poniedziałek, 2 grudnia 2013

Pryszcze, okres & straszne historie

Po miesiącu intensywnego bzykania dostałam okres.
Dzisiejsze krwawe wydarzenie zostało poprzedzone istną inwazją syfów na mojej twarzy.

Nie oznacza to jedynie tego, że nie jestem w ciąży i mam pryszcze.
Oznacza to również fakt, że oto nieuchronnie zbliża się badanie HSG.

Teraz waham się jedynie, czy robić to w mojej prywatnej klinice za 500 zł ze znieczuleniem (nie wiem jakim), czy zrobić ze skierowania jakie dostałam, do szpitala, nieodpłatnie.
Może zadzwonie jutro do mojej kliniki i dowiem się jakie oni tam dają znieczulenie.
Dodam, że mam bardzo niski próg bólu.

Zastanawiam się, czy to HSG w ogóle ma sens przy naszych badaniach nasienia.
Poprzedni lekarz, u którego byliśmy zasugerował, żebyśmy po HSG podeszli do inseminacji. Na moje pytanie, czy to ma sens (inseminacja oraz HSG) odpowiedział:

"Zawszę jest sens, droga pani. Do zapłodnienia potrzeba 1 plemnika. Pan ma je waleczne i to w dodatku 6 milionów. Nie takie cuda już widziałem."

W związku z tym plan na dziś jest taki:
- HSG - dla świętego spokoju
-styczeń - badanie nasienia
- inseminacja, jeśli będzie jakieś w miarę
- od razu zapis na in vitro.

Końca nie widać.
Boże, jak to się wszystko wlecze.
Czy to się kiedyś skończy?

W związku z tym, że mój dzisiejszy wpis tryska optymizmem, chciałam przytoczyć jeszcze jedną, przesympatyczną historię z cyklu "historia poroniona".
Istnieje sobie koleżanka, a raczej: znajoma, z którą zwykłyśmy sobie przy winku czerwonym, w za dużej ilości, dyskutować na temat naszych starań o dziecko. Ona dopiero zaczęła stosunkowo niedawno, więc.. Dyskutowałyśmy jakoś niecały rok temu, zanim zaczęliśmy się z Małżem leczyć w klinice. Jeszcze wtedy wierzyłam mocno, że wszystko będzie ok.
Nie widziałam się z nią jakiś czas. Byłam ostatnio na imprezie urodzinowej jej przyjaciółki - nie było jej. Od razu wyczułam pismo nosem, że coś jest na rzeczy, ale jej przyjaciółka przeczyła. Ale czułam, że coś jest nie tak. Nawet... dziwna sprawa.. ale wychodząc na imprezy, gdzie przypuszczałam, że ona będzie, miałam taką brzydką obawę, że jak się zobaczymy to ona na pewno będzie w ciąży a ja nie. Brzydkie to, ale przyznaje się, że tak mam. Mam brzydkie odczucia w stosunku do ciąż innych.

W ostatnią sobotę, podczas zakrapianej posiadówki u nas, jej przyjaciółka wyjaśniła mi o co chodzi. Tamta koleżanka była w ciąży. Ale już nie jest.
Okazało się, że zarodek był nieprawidłowy, że komórki połączyły się nie prawidłowo i w 3cim miesiącu (albo wcześniej, sama nie wiem) dowiedziała się, że ciąża na pewno obumrze. Nie zgodziła się na sztuczne usunięcie. Czekała na naturalne poronienie. Do czego oczywiście doszło.
Niezbyt sobie ku***a wyobrażam taki moment naturalnego poronienia, w domu. Przecież 3 miesiące to ten zarodek nie jest już jakiś mikroskopijny. Chyba.
Słaba historia. Słabiutka.

Wiecie co sobie pomyślałam?
/ coś czuję, że za raz walnę ryzykownym stwierdzeniem i mogę zostać ukamienowana /
Że to jest owszem, przestraszne. Nie wiem jak starszne, bo nie przeżyłam. Bardzo jej współczuję.
Ale ona chociaż wie, że są zdolni do zapłodnienia (tematu donoszenia nie poruszam).

9 komentarzy:

  1. Ja Cię akurat nie ukamieniuję, bo w temacie poronień - na szczęście!!! - nie jestem. Ale kiedyś też w myślach tworzyłam taką hipotetyczną hipotezę i teorię teorii. Ja doszłam do wniosku, że wolałabym nigdy nie być w ciąży niż poronić np. w 3-cim miesiącu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tzn.gdyby efekt końcowy całkowity miał być i tak negatywny. Nic by mi nie dała świadomość, że "mogłam zajść".

      Usuń
  2. Tak, tak. Oczywiście masz rację.
    Tak sobie myślę, że jak oni jakoś dojdą do siebie i postanowią próbować dalej, to jaki będzie ich strach? Czujesz. To dopiero jest strach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wolisz nie mieć takiej wiedzy za taką cenę. Wierz mi. Przeżyłam trzy poronienia, w tym jedno w 14tym tygodniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Isa, wierzę Ci na słowo i nie umiem sobie tego wyobrazić :(
      Bardzo współczuję.
      Nie chciałam nikogo urazić moimi słowami. Jeśli tak się stało, to przepraszam.

      Usuń
  4. Kilka lat temu jak się okazało, że moja była Kierowniczka ( równolatka) zaszła w ciąże - cieszyłam się jak głupia razem z Nią . Szybko się jednak okazało, że poroniła . Na co oczywiście ja powiedziałam Jej : Monia ale Wy przynajmniej wiecie, że możecie zajść w ciąże . Chciała mnie zabić wzrokiem. I słowami też. Wtedy tego nie rozumiałam . Dzisiaj Monika jest po sześciu poronieniach i jednej ciąży pozamacicznej . I co Jej z łatwości zachodzenia w ciąże ? Nie wiem jak Ona sobie jeszcze z tym radzi i skąd bierze siły na kolejne próby i badania ...
    Ale tak niestety jest, że musimy się znaleźć w pewnej sytuacji, żeby móc ją w pełni zrozumieć .
    Dziś tych słów bym już pewnie nie wypowiedziała .Ale dziś już jestem bogatsza o pewne doświadczenia .


    A w kwestii hsg - ono naprawdę ma sens . Bo plemniki , plemnikami , ale bez tego badania naprawdę nie wiadomo czy w ogóle jest sens robić inseminacje . A tak jak lekarz powiedział - do szczęścia wystarczy jeden plemnik . Tylko musi mieć jak się przedostać do macicy. Bez tego badania nie do końca będziesz wiedzieć - ani Ty, ani Lekarz jaką dalszą drogę obrać .
    Klinika czy szpital ? Przy niskim progu bólu polecam klinikę . No ale z drugiej strony jeśli jajowody masz drożne to to badanie ponoć wcale takie bolesne nie jest . Moje niedrożne - bolało jak cholera . No i nie wiem co doradzić .


    A w ogóle to ta walka z niepłodnością czasem zdaje się nie mieć końca ...
    A tu trzeba być wojownikiem . Do końca.


    Trzymaj się kochana !

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeśli masz niski próg bólu i miałabyś dołożyć sobie stresów z powodu strachu przed nim, a przy okazji możesz pozwolić sobie na wydatek kilkuset złotych, chyba doradzałabym udanie się do prywatnej kliniki. Nie zrozum mnie źle, nie sugeruję tym samym, że badanie HSG jest tak cholernie trudne i bolesne, że uratować może tylko zapewnienie sobie odpłatnej obsługi i full serwisu ze znieczuleniami, ale jeśli miałoby to przyczynić się do Twojego spokoju... Odczuwanie bólu przy tym badaniu jest sprawą bardzo subiektywną. Być może za wiele nawet nie poczujesz. Tego Ci właśnie życzę - diagnozy o drożnych jajowodach i jak najmniejszego dyskomfortu. Weź z sobą podpaskę - czasem zapominają uprzedzić, że po badaniu może wystąpić krwawienie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiesz co, ja poroniłam w domu właśnie, nie w szpitalu, bo tak mi kazał lekarz, gdy odkryliśmy, że dziecko zarodek obumarł (8 tydzień). Myślę, że nawet gdyby mi nie kazał, sama bym chciała. Nie żałuję, że stało się to w domu. Miałam szansę przeżyć to po swojemu, bez świadków w postaci personelu medycznego. Miałam szansę pochować moje dziecko (wiem, że można to także zrobić po poronieniu w szpitalu, ale zdarzają się problemy) w ogródku i mogę palić mu świeczkę, widząc jej światło przez okno. Z "korzyści" najbardziej praktycznych ( i o te głównie chodziło lekarzowi), nie byłam łyżeczkowana, nie trzeba było mi rozszerzać szyjki (w szpitalach to różnie praktykują, niektórzy podają leki na rozszerzenie, a niektórzy rozszerzają mechanicznie), nie musiałam odczekać 3 miesięcy, ale starać się od razu od następnego cyklu. Myślę, że każdy sobie radzi po swojemu. Mnie takie myślenie "zadaniowe" i planowanie "co dalej" w jakimś sensie pomogło.
    Może to zabrzmi dziwnie czy głupio, bo nie ma dobrych poronień, ale wybrałam dla siebie najlepsze jakie mogłam. Najgorsze zdecydowanie było chodzenie w martwej ciąży, ten moment, gdy ktoś cię pyta, czy jesteś w ciąży (a zdarzyło mi się właśnie w tych dniach :( ), a ty nie wiem, czy odpowiedzieć, że jesteś czy że byłaś - bo żadne ze słów nie jest prawdziwe. Ten czas był straszny, oczekiwanie na absolutny koniec, na szczęście trwał krótko - 3 dni.
    Tu zresztą pisałam o tym: http://ziomalkowyswiat.blog.pl/2012/09/05/przedwczesnie-odebrana-swiatu-w-szymborska/
    Co do Twojego myślenia, nie umiem się wypowiedzieć. Ja od kiedy pamiętam, bałam się utraty ciąży i zawsze modliłam się o to, by dziecka nie stracić. Żeby przynajmniej to mnie ominęło. Wolałam, żeby się wcale nie udało. Dlatego też wszystkie testy ciążowe robiłam bardzo późno, żeby nie zobaczyć przypadkiem ciąży biochemicznej.

    OdpowiedzUsuń
  7. Tutaj nie ma lepszego bądź gorszego zakończenia - i ta co nie może zajść, i ta co roni dziecka nie ma, więc może jednak lepiej nie mieć złudzeń i nadziei. Uwierz mi na słowo, że tego co przeszłam roniąc dwukrotnie nie życzyłabym najgorszemu wrogowi. I pamiętam ten żal do Boga, losu , że dał mi nadzieję, powołał nowe życie, a za chwilę mi je odebrał. Ja nie miałam dużych problemów z zajściem w ciąże, więc nie umiem postawić się w Twojej sytuacji, ale wiem jedno: straty dzieci były najstraszniejszym przeżyciem w moim 26 - letnim życiu.
    Dorota

    OdpowiedzUsuń