wtorek, 22 października 2013

Nadzieja umiera ostatnia

Retrospekcja zgonu.


Bezproduktywny dzień w pracy. Ból brzucha z nerwów.

Do androloga spóźniliśmy się z 30 minut, bo korki.
Zapomnieliśmy gotówki. On nie zabrał karty. Musieliśmy dzwonić do kumpla, prosić o pożyczkę przelewem. Wypłata z bankomatu. Potem bieg do kliniki. Ja byłam w rozsypce. Łzy w oczach, szał w duszy.


Odebraliśmy cholerną kopertę. Panie w pomarańczowych kitlach na recepcji ruszały się wolniej niż 100 letnie żółwie. Wypisywała sobie coś na komputerze a koperta leżała obok.
"Czy może mi pani podać już tą kopertę?"
Pani spojrzała z rozbawieniem, podała. Niech jej ten uśmieszek cholerny bokiem wyjdzie.


Wyniki gorsze niż ostatnio.
Zamiast 6,5 mln plemników - 4,5. Morfologii tym razem nie zrobiono, bo było ich za mało.
Reszta wyników jest nieistotna na ten moment.
Jedno słowo: są gorsze niż ostatnio.
Ale nadal lepsze, niż za pierwszym razem.

Bakterii u Niego nie ma. Posiew jałowy.
Nie ma. Ale parametry nasienia się nie polepszyły. Wręcz przeciwnie.


Pani androlog zasugerowała nam, właściwie sama nie wiem co:


  • nie ma co się martwić, bakteria wyleczona, ale to 3 miesiące po zamknięciu leczenia antybiotykiem potrzeba, żeby wszystko wróciło do normy

  • myśleliście o in vitro? Lepiej zacznijcie.

  • chciała nam dać na 2 miesiące witaminy a potem dopiero kurację Clostilbegytem. Od razu poprosiliśmy o Clo. A raczej On poprosił. I dostaliśmy.

  • Clo jest dla nas ostatnią deską ratunku. Jeśli Clo się nie sprawdzi - albo cud, albo in vitro.

Siedząc w gabinecie miałam chwilę załamania. Dr o coś mnie zapytała, odpowiedziałam prawie płacząc. Miła kobieta spojrzała na mnie ciepłym, współczującym spojrzeniem. Czułam to.
Przebadała nas na wylot. A raczej - Jego. Nie wiem, co by jeszcze mogła zbadać. Chyba fazy księżyca, jak słowo daję…


Wyszliśmy.
Czułam się pusta w środku, jak bańka mydlana.


Jestem pod wrażeniem tego, jak rozmawialiśmy o in vitro po wyjściu z gabinetu. Nie skakaliśmy sobie, w drodze wyjątku od reguły, do gardeł. Wspieraliśmy się słowem. Czułam,że jesteśmy małżeństwem. Jedziemy na jednym wózku, którego ciągnie zaprzęgnięta miłość.


On nie ma problemu z in vitro.


Ja mam. Ale czuję… ulgę chyba czuję.
Jesteśmy bliżej końca tego cholernego koszmaru. Rozwiązania, jakiekolwiek będzie.


Aczkolwiek nie wiem, czy jutro rano znajdę w sobie siłę, żeby wstać z łóżka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz