czwartek, 21 listopada 2013

W biegu

Ostatnimi czasy, poza miłymi chwilami w małżeńskim wyrku, pochłonęła mnie kompletnie praca.

Wiele się ode mnie oczekuje a ja staram się dawać z siebie na maxa.
Miałam jednak w poniedziałek (w końcu) rozmowę ewaluacyjną i usłyszałam kilka słów, na temat tego, czego się ode mnie oczekuje, a czego jeszcze nie osiągnęłam.
Była to po części racja, ale na pewno nie był to feedback złożony "na kanapkę" (czyli przeplatanie słów pochwał ze słowami wskazującymi, co trzeba poprawić). Była kulturalna, na wysokim poziomie, ale gdyby odsiać z tego wszystkie konwenanse, konkrety mówią: weź się, spręż.
Nie czuję się zmotywowana. Czuję się zagubiona i wystraszona, że nie sprostam temu, czemu powinnam sprostać.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że zżera mnie moja własna ambicja walcząca z ograniczeniami umysłu. Jestem zawodowo zmęczona a mam niecałe 30 lat.
Jestem dobra w tym co robię, ale nie mogę zrobić kroku do przodu.

We wtorek byliśmy u kolejnego lekarza. Skierował nas do niego ten doktorek od teściowej (z którą od czasu ostatniej awantury nie mam nawet cienia kontaktu). Do tematu podeszłam o dziwo bez emocji, bo jestem tak pochłonięta stresem płynącym z pracy, że nie mam wolnych neuronów, żeby przepuszczać przez nie stres związany z niepłodnością.

W prostych, żołnierskich słowach:
  • 2 h wizyty i gadania
  • powiedział, że Clo małż może brać, ale i tak nic mu to nie pomoże prawdopodobnie (mówcie co chcecie, ja cenie taką szczerość)
  • wypisał mi skierowanie na HSG ( fuck..) a wcześniej, w drugim dniu cyklu, muszę zrobić jakieś badanie z krwi
  • o bakteriach coś tam gadał, że nie ważne - przytaczał wiele jakiś tam argumentów, ale nie jestem w stanie ich powtórzyć
  • zbadał mnie 
  • wypisał jakieś tam leki na moje bakterie, ale wymusiłam to na nim
  • powiedział, że warto spróbować inseminacji, bo w niepłodności nie ma żadnych reguł
  • a jeśli insemka się nie uda, to w te pędy na in vitro
  • i że w niepłodności nigdy nie ma nic "na pewno" i "wszystko jest możliwe" .
I tyle.
Leków jeszcze nie wykupiłam. HSG zrobię, ale nie wiem jeszcze czy z tego skierowania, co on mi dał, czy zapłacę 500 zł w klinice, za takie ze znieczuleniem. Tam gdzie on mi polecił, dają Ketonal w zastrzyku.

Na pocieszenie kupiliśmy sobie samochód. Nówka sztuka, z salonu. Volswagen Tiguan.
Nie tam, żebyśmy srali dolarami. W leasing wzięliśmy, żeby trochę podatki obniżyć, bo nas zjadają.

niedziela, 17 listopada 2013

Intymnik

Serwus.
Melduję, że żyję i mam się dobrze.
Powiedziała bym nawet, że całkiem świetnie, biorąc pod uwagę okoliczoności.

Gdyby ktoś mi powiedział wcześniej jaki wpływ na mojego faceta będzie miał Clostilbegyt to bym mu zaserwowała te prochy... kilka lat wcześniej :-)

Występują u niego dwa objawy:

1/ humory (ale są dość zabawne akurat. trochę jak u kobitki przed okresem)
2/ ochota na seks.

Punkt dwa podkreśliłam. Powinnam go jeszcze wyblodować i zrobić czcionką co najmniej 30tką.
Po prostu jakby mógł to by mnie nie wypuszczał z łóżka :)
Zachowuje się jakby miał znowu 16 lat i widział mnie pierwszy raz na golasa :)

Wita mnie codziennie po pracy słowami:
"Cześć, idziemy do łóżka? :) "

Nie ukrywam, że korzystam z tego skutku ubocznego.
Z taką częstotliwością nie kochaliśmy się chyba od... 10 lat.
I to... bez zabezpieczenia.

Tak wiem, bakterie. Tak wiem, jestem nieodpowiedzialna. Tak wiem, leczyliśmy się i teraz robimy krok wstecz. Może.

Ale za to dawno nie czułam się tak pożądana i kobieca.
I znowu od kilku miesięcy mogę mieć nadzieję na cud. Że może jakoś, kiedyś.
Skoro tak mu testosteron skoczył (zakładam że to to skoro jest taka chuć) to może i armia się spisze?

Po prostu pojechaliśmy po bandzie i daliśmy szansę losowi, szczęściu, Bogu.
A nawet jeśli cud się nie zdarzy, jest fajnie. Tu i teraz.



A we wtorek zaczynamy dalsze wizyty lekarskie, o których napiszę niebawem.


środa, 6 listopada 2013

Kolejny lekarz, kolejny "zjazd"

Jest świeży blog, fajnie-miło było, ale się skończyło.
Nie dajcie się zwieść cukierkowemu szablonowi, bo generalnie jest chu*owo.

Krótka retrospekcja:
Po ostatnim "apogeum wkurwienia" zdołałam się uspokoić i jako tako wrócić do równowagi (czytaj: zamiotłam temat pod dywan). Zaliczyłam kolejną mszę o uzdrowienie u Jezuitów, co działa na mnie jak prozac, valium i kokaina w jednym.
Postanowiłam zignorować pierdolącą od rzeczy teściową, co mi skutecznie wychodzi.
On zakończył wreszcie projekt, nad którym siedział kilka ostatnich miesięcy dzień i noc.
Projekt odbił się pozytywnym echem w branży a ja odzyskałam partnera życiowego. Obecnie między nami jest świetnie. Bombowo.
Sprawy łóżkowe się ożywiły i to z pożądania a nie konieczności prokreacji. Pozwoliliśmy sobie nawet na małe szaleństwo bez zabezpieczenia przed moimi bakteriami.
Długi weekend listopadowy minął bardzo miło, pojechaliśmy w moje rodzinne góry. Miło, rodzinnie, chilloutowo. Kocham Go. Czuję, że kroczymy razem ramię w ramię.
I to tyle, jeśli chodzi o słodkie pierdzenie.

Kolejny zjazd do "piekła niepłodności" nastąpił dziś. Cholera wylazła spod dywanu, pod którym była trzymana.
Skorzystałam z rady teściowej (no.. serio serio) i udałam się na wizytę do jej kumpla -lekarza - ginekologa. Wizyta była przekładana od jakiegoś czasu, bo on nie mógł.
Dziś poszliśmy, ja i małż.

Wizyta kompletnie uaktywniła cały smród tego cholernego problemu niepłodności.
Niby nic się nie wydarzyło na niej szczególnego.
Pan mocno skupił się na mnie, jakby fakt, że Małż. ma 6 milionów plemników nie stanowił problemu.
Wypytywał mnie o wszystko, aż dokopał się do faktu, że ja, moje Panie, nie miałam jeszcze sprawdzanej drożności jajowodów. Jakoś lekarz mi tego nie zalecił w żadnym momencie. Nie wiem dlaczego.
Finał wizyty był taki, że:

- on nam nie pomoże, bo się nie zna
- za to skieruje nad do swoich kumpli-specy-magików-od-niepłodności, po znajomości oczywiście
- oni mi pewnie te jajowody poprzepychają jak trzeba (czy tam coś z nimi zrobią)
- z bakteriami mam dać sobie spokój (tymi moimi, co ich nie wyleczyłam), bo to na pewno nie jest powód i mam temat olać
- i 100 zł po proszę , dziękuję, do widzenia.

Wyszłam z gabinetu w kawałkach.
Najpierw głowa, potem kadłub a za mną wlekły się nogi.
Teściowa ma rację. Jestem histeryczką.

Co mnie rozwaliło?
Nie wiem.

Może to, że lekarz właściwie nic nam nie powiedział nowego?
Może to, że miałam w głowie plan (następujący: On bierze Clo, w styczniu badanie nasienia, na pewno będzie słabe, więc w marcu startujemy do in vitro z programu, z czystym sumieniem, że zrobiliśmy wszystko co się da) a on mi go jakoś rozpieprzył bezceremonialnie?
Może to, że muszę zrobić tą cholerną laparoskopię czy jakkolwiek to się nazywa, a z tego co czytałam, to zajebiście boli?
Może to, że każda wizyta u lekarza jest dla mnie wyczerpująca psychicznie a te nadęte, spasione dupki nie wykazują żadnego zrozumienia i empatii?
Może to, że Małż siedział ze spuszczoną głową i za wiele nie mówił?
Może to, że lekarz nie wymyślił żadnego magicznego sposobu na zajście w ciążę natychmiast?

Nie wiem.

Wiem natomiast, że jestem w momencie, którego tak bardzo się obawiałam, po odebraniu pierwszego sygnału o naszej beznadziejnej sytuacji  (Jego wyników nasienia w maju). Wtedy bardzo bałam się drogi, jaką przyjdzie nam pokonać w tej walce.
Jestem właśnie na tej drodze. Przeszłam spory kawał i jestem zmęczona, zaczynam tracić siły a końca tej drogi nie widać.

Nie mam ani GPSa, ani mapy a światełka na końcu drogi też jakoś nie widać.


wtorek, 5 listopada 2013

Świeży, piękny i pachnący

Witam na "nowym" :)

Męczyłam się z przeniesieniem bloga przeokrutnie.
Przeprowadzka z Tumblra nie była łatwa. Pokusiłam się nawet o własną domenę, z czego jestem dumna, jak paw.

Myślę, że i mnie będzie łatwiej się pisało na bloggerze a Wam łatwiej komunikowało, komentowało (mam nadzieję :).

Przez jakiś czas jeszcze będą trwały pracę nad dopracowaniem warstwy wizualnej (nie wiem czy ten szablon nie jest zbyt agresywny).

Anyway, witajcie na "nowym" :)

High five!