poniedziałek, 21 października 2013

Znaki


Źródło zdjęcia: http://naturalknowledge247.com


Już kiedyś chyba pisałam, że wierzę w znaki. W jakąś taką Opatrzność, która nadaje kierunek naszemu życiu i czasami dyskretnie podsuwa nam rozwiązania, przyszłość, opcję, marzenia, puszcza do nas oko, sugeruje.
Nie rozpatruję tego w kategorii manipulacji.


W temacie naszego rodzicielstwa, od czasu do czasu natykam się na takie.. znaki.

Dla niektórych mogą one wydawać się błahe, nieznaczne, ale okoliczności w jakich się pojawiają, odczucia jakie ze sobą niosą, myśli, których są impulsem, sprawiają, że znaczki stają się znakami.


#1
Za pierwszy z nich uważam nasze “spiknięcie” się i wyjazd z parą znajomych z dzieckiem, o których pisałam kilka wpisów temu. Przez nich właśnie zdecydowaliśmy w tempie ekspresowym, że oto właśnie chcemy i będziemy mieć dziecko.
To nie mógł być przypadek.
Bóg zdecydował, że już czas nam pokazać. I wybrał ich, jako drogę pokazania nam, że to całe rodzicielstwo dotyczy także nas.
Że my, ta dwójka przekornych i zakochanych dzieciaków (well, to nic że wtedy już przed 30tką) już powinna o tym pomyśleć.
Nie musiał nas długo namawiać. Znalazł idealną drogę. Prosto do serca.

#2
Kilka miesięcy temu, w czerwcu, adoptowaliśmy małego kotka. Świetny futrzak. Mój kotek idealny.
Niedługo potem powtórzyliśmy badanie nasienia. Po wizycie u lekarza chciałam schować tą cholerną kopertę z wynikiem badania nasienia do segregatora z dokumentami. Otworzyłam segregator w dowolnym miejscu, wsunęłam kopertę do koszulki, w której były już jakieś dokumenty. Kiedy już miałam zamykać segregator i odstawić go na półkę spojrzałam na dokument, który był tam wcześniej. Na kartce widniał tłusty, czarny nagłówek: UMOWA ADOPCYJNA. Chodziło oczywiście o kota.
Czytelnik może pomyśleć: pff, bzdura. Szczególnie czytelnik, który rzeczywiście adoptował dziecko, może czuć się wręcz dotknięty moim porównaniem. Ale w tym jednym momencie, tuż po wsunięciu  koperty do koszulki w segregatorze, poczułam nagle uderzenie adrenaliny, nagle zdałam sobie sprawę, że nie wiem, jaki plan ma na nas Bóg. Dosłownie stęknęłam pod nosem i wyszeptałam: “Boże, proszę Cię, nie… nie damy rady.” *
(nie chodzi mi o to, że uważam adopcję za coś niewłaściwego. Po prostu w tamtym momencie nie byłam jeszcze gotowa na rozważenie tej opcji).

#3

Dziś do pracy wpadły bliźniaki mojego szefa.
Pierwszy raz, odkąd tam pracuję. Wesolutkie, różowe małe prezesiki.
Obserwowałam kątem oka, z niejakim rozbawieniem i rozczuleniem, jak mój szef, świetny gość zresztą, wciela się w role ojca.
Pracuję w tym miejscu już kilka lat, ale dzieciaki wpadły po raz pierwszy. I nie kwalifikowało by się to żadnego ze znaków, gdyby nie to, że wiem, że dzieci są poczęte metodą in vitro. A my jutro,punkt 17:30, mamy sądną wizytę w klinice, u pani androlog.


I tak oto, jestem w tym momencie w potrójnym rozkroku pomiędzy macierzyństwem “naturalnym”, in vitro i adopcją.


Do zobaczenia, pani androlog.
See You tomorrow.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz