sobota, 14 grudnia 2013

Spotkania towarzyskie

Dziś wieczorem czekają nas dwie parapetówki w tym samym czasie.
Najpierw zaliczamy jedną. Potem drugą.
Spotkamy ogromną część naszych znajomych z "różnych bajek".

I teraz uwaga, będzie wyznanie z serii "brzydkie":
obawiam się tego, że któraś mi oznajmi, że jest w ciąży.

Chociaż będę miała pretekst i wymówkę, do wyżłopania co najmniej 1 butelczyny wina.

czwartek, 12 grudnia 2013

Rewers

Weszłam na bloga z zamiarem trepanacji czaszki i ponownego emocjonalnego ekshibicjonizmu.
Zanim zaczęłam klepać, bach, zaglądam na trzy wybrane z listy najświeższe wpisy blogi dziewczyn, które czytam i którym kibicuję i co? Jedna chora  w trakcie procedury IV, druga cukrzyca ciążowa, trzecią dopadł dołek po obejrzeniu dziecka znajomych... i stwierdziłam, że niezbyt chyba będzie na miejscu ten mój dzisiejszy wpis. Zasępiłam się :/

Ale jako że ekshibicjonizm jest silniejszy, oto mój rewers na dzis:
popierniczyło mi się we łbie.
Słowo honoru.

Zaskakuje sama siebie.

Jeszcze kilka dni temu pisałam, cała w skowronkach, jak to jest między mną a S. ostatnio cudownie.
On, po zakończeniu trwających około 6 miesięcy prac nad projektem dzień i noc, nieobecności duchowej i częściowo fizycznej przy mnie, nie rozmawianiu ze mną akurat w czasie, kiedy tego najbardziej potrzebowałam nagle postanowił zrobić wielki come back.

Zaczął pracować w normalnych porach jak normalni ludzie.
Wracać do domu z pracy jak normalni ludzie (a nie zaszywać się w gabinecie na całe dnie i noce).
Zaczął być obecny w domu.
Zaczął ze mną rozmawiać.
Zaczął zasypiać ze mną (!!!), czyli nie kładę się sama do łóżka.
Zaczął normalnie jeść ze mną posiłki przy stole.
I w ogóle, jakoś tak bardziej odnotował moją obecność w domu i zaczął zaznaczać swoją.

A ja co?
Uwaga: kompletnie nie umiem się w tym odnaleźć.
Rozsypała się moja codzienność, do której się chyba przyzwyczaiłam, rozsypałam się ja.

Nie wiem co się stało.
Nie umiem tego wytłumaczyć, ale wręcz przed nim uciekam.
Zaszywam się w koncie domu z komputerem... chociaż widzę, że on jest otwarty na jakąś interakcję ze mną. Czeka na nią wręcz.

Ale ja nie umiem.
Jestem wręcz chyba niemiła.

Nie rozumiem co się stało.
Nie umiem się z tego cieszyć, jestem jakaś taka... poirytowana.

Mam coś z głową.
C'mon..



sobota, 7 grudnia 2013

Słowo na sobotę

Dzisiejszy post wieczorową porą chciałam zacząć od "przepraszam", w stronę tych, którzy poczuli się dotknięci zakończeniem mojego ostatniego postu (historia znajomej, która zaszła w ciążę a potem ją straciła). Nie chciałam, żeby moje stwierdzenie zabrzmiało jak jakieś wartościowanie dramatu, czy coś podobnego. Przyznam, że po głębszym przemyśleniu tematu w mojej głowie pojawiło się kilka nowych refleksji. Nowe refleksje przypłynęły wraz z postami pod wpisem.
Szczególnie tym od Juti... który dobitnie mi wytłumaczył, jak krowie na rowie, o czym w ogóle mowa.
Wszystkie te sprawy, które nas dotyczą, cała ta historia płodności i niepłodności jest mega delikatna i na prawdę, jestem ostatnią osobą, która chciała by której z Was/Nas sprawić przykrość i nieprzyjemność.

A tak poza tym:
leżę z gilem wiszącym do pasa. Zatoki, które już od kilku miesięcy wysyłały mi sygnały, że coś się im nie podoba, wytoczyły działa wojenne. Zamiast oddać się szałowi przedświątecznego sprzątania i zakupów, leżę owinięta w polar i nabawiam się odleżyn. Towarzyszą mi wielkie, białe prochy antybiotyku.

Na HSG póki co zdecydowałam się w szpitalu ("piszę "póki co" bo nie wiem, czy jeszcze się nie zmieni w temacie...). Okazało się, że w klinice koszt wszystkich badań i wizyt to niemal 1000 PLN, więc stwierdziłam, że dam radę. Dzwoniłam do położnej w szpitalu, żeby się umówić, ale okazało się, że mam się zgłosić dopiero w styczniu, bo w grudniu nie ma już miejsc. Pytałam też o możliwość dodatkowego znieczulenia, ale nie ma takiej opcji. Podają tylko ketonal dożylnie i tyle.

Na koniec dodam jeszcze, że cudowne skutki uboczne Clostilbegytu, który przyjmuje małżonek trwają. Nie ograniczają się już tylko do popędu seksualnego, ale również do przymilności ponad miarę i nad wyraz nadzwyczajnego okazywania stanu zakochania. Jak dla mnie to może sobie brać te proszki nawet i cały 2014 rok.. ;)

Aha, dodatkowo obserwuję po Jego stronie niesamowitą ewolucję w temacie naszej niepłodności.
Jakiś czas temu, co widać nawet w moich wpisach, nie dało się z Nim poruszyć tego tematu. Teraz sam wychodzi z inicjatywą, chętnie chodzi do lekarza (wręcz pilnował ostatnich wizyt i sam się na nie wprosił), potrafimy o tym rozmawiać a nawet, uwaga -uwaga, zażartować sobie z niej czasami. Jesteśmy w tym razem.

Mimo wszystko jednak: zbliżających się cudownych Świąt, fajnych skutków Clostilbegytu, Jego rozmowności w temacie... ta franca - niepłodność - cały czas jest z nami.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Pryszcze, okres & straszne historie

Po miesiącu intensywnego bzykania dostałam okres.
Dzisiejsze krwawe wydarzenie zostało poprzedzone istną inwazją syfów na mojej twarzy.

Nie oznacza to jedynie tego, że nie jestem w ciąży i mam pryszcze.
Oznacza to również fakt, że oto nieuchronnie zbliża się badanie HSG.

Teraz waham się jedynie, czy robić to w mojej prywatnej klinice za 500 zł ze znieczuleniem (nie wiem jakim), czy zrobić ze skierowania jakie dostałam, do szpitala, nieodpłatnie.
Może zadzwonie jutro do mojej kliniki i dowiem się jakie oni tam dają znieczulenie.
Dodam, że mam bardzo niski próg bólu.

Zastanawiam się, czy to HSG w ogóle ma sens przy naszych badaniach nasienia.
Poprzedni lekarz, u którego byliśmy zasugerował, żebyśmy po HSG podeszli do inseminacji. Na moje pytanie, czy to ma sens (inseminacja oraz HSG) odpowiedział:

"Zawszę jest sens, droga pani. Do zapłodnienia potrzeba 1 plemnika. Pan ma je waleczne i to w dodatku 6 milionów. Nie takie cuda już widziałem."

W związku z tym plan na dziś jest taki:
- HSG - dla świętego spokoju
-styczeń - badanie nasienia
- inseminacja, jeśli będzie jakieś w miarę
- od razu zapis na in vitro.

Końca nie widać.
Boże, jak to się wszystko wlecze.
Czy to się kiedyś skończy?

W związku z tym, że mój dzisiejszy wpis tryska optymizmem, chciałam przytoczyć jeszcze jedną, przesympatyczną historię z cyklu "historia poroniona".
Istnieje sobie koleżanka, a raczej: znajoma, z którą zwykłyśmy sobie przy winku czerwonym, w za dużej ilości, dyskutować na temat naszych starań o dziecko. Ona dopiero zaczęła stosunkowo niedawno, więc.. Dyskutowałyśmy jakoś niecały rok temu, zanim zaczęliśmy się z Małżem leczyć w klinice. Jeszcze wtedy wierzyłam mocno, że wszystko będzie ok.
Nie widziałam się z nią jakiś czas. Byłam ostatnio na imprezie urodzinowej jej przyjaciółki - nie było jej. Od razu wyczułam pismo nosem, że coś jest na rzeczy, ale jej przyjaciółka przeczyła. Ale czułam, że coś jest nie tak. Nawet... dziwna sprawa.. ale wychodząc na imprezy, gdzie przypuszczałam, że ona będzie, miałam taką brzydką obawę, że jak się zobaczymy to ona na pewno będzie w ciąży a ja nie. Brzydkie to, ale przyznaje się, że tak mam. Mam brzydkie odczucia w stosunku do ciąż innych.

W ostatnią sobotę, podczas zakrapianej posiadówki u nas, jej przyjaciółka wyjaśniła mi o co chodzi. Tamta koleżanka była w ciąży. Ale już nie jest.
Okazało się, że zarodek był nieprawidłowy, że komórki połączyły się nie prawidłowo i w 3cim miesiącu (albo wcześniej, sama nie wiem) dowiedziała się, że ciąża na pewno obumrze. Nie zgodziła się na sztuczne usunięcie. Czekała na naturalne poronienie. Do czego oczywiście doszło.
Niezbyt sobie ku***a wyobrażam taki moment naturalnego poronienia, w domu. Przecież 3 miesiące to ten zarodek nie jest już jakiś mikroskopijny. Chyba.
Słaba historia. Słabiutka.

Wiecie co sobie pomyślałam?
/ coś czuję, że za raz walnę ryzykownym stwierdzeniem i mogę zostać ukamienowana /
Że to jest owszem, przestraszne. Nie wiem jak starszne, bo nie przeżyłam. Bardzo jej współczuję.
Ale ona chociaż wie, że są zdolni do zapłodnienia (tematu donoszenia nie poruszam).