeniu i pobiegł na spotkanie biznesowe. Nie, żeby to była jakaś wyjątkowa sytuacja.
Po prostu, dla Niego to jest naturalne.


I tak leżę sobie sama w łóżku, obsiadły mnie koty i tak się zastanawiam, czy nasze życie jest “nienormalne” czy po prostu nie ma czegoś takiego jak “normalność”?

Ja bym chciała, żebyśmy w domu, w odpowiednich godzinach i porach, mieli czas i przestrzeń tylko dla siebie. 
On każdą swoją chwilę poświęca pracy. Startupom. Planom na wielki biznes. Przybliżaniem ich do rzeczywistości. 

Trudno mi to zaakceptować.
Mieszkamy razem od ładnych kilku tak, a ja nadal nie przyzwyczaiłam się, bo… chyba czekam, aż on się zmieni. Ale przecież wszyscy wiemy, że się nagle nie zmieni. 

Byłam kilka lat temu u wróżki. Powiedziała, że dla Niego zawsze praca będzie miała ten sam priorytet co rodzina. Dla mnie ważniejsza będzie rodzina.


Powiedziała mi także, że koło czterdziestki będę miała drugiego męża. Na własne życzenie.

Dlatego właśnie nie powinno się chodzić do wróżki.

niedziela, 6 października 2013

Powrót z krainy chilloutu



Cześć i czołem, zaczynam wracać z krainy chilloutu.
Co ciekawe, zbiegło się to z kolejną mszą o uzdrowienie, na której byłam w ubiegłą niedzielę.

Moja głowa i serce zaczynają sobie przypominać o problemie.
Moje nerwy stały się mega wrażliwe na Jego odchyły od moich oczekiwań.

Myślę, że to dobrze, że tak powinno być.
Czas zabrać się za robotę i wrócić do tematu. Bo ostatnio zamietliśmy temat pod dywan i łapaliśmy oddech, chilloutując się.

Mam Go zapisać na piątek na badanie nasienia.Ja w tym czasie muszę także sprawdzić jak tam moja flora bakteryjna wygląda.


No i seks. Hello? Nie pamiętam jak to się robi.
Nie kochaliśmy się 2,5 miesiąca! Nie wiem co się stało. Ani ja nie próbowałam. Ani on. Może po prostu potrzebowaliśmy brejka.

A co najciekawsze w tym wszystkim? Okres mi się spóźnia ponad 3 dni.
Taka sytuacja.