sobota, 7 grudnia 2013

Słowo na sobotę

Dzisiejszy post wieczorową porą chciałam zacząć od "przepraszam", w stronę tych, którzy poczuli się dotknięci zakończeniem mojego ostatniego postu (historia znajomej, która zaszła w ciążę a potem ją straciła). Nie chciałam, żeby moje stwierdzenie zabrzmiało jak jakieś wartościowanie dramatu, czy coś podobnego. Przyznam, że po głębszym przemyśleniu tematu w mojej głowie pojawiło się kilka nowych refleksji. Nowe refleksje przypłynęły wraz z postami pod wpisem.
Szczególnie tym od Juti... który dobitnie mi wytłumaczył, jak krowie na rowie, o czym w ogóle mowa.
Wszystkie te sprawy, które nas dotyczą, cała ta historia płodności i niepłodności jest mega delikatna i na prawdę, jestem ostatnią osobą, która chciała by której z Was/Nas sprawić przykrość i nieprzyjemność.

A tak poza tym:
leżę z gilem wiszącym do pasa. Zatoki, które już od kilku miesięcy wysyłały mi sygnały, że coś się im nie podoba, wytoczyły działa wojenne. Zamiast oddać się szałowi przedświątecznego sprzątania i zakupów, leżę owinięta w polar i nabawiam się odleżyn. Towarzyszą mi wielkie, białe prochy antybiotyku.

Na HSG póki co zdecydowałam się w szpitalu ("piszę "póki co" bo nie wiem, czy jeszcze się nie zmieni w temacie...). Okazało się, że w klinice koszt wszystkich badań i wizyt to niemal 1000 PLN, więc stwierdziłam, że dam radę. Dzwoniłam do położnej w szpitalu, żeby się umówić, ale okazało się, że mam się zgłosić dopiero w styczniu, bo w grudniu nie ma już miejsc. Pytałam też o możliwość dodatkowego znieczulenia, ale nie ma takiej opcji. Podają tylko ketonal dożylnie i tyle.

Na koniec dodam jeszcze, że cudowne skutki uboczne Clostilbegytu, który przyjmuje małżonek trwają. Nie ograniczają się już tylko do popędu seksualnego, ale również do przymilności ponad miarę i nad wyraz nadzwyczajnego okazywania stanu zakochania. Jak dla mnie to może sobie brać te proszki nawet i cały 2014 rok.. ;)

Aha, dodatkowo obserwuję po Jego stronie niesamowitą ewolucję w temacie naszej niepłodności.
Jakiś czas temu, co widać nawet w moich wpisach, nie dało się z Nim poruszyć tego tematu. Teraz sam wychodzi z inicjatywą, chętnie chodzi do lekarza (wręcz pilnował ostatnich wizyt i sam się na nie wprosił), potrafimy o tym rozmawiać a nawet, uwaga -uwaga, zażartować sobie z niej czasami. Jesteśmy w tym razem.

Mimo wszystko jednak: zbliżających się cudownych Świąt, fajnych skutków Clostilbegytu, Jego rozmowności w temacie... ta franca - niepłodność - cały czas jest z nami.

8 komentarzy:

  1. Jakby co, to ja się dotknięta absolutnie nie poczułam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uff, no to całe szczęście :)
      Bo ja się za to, że tak powiem, poczułam "dotknięta" (w sensie wzruszona) postem na Twoim blogu, który wskazałaś. Tak to jest, że dopóki pewnych rzeczy jakoś bardziej namacalnie nie doświadczymy, to ciężko nam je sobie wyobrazić.
      Pozdrawiam ciepło ;)

      Usuń
  2. Mój Mąż przeszedł podobną ewolucję . Nie z clo , ale w kwestii otwartości i gotowości do rozmów . I wiesz - ten stan trwa już długooooo . I nic nie wskazuje, żeby miało się to zmienić . Także to naprawdę dobrze rokuje .
    A na pocieszenie powiem tylko , że u nas histeroskopia z drożnością to koszt 1500 zł . Ale jak masz okazję zrobić w szpitalu i taka decyzje podjęłaś - rób. Kasiorka przyda się dla Maluszka . Bo przyda ! Tak musi być !
    I tego Ci z całego serca życzę .
    I sobie również ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taa, myślę, że ta ewolucja nie ma wiele wspólnego z Clo. Clo owszem wpłynęło na jest miziastość i wylewność (co jest na prawdę extra!) ale jego rozmowność w temacie pokazuje, że potrzebował czasu. Bardzo się cieszę, że to w tym kierunku poszło. Widzę, że jemu zalezy. Sam pilnuje zażywania tabletek itd. Fajnie.
      A HSG - na razie staram się ignorować tą myśl ;)
      Pozdrowienia!

      Usuń
  3. Cudnie czytać jak znowu jesteście sobie bliscy, bo jeszcze niedawno wydawałaś mi się w tym Waszym związku taka samotna. Euforio trwaj!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MIA, tak było niestety. Straszzzne miesiące za nami. Mam nadzieję, że już tak zostanie ;) Pozdrawiam!

      Usuń
  4. "Tylko" ketonal to już ogromnie dużo. Mnie nie podano nawet witaminy C - i tak przeżyłam. Dobrze, że w tych zmaganiach z niepłodnością nie czujesz się już sama jak palec. A sama niepłodność, no cóż, obawiam się, że nawet mimo sukcesu w postaci zajścia w ciążę (gorąco wam tego życzę!) ta zołza z wami zostanie. Niepłodność infekuje ciało i umysł i wcale nie chce z niego wyparować skoro już raz się uda pokonać ją w jednej z bitew.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, niestety ostatnio doszłam do podobnego wniosku. Że TO będzie wisiało nad nami już zawsze. Ale wiesz co.. trzymam się tej myśli, że jak już uda się wygrać tą bitwę, to jednak pojawi się ten fragment szczęścia, który na ten moment jest gdzieś ... ukryty.

      Usuń