środa, 31 grudnia 2014

Arrivederci Stary Roku

Źródło: http://www.magicalwallpaper.com/happy-new-year-2014-greetings-desktop-wallpaper/ 

Ostatni poranek starego roku.
Od kilku dni przymierzam się do jego krótkiego podsumowania.
Bo wszak mam co podsumowywać.

To zdecydowanie nie był łatwy rok, ale definitywnie był przełomowy.
Nie pamiętam drugich, tak intensywnych w wydarzenia i emocje 12tu miesięcy.

Styczeń
kiedy jeszcze szarpaliśmy się z niepewnością, czy leczenie męża pomoże, czy uda się poprawić wyniki, jaką drogę przyjdzie nam obrać

Luty
przyniósł decyzję, że podchodzimy do IVF.
Pierwsza radość i euforia z podjętego planu i objawionej iskierki nadziei dość szybko zamieniły się w koszmar niecierpliwości, oczekiwania i psychicznych jazd.

Marzec
zstąpienie do istnych piekieł jazd psychicznych, roztrząsania, czy aby na pewno  z tym człowiekiem chcę dalej dzielić życie i wychowywać dziecko.

Kwiecień
Histeroskopia, koszmarne jazdy z tabletkami anty i start stymulacji.

Maj
Stymulacja i punkcja.
Duża ilość zarodków i włącza mi się tryb "zadręczanie mood".
Pierwszy transfer.
Bardzo, bardzo bolesna porażka.

Czerwiec
Trzydzieste urodziny.
Drugi transfer, tym razem crio.
Najpiękniejszy dzień życia: druga beta pozytywna w piątą rocznicę ślubu.

Lipiec
Plamienia.
Szpital.
Niepewność.
Decyzja o rezygnacji z pracy i przejściu na zwolnienie.

Sierpień
Walka z demonami po IVF i smrodami niepłodności.
Bolesne pożegnanie pieska - kochanego przyjaciela.

Wrzesień
Niewiele lepiej.

Październik
Powoli się zbieram.

Listopad / grudzień
Psychicznie chyba wychodzę na prostą i stabilizuję emocjonalnie.
Na prowadzenie wysuwa się ciążowy bęben ;)

Myślę, że nie jestem jeszcze gotowa, żeby postawić grubą krechę i odciąć się emocjonalnie od tego wszystkiego, co było. Chyba dużo wody jeszcze upłynie, zanim będę w stanie to zrobić.

Jednak żegnam ten 2014 rok z ulgą i poczuciem, że był przełomowy, wywrócił moje życie do góry nogami i bardzo wiele nauczył.

Jestem z Nas dumna, że razem przeszliśmy to, co przeszliśmy.
I z nadzieją, wiarą i miłością patrzę w przyszłość - w ten 2015.
Rok, w którym na świat przyjdzie moje wyczekane dziecko - córka.


niedziela, 28 grudnia 2014

Oj Maluśki, Maluśki, Maluśki...

Moja ulubiona kolęda w klimatach mojego góralskiego pochodzenia (tu akurat zespół Mazowsze)

Święta minęły tak intensywnie, że nie zdążyłam pożądanie przysiąść i spisać moich życzeniowych myśli dla Was. Korzystając jednak z tego wyjątkowego, przynajmniej dla mnie, czasu - Świąteczno-Noworocznego, życzę Wam Kochani, co następuje.
Szczerze i z serca:

Tym, co nadal walczą i czekają
Żeby nie tracili nadziei -bo gdzieś tam, na końcu tej drogi czeka szczęście. 
A nadzieja jest tym motorkiem popychającym nas do przodu. 
Żeby nie zamykać swojego szczęścia w słoiczku z napisem "na przyszłość". 
Żeby umieć cieszyć się z teraźniejszości i docenić małe radości.
I nie dać się pochłonąć tej czarnej otchłani niepłodności. 
I żeby w tej walce być razem - bo jak wiemy, niepłodność zawsze dotyka pary, nie pojedynczej osoby. 

Tym, co przy nadziei
Żeby nasze dzieci były zdrowe, silne i w terminie.
Żebyśmy nie musiały miotać się, tłumaczyć i usprawiedliwiać - przed sobą i innymi ludźmi - z tego jak chcemy rodzić, jak chcemy karmić, jak chcemy wychowywać nasze dzieci. 
Żeby rozwiązanie było doznaniem wyjątkowym i żebyśmy mogły rodzić w godnych warunkach.

Tym, co się już doczekali
Żeby umieli postawić grubą kreskę i zapomnieć o demonach niepłodności. 
Tym, którzy musieli skorzystać z pomocy medycyny, aby spełnić swoje marzenie o powiększeniu rodziny - aby nie biczowali się, tak jak ja to robiłam. Aby nie byli opluwani i oczerniani przez opinię publiczną i kościół - a przynajmniej, aby mieli to w całkowitym poważaniu, bo już dość wycierpieliśmy.
Jak najwięcej radosnych uniesień w kontakcie ze swoją pociechą. 
Żeby związki płynnie i bez większych przygód umiały przejść na nowy, macierzyński tryb.
Abyście - Wy-Matki - umiały się w tej roli odnaleźć, jednocześnie nie gubiąc własnego Ja-Kobiety.
A kiedy będziecie akuratnie chwilowo zagubione - żebyście były wysłuchane i zrozumiane. 

Tym, co rodzicami zostali bez większych kłopotów
Żebyście zdali sobie sprawę, jak ogromnego cudu doświadczyliście - bo zdając sobie z tego sprawę, poczujecie ogromne szczęście. 
Żeby "syty głodnego potrafił zrozumieć" i nie rzucał osądami i deklaracjami w sprawach, które szczęśliwie ominęły. 

Niezależnie od przynależności do powyższych akapitów, życzę wszystkim umiejętności odnalezienia w życiu szczęścia, niezależnie od sytuacji.


poniedziałek, 15 grudnia 2014

Kiedy dawca nasienia staje się ojcem?



Zaczynając pisać ten post, nie wiem jeszcze, czy go opublikuję.
Jest mi najzwyczajniej wstyd opisać tą żenadę, jaką zafundował mi ojciec mojego dziecka w ostatnich dniach.
Wstyd za niego. Wstyd za mój związek. Wstyd, że taka sytuacja w ogóle mogła mieć miejsce.

Mój ostatni post, pisany zresztą w szpitalu, był ckliwy - o nim, jak to wypłakiwał się swojej babci, że taka jestem poszatkowana zastrzykami stymulującymi.
Oh, jakże ciepło mi było na duszy i sercu.
No, ale jako że równowaga w przyrodzie jest niezbędna, wszystko się zje**ło koncertowo.

W piątek leżąc w szpitalu wiedziałam, że on ma jakiś plan wyjścia na wieczór. Ja też byłam zaproszona, ale jakoś trudno by było wymknąć się z oddziału i wrócić niezauważoną..
Od początku ciąży przyjęłam świadomie taką strategię, że on może sobie imprezować jak dotychczas (zawsze mieliśmy dość luźne zasady w tym obszarze). Ja nie mogę - wiadomo. Ale on - cóż, niech chłopak ma. Byłam przekonana, że przecież doceni moje liberalne podejście i będzie się jakoś kontrolował i ograniczał - dla przyzwoitości, ze zwykłej uczciwości, ot tak po prostu.
Przecież jestem w naszej wyśnionej, wywalczonej, wyszarpanej ciąży - okupionej krwią, łzami i igłami.

Już wcześniej w czasie ciąży kilkakrotnie przegiął z alkoholem i po pewnej imprezie zwróciłam mu uwagę, że to jest nie fair, nie podoba mi się to i  powinien się hamować: jeśli nie ze zwykłej przyzwoitości to chociażby rozsądku i poczucia odpowiedzialności. Bo powinien być trzeźwy na ciele i umyśle gdyby się, nie daj Boże, coś wydarzyło. Przecież oboje jesteśmy odpowiedzialni za tą bezbronną istotkę we mnie, prawda?

A więc w piątek miał wychodne.
Ja co prawda leżałam w szpitalu, ale jako że była to raczej rutynowa wizyta, to jeszcze zamówiłam mu taksówkę pod dom, ze szpitalnego wyrka.. i przypomniałam o czymś (na wszelki wypadek), co było dla mnie jakby oczywiste: kontroluj się proszę i nie pij zbyt wiele, bo w sobotę wychodzę i trzeba będzie mnie odebrać ze szpitala.

W sobotę rano miałam w szpitalu troszkę stresów, bo nie dogadałam wcześniej do końca z doktorkiem planu gry. Ostatecznie, po smsowej konsultacji z prowadzącym, wypisałam się na własne życzenie. Nie było to dla mnie przyjemne. Czułam się jak idiotka, wypisując się na żądanie, kiedy w mojej karcie widniało, że dzień wcześniej trafiłam na oddział z rzekomym krwawieniem (co było ściemą, w celu podania mi immunoglobuliny - długa historia). Tak czy inaczej, czułam się kretyńsko. Musiałam własnoręcznie wypisać oświadczenie, że rozumiem zagrożenie, że wbrew zaleceniom lekarzy, że przyjmuję do wiadomości możliwość obumarcia płodu itd (brrrr).
Wiedziałam, że te moje dolegliwości to jest ściema, ale mimo to czułam się jak idiotka przed personelem tego oddziału i wręcz... bałam się wypisać.

Kiedy już byłam ready-to-go okazało się, że małżonek jest niedostępny.
Na moje prośby o kontakt, odbiór ze szpitala- odpowiedziała głucha cisza.

Stwierdziłam, że ok, trudno. Trochę się tego spodziewałam, bo on ma problemy z porannym wstawaniem, a już po imprezie to w ogóle.
Spakowałam więc swoją zbyt ciężką jak na dwa dni pobytu w szpitalu torbę i poczłapałam zbolała do wyjścia. Zbolała - bo Młoda dała mi niemiłosiernie do wiwatu, urządzając sobie jakieś aikido w moim brzuchu.
Zamówiłam taksówkę i podjechałam pod dom.

Dzwonie domofonem.

Zachlany głos dawcy nasienia: Halo?
Ja: Cześć, otwórz.
Zachlany: Yyy, <moje imię>?
Ja: Noo..
Zachlany: Osz kurwa..
Ja: Zejdź wnieść mi torbę [mieszkamy na 3cim piętrze bez windy]
Zachlany: Nie zejdę, źle się czuję. Zostaw ją gdzieś. W samochodzie na przykład.

Ręce mi opadły. Po kilku protestach, że aby ją wsadzić do samochodu trzeba ją podnieść, poddałam się i zrobiłam, co zachlany przykazał.
Wczłapałam się na górę, już raczej mocno podkurwiona.

I co zastałam??
Melinę.

Zachlany leżał w łóżku półprzytomny, nie był w stanie się nawet podnieść.
Jego czerwona od popękanych naczyń twarz dawała krótki komunikat, że było ostro rzygane.

W salonie na kanapie spał kolega.
Nigdzie nie mogłam znaleźć jednego z naszych 2 kotów.
Łazienka nosiła ślady rzygania a w domu panował ogólny rozp**ol.

Usiadłam za stołem w kuchni - brudna, wymiętolona, niewyspana, ze szpitalną opaską na ręku i zastanawiałam się, co ja mam właściwie zrobić w tej sytuacji.

Nerwy puściły mi na amen, kiedy kolega zaczął rzygać.

Wpadłam w jakąś histerię, szybko się ubrałam, złapałam kluczyki od samochodu i uciekłam z płaczem. Nie za bardzo miałam dokąd jechać, bo nie mam tu żadnej [własnej] rodziny. Jego babcia, która mieszka niedaleko, walnęła focha, że do niej mam nie jechać, bo ona się nie miesza.
Ostatecznie, zalana łzami, nie pamiętam jak, znalazłam schronienie u kumpeli, gdzie spędziłam cały dzień.

Nie wiem ile godzin minęło, zanim dawca nasienia zorientował się, że nie ma mnie w domu.
A jak się zorientował, to jaki komunikat otrzymałam?
A taki, o:

"Masz zamiar łaskawie wrócić do domu? Bo ja się źle czuję, pomogła byś i zaopiekowała się mną."


Wróciłam wieczorem.
Tylko po to, żeby się wykąpać, wypomadować i wyskoczyć na imprezę do znajomych.
Nie miałam za bardzo siły, ale nie miałam najmniejszej ochoty na siedzenie w tym padole łez, rzygów i rozpaczy.
Po powrocie spałam na kanapie.

Następnego dnia, tj. w niedzielę przyczłapał się do mnie dopiero po południu.
Ja, głupia-naiwna, myślałam, że jemu jest wstyd, że nie wie co ma zrobić i dlatego nie wychodzi z jamy, nie odzywa się.
Byłam przekonana, że będzie mnie przepraszał na klęczkach.

Człap, człap..
- Czy Ty masz do mnie za coś pretensję?

No i dowiedziałam się, że on mnie nie będzie przepraszał, bo nic się nie stało takiego a ja przesadzam i histeryzuję.

Powiem szczerze, że ręce i cycki mi opadły.
Opadłam z sił, nie chciało mi się nawet kłócić.
Trzęsąc się cała, z podkówką na twarzy, wycedziłam, że ma się natychmiast wynosić z domu albo ja to zrobię.

Po jakimś czasie troszkę się ogarnął, podjął dialog, podczas którego zanosząc się płaczem, wygarnęłam mu, jak cała sytuacja wygląda z mojej perspektywy.
Wyłam jak zarzynana foka uchatka.
Coś tam do niego dotarło, przeprosił - ale taka średnio przekonana jestem do tych przeprosin.
Podjął się zobowiązana abstynencji co najmniej do końca ciąży.

Wysprzątał mieszkanie, zrobił pranie, zrobił zakupy, nakupował specjalnych środków do dezynfekcji, żeby ogarnąć łazienkę (bardzo słabo znoszę obecność czyiś treści żołądkowych poza ich głównym miejscem przeznaczenia tj. żołądkiem. Mam jakąs fobię.)

I jakoś funkcjonujemy pod jednym dachem, choć ja nadal śpię na kanapie i rzygać mi się chce, jak na niego patrzę.
Zawiódł mnie na całej linii.
Po 15 latach związku zaskoczył i to zdrowo.
Jestem w 7mym miesiącu ciąży. 29 tygodniu.
Coś by się stało, urodziła bym lub cokolwiek (tfu tfu!) a dawca nasienia nawet by nie wiedział. O pomocy nie wspominając.

Podczas płaczliwej rozmowy zakomunikowałam mu, że ja potrafiłam pokazać moją miłość podchodząc do IVF. I nie oczekuję, że będzie mi dziękował, bo taki wybór był dla mnie naturalny. Jedyna możliwa droga. Ale miło by było, gdyby nie traktował mnie jak jakieś ścierwo.

I pogrążyłam się w rozważaniach, jak to jest z tymi facetami?
Kiedy oni przestawiają się na tryb rodzicielski?
Co to będzie, jak urodzi się dziecko?
Czy oni mają w ogóle jakiś instynkt?

Na ten moment mój stan umysłu jest taki, że mogła bym zostać samotną matką.
Obie byśmy były zdrowsze: zarówno Malutka jak i ja.

Klik.
< publikuj > 

PS. Błagam, oszczędźcie mnie w komentarzach.
Jestem już wystarczająco dobita..

piątek, 12 grudnia 2014

Babcine wyznanie

Źródło: http://coloradopeakpolitics.com/?attachment_id=13005 

Leżę w szpitalu, podano mi immunoglobulinę i podsłuchuję przy okazji dziecko co kilka godzin.
Najbliżsi, mimo iż wiedzą, że jestem tutaj profilaktycznie i nic mi się nie dzieje złego,  są jakoś niezdrowo podekscytowani.
Dzwonią w humorach-muchomorach, które próbują ukryć, choć ich emocje aż kipią.
I w takim humorze-muchomorze zadzwoniła do mnie Babcia mojego Małża:

B: jak się czuje S.?

Ja: średnio, narzekał, że ręka mu drętwieje.

B: Boże Mój, bo On jest taki nerwowy. On się tak wszystkim przejmuje. Nie pokazuje po sobie, ale tak jest! 
On płakał kiedyś jak tu był u mnie, wiesz?!

Ja: Yyy, jak to płakał? Kiedy?

Babcia: No wtedy, jak Ci te zastrzyki robił. Przyjechał po obiad i płakał, że nie ma Ci już gdzie tych zastrzyków robić, że masz siniaki, że nie wie już gdzie ma się wkłuwać. Tak płakał... 


***


I niech ktoś powie, że dzieci z IVF nie są poczęte z Miłości.



środa, 10 grudnia 2014

Zjazd energetyczny, brak empatii, szalone ruchy i pierwsze KTG

Źródło: http://pregnancy.thefuntimesguide.com/2008/09/baby_position_in_womb.php


Ciąża nieustannie mnie zaskakuje.
I wypadało by dodać, że również i ja zaskakuje samą siebie w tym błogosławionym stanie.

Jestem na początku trzeciego trymestru.
Wiele z Was i wiele poradników pisze o tym, że trzeci trymestr niesie ze sobą zjazd, że kończą się dobrodziejstwa drugiego kwartału.
Jakoś niespecjalnie się tym przejmowałam, do czasu, aż zaczęło dopadać i mnie.
Piszę "zaczęło", bo mam wrażenie, graniczące w pewnością, że to dopiero początek :)

Nie opuściły mnie chęci do życia, ale opuściła mnie energia. Kompletnie - coś jak w pierwszym trymestrze.
Chciałabym zrobić tak wiele rzeczy, ale jest jeden drobny problem - brak sił.

Już od jakiegoś czasu dopada mnie niemoc - w najmniej oczekiwanych momentach. Np. w kolejce w Lidlu.
I tutaj pojawia się kolejna obserwacja - empatia narodu w stosunku do ciężarnych jest niemal zerowa.
Do tej pory nie oczekiwałam od obcych jakiś specjalnych przywilejów w związku z ciążą - wszak dobrze się czułam, mogłam postać w kolejce i nawet mi do głowy nie przyszło, żeby było inaczej.
Ale pewnego pięknego dnia, stojąc w ogoniastej kolejce z wózkiem zakupów, poczułam, że muszę się o ten wózek oprzeć, bo coś słabiaszczo i że muszę natychmiast wchłonąć dwie słodkie bułki, które mam w koszyku, bo jak tego nie zrobię, to będzie koniec.
Wydaje mi się, że otoczenie nie miało za bardzo szans przegapić mojego spadku formy (jestem osobą z dość wyrazistą mimiką), że o ciąży nie wspomnę - mojego siedmiomiesięcznego brzucha w dość obcisłej kurtce już nie ukryje.
Nikt nie przepuścił.
Widziałam, że pani kasjerka widziała mój brzuchol, powiedziała, żeby przejść do świeżo otwartej kasy obok, wyraźnie patrząc na mnie - ale zanim ja zrobiłam zgrabny obrót w lewo, to już cały wężyk stojący za mną rzucił się na tamtą kasę.
Także stałam sobie cierpliwie, bo wstyd było prosić, żeby mnie ktoś przepuścił - tym bardziej, że zakupy jak już robię, to tak pełny koszyk a nie jakiś detal (mam swoje sposoby załadunku do auta po jednej rzeczy, żeby nie dźwigać).

Z radością jednak oznajmiam, że miła pani przepuściła mnie w kolejce w innym sklepie, innego dnia. W pierwszym odruchu byłam tak zdziwiona, że nie wiedziałam, o co jej chodzi.
Skorzystałam z uprzejmości i podziękowałam, informując, że jest pierwsza, która mi gdziekolwiek, kiedykolwiek ustąpiła miejsca.

Wracając do spadku formy - zaczynam się czuć mniej więcej tak, jak w pierwszym trymestrze.
Spanie i wielka niemoc.
Dziecina za to, jakby wręcz przeciwnie. Wczoraj wieczorem zaliczyłam swoje pierwsze KTG po tym, jak cały poniedziałek i wtorek zaczęła fikać jak szalona.
Wystraszyłam się, że ruchy są zbyt intensywne i bardziej gwałtowne niż wcześniej. Doktorek kazał przyjechać na KTG, ale na szczęście wszystko jest w porządku.
Po prostu dziecko jest już słusznych rozmiarów i te ruchy odczuwam teraz zupełnie inaczej - wcześniej czułam takie miejscowe ruchy, a teraz czuję ją niemal calusieńką - mam wrażenie, że czuję każdy jej gnacik, każdą kosteczkę. Jak się odpowiednio ułożę, to jestem w stanie niemal pogłaskać ją po główce.
Pani od KTG stwierdziła, całkiem słusznie zresztą, że jestem osobą drobną (drobno kościstą, zawsze byłam jakby w skali 1:2) a dziecko jest "normalne" więc mam się nastawić na coraz ciekawsze doznania.

W piątek za to, tak czy inaczej, idę na 1 dzień do szpitala (wychodzę w sobotę) - mają mi podać immunoglobulinę w związku z moją ujemną grupą krwi. Wcale mi się nie spieszy, ale jak mus to mus.

A tak poza tym dzieją się przedziwne rzeczy z moimi emocjami i w sumie nie wiem, dlaczego wcześniej nie pisałam o tym zbyt wiele, bo to się dzieje praktycznie od początku ciąży... ale o tym w następnym wpisie, może jutro.

I już wiem, że ten wpis będzie nosił tytuł "Coś bez nazwy".


niedziela, 30 listopada 2014

From 27 tydzień ciąży with love


Obiecywałam, obiecywałam, aż w końcu się zebrałam i pstryknęłam fotę.
Tak oto prezentuje się bęben z rozkoszną zawartością naszej skocznej panny :)

Zdaniem większości artykułów / poradników- w  sobotę rozpoczęłam trzeci trymestr ciąży.
Zabrałam się więc z większym zaangażowaniem za kompletowanie wyprawki i domowe "wicie gniazda". 
Poczyniłam pierwsze, skromne zakupy dzieciowe - skromne, bo ceny mnie zabiły. 
Po opuszczeniu ogromnego sklepu dziecięcego udałam się wprost do ciucholandu, gdzie zakupiłam paczuszkę super-szmatek dla dziecka w porażająco niskich cenach (np. świetny pajac z "Mamas & Papas" za 5 zł"). 
Zakupowo uaktywniła się również teściowa, znajomi co rusz dostarczają nowe paki z ciuszkami. Suma summarum stwierdzam, że mamy już całkiem sporo, bardzo małym kosztem. 

Syndrom wicia gniazda hula pełną parą - w naszym domu nigdy nie było tak domowo, nigdy aż tak nie pachniało ciastem. Nigdy dotychczas nie było tutaj tyle dobrej karmy i domowego ciepła. 
Zaczęłam ostro mierzyć i planować rozkład sypialni, aby ten pokój jakoś zgrabnie zorganizować. 

Przy okazji kompletowania wyprawki mam do doświadczonych mam kila pytań, które pewnie od dziś, będę zamieszczać przy każdym wpisie:

  1. Jaki rozmiar ciuszków na początek? 50-56 będzie ok?
  2. Jakie ciuszki i ile zabrać do szpitala i jaki sprzęt dla dziecka w ogóle (biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie będę miała CC)
  3. Czy do spania wystarczy śpiworek dla dziecka, czy powinnam do tego dokupić również kołdrę? (termin mam na marzec) 
  4. W czym prałyście ciuszki? Kupiłam póki co proszek do prania Jelp. 

Na razie tyle, ale na pewno kolejne pytania będę dołączała do kolejnych postów. 

Pozdrawiamy ;)

Proszę o nie kopiowanie ani wykorzystywanie zdjęć bez mojej pisemnej zgody. Dziękuję. 



poniedziałek, 24 listopada 2014

Na przełomie drugiego i trzeciego trymestru

Źródło: http://danyacheskisgold.com/2011/03/27/forget-the-quarter-life-crisis-this-is-the-26-year-hump/ 

26 tydzień in progress.

Od zeszłego wtorku jestem chora - znowu :(
Zaczęło się niewinnym bólem gardła, który w 24 h rozpętał istny koszmar w górnych drogach oddechowych. Obyło się bez gorączki, bólu kości i tym podobnych objawów,  co nie zmienia faktu, że dostałam ostro w kość.
Udało się uniknąć antybiotyku i stanęło na cudownych, domowych sposobach (i kilku nieinwazyjnych, aptecznych preparatach):

- syrop z cebuli (uważam, że uratował mnie przed antybiotykiem)
- mleko z miodem, czosnkiem i masłem
- siemię lniane z mlekiem
- mamine jeżyny w cukrze
- babciny sok z agrestu w ciepłej herbacie
+
- Prenalen syrop + tabletki do ssania (uważam, że świetnie się te preparaty spisały i polecam chorym ciężarówkom)
- Rutinoscorbin 3 x dziennie po 2 tabletki
- HascoSept spray na gardło na przemian z Tantum Verde

Może się komuś przyda powyższa litania, ale uwaga - zawsze należy się skontaktować ze swoim lekarzem.
Zaliczyłam w ciągu ostatnich kilku dni już 2 wizyty lekarskie, dzisiejszy osłuch nie był jakiś hura-optymistyczny, ale ma się ku lepszemu.

Został się jeno gigantyczny katar i gigantyczny mokry kaszel.
I gigantyczne pragnienie, żeby w końcu wyjść z domu, do ludzi (co lekarz mi odradza, w związku z sezonem na wirusy).

Zakończenie drugiego trymestru niesie ze sobą również pewne niedogodności ciążowe, których wcześniej albo nie odczuwałam w ogóle, albo nie dawały się specjalnie we znaki.

Żołądek jest okupowany przez macicę, albo nie wiadomo przez co konkretnie. Ale okupacja trwa i jest zaborcza.
To jest bardzo męczące, bo muszę jeść małymi porcjami (coraz mniejszymi) a i tak po zjedzeniu mam refluks (Matko w Niebiosach, co to jest za cholerstwo), gniecie mnie w środku jakbym połknęła balon z helem i, uwaga hit: gniecie mnie lewe żebro.
Atrakcje potęgują gigantyczne problemy z wypełnieniem "misji kibelek" w wersji "2" - i tu robi się dość niebezpiecznie, bo misja ma jakąś dwutygodniową zaległość... także tego.

O bólach pleców i całkiem sporych trudnościach z oddychaniem, przez przyzwoitość, nie wspomnę.

Doszło do tego, że przerażają mnie moje własne cycki (i to od dość dawna).
Ich kształt, kolor (!!!), rozstępy, orientacja w różne kierunki świata, rozmiar, siatka limfatyczna, rozmiar brodawki (a raczej: brodawiska) doprowadzają mnie do podziwu pomieszanego z, jak słowo daję - przerażeniem.
I tak oto, ze skromnego, dziewczęcego, niewinnego jak lilijka 75B przeskoczyłam sobie do świata 80C (co najmniej). I daj Boże, żeby to było apetyczne 80C. Ale nie. Skąd. Not for me.

Ostatnio w przymierzalni w centrum handlowym, po obnażeniu górnych partii ciała, w celu odziania wielkich, bawełnianych misek, zwanych nadal kurtuazyjnie 'biustonoszem', wpadłam w panikę, czy nad przymierzalnią nie ma przypadkiem kamery.
Wcale nie chodziło o dziewczęcy wstyd.
Obawiałam się, że jak pan ochroniarz zobaczy moje cycki, to albo zmieni orientację, albo sobie podwiąże nasieniowód.
Próba zakupu pojemnego stanika zakończyła się fiaskiem.

Za to brzuch, Moje Drogie - brzuch mam piękny :)
Mogłabym tańczyć w klubie go-go machając jeno brzuchem :)
Idąc po centrum handlowym prężę go tak, że muszę uważać, żeby przypadkiem nie zanieczyścić powietrza :)
Widzę, że ludzie go widzą - a ja jestem taka dumna :)

To wspaniałe uczucie - móc obnosić się z ciążą :)

niedziela, 16 listopada 2014

Spotkania z niepłodnością

Źródło: http://www.sheknows.com/living/articles/1036485/graduation-speeches-that-even-post-grads-will-be-inspired-by 

Podczas wizyty na południu spotkałam się z przyjaciółką ze szkolnej, licealnej ławy.
W LO byłyśmy nierozłączne, podczas studiów więzy jakoś tak naturalnie się rozluźniły.

Zawsze wiele nas różniło, ale trzymałyśmy się razem:
Ona - ułożona,wzorowa uczennica, bardzo mocno zakompleksiona i trochę samotna.
Ja - strasznie roztrzepana, rozedrgana emocjonalnie, uczennica średnia, ale zazwyczaj otoczona znajomymi.

Podczas czasów naszej bliskiej przyjaźni moi najbliżsi zarzucali jej i ostrzegali mnie, że ona jest strasznie zazdrosna, dosłownie o wszystko. Nawet o to, że mi się rodzice rozwiedli.  Że nie jest do końca szczera.
Ja wtedy tego nie widziałam, dopiero teraz z perspektywy czasu, widzę, że faktycznie tak było i co dziwne.. często mam wrażenie, że nadal tak jest.
Widujemy się rzadko, nie mamy jakiegoś mocnego kontaktu. Ona ma teraz wszystko, co, wydawało by się, jest człowiekowi potrzebne do szczęścia - wykształcenie, męża, wybudowali dom, rodzinę na miejscu, dobrą pracę, perspektywy, pieniądze na ciuchy i uciechy, których tak brakowało jej w liceum.
Na prawdę, nie ma mi czego zazdrościć.
Mam wrażenie, że teraz to ja mogła bym jej pozazdrościć kilku rzeczy.
A mam wrażenie, że nadal gdzieś to uczucie się pałęta, w naszej relacji.

Ma wszystko, poza jednym.
Zgadujcie.

Dzieckiem. 

Zaczęli się starać o dziecko jeszcze przed ślubem- ponad 6 lat temu.
Ja jeszcze wtedy nawet nie byłam mężatką, a myśl o dziecku była mi tak obca jak wyobrażenie lotu w kosmos.
Po jakimś bodajże roku ich starań stało się jasne, że coś jest nie tak. Zaczęli marsze po lekarzach, sterty badań. Podejrzenie padło od razu na niego, ponieważ miał w przeszłości usunięte jedno jądro (i zamrożone nasienie). Ostatecznie po X czasu okazało się, że u niego właściwie wszystko w porządku i tak bujali się przez 5 lat, starając się, przechodząc kolejne inseminacje, pijąc kolejne ziółka z Morza Martwego i wdrażając w życie kolejne techniki pozytywnego myślenia.
W tych wszystkich staraniach brakowało im moim zdaniem jednego: konsekwencji i planu.
Bo latali po różnych lekarzach a konkretów właściwie nie było.

Przed laty było mi ich bardzo szkoda: "co za nieszczęście, biedni, ja bym chyba zwariowała..".
Jak wiemy los dał mi szansę poczuć, co czują i oni. I nie zwariowałam.
Pamiętam, jak oznajmiłam jej przed 3ma laty, że zaczynamy się starać o dziecko. Myślę, że ona wtedy mocno to przeżyła. Założę się, że bała się, że zajdę w ciążę. (i absolutnie nie mam o to pretensji)

Wiedzieli, że my podeszliśmy do IVF.
W moim odczuciu kibicowali nam, ale wiem, że on uznał kiedyś, że on nie chce IVF bo to "nie są dzieci poczęte z miłości". Wtedy, kiedy to usłyszałam (1,5 roku temu) to był jeszcze czas, kiedy myślałam, że "IVF, co za nieszczęście, ale mnie to nie dotyczy".

Zawsze jak się spotykałyśmy, jak gadałyśmy o niepłodności, to ona mówiła o tym tak bez emocji, tak na zimo, z takim opanowaniem, że nie mogłam wyjść z podziwu. Zastanawiałam się, czy ona udaje, czy faktycznie tak wspaniale i dzielnie znosi trudny niepłodności. Ja za to, przy każdej nadarzającej się okazji, gadałam o tym i kawa na ławę: jestem z tym faktem, ku**a, nieszczęśliwa, jest mi źle, nie radzę sobie. 

Nasze pierwsze IVF - nieudane.
Drugie - jeszcze w dniu odebrania pozytywnej bety zadzwoniłam do niej, powiedzieć, że się udało. Radość tak mi przesłoniła cały świat, że nie poświęciłam zbyt wiele refleksji faktowi, że ją to może zaboleć.
Ucieszyła się- no ale nie ukrywajmy, co miała powiedzieć.

Niedługo potem wylądowałam w szpitalu.
Pamiętam, jak rozmawiałyśmy przez telefon po moim USG "serduszkowym".
Po wypowiedzianych słowach:
"... i widziałam już bijące serduszko!"
w jej krótkim "aha" zawarła się chyba cała rozpacz tego świata.
Słyszałam to i czułam.

Potem widziałam się z nią raz, ale nie dawała po sobie nic poznać. Zresztą wtedy było to w większym gronie, ciąża nie była widoczna, więc łatwo było udawać, że tematu nie ma i nie dawać żadnych oznak żalu.
Aż do naszego ostatniego spotkania.

Jeszcze będąc w drodze na południe, następnego dnia po połówkowym, wysłałam jej smsa z info, że jadę, że chętnie się spotkam. Na pytanie, jakie padło w odpowiedzi (jak się czujesz?) odpisałam, że super, i że zamiast chłopaka będzie jednak dziewczynka. Jeszcze dodatkowo, kretynka ze mnie, operowałam imionami.
Jej odpowiedź na tego smsa dotarła po godzinie.
Po naciśnięciu guzika OK na telefonie, żałowałam, że i tym razem nie wykazałam się większą powściągliwością. A przedłużająca się cisza tylko potęgowała to uczucie.

Odezwała się z propozycją konkretnego terminu spotkania po prawie tygodniu mojego pobytu na południu.
Ja się nie przypominałam. Czułam instynktownie, żeby czekać.
Uznałam, że jeśli "nagle coś jej wyskoczy" i nie będzie chciała, to spoko. Ja to wszystko rozumiem. Byłam "tam".

Na początku spotkania świergoliła jak skowronek, dotykała brzucha i witała się z Hanią.
Jak słowo daję, nie wiedziałam jak tą dziewczynę rozgryźć.
Specjalnie ubrałam się w luźne poncho, żeby nie było widać brzucha. Skutecznie go zamaskowałam.

Na temat leczenia niepłodności zeszła sama i balonik pękł, kiedy w miłej kafejce na starówce padło z mojej strony pytanie:
"A Ty jak się czujesz? Jak sobie z tym wszystkim radzisz?"

Moją filozofią życiową jest dewiza, że o problemach i emocjach należy rozmawiać - tak jest łatwiej. Tak jest zdrowiej. Tak jest lepiej.

Polały się łzy.
Poszło wyznanie, że ona się cieszy z mojej ciąży, ale że temu wszystkiemu towarzyszy taka ogromna zazdrość, że aż ją to wszystko rozszarpuje w środku.
Że od czasu jak dałam znać, że będę z wizytą, ona nie może sobie znaleźć miejsca.
Że specjalnie odwlekała spotkanie, że ma za to pretensję do siebie.
Że dzień wcześniej przepłakała.
I tak dalej.

Ja ze zdziwieniem odnotowałam fakt, że ona chyba miała jakieś opory o tej zazdrości opowiedzieć, o tych "złych" niepłodnościowych emocjach - wiecie jakich. Znamy je chyba wszystkie.

Spokojnie ją uświadomiłam, że ja to wszystko rozumiem.
Że nie ma w tym nic ani złego, ani dziwnego.
Że ja tam byłam.
Że trochę nadal tam jestem i pewnie jeszcze długo będę.
Że dla mnie to jest oczywiste.
Że niech nie ma do siebie pretensji.
Że moim zdaniem, każda z niepłodnościówek tak ma, zna i rozumie.

To był bardzo oczyszczający moment dla obu stron.
Dla mnie - bo ona w końcu była szczera.
Dla niej - bo w końcu to z siebie wyrzuciła i spotkała się ze zrozumieniem i empatią.

Odpowiedziałam jej jeszcze, żeby mi tak strasznie znowu nie zazdrościła, bo ja ciężko płacę za to moje podejście do IVF - moralnie i etycznie. Ale jeszcze nie byłam gotowa jej opowiadać o mojej laboratoryjnej spuściźnie (a jeśli ja nie jestem gotowa CZEGOKOLWIEK opowiadać, to wiedzcie, że jest nie najlepiej).
Przyznałam się, że nawet będąc w ciąży zazdroszczę innym naturalnych ciąż.
Że jest trochę żal za "straconym welonem".
I że ten smród się ciągnie.
I... że zazdroszczę im, że mają tyle cierpliwości i wiary, żeby czekać na naturalny cud, bo ja / my tej cierpliwości i wiary aż tyle nie mieliśmy. I ja im autentycznie tego zazdroszczę i podziwiam.
I że jeśli im się uda bez IVF, to ja po prostu będę im zazdrościć po stokroć.

Po tym spotkaniu udało mi się podnieść koleżankę na duchu, co było widać gołym okiem.
Podziękowała mi potem, że taka rozmowa była jej bardzo potrzebna.

Sama zapłaciłam trochę rozgrzebaniem po raz kolejny "zarodkowych wyrzutów".
Tej nocy obudziłam się zlana potem z dramatycznym okrzykiem: "Boże, przecież to dzieci są!".
Znowu nastało kilka dni, podczas których zapadałam się w otchłań, ze wzrokiem wbitym w nicość.
Rozdrapując troszkę zagojone rany, roztrząsając, czy nie za krótko czekaliśmy na ten cud, czy może nie dość cierpliwie, że może zbyt zadaniowo do tego podeszłam, że mam za swoje i tak dalej.
Poszłam również do kościoła, pierwszy raz od IVF, i czułam ogromną złość. Na księdza, na instytucję i niestety, ze smutkiem stwierdzam, że do Boga odczuwam jednak, mimowolnie, coś na kształt pretensji (nie zdawałam sobie z tego sprawy wcześniej). Że dlaczego większość par z tego kościoła mogła, a nam jednak nie było dane i teraz jeszcze dodatkowo ciągnę tak straszliwy balast.
Powoli jednak, kroczek po kroczku, uczę się jakoś radzić z tym tematem, a przynajmniej nie histeryzować. Moja malusieńka Hania fikająca w brzuszku mi w tym pomaga.

Omawiana koleżanka dzwoniła do mnie już kilkakrotnie od czasu spotkania, poinformować, że wrócili na ścieżkę leczenia, że mają wreszcie DIAGNOZĘ! (jej komórki jajowe), że mają plan kilku pod rząd podejść do inseminacji, że już bierze Clo, że małżon się przebadał po raz kolejny (i ma super armię) i że jeśli to wszystko zawiedzie, to podejdą do IVF (do którego, przysięgam, że jej nie namawiałam).
I dziękowała mi, że ją zmotywowałam i dałam impuls do dalszych działań.  Do wzięcia byka za rogi.

Cieszę się, że mogłam ją zmotywować, cieszę się, że mogła się oczyścić z tego wstydu przed zazdrością ciąży.
Trzymam za nich kciuki z całych sił chociaż wiem, że jeśli uda im się bez IVF to ja będę tą zazdrosną.
Bo do dziś dnia zazdroszczę każdemu, komu naturalnie udało się zajść w ciążę.
I tak samo jak daję takie prawo zazdrości koleżance, tak samo daje je sobie.

I tak oto wygląda ta moja dość przydługa historia spotkań z niepłodnością.
  

piątek, 14 listopada 2014

Ciążowy haj

Źródło: http://hellogiggles.com/why-im-a-feminist/we-can-do-it-2 

Od jakiegoś czasu odczuwam intensywny przypływ energii życiowej :)
Mniej więcej od 21 tygodnia, czyli tygodnia, w którym odbyło się słynne USG połówkowe. 

Chyba odczuwam ten słynny haj drugiego trymestru (choć niebawem zaczynam trzeci) i bez wątpienia, do kompletu - syndrom wicia gniazda :)

Dodam jeszcze, że chyba po raz pierwszy, odkąd zamieszkałam w Polsce centralnej, będąc w domu w górach, zatęskniłam za ... domem (tym w centralnej). Już kiedyś o tym pisałam, że mam problem z przecięciem pępowiny i jakiś taki wieczny rozkrok emocjonalny na 300 km. 
Jest więc światełko w tunelu. 

Czuję, że moje życie się zmienia... nie. Wróć.
To ja się zmieniam.

Czuję się jak lwica. 
Jestem gotowa walczyć z całym światem o dobro i byt mojego stada, z moim dzieckiem na czele. 
Nagle poczułam się silna jak nigdy dotąd. 

Czuję, jak hierarchia moich priorytetów przewartościowuje się. 
Czuję to całą sobą, każdą komórką. 

O dziwo, po kilkunastu tygodniach stękania nad tym, że nie pracuję, że siedzę w domu, że ble i fe, czuję, że ogarnianie domowych spraw sprawia mi przyjemność. 
Przestawiam więc, piorę, myję, porządkuję, mebluję, optymalizuję, gotuję, gromadzę.
I robię to z niespotykaną jak dotąd dokładnością. 

Czuję, że mocno się wyciszyłam. 
Zawsze byłam uber -emocjonalna a moja intensywna praca jeszcze podkręcała ten stan. 
Obecnie, odłączenie od zawodowych stresów i zapewne również hormony, doprowadziły do tego, że jestem po prostu jakaś inna. 
(Oczywiście nie oznacza to, że nie wybucham - oj, wybucham... na ten przykład dziś na poczcie zrobiłam taką awanturę, że głowa boli - ale miałam rację, wiadomo, jak zwykle :)

Poza tym mam całkiem sporo energii. 
To, co mocno hamuje moje energiczne zapędy to ograniczenia fizyczne, jak koszmarny ból nóg i lędźwiowego odcinka kręgosłupa. 
Nogi bolą mnie właściwie non stop kolor - pierwsze co czuję po przebudzeniu, to ból nóg (śpie na ogromnej poduszce ciążowej). Lekarz zalecił kupić jakiś preparat na nogi, ale muszę jakoś w głowie przepracować temat łykania kolejnych tabletek. 

I z taką dodatkową parą skrzydeł, jutro wkroczymy sobie w 25 tydzień ciąży :)





poniedziałek, 10 listopada 2014

Za górami, za lasami...

Źródło: http://farfaraway.netboarder.com/

Mało mnie tutaj ostatnio.
W komentarzach na Waszych blogach, również - zapewniam jednak, że czytam Was regularnie i kilka razy dziennie sprawdzam, czy jest coś nowego.
Po prostu sporo się działo - tuż po badaniu połówkowym wyjechałam na południe do domu rodzinnego na ponad 2 tygodnie.
Aż się boję, co wyświetli się na wyświetlaczu wagi u lekarza podczas najbliższej wizyty, po tych 2 tygodniach opcji all-inclusive by mama & babcia.

Wróciłam i miałam 2 dni na ogarnięcie jakiegoś ubrania na galę wręczenia nagród branżowych, którą dostaliśmy. Ubrania to ostatnio sprawa dość trudna.
To był świetny dzień - entuzjastyczne przyjęcie przez znajomych z pracy, wyjazd do Wawki, fajny wieczór z odbiorem nagrody, pogadanką z klientem i innymi partnerami. Było mi podwójnie miło, bo nie dość że dostaliśmy nagrodę za projekt, który prowadziłam (w trakcie IVF), to jeszcze przyjęłam mnóstwo gratulacji i atencji z powodu oczywiście widocznej już ciąży.
Bardzo mnie zaskoczył moment tego wieczora, kiedy pewna znajoma z zaprzyjaźnionej agencji oznajmiła, że "wie, że wyczekane, że doszły ją słuchy". Oniemiałam. Pewności nie mam, ale wyszło na to, że wie o IVF. Nie drążyłam tematu. Nie mam pretensji, ale mooocno mnie zaskoczyła. Nie mam pojęcia skąd wie. Z osób z którymi ona ma kontakt, wie tylko mój szef. Nie chce mi się wierzyć jednak, żeby on puścił parę. Ale ja zawsze naiwne dziewczę byłam.
Niemniej jednak ona, ta poinformowana, w ciągu ostatniego roku urodziła bliźniaki i.. to mi daje do myślenia.

Obecnie ogarniam gości w domu na kilka dni, także znowu się dzieje.

Dziś rano zaliczyłam badania, w tym test na tolerancję glukozy. Faktycznie, do przyjemności nie należy. Wypicie ulepka jakoś poszło, ale po ok 70 minutach nadeszła kryzysowa fala mdłości i cudem udało mi się powstrzymać pawia, nerwowo łykając ślinę dreptając przed drzwiami ośrodka. Udało się to tylko i wyłącznie dzięki moim specjalnym skillsom powstrzymywania pawia, które rozwinęłam przez lata chyba do perfekcji.

Im więcej się dzieje, tym bardziej czas biegnie nieubłaganie. Zapiernicza jak gepard.
Jeszcze niedawno się z tego cieszyłam, a obecnie zaczyna ogarniać mnie strach. A nawet panika.
Bo do tej pory wszystko kręciło się wokół wymarzonej, wyczekanej ciąży - takiej trochę wirtualnej, bo ani brzucha nie było widać a rozwiązanie było hen hen za górami, za lasami.
Aż tu nagle czytam na zaprzyjaźnionym blogu, że zostały 3 tygodnie do porodu.
A brzuch zaczyna wystawać coraz bardziej, Bobik w brzuchu wywija gimnastykę, że aż dziw.
Szybka wizualizacja w głowie osi czasu mojej ciąży - z początkiem grudnia zostaną mi 3 miesiące. W tym Święta, Sylwester i inne takie, czyli kurde - minie, jak z bicza strzelił.

A my w lesie.
E tam, w lesie. W lesie to jest Kubuś Puchatek.
My jesteśmy... w dupie raczej.
Z wyprawki coś tam mamy, ale szału nie ma.
Domowe poprawki zupełnie nie ruszone.
Edukacja w temacie dzieci leży i kwiczy.

Mam tak, że im więcej wiem, tym mniej się boję.
Wszystko powinno być zaplanowane a na razie jest jeden wielki nieład.
Po pożegnaniu gości i ogarnięciu bieżących tematów zabieram się za sporządzenie timeline'u co my musimy zrobić / kupić, już tak konkretniej.

I tak leci sobie 24ty tydzień ciąży.




wtorek, 21 października 2014

Surprise! Surprise! Niespodziewajka! :))

Źródło: http://lifeoncasslane.blogspot.com/2014/09/boy-or-girl.html

Dziś odbyło się wyczekane USG tzw. połówkowe.
Noc miałam z głowy, od śniadania nic nie jadłam i porą popołudniową nerwy zdecydowanie zaczęły mi puszczać.

Na wizytę stawiliśmy się, wyjątkowo, 20 minut wcześniej. To niezwykłe jak na nas.
Zazwyczaj stawiamy się 20 minut, ale później.

Widzenie z miłym Doktorkiem Prowadzącym, ciśnienie, pogadanka ("Ej, gaduła, dasz mi zanotować?"- rzekł doktorek), ważenie (fajnie, że od początku ciąży przytyłam jedynie ok 4 kg- to chyba całkiem przyzwoicie jak na 21 tydzień).

Na USG pobiegłam w podskokach, jak mała dziewczynka, która po zjedzeniu waty cukrowej ma zaraz wejść na diabelski młyn. S. z błyszczącymi oczami i różowymi polikami poczłapał za mną.

Podobnie jak ostatnio - obraz USG tak bardzo mnie nie interesował.
Patrzyłam na twarz Doktorka, który skrzętnie mierzył i notował.
Zauważył to i stwierdził, że niestety będąc w szpitalu się naoglądałam i teraz mam trochę "spaczony" obraz - mam się uspokoić, bo dziecko jest zdrowe.

- No a płeć, jak tam, widać coś? - zapytał S.
- No zobaczmy, zobaczmy - doktorek
- Na pewno będzie chłopak. Roboczo nazywamy go Zygmunt  (oczywiście na żarty)
- No wiecie Państwo...
- Ha, Zygmunt, wiedziałeeeem - oznajmił S. bez cienia wątpliwości
- No, ja tu raczej widzę Zygmusię..
- No, mówiłem, że Zygmunt - S. bąknął, prężąc się, jakby wydrapał właśnie auto w zdrapce Biedronki
- Ej, S. , ale pan doktor mówi, że dziewczynka przecież - sprostowałam

I w tym momencie wpadliśmy z S. w histeryczny śmiech, w moim wypadku przez łzy wzruszenia :))
S. aż przysiadł na kozetce, na której leżałam obsmarowana żelem.

- Ale jaja, ale jaja...

Byliśmy w SZOKU :)) 
Wszak przez ok. 18 tygodni byliśmy przekonani, że oto będzie chłopak. Wróżyli nam to wszyscy z otoczenia, absolutnie wszyscy. Nawet lekarz w 11 tygodniu, podczas USG genetycznego powiedział wprost, że prawdopodobnie chłopak (ale żebyśmy się nie przywiązywali zbytnio do tej myśli). Ja tam wtedy w kroku ni cholery nie widziałam farfocla, ale nie będę dyskutować.

Także tak oto nabrałam przeczucia graniczącego z pewnością, że będzie to chłopak.
Jedynie S. czasem przebąknął coś, że możemy się mocno zdziwić, że znając przewrotność losu, będzie dziewczynka.

On przed ciążą zawsze chciał chłopaka.
Ja dziewczynkę.
W ciąży wszystko nam się pomieszało i mam wrażenie, że On częściej gadał o dziewczynce, niż ja.
Ja oczami wyobraźni widziałam synka, tak się jakoś porobiło.

Jesteśmy prze szczęśliwi.
Pewnie tak samo byśmy się cieszyli, gdyby to był chłopak, a tu... taki psikus :)

Cała rodzina obsrana z radości.

Moją radość tłumi jedynie kwestia mojego łożyska, które jest jakoś dziwnie ułożone.
Nie zapamiętałam szczegółów, ale jest za blisko szyjki (łożysko przodujące?).
Dodatkowo, dziecko ułożyło się dziwnie - niemal poprzecznie.
Jeśli to się nie zmieni, to mam z głowy dylematy CC vs SN. Bo pozostanie mi tylko CC. I chyba się wcale nie cieszę z tego powodu.
I trochę się martwię, choć Doktorek stwierdził, że nie ma o co.

Anyway, dzisiejszy dzień rzucił nowe światło na nasze życie.
Oto będziemy mieli niuńkę - córeczkę :)) Już zawsze będzie częścią naszego życia - a może wręcz i naszym życiem.
Widzę, jak Jemu świecą się oczy :) Radość mojego introwertyka zdradza rumieniec na policzkach :)

Na ten moment wszystkie demony niepłodności i IVF, które gdzieś za mną człapały, pogubiły się.
Mam wrażenie, że to dziecko mojego przeznaczenia. Nie ważne, w jakim kierunku poszła by ręka pani embriolog. To zawsze było by TO dziecko. To, a nie żadne inne i basta.

Boże, jaka jestem szczęśliwa!



sobota, 18 października 2014

Favourite Blog Nomination - część druga, ostatnia ;)



Zabawa w Liebster Blog Award się rozkręciła i zostałam wywołana do tablicy raz jeszcze, przez Melkę oraz Magdę z "Para do życia" :)

Oto odpowiedzi na pytania Magdy (która dziś odebrała wynik pozytywnej bety! Hip hip, hurra!):

  1. Co lubisz robić w wolnym czasie?
    Uwielbiam spędzać go aktywnie, z przyjaciółmi.
    Kocham po prostu wszelakie wypady nad wodę, na działkę, do lasu itd.

  2. Gdybyś nie była ograniczona finansami, jakie miejsce do życia byś wybrała?
    Hm, chyba nie zmieniła bym obecnego miejsca.
    Początkowo myślałam, że wróciła bym w rodzinne strony, ale chyba jednak nie.
    Tutaj teraz mam całe swoje życie, które przecież lubię: znajomych, część rodziny, ulubione miejsca.

    Owszem, Azja też jest przepiękna, ale co mi po tym pięknie, skoro to nie jest "moje miejsce" i "moi ludzie"?
    Mój S. często dostaje propozycje wyjazdów na różne kontrakty, na dobrych warunkach, na określony okres czasu. A ja, jak słyszę o tych propozycjach, to dostaję spazmów. Malezja? Owszem, jest super. Ale kurde... nie kupię karnetu na weekendowe przeloty wszystkim moim znajomym i rodzinie.

  3. Twój ulubiony film?
    Nie mam jednego.
    Taki wybór top of mind:
    Dziewczyna na moście
    Co się wydarzyło w Madison County
    Sex w wielkim mieście (ukochany serial ever)

  4. Ulubiona książka?
    Też nie mam jednego typu. Bardzo lubię literaturę historyczną, osadzoną w starych czasach, najlepiej z jakimś romansem w tle :)
    Pamiętam, że nie mogłam, no nie mogłam się oderwać od Hrabiego Monte Christo A. Dumas :) Coś fe-no-me-nal-ne-go!
    "Dama kameliowa", "Duma i uprzedzenie", "Wichrowe wzgórza"... :) Te klimaty :)

    Z bardziej współczesnych: "Świat wg Garpa".

  5. Co Ci daje pisanie bloga?
    Zaczęłam pisać jakoś 2 miesiące po odebraniu fatalnych wyników nasienia męża, które nie pozostawały wielkich nadziei na naturalne poczęcie dziecka. Ale co ciekawe: było mi strasznie źle i wtedy wydawało mi się, że powodem mojej "źladzi" są nie najlepsze relacje w moim związku. W ogóle nie łączyłam tego z niepłodnością. To pierwotnie w ogóle nie był blog o niepłodności. Podtytuł brzmiał: "Samotność nie ma nic wspólnego z brakiem towarzystwa" (link do starego bloga).
    Dopiero w trakcie pisania sama doszłam do tego, że powodem mojego zapadania się w Mordor jest niepłodność. I ona jest powodem kłopotów w związku.

    Co mi daje? Jestem ekstrowertyczna, więc daje mi mega ulgę, zrozumienie, poczucie więzi z ludźmi, którzy mnie rozumieją, zawsze zostanę wysłuchana - o każdej porze dnia i nocy.
    Dodatkowo daje mi perspektywę i wiedzę.

  6. Bez czego nie wyobrażasz sobie życia?
    Rodziny i rodzinnego domu.

  7. Co w macierzyństwie wydaje Ci się największym wyzwaniem?
    Hehe... do tej pory samo zajście w ciążę było hiper mega uber wyzwaniem :)
    Ale jak już, że tam powiem, ciąża stanie się ciałem:

    - cierpliwość
    - organizacja życia i ogarnięcie codzienności
    - zachowanie obiektywności

    chyba to.

  8. Twój idol z młodości?
    Chyba nie miałam takowego.
    Podkochiwałam się jako podlotek w różnych takich dziwnych panach, jak Kevin z Backstreet Boys czy... o jeju... ten z Kelly Family (shame shame shame ;))

  9. Dlaczego mój mąż jest moim mężem?
    No - często zadaję sobie to samo pytanie, heh... :))

    Po pierwsze, bo chemia.
    U nas w pierwszym odruchu zadziałała taka chemia, takie feromony, że masakra.

    Po drugie - dlatego, że jest moim najlepszym przyjacielem.

***
Tera od Melki:


  1. Twoje ulubione miejsce na Ziemi?
    Taaak, wieeem, jestem nudna.
    The winner is: mój dom rodzinny w górach :)

  2. Z jakiego swojego osiągnięcia jesteś najbardziej dumna?
    Strasznie trudne pytanie. Nie wiem.

    Prywatnie:
    z tego, że udało nam się z S. póki co, pokonać wspólnie niepłodność. Że nic się złego naszemu związkowi nie przydarzyło. Że nie okazałam się egoistką - bo przecież przyczyna niepłodności leżała po tej drugiej stronie.
    Gdzieś na jakimś innym blogu w komentarzach jakaś Anonimowa nadała mi, że nie mam z czego być dumna (sugestia była taka, że powinnam się raczej wstydzić), bo dla niej to jest naturalne i "ona nigdy nie pomyślała nawet, żeby zostawić męża".
    Nie twierdzę, że ja pomyślałam. I nie twierdzę, że dla mnie to nie jest naturalne.
    Ale osobiście, owszem, jestem z siebie dumna. I założę się, że S. również.

    Zawodowo:
    że umiem zaskarbić sobie ogromną sympatię i szacunek zespołu z którym pracuje.
    Ludzie lubią ze mną pracować: zarówno kiedy byłam juniorem jak i wtedy, kiedy zostałam (początkującym) managerem.

  3. Co jest tą glinką, która scala Wasz związek?
    Przyjaźń - On jest moim najlepszym przyjacielem.

    I uwaga: przyzwyczajenie (czego nie zaliczam do słabych stron).
    Po prostu jesteśmy z sobą połowę swojego życia. Trudno mi sobie wyobrazić, że mogła bym być z kimś innym. Zawsze byliśmy razem. Tyle nas łączy.

  4. Czego nauczyła Cię niepłodność?
    Przede wszystkim tego, żebym się nie wypowiadała na tematy, o których nie mam pojęcia.
    Jak sobie przypomnę swoje wypowiedzi sprzed kilku lat, dotyczące zarówno IVF jak i samej niepłodności, to wstyd mi przed samą sobą.
    Dlatego, dziś RADYKALNIE i z CAŁĄ STANOWCZOŚCIĄ stwierdzam, że ludzie, którzy nie stanęli nigdy, nie tyle w obliczu niepłodności, co decyzji pomiędzy IVF a ewentualnym nie posiadaniem dzieci wcale, nie mają prawa się wypowiadać. I kropka.

    Dodatkowo:
    Że nie mam takiej władzy nad własnym życiem i losami, jak mi się wcześniej wydawało - czyli pokory.
    Cierpliwości i wytrwałości w dążeniu do celu.

    I pewnie długo można by jeszcze wymieniać.

  5. Co Ci daje blogowanie?Patrz punkt 5 powyżej.

  6. Z czego ostatnio śmiałaś się na głos?Generalnie codziennie śmieję się w głos.
    Zazwyczaj z akrobacji i wyczynów moich ukochanych kotów, sztuk: dwa :)

  7. Czemu musisz spróbować / przeżyć / doświadczyć zanim upłynie dni życia Twojego kres?
    Na banji już skakałam, a więc przywalę z grubej rury:
    Trójkąta w sypialni :)
    Taaaaa daaam! :)

Uf :)
Do dalszej zabawy zapraszam każdego, kto tylko ma ochotę :)
Moje pytania w poprzednim poście.

Ja się już wypisuję, bo ileż można pisać o sobie < szydera ;) >.



czwartek, 16 października 2014

Zwierzenia z Liebster Blog Award



Taka sytuacja jest, że zostałam nominowana w zabawie Liebster Blog Award.
Bardzo mi miło a za wyróżnienie dziękuję Iwonie z bloga "W Pogoni Za Szczęściem" ;)

I tak bardzo mocno i w sumie bezkompromisowo dla moich własnych wyborów uzewnętrzniam i obnażam się na blogu, że poniższe pytania mają raczej charakter "uzupełniający" :)

A więc lecim:


  1. Jaką mamą chciała bym być?
    Bardzo trudne pytanie. Wszak jestem dopiero w połowie ciąży! :)
    Chciałabym być mamą podobną do mojej.
    Tak na gorąco:

    - ciepłą i kochającą, której ramiona dają ukojenie
    - najlepszą przyjaciółką swojego dziecka
    - potrafiącą zaakceptować wybory dziecka
    - uczącą pracowitości i odpowiedzialności za swoje decyzje i czyny, od najmłodszych lat
    - uczącą samodzielności, pewności siebie i wiary we własne możliwości
    - nie obarczającą dziecka swoimi problemami
    - taką, której dziecko będzie umiało efektywnie opuścić rodzinne gniazdo, kiedy przyjdzie na to czas i będzie miało mocne podstawy moralne, emocjonalne, etyczne itd.
    - obiektywną, a nie zapatrzoną, krzywdzącą dziecko "ślepa miłością" ( na zasadzie: nie kop pana, bo się spocisz)
    - szczęśliwą i spełnioną, niezależną, mającą swoje pasje i pracę - bo szczęśliwa matka, to szczęśliwe dziecko.

    Ot, tak na w telegraficznym skrócie - taką właśnie.

  2. Miejsce, do którego lubię wracać?

    Pisałam o nim wielokrotnie na tym blogu.
    Jest jedno. Moja mała ojczyzna.
    Mój rodzinny dom na południu Polski, w górach.
    Mury wypełnione wspomnieniami - czasami trudnymi.
    Wielopokoleniowy, w którym się wychowałam, karmiąc kury i jeżdżąc z dziadkiem na wykopki.
    Dom, którego - mimo wielu trudnych historii jakie się w nim rozegrały - życzę każdemu.
    Przystań, do której zawszę mogę wrócić, na której zawsze czekają Ci wspaniali, najukochańsi, najbliżsi mi ludzie.

    Jest jedno "ale".
    Tak bardzo kocham ich i ten dom, że nie umiem do końca przeciąć pępowiny. I może dlatego właśnie, w puncie 1 powyżej wpisałam, że chcę być taką matką "której dziecko będzie umiało efektywnie opuścić rodzinne gniazdo, kiedy przyjdzie na to czas".Bo czasami trudno żyć w emocjonalnym rozkroku, na 300 km.

  3. Z jaką fikcyjną postacią utożsamiasz się?
    Po chwili zastanowienia - z żadną.

  4. Czego w sobie nie lubisz?
    To pytanie wydaje mi się bardzo proste :)

    - choleryzmu - tego, że mam skłonności do wyżywania się na najbliższych mi ludziach. Kiedy pojawi się dziecko, to będzie na prawdę duże wyzwanie, żeby się tego pozbyć
    - braku pewności siebie i dość chwiejnego poczucia własnej wartości (zbyt duża zewnątrz sterowność)
    - lenistwa
    - braku satysfakcjonującego poziomu inteligencji - często czuję się... po prostu głupia
    - czasami nieumiejętności trzymania języka za zębami
    - zazdrości
    - kształtu łydek, cellulitu, niskiego wzrostu, zbyt szerokich bioder.

  5. Gdybym mogła cofnąć czas, to...
    Ha! Ci co czytają bloga mogą domyślić się, co napiszę. Znowu, dość bezkompromisowo dla siebie samej...

    Podczas przeprowadzenia procedury IVF zlimitowała bym ilość zarodków do 4.

    Chyba jeszcze nigdy, aż tak jak w ostatnich miesiącach, nie marzyłam o tym, aby cofnąć czas.
    Ale jak wiemy, tego, co wiem teraz, nie mogłam wiedzieć wtedy...

  6. Największy życiowy sukces?
    Moja rodzina.
    Jestem dumna z tego, jaką jestem córką, wnuczką, siostrą oraz jakie jest moje małżeństwo.
    Tu ukłon w stronę mojej mamy, bo wychowała mnie na człowieka z odpowiednio ustawionymi priorytetami i z przeogromnymi pokładami miłości.

  7. Gdybym wygrała w Totka to...?
    Wybudowała bym dom - dla mnie, Małżona i dzieci. Taki, do którego mogła by swobodnie przyjeżdżać cała moja rodzina.
    Wyremontowała bym mój rodzinny dom w górach, bo bardzo tego potrzebuje.
    Dofinansowała biznes męża.
    Kupiła bratu samochód.
    Wysłała mamę na super wakacje a babcie (obie) do sanatorium.
    Założyła sobie jakiś biznes, który pozwoli mi być spełnioną zarówno zawodowo jak i macierzyńsko.
    A resztę zainwestowała, na bezpieczną przyszłość naszych dzieci, naszej rodziny i naszą.

    Ehh, ale fajnie jest pomarzyć :))

  8. Jak poznałam się z mężem?
    Looong story :)
    Miałam wtedy 15 lat, on 16.
    Poznaliśmy się na pierwszym polskim chacie internetowym.
    Ale wtedy, te 15 lat temu, to był zupełnie inny "internet" niż jest teraz. Wtedy, to było coś zupełnie nowego. Na tym chacie, co wieczór, spotykało się stałe grono - strzelam, że około 100 stałych osób. Do dziś pozostały z tego chatu przyjaźnie na całe życie, małżeństwa, dzieci, znajomości zawodowe. Fantastycznie to wspominam.
    Najpierw chatowaliśmy, dzwoniliśmy do siebie. Któregoś razu ojciec zawiózł mnie na spotkanie do Warszawy, tzw. "zlot" tych ludzi, którzy siedzieli na chacie.
    Wtedy po raz pierwszy się zobaczyliśmy.

    Nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy chwycił mnie za rękę, po raz pierwszy.
    Wtedy, mając 15 lat, przysięgam, że pomyślałam: Tak już będzie zawsze. On mnie już zawsze będzie za tą rękę trzymał. 

    To było jak grom z jasnego nieba.
    Nie pomyliłam się.

    Oczywiście droga, którą musieliśmy pokonać, żeby założyć rodzinę, była dość długa i kręta - głównie przez to, że byliśmy oboje bardzo niepełnoletni, dzieliło nas 300 km, więc spotkania były problemem (bo co z noclegiem itd), cała rodzina walcząca przeciwko nam.
    Nasz ślub był pewnym triumfem (25 lat) - bo szczęśliwi, pokazaliśmy wszystkim malkontentom, którzy nie dawali szans szczeniackiej miłości środkowy palec.
    I kilka osób z rodziny przeprosiło i przyznało, że się mylili. 


  9. Za co kocham życie?
    Po pierwsze, za to, że hojnie mnie obdarowało.
    Mam cudowną rodzinę, wspaniałego męża, jestem zdrowa,  mam pracę, rozum, mieszkanie, samochód i oczekuję na wymarzone, wymodlone, upragnione dziecko, poczęte z ogromnej miłości.

    Po drugie, za drobne przyjemności.
    Bo tak, jak w którymś z wywiadów powiedziała Ś.P. Ania Przybylska - jeśli nie będziemy umieli cieszyć się z drobnych przyjemności, to z niczego w życiu nie będziemy umieli się cieszyć.
     
  10. Moje największe marzenie?
    Jestem leciwą staruszką.
    Jest wigilia.
    Siedzę przy stole szczęśliwa z moim jedynym mężem, który nadal trzyma mnie za rękę, z trójką naszych szczęśliwych, zdrowych, spełnionych dzieci (i wszystkie zarodki zostały wykorzystane), z wnukami, które rozpieszczamy wspólnie z S. , z bratem i jego rodziną.
    Panuje atmosfera pełna miłości i radości - taka, jak zawsze podczas wigilii w moim rodzinnym domu.
    Śpiewamy kolędy - niezmiennie, odkąd pamiętam, zawsze je śpiewamy.
    Pod choinką leżą prezenty - znak, że niczego nam nie brakuje.
    O 23:30 idziemy wszyscy razem na Pasterkę, dzieciaki wywijają zimnymi ogniami a śnieg chrupie nam pod nogami.
    Słychać śmiech.

    I tak jak zawsze, niezmiennie, jesteśmy wdzięczni i szczęśliwi, że mamy to, co mamy.

***


Do dalszych zwierzeń, jeśli mają ochotę, nominuję:

Carrie z http://tamtaramtamtam.blogspot.com/ 
Magdę z http://paradozycia.wordpress.com/  (trzeba Ją czymś zająć, czeka na wynik transferu :)
Melkę z http://uwalnianie.blogspot.com/  ( o ile znajdzie chwilę między pieluchą a karmieniem )
Mamę Czupurków z http://www.czupurki.pl/ (póki ma jeszcze czas :)

powinno być 11 osób, ale to lista otwarta.. kto chce, pytania poniżej.
Dajcie tylko znać w komentarzu. 

Jeśli macie ochotę wziąć udział w zabawie, to pytam o:
  1. Pamiętasz moment, w którym podjęliście decyzję o dziecku? 
  2. Jakie są Twoje wyobrażenia odnośnie tego, jakie będzie Twoje dziecko?
    [ Wersja dla Melki: jak się mają wyobrażenia do rzeczywistości? ]
  3.  Dlaczego zaczęłaś pisać bloga?
  4. Jeśli nie musiała byś martwić się o pieniądze, to czym zajmowała byś się w życiu?
  5. Twoje ulubione wspomnienie z dzieciństwa?
  6. Za co lubisz siebie?
  7. 5 małych rzeczy, które Cię cieszą, to?

sobota, 11 października 2014

Fajnie jak jest fajnie

Źródło: http://www.polishculture.org.uk/news/article/recapturing-post-communist-reluctant-radicals-2005.html by Mariusz Cieszewski

Zadowolona, choć jeszcze z katarem i kaszląca, rozpoczynam 20ty tydzień ciąży, czyli jakby takie połowinki :)

Mocno odżyłam, powodów jest kilka.
Jestem trochę jak dynamo - musi być jakiś ruch w interesie, żebym miała z czego czerpać energię. To pewne.

Po pierwsze primo:
koleżanka z poprzedniego posta jest w ciąży, w 6tym tygodniu, także bomba.
Cieszę się za nią, ale ona jest hardą babą - dała by sobie radę.
Z ogromnym rozrzewnieniem myślę natomiast o jej partnerze, świetnym facecie, który jest w nią wpatrzony jak w święty obrazek i mocno jako facet przeżywał temat swojej niemocy płodnej.
Koleżanka oznajmiła mi przez telefon, za raz po tym jak uświadomiła przyszłego tatę,  poszedł się przewietrzyć, bo jest w szoku. No, domyślam się, że skoro nagle mu wyskoczyła w wydrukiem 6 milimetrowej dzieciny z USG to mógł ten niepłodny teoretycznie chłopina przez chwilę poczuć się zagubiony :))

Gdzieś tam tylko czasami zaświta taka myśl, że mojemu Małżonowi nie była dana taka radość naturalnego spełnienia jako mężczyzna i mam ochotę na tą myśl wyć. Bo to już nie chodzi o naturalsa, ale o Jego samcze instynkty. Co też ten mój S. sobie tam w głowie kmini? Nie wiem.

Drugie primo:
ruch się zaczął w robocie ;)
Koniec roku jest nierozerwalnie związany z rozdawaniem najróżniejszych nagród w branży reklamowej, a w tejże właśnie pracuję.
Odezwali się do mnie z pracy, żebym jechała na galę wręczenia jednej z najważniejszych nagród branżowych, ze swoim zespołem projektowym, bo jesteśmy nominowani i są przecieki, że tężę nagrodę dostaniemy. Dodatkowo, kiedy spojrzałam w program gali to okazało się, że w trakcie wystąpi mój prezes razem z brand managerem marki, dla której kampanię prowadzę od kilku lat - i będą opisywać właśnie ten mój ostatni projekt.

Jestem uber dumna.
Że mamy dostać nagrodę - to jedno. Ale ja ten projekt realizowałam, Moi Drodzy, śmigając między kliniką a pracą, między jednym zastrzykiem a drugim, między jednym usg a drugim i ostatecznie: właściwie w całości w trakcie przygotowań  oraz obu prób IVF.
I fajnie, że w pracy miałam wsparcie mentalne. Ale robota musiała być zrobiona i nie miałam backupu.
I wygląda na to, że została zrobiona dobrze.

Bardzo potrzebuję takich impulsów, żeby budować swoją wiarę w siebie, bo jestem bardzo zewnątrz sterowna, jeśli chodzi pracę.
A poza tym przyznaję, że po 4 miesiącach siedzenia na czterech literach miło będzie się skiknąć na galę  i posłuchać o swoim projekcie :) Nawet, jeśli tej nagrody nie dostaniemy.
[ będzie też okazja, żeby się klientom wytłumaczyć ze swojego rychłego zniknięcia i pochwalić brzuchem ]. 

Trzecie primo:
Towarzystwo nam się też jakoś uaktywniło.
Wczoraj do 3 w nocy zabawiliśmy w centrum miasta w ramach odbywającego się Festiwalu.
Widząc te ożywcze tłumy pijanych hipsterów (i innych, normalnych), widząc naocznie jakiś design, sztukę jakąś - odżyłam. Zapierdzielałam wśród tych tłumów jak mały motorek, obiema rękami chroniąc brzuch, czujna, żeby mnie ktoś przypadkiem nie szturchnął.
Czyli życie nadal się toczy, mimo że chwilowo jestem z niego "wykluczona".

Za chwilę, jak tylko wywinę się z pościeli (tja, jest 12:36 ale kto mi zabroni? :) uderzam na Targ Rzeczy Ładnych :) Może uda mi się coś upolować ładnego, designerskiego na ścianę w salonie albo przedpokoju.

Na jutro zaplanowane popołudnie. Znajomi przychodzą i będziemy robić home-made-sushi.
Ja udostępniam dużą kuchnię a oni niech kręcą ;))) Wiem, że muszę uważać na surową rybę, ale jak kilka świeżych kawałków zjem to chyba nic się nie stanie.

I tak, z werwą, wchodzę w tydzień, który zwany jest połówkowym :)
Czy wspominałam już, że fajnie jak jest fajnie ?! :))


sobota, 4 października 2014

Coffee & friend make the perfect blend

Źródło: http://marla.22.pinger.pl/m/21598032 

Spotkałam się dziś ze znajomą, o której pisałam w styczniu tego roku w tym wpisie. W skrócie: kiedyś baaardzo się przyjaźniłyśmy a potem z różnych powodów nasze drogi się rozeszły i widujemy się raz na pół roku. Podczas spotkania w styczniu przyznała się, że mają z partnerem ten sam problem co my: słabe nasienie, ale że ona nie będzie się badać "bo przecież ona ma okres i jest zdrowa" a do IVF nie podejdzie, bo dlaczego miała by się skazywać na taki koszmar (dla Niej koszmar w rozumieniu wyłącznie medycznym, absolutnie nie etycznym. To nie ten typ.). Pisałam o tym, że stawiała przyszłość ich związku pod znakiem zapytania.
Pod wpisem padło kilka opinii czytelników, na temat takiego podejścia i stawiania sprawy.

O mojej ciąży powiedziałam jej przez telefon jakoś w sierpniu, pomiędzy gadką o wakacjach a plotkami dotyczącymi znajomych. Jakoś niezręcznie to wyszło z mojej strony.
Niby się cieszyła, ale słychać byłą TĄ nutę w głosie. Niepłodne wiedzą jaką.

Dziś się widziałyśmy i oznajmiła mi, że prawdopodobnie jest w ciąży. Naturalnie.
Prawdopodobnie - bo wizytę u lekarza ma zaplanowaną dopiero na przyszły tydzień. Teraz póki co, okres spóźnia się jej 2 tygodnie, zrobiła 2 testy ciążowe - pozytywne - i bardzo bolą ją piersi. Objawy co jak co, nie pozostawiają wiele do domysłów, szczególnie te 2 pozytywne testy ciążowe.
Na razie trzyma temat w ścisłej tajemnicy i nawet przyszły ojciec jeszcze nie wie, że będzie ojcem. Ona czeka na finalną opinię lekarską.

A mną znowu targają podwójne emocje, ale tym razem już ze zdecydowaną przewagą tych pozytywnych.
Cieszę się, na prawdę się cieszę, że zdarzył im się naturalny cud (choć ona ostrożnie jeszcze do tego podchodzi).
Są mi oboje bardzo bliscy i troszkę się martwiłam, szczególnie o niego, co by było, gdyby się rozstali. A poza tym wiem, jak to jest chcieć a nie móc.
Jest to dla mnie świetna wiadomość.
Kiedyś,  przed laty, będąc "ryczącymi", imprezującymi studentkami, tak sobie snułyśmy plany, że w tym samym czasie zajdziemy w ciążę i tym razem zamiast chlać i imprezować, będziemy gadać o kupach i pieluchach.
Oczywiście, jak wszyscy wiemy, życie i los pokazały nam środkowy palec. A jednak... wygląda na to, że jakoś to się jednak udało.

Z drugiej strony, znowu pojawiło się to ukłucie, dlaczego nam się nie udało au naturell... Przecież Małż też brał tabletki, też się leczył, z tym, że Jemu / Nam to nie pomogło. Nie było naturalnego cudu.
Może byliśmy zbyt niecierpliwi?
Może nie daliśmy zbyt wielu szans temu naturalnemu cudowi?

Jest trochę żalu, ale coraz lepiej radzę sobie z post-invitrową goryczką.
W mojej głowie ilość pytań znacznie się uszczupliła a i serce i rozum wydają się być wyciszone.
Postanowiłam, że dla własnego dobra dopuszczę do siebie większą dawkę egoizmu i nie będę się zadręczać jakbym nie wiadomo co i komu uczyniła.
Nie ukrywam, że gimnastyka artystyczna, która odbywa się w moim brzuchu, ułatwia mi skierowanie serca i rozumu na takie właśnie tory :) Pozwala mi "odpuścić" :)

I tu przechodzę do kolejnej części mojej wypowiedzi :)))
Aaaaaaale się Bebik rusza :)) O Dżizas :))
Z całą pewnością stwierdzam, że dostaję kopniaki od swojego dziecka! :)
Do dzisiejszego spotkania zamówiłam, wyjątkowo, cappuccino (generalnie staram się raczej unikać kawy i pierwszy raz podczas ciąży zamówiłam do plotek ten właśnie napój). Poprosiłam, żeby było słabsze a mimo to, po dosłownie kilku łykach dostałam taką serię kopów od środka, że zaniemówiłam i chwilowo nie byłam w stanie kontynuować rozmowy. Nawet koleżanka po mojej minie się zorientowała, co jest grane :) Pewnie zdradziło mnie moje "łooojej!" :)
Cappuccino jej oddałam i po wypiciu szklaneczki wody Młode postanowiło nie dręczyć "biednej" matki :)

Dziwne to uczucie :) Cudowne, bo do tej pory musiałam wierzyć lekarzom na słowo, że faktycznie jestem w ciąży (no, może zdradzał mnie zaokrąglony brzuch). Teraz co chwila dostaję fizyczny dowód mojego stanu :) Czuję te ruchy z coraz większą intensywnością każdego dnia.
Z drugiej strony jest to trochę dziwne i przy mocniejszych kopach czuję się odrobinkę nieswojo i ta "nieswojość" miesza się z radością :)
Bo jak to tak...? :)
Ktoś tam mieszka w moim brzuchu, ma jakieś kilkanaście centymetrów, zeżarł mi cellulit i jeszcze się rusza?
Przyznajcie, że poza tym, że jest to cudowne, jest to również trochę... dziwne? :))

I tak oto minął mi dzień, który rozpoczął 19ty tydzień ciąży.


PS. Mam nadzieję, że lekarz potwierdzi ciążę mojej kumpeli.
Szczerze trzymam za to kciuki.


wtorek, 30 września 2014

Ciążowe radości: meldunek bieżący

Źródło: http://www.wallconvert.com/wallpapers/cartoons/house-with-balloons-up-3803.html 

Uprzejmie donoszę, że zdrowie się jako tako stabilizuje. Obeszło się bez antybiotyku. Gardło jeszcze niepewne i została mi ogromna chrypka, ale ma się ku lepszemu. Jednak bardzo mocno odczuwam, że organizm jest w ciąży :) Odporność zdecydowanie nie ta i ciągle mi towarzyszą jakieś dziwne dolegliwości: a to jakaś opryszczka a to infekcja "dolnej kanalizacji", którą cholernie trudno w ciąży wyleczyć.

Dziś miała miejsce kolejna, bodajże czwarta wizyta u Doktorka Prowadzącego
Pominę fakt, że godzinę przebijałam się przez miasto a ostatecznie okazało się, że finałowy odcinek drogi jest zamknięty. Miałam więc przymusowy spacer - i dobrze!
U Doktorka brak rewelacji, bo brak USG :) Wyniki krwi i siuśków mam ok, waga nie poszła w górę wcale, macanko na fotelu ok. 
Przed gabinetem miałam niespodziewane spotkanie z dziewczyną, z którą leżałam na jednej sali w szpitalu. Bardzo się ucieszyliśmy wszyscy na swój widok a owa para była bardzo ciekawa, co tam u mnie i czy wszystko ok. Podobno próbowali wypytać wcześniej Doktorka, ale zgodnie z tajemnicą lekarską nic im nie powiedział (no tak, biorąc pod uwagę, że krwawiłam w 5tym tygodniu ciąży to dobrze nie wróżyło, więc ich ciekawość jest uzasadniona). 
Kolejna wizyta 21 października i uwaga: to będzie USG połówkowe i wtedy na pewno poznamy płeć :)) Aaaaaaaaa can't wait! :)))

W domu pojawiły się pierwsze elementy dziecięcej wyprawki i tak się cholernie cieszę z tego faktu, że muszę się tym newsem podzielić.
Nie to, żebym miała wielkie ciśnienie na kompletowanie wyprawki już teraz (18 tc), ale akurat znajomi nie mogli już dłużej tego trzymać, więc miałam wybór: teraz albo nigdy.

Sprawcami mojej radości i wypieków na polikach są:

  • dwie torby ciuszków - jedna "odkupiona" a druga w "darach" (młodszy kot nie wiedzieć czemu strasznie nerwowo reaguje na niemowlęce ciuszki: porywa, podgryza, podskubuje)
    Ciuszków jest na tyle dużo, że wydaje mi się, że niewiele więcej potrzeba. Na koniec zweryfikuje czego nam ewentualnie brakuje i dokupię nówki, żeby nie było, że wszystko używane.
  • fotelik / nosidełko Maxi Cosi Pebble, odkupione za pół ceny + w gratisie specjalny śpiworek z otworem na pasy
  • materacyk Lifenest, też za mniej niż pół ceny, z 2 prześcieradłami gratis
    http://www.sklep.czas-zmian.pl/materac-do-spania-dla-niemowlat-lifenest-sleeping-system.html
  • I w gratisie przewijak, wanienka ze stelażem i termometrem, karuzela nad łóżeczko Fisher Price, kocyk i inne pierdoły typu smoczki.
I tym oto sposobem mamy sporą część wyprawki nabytą za stosunkowo niewielkie pieniądze. 
Nie mam mani, że wszystko musi być nowe i najlepsze. 

Głównym powodem mojej ekscytacji ostatnio są dziwne odczucia w brzuszku :)) które odczuwam już od jakiegoś czasu. Nie jestem pewna, czy to TO chociaż nabieram tej pewności z każdym dniem. Odczucie jest dziwne- jakby bąbelki w jelitach / smyranie złotej rybki. Dwa - trzy razy odczułam jakby... niewielkie, ale jednak.."kopnięcie" - chociaż trudno mi uwierzyć, że to już możliwe. Było tak, jakby ktoś dał mi delikatnego pstryczka paluchem, z tym, że od środka. 
Co ciekawe, te smyranki powtarzają się w określonych okolicznościach i porach dnia- szczególnie w nocy, rano jak się budzę.
Zobaczymy, jak się smyranki rozwiną. 

Intensywnie zmienia się również moje ciało. Przyrost wagi zwolnił, przez ostatnie tygodnie właściwie nie przytyłam. Ale za to całkowicie straciłam talię na rzecz wystającego coraz mocniej brzuchola. Nie jest to jeszcze sytuacja oczywista, ale jest :) Bez wątpienia zrobiłam się.. kwadratowa.
Najbardziej w moim ciele zmienił się biust - musiałam udać się po ciążowy biustonosz, ponieważ wszystkie moje staniki push-up okazały się być koszmarem. Wyglądam w nich jak jakaś kurtyzana ze średniowiecznej Francji, ze ściśniętymi cyckami pod samym nosem. 
No i niestety - nie uchronił mnie fakt, że moja babcia i mama nie miały rozstępów. U mnie pojawiły się na biuście - jest ich dużo i nie wydaje mi się, żeby ten trend miał się odmienić. Na pocieszenie dodam, że wygląda na to, że dzieciak zeżarł mi cellulit z tyłka? :)
Sam kształt i kolor biustu i to jak się zmienia z dnia na dzień dziwi mnie niesamowicie - nie mogę przestać się oglądać: w lustrze, pod prysznicem. Mnie się nie podoba. Kolor, kształt - jakieś to wszystko... jakby nie moje. Moje cycuszki "jak u młódki" gdzieś wyparowały. 
Za to małż, za każdym razem jak zdejmuję bluzkę, wydaje z siebie przeciągłe i entuzjastyczne: łaaaaaaaaałłłłłłłłłłłł :))) Jak dzieciak, który właśnie dostał quada na komunię :)
Jak słowo daję - nie wiem co go tak cieszy :)
Mam wrażenie, że lada dzień i zacznę kapać mlekiem. 

I tak, mijają sobie dzień za dniem.
Niby niewiele się dzieje, tęsknię za moim standardowym maratonem dnia codziennego, za pracą.
Niby niewiele -  a rośnie we mnie Człowiek



wtorek, 23 września 2014

Ratunku: choróbsko!

No i d...a.
Wczoraj piękny post o wielkim sercu a dziś gil, gula w gardle, dreszcze i ból kości, temperatura 37,5 i ogólne rozbicie.

Właściwie zaczęło się już wczoraj. Rozłożyło mnie w momencie. W kilka godzin ze stanu "zdrowa" przeszłam w stan "chora".
Nie zadzwoniłam wczoraj do doktorka prowadzącego, bo ... no nie. A potem całą noc co godzinę mierzyłam temperaturę w obawie co zrobię, jeśli nagle skoczy do 38,5, bo ani leków brać nie mogę (mogę?) ani męża w domu nie ma, więc jedyne co to chyba taksówka i szpital (u mnie z chorowaniem nie ma żartów: nie raz jak byłam nastolatką musieliśmy wzywać do domu karetkę, bo miałam 40 stopni i praktycznie brak przytomności).

No i boję się o dzidziusia.

Póki co doktorek prowadzący nie odbiera, ale on pracuje w szpitalu a akurat taka godzina jest, że może być ciężko.

Nie za bardzo wiem co ja mam robić, jak się leczyć.
Co na gorączkę?
Co na gardło?
Co z tymi dreszczami i bólem mięśni?

Macie jakieś swoje sposoby?
Chorowałyście w ciąży?

Ratunku.

PS. Jutro mam wizytę u gina Luxmedowego, więc go podpytam co i jak (musi mi dać skierowania na badania, żebym miała za darmo w ramach pakietu). A wizyta u doktorka prowadzącego dopiero we wtorek 30.09.

poniedziałek, 22 września 2014

Razem z brzuchem rośnie serce

Źródło: http://www.redorbit.com/news/health/1112917771/variety-of-factors-create-variability-in-pregnancy-length-080713/ 


Stanów emocjonalnych w ciąży ciąg dalszy :)
Mam wrażenie, że wraz z rozwojem ciąży, przechodzę ewolucję uczuć, postrzegania rzeczywistości, odczuwania, oczekiwań.
Pewnie to uniwersalny proces, który dotyczy każdej ciężarnej, jednak opiszę, jak to wygląda u mnie. Wszak droga, którą przeszłam / idę trochę się różni od "standardowej".

Do tej pory, podczas zarówno starań jak i wszystkich badań oraz procedur medycznych, byłam bardziej skupiona na samej ciąży niż na... dziecku. Oczywiste jest, że jedno z drugiego wynika i nierozerwalnie się łączy, ale w mojej świadomości na pierwszym miejscu była ciąża. Może wynikało to z faktu niepłodności, z takiego myślenia etapowego - nie wiem.
Nawet Małż kiedyś mi zarzucił i zwrócił uwagę: "zastanów się, czy Ty chcesz być w ciąży, czy mieć dziecko".

Długo po tym jak zaszłam w ciążę nie potrafiłam do końca rozckliwiać się nad brzuchem - w przeciwieństwie do otoczenia. Oczywiście, miałam swoje miłosne odczucia, ale były one jeszcze mocno opakowane w rany niepłodności i trochę jakbym miała jakąś blokadę - po brzuszku gładziłam się potajemnie w samotności a ckliwe popiskiwania Małża, mojej mamy i brata, krępowały mnie i były dla mnie lekko irytujące.

Sama nie wiem, kiedy to się zmieniło.
Może w momencie, kiedy wygrzebałam się z emocjonalnego (niespodziewanego) dołka, który mnie dopadł jakiś czas temu i który opisywałam w tym wpisie?
A może w momencie, kiedy w dole brzucha poczułam dziwne, delikatne smyrania "złotej rybki", które prawdopodobnie są ruchami mojego Dziecka?
A może tydzień nad morzem pod jednym dachem ze znajomymi i ich dzieckiem, zbliżył mnie do wizji małego człowieka i modelu rodziny 2+1 ?

Nie wiem, co było czynnikiem X.
Faktem jest jednak to, że nie mogę doczekać się, aż Dziecko pojawi się po drugiej stronie brzucha, całe i zdrowe. Aż wezmę je w ramiona, spojrzę w oczy i powiem, jak strasznie długo z Tatą na nie czekaliśmy.
Nawet wizja porodu naturalnego przestaje mnie już tak strasznie przerażać a strach ustępuje miejsca ciekawości i jakiemuś takiemu dziwnemu pragnieniu.

Po nocach śni mi się, że karmię piersią. Że przystawiam tą malutką główkę do piersi (która obecnie jest cała w rozstępach, o zgrozo) i.... Huston! Mamy kontakt!
Coś mi się zdaję, że będę jedną z tych matek osiągających wielokrotne orgazmy podczas karmienia piersią. Oczywiście - zdaje sobie sprawę, że rzeczywistość może nie być taka łatwa i przyjemna, ale na ten moment zależy mi na tym tak bardzo, że boję się, że aż za bardzo.

Wydaje mi się, że Małż, mimo braku odczuwania brzucha i "złotej rybki", podziela moje rozckliwienie. Nad morzem chyba pierwszy raz widziałam go w takiej interakcji z dzieckiem (znajomych). O dziwo, dziecko Go uwielbia, nazywając "wujaszkiem" i zdrabniając jego imię :)
Kiedy widziałam, jak razem chodzili za rączkę, jak budowali zamek z piasku, jak urządzali sobie zapasy na plaży, to brakuje mi słów i liter na klawiaturze. Mały wracał z takich zabaw cały mokry i umorusany, ku ogólnemu niezadowoleniu jego rodziców a ja ze zdziwienia i zachwytu nie mogłam domknąć otworu gębowego.
(wiedzcie, że mamy z małżem absolutnie zerowy kontakt z dziećmi - nasze, będzie pierwszym dzieckiem w rodzinie, na ten moment. A o tym, że Małż jest typowym introwertykiem pisałam już wielokrotnie ).

I tak, Moi Drodzy, mam takie wrażenie, jakby razem z brzuchem rosło mi serce.
Co prawda, jeszcze długa droga przed nami i ta więź dopiero się buduje - emocja po emocji. Ale czuję, że lody i sople niepłodności, które mi przez lata walki i upadków przyrosły w głowie i sercu, zaczynają topnieć. A ich miejsce sukcesywnie i skutecznie zastępuje miłe, różowe, wszechogarniające ciepełko.

Na ten moment mam jedno marzenie i jeden focus: moja rodzina w modelu 2 + (>1)





piątek, 12 września 2014

Powrót do przeszłości

Przesyłam wszystkim pozdrowienia wprost z nad morza :)
Leżę sobie obok Małża w uroczym domku letniskowym a przez okno słychać szum Bałtyku. 
Chociaż przyznam, że o świcie od szumu fal, bardziej interesują mnie dziwne „bąbelki" w moim brzuchu… ale o tym kiedy indziej :)

W tej samej nadmorskiej miejscowości, w dokładnie tych samych domkach byliśmy 1,5 roku temu z Małżem i moją mamą. W jakiś tydzień od odebrania wyników Męża - wyników, które były wyrokiem. 
W pokoju, w którym spaliśmy wtedy, stało puste łóżeczko dla dziecka. Ot, taki chichot losu. 

Wtedy sięgnęłam dna. Niżej „upaść” emocjonalnie już chyba nie mogłam. Czułam strach. Czułam, że jestem w życiowym potrzasku.
Idąc po raz pierwszy dokładnie tą samą drogą do domków, chciało mi się płakać - wróciło echo tamtych emocji. 

Jest tu taki malutki, uroczy drewniany kościółek, w którym klęczałam 1,5 roku temu i nie pamiętam już, czy miałam wtedy do Boga pretensję, czy błagałam go o amnestię czy też jedno i drugie.
W kościele nie byłam od dawna. Od Wielkanocy (co jest najdłuższą przerwą w moim życiu). Chyba jutro się tam przejdę, oficjalnie pokazać Bozi mój brzuch, poprosić, żeby o nas nie zapominał, mimo, że było tyle pretensji, mimo, że zapłodnienie pozaustrojowe..

Ale ale, nie jest smutno :)

Czuję się szczęśliwa a … te dziwne bąbelki i "złota rybka" w moim brzuchu multiplikują to uczucie milion razy. 

Wiem, że jeszcze kiedyś tu wrócimy, w to samo, fajne miejsce.
Ale tym razem, w turystycznym łóżeczku dla dzidziusi będzie KTOŚ spał.
Ktoś, kto będzie spełnieniem naszych marzeń. Owocem naszej miłości, która jest miłością prawdziwą.

Nasze Dziecko.





wtorek, 9 września 2014

Trzecia wizyta u doktora prowadzącego

Na wstępie wielkie podziękowania dla Wszystkich dobrych dusz, które uraczyły mnie życzliwym słowem pod ostatnim postem z "gorzkimi żalami". Miałam definitywnie słaby czas i dzięki tamtej debacie poczułam się znacznie lepiej. A słowa, szczególnie osób, które przez IVF przeszły i to na razie bez skutku, postawiły mnie skutecznie do pionu.
Dzięki i trzymam kciuki za każdą / każdego z Was.

Ostatnie dni płyną mi na dzieciowej edukacji:
czytam książki, wybieram wózki, edukuję się na YouTube w temacie karmienia piersią i... nie mogę się doczekać Boba :)
Brzuń lekko powiększony, ale moim zdaniem nie wygląda jakoś wybitnie na ciążowy.

Dziś miała miejsce trzecia wizyta u doktorka prowadzącego.
Pierwszy raz byłam sama, bez Małża (jako, że kończy projekt i jest mega zarobiony).
Nie było USG, więc nie było podglądania Boba ani płci (dopiero na połówkowym w 20tym tygodniu).
Standardowa pogadanka, oglądanie wyników badania siuśkow, ważenie (tyję sobie średnio 1 kg na 3 tygodnie), ciśnienie, macanko na fotelu (doktorek skomplementował, że szyjka cośtam a macica cośtam, fji fju - nic nie załapałam, ale wychodzi, że wszystko ok).

Nihil novi. Nic ciekawego się nie zadziało. Ot, standardowa, nudna wizyta ciążowa. I chwała Bogu!
Następna 30 września, nadal jeszcze bez USG.

A tak poza tym, to w czwartek jedziemy nad morze na tydzień i bardzo się z tego powodu cieszę.
No i trwa debata nad imieniem, z naciskiem na męskie, ale... coś nam nie idzie :)

Mnie się szalenie podoba imię Karol - od zawsze.
Ale Małż powiedział stanowcze "nie" i koniec.

I tak sobie mijają dzień za dniem, w domowych pieleszach, rozlazłe i leniwe.
Na wyjściu ze szpitala wiele osób życzyło mi "nudnej ciąży" i, nie zapeszając, póki co, sprawdza się.

poniedziałek, 1 września 2014

Smród niepłodności

Źródło: https://windwein.wordpress.com/tag/the-ring/ 

Zastanawiam się, kiedy się wywietrzy i w moim życiu pojawią się jakieś przyjemniejsze aromaty.

Swąt minął na jakiś czas, po tym, jak dowiedziałam się, że jesteśmy w ciąży. Ale wrócił i nie daje o sobie zapomnieć.

Pierwszy smrodek, to moje odczucia w temacie pojawiających się ciąż, a raczej tych, które się pojawią. Na jednym z zaprzyjaźnionych blogów opisywałam historię mojej kumpeli, której ówczesny 1,5 roczny dzidek skłonił nas z Mężem do starania się o dziecko. Oni spłodzili PIĘKNEGO brzdąca w pierwszym bzykaniu. Nawet nie w pierwszym cyklu intensywnych starań. Ot, raz poszli do łóżka i już. No i super. NIKOMU nie życzę niepłodności a już na pewno nie Jej / Im. 
Ona była ze mną przy podjęciu decyzji o dziecku, przy wszystkich moich ciążach urojonych, przy badaniach w klinice niepłodności, przy naszym leczeniu, przy in vitro. Płakała i cierpiała ze mną. I płakała ze szczęścia również wtedy, kiedy się udało. Wiele ze mną przeszła.

Teraz jej syn ma 4 lata i role się odwróciły: Ona z mężem zaczęli się zastanawiać nad drugim dzieckiem, pod wpływem mojej ciąży. Jakiś czas nie mogli dojść do wspólnego konsensusu w tej dziedzinie, aż przyznała , że "dogadali się", że zaczęli się już starać, a raczej nie zabezpieczają się. I zaczęła panikować, że może ona zrobi już test, bo minęło kilka dni. Ale właściwie to Ona nie wie kiedy miała ostatni okres i tak dalej. Że ostatnio tak szybko się udało, to może i teraz też?
Po jakimś tygodniu zadzwoniła do mnie z informacją, że dostała okres i... jej mąż jednak nie okazał się "takim strzelcem wyborowym". 

Poczułam mega niesmak, bo jak można powiedzieć tak osobie, której mąż cierpi na zoospermię. No jak, do cholery, ja się pytam? Wykazała się kompletnym brakiem taktu. 
A po drugie, nie wiem jak ja bym się czuła ostatecznie, gdyby im się jednak udało za "pierwszym strzałem"... i czuję się z tym faktem okropnie. 


Drugi smrodek należało by nazwać wielkim smrodem.
Cały ten mój 2014 rok, jak do tej pory, kręcił się w temacie IVF: najpierw zrezygnowanie, bo znowu beznadziejne wyniki, lekarze odbierają resztki nadziei na naturalną ciążę, HSG, potem decyzja o podejściu do procedury, potem czekanie, histeroskopia, potem procedura, trudne przejścia psychiczne w związku z sytuacją "laboratoryjną", gorzki smak porażki i zwątpienie, criotransfer i... udało się. Jesteśmy w ciąży.

Często u mnie tak bywa, że w momentach kryzysowych, daję z siebie 100% mobilizacji, ale kiedy opadnie kurz, ja również opadam z sił i wszystko ze mnie wyłazi, ze zdwojoną siłą. 
Nie inaczej jest i tym razem. Mam wrażenie, że aktualnie dopadły mnie wszystkie demony związane z niepłodnością i samą procedurą in vitro. 

Jakoś do tej pory radziłam sobie całkiem nieźle z poczuciem niesprawiedliwości, które znamy chyba wszystkie.. Dlaczego inni mogą, w uniesieniu, przyjemności, w łóżku, począć swoje dziecie, które jest nazywane darem od Pana Boga, a my musieliśmy przechodzić przez to wszystko i jesteśmy nazywani egoistycznymi zwyrodnialcami, którzy nie umieją się pogodzić z faktem, że "Bóg nie chciał nam dać dziecka" i już. Obrzucani kamieniami, opluwani, upokarzani, gnojeni, deptani - ludzie, którzy "kupili" sobie dzieci w "przemyśle" in vitro. Dzieci, których nie chciał Bóg. 
Usłyszałam niedawno, że "taka jest cena" oraz, że "muszę się do tego przyzwyczaić". 

Krytyka ludu (zazwyczaj "płodnego" zresztą) to jedno. A moje własne emocje to zupełnie inna sprawa. 
Zamiast cieszyć się ciążą, naszły mnie miliony pytań i smutków. Co by było, gdyby pani embriolog sięgnęła po inną, a nie tą właśnie blastocystę? Czy obraz na USG pokazał by tego, czy może innego człowieka?
Czy Bóg prowadził jej rękę, czy też zrezygnował ze mnie, bo "nie przyjęłam Jego woli" i zostawił mnie samą?

Osoby, które czytały moje zmagania z IVF wiedzą, że mam jeszcze 7 czekających zarodków i nigdy ten fakt nie był mi obojętny. 
O tyle, o ile podchodząc do IVF miałam trochę inne priorytety, tak teraz dopadł mnie koszmar roztrząsania scenariuszy, co zrobić z takim dorobkiem. Myślę o tym przez większość moich dni i śni mi się to co noc. Nie umiem sobie z tym poradzić i obawiam się, że bez psychologa, chyba mi się to nie uda. 

Wielokrotnie rozmawiałam na ten temat z Małżem. Dla Niego odpowiedź jest prosta: 
na ten moment myślimy o 3ce dzieci, a więc biorąc pod uwagę skuteczność transferów, są szanse, że wykorzystamy wszystkie zarodki (a jak wiemy, może być i tak, że jeszcze nam ich zabraknie). 
A jeśli nie, w grę wchodzi adopcja prenatalna. 
On nie ma z tym żadnego problemu (przynajmniej nie pokazał, żeby miał). A ja mam mętlik w głowie i staram się taką decyzję przepracować i kompletnie mi nie wychodzi. 
Spędzam godziny dziennie czytając forum Naszego Bociana, opinie kobiet w takiej samej sytuacji. Nie jest to łatwa decyzja i wiele osób zmaga się z takimi samymi dylematami. 
Adopcja prenatalna moim zdaniem jest dobrym wyjściem, ale tylko wtedy, jeśli przepracuje się takie rozwiązanie. Taka decyzja podjęta pochopnie, może człowieka zniszczyć. 
Podczas drugiego transferu, rozmawiałam w Ojcem Dyrektorem i panią embriolog o adopcji prenatalnej (ta, wiem.. mam obsesję, żeby nawet podczas transferu o tym gadać). Doktorek stwierdził, że to jest bardzo trudna decyzja i że on radzi parom, żeby nie podejmowały jej wcześniej, niż 6 miesięcy po urodzeniu dziecka. 

Tak sobie myślę, że nie dość, że tyle już przeszliśmy z Mężem, żeby dojść do tej upragnionej ciąży, to jeszcze teraz, będzie ciągnął się za nami ten smród. 

Smród, który odbiera mi radość życia i przez który, nie umiem się cieszyć do końca z mojej ciąży.
Niektóre dziewczyny, po zakończeniu dzięki IVF etapu, jakim jest niepłodność, założyły nowe blogi poświęcone w całości ciąży i macierzyństwie, gdzie nie ma ani słowa o metodzie poczęcia.
Ja nie umiem przejść tej granicy. Tkwię w bagnie niepłodności i za raz się w nim utopię. 

Mam nadzieję, że kiedy mój brzuch urośnie i poczuję ruchy dziecka, to moje demony in vitro trochę odpuszczą.
Że zaznam spokoju, kiedy spojrzę w oczy mojemu dziecku.
Mam nadzieję, że będę dobrą matką i moje doświadczenia nie odbiją się negatywnie na dziecku.
Póki co - odbijają się. Zamiast być oazą ciążowego spokoju, ja się samobiczuję i dodatkowo wykorzystuję do tego opinię publiczną.

Wszelakich krytykantów w temacie in vitro proszę, żeby odpuścili sobie hejt. 
Wierzcie lub nie - baty, jakie wymierzam sobie sama, są na tyle bolesne, że możecie się czuć usatysfakcjonowani. 


Na razie zabrałam się za szukanie księdza, z którym mogła bym pogadać. 
Czuję, że to może być metoda na ten weltschmerz jaki właśnie odczuwam.