poniedziałek, 27 stycznia 2014

Quo vadis plemniku?

http://badanie-nasienia.pl/wp-content/uploads/2011/09/morfologia-plemnik%C3%B3w.jpg  
Źródło obrazka: www.badanie-nasienia.pl 

Zaskoczył mnie dziś.
Ni z tego ni z owego zadzwonił do mnie do pracy, że oto SAM pojechał z własnej inicjatywy, w ogóle nie mówiąc mi o tym, odebrać wyniki nasienia. I że jest lepiej. 

Jest lepiej zaiste. 

Ilość mln / ml - 7,1 (norma co najmniej 15)
Plemników total: 28 mln (norma co najmniej 39)
Ruch postępowy: 61% (17 mln / ejakulat)
Ruch całkowity: 68%
Brak ruchu: 32%

Żywotność: 80%
Plemniki o prawidłowej budowie: 4%

Posiew jałowy. 

Czyli jaki z tego morał:
jeśli chodzi o jakość armii to jest całkiem całkiem spoko.
Jeśli chodzi o ilość to szału nie ma. 

Czyli tak de facto jesteśmy w baaardzo podobnym punkcie jak kilka miesięcy temu. 
Wyniki trochę lepsze, ale mają jeszcze daleko do minimum WHO. A tak poza tym to ciąży jak nie było tak nie ma. 

W piątek wizyta u Ojca Dyrektora. 
Wróżę, że postawi nas przed wyborem in vitro albo inseminacja.

Robić tą inseminację, czy nie robić?
Oto jest pytanie.

niedziela, 26 stycznia 2014

Wieści i wici

Przede wszystkim dziękuję wszystkim za troskę o mój stan zdrowia po ostatnim HSG i przepraszam, że się nie odzywałam. Wpadłam w wir pracy i nie ogarniałam czasoprzestrzeni.
Na szczęście sytuacja jajnikowa się ustabilizowała. Przestało boleć i wygląda na to, że wczoraj dostałam okres (tydzień przed terminem).

A tak poza tym:

Małż był na badaniu nasienia. Nie znam jeszcze wyników, ale wiem, że będą słabe.
Więc w piątek mamy wizytę u Ojca Dyrektora (pierwszą u niego).
Wróżę, że skieruje nas na in vitro. Nie sądzę szczerze mówiąc, że zaproponuje nam inseminację (a nawet jeśli, to umiem liczyć i trochę znam się na procentach).
Denerwuje się i nie mogę doczekać tej wizyty zarazem. Mam nadzieję, że ta wizyta będzie nareszcie jakimś przełomem.

Czy jestem pogodzona z in vitro na ten moment?
Nie. Chyba nie. Ale nie mam siły dłużej czekać.

Wczoraj wieczorem byli u nas na kolacji znajomi, którzy mieszkają w innym mieście i widujemy się co kilka miesięcy. Byliśmy na ich weselu niemal równo rok temu.
Przed kolacją gdzieś tam w mojej głowie świtała mi myśl, że ona może być w ciąży. Wiecie jak jest.. to jest to brzydkie uczucie.
Ona od razu odmówiła wina, z marszu. Rzekomo brała jakieś leki przeciw migrenowe.
Między wierszami wyczytałam, że z piątkowej imprezy wracała samochodem - czyli też nie piła.
I jeszcze kilka innych drobniutkich wskazówek podchwyciłam, które moja główka przekłuła sobie natychmiast w teorię spiskową pod tytułem: she must be pregnant!
Moje czujne oko wychwyciło nawet delikatne gładzenie kciukiem brzucha pod stołem.
A moje serce natychmiast przełożyło teorię na zazdrość.

 Siedzę aktualnie zawinięta w szlafrok przed TV i pielęgnuję w sobie poczucie niesprawiedliwości i zazdrości w stosunku do tych, którym tak łatwo przyszło to, czego ja do jasnej cholery nie mam.

Za tydzień o tej porze, po wizycie u Ojca Dyrektora, będę miała nowy plan na najbliższą przyszłość.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Ciąąągle boli

Dzień dobry wieczór,
jest sprawa.
Strasznie mnie boli po tym HSG. Cały czas.

Jak siadam.
Jak sikam.
O seksie to już nie wspomnę.

Bolą mnie jajniki cholernie.
Od zabiegu minęło jakieś 1,5 tygodnia. 

Yyyy.. czy tak ma być?
Right?

sobota, 18 stycznia 2014

Strach

W moim przypadku najtrudniejszy w przeżywaniu niepłodności jest strach.
Strach, że wcale nie musi się udać. Że może nigdy nie będę w ciąży, nie dowiem się co czują te kobiety widząc 2 kreski na teście, przekazując partnerowi i rodzinie wesołą nowinę, czując ruchy w brzuchu i patrząc jak rośnie i finalnie nie poznam tego uczucia znanego z filmów, kiedy bohaterka bierze w ramiona świeżutkie, ubabrane, niezbyt ładne, dopiero-co-wyciśnięte stworzonko przypominające człowieka.

Dopadł mnie po-owulacyjny dół.  Moja owulacja, tuż po HSG, została całkowicie zmarnowana.
Nie doszło do żadnego zbliżenia.

Załamuje mnie fakt, że jesteśmy w stanie zrobić masę badań, wydać na nie pierdyliony pieniędzy, znieść X igieł i bólu ale nie jesteśmy w stanie podjąć najprostszej i najbardziej oczywistej czynności prowadzącej do zapłodnienia - seksu.

Nie jesteśmy jakąś hiper jurną parą. Jesteśmy razem jakieś 14 lat. Lata największej aktywności seksualnej w naszym przypadku mamy już za sobą. Mamy swoje przyzwyczajenia. Nasza częstotliwość igraszek łóżkowych wynosi średnio 2x na miesiąc. I niezbyt umiem się zmusić (i on również nie) do baraszkowania akurat W MOMENCIE kiedy mam owulację.

Przeraża mnie nasza pokrętność.
Nieuchronnie zbliżamy się do zabiegu napiętnowanego przez społeczeństwo i kościół, obciążającego organizm i psychikę (będącego jednak jednym z największych odkryć ludzkości - chwała temu, kto wymyślił) jakim jest in vitro, ale, do ciężkiej cholery, nie podejmujemy zbyt wielu prób prokreacyjnych.

Wspomnę tutaj okres sprzed roku, kiedy jeszcze nie znaliśmy jego badań nasienia, ale pani doktor zapodała mi hormony i Clo, żeby podkręcić działającą i bez tego owulację.
Wszystko cudownie: ja żarłam gorliwie prochy, on z troską i namaszczeniem walił mi zastrzyk w brzuch i... tyle.
Kiedy nadszedł moment zero i padała komenda "do seksu", każdy z zatroskaną miną miał nagle więcej zajęć niż akurat "się bzykanie" i rozłaziliśmy się po kątach jak wystraszone karaluchy.
A jak już jakimś cudem zabieraliśmy się do roboty, to okazywało się, że niestety "tango down". Nie było "grande finale". Plemniki jakoś nie miały ochoty ujrzeć świata zewnętrznego.

Na wizycie kontrolnej u pani ginekolog oznajmiłam, że wspaniale, jakże się cieszę, że mam super owulację i wszystko pięknie popękało, alleluja! Tylko, mam pewno podejrzenie że nie zajdę w ciążę: otóż seksu nie było.
- Tak, to może być pewna przeszkoda - oznajmiła z pewnym zrozumienia zatroskanym wzrokiem pani ginekolog.

Od dłuższego czasu wiem o tym, że dla nas jedyną metodą, nawet jeśli byli byśmy uber płodni, jest inseminacja. Bo, wybaczcie, ale jak ja mam zajść w ciążę, skoro kochamy się średnio 2 razy na miesiąc (a czasem nawet i mniej) i tylko wtedy, kiedy najdzie nas chcica, a ja płodna jestem jakieś 72 godziny?
Sorry, ale prawda jest taka, że to musiał by być jakiś pieprzony cud.

Dziś umówiłam Go na czwartek na badanie nasienia.
Przyszły poniedziałek do Pana Dyrektora Kliniki, nie idę już do androloga z tymi wynikami, bo z tego co ona mówiła na ostatniej wizycie, te hormony które Małż brał, były dla nas ostatnią deską ratunku.

Mam takie marzenie:
lekarz spojrzy na wynik nasienia i powie, że super, nadajemy się pod inseminację.

I ta inseminacja się uda.
(chociaż powiem szerze, że ni chuja nie wierzę, że inseminacja się uda - excuse my french).

A jeśli Pan Dyrektor powie, że nie ma sensu inseminacji robić, z marszu, siedząc, zapisujemy się na in vitro w programie.

A jak się już zapiszemy, to zacznę się z tym faktem ostatecznie rozprawiać.

środa, 15 stycznia 2014

Owulejszyn

Spędzamy wieczór przed telewizorem.
Ja i moja owulacja.

Napier*** jak diabli. Jakby chciała się zemścić za zeszłotygodniowe HSG.

Moje jajniki po przepychaniu HSG są drożne jak krajowa "jedynka" za pięć dwunasta w Sylwestra a seks jest czymś, czego dziś praktykować nie będę.
Wspomnienie stalowych kleszczy w okolicach moich jajników w ubiegły czwartek w dość znaczący sposób wpływa na moje obecne libido.

Jestem zaiste zajebista.
Liczę na niepokalane poczęcie, czy coś?

Wkurwia mnie seks na "gong".
Pier***, nie robię.

czwartek, 9 stycznia 2014

I po krzyku!


Jestem już po i pozdrawiam Was ze szpitalnego łóżka!

Nie było tak źle, ale tuż przed histerie urządziłam nieziemską.

Leżę na sali z 2ma dziewczynami po laparoskopii, czekam na wyniki i zdałam sobie sprawę, że bolesne badanie to nie najgorsze czego powinnam się obawiać.

Czekam na wynik.
Dam znać.

Baaardzo Wam wszystkim dziękuję za wsparcie :))

Update:
Jestem już w domku.
Mam wynik:
Wszystko ok!

Jajowody drożne całkowicie, macica ładna, gładka, bez zrostów.
W sumie jestem zdziwiona, bo miałam kiedyś wymrażaną nadżerkę.
Generalnie: wszystko okej!

Tylko widok masy kobitek w ciąży, świeżo upieczonych tatusiów z nosidełkami w rękach pełnymi niemowląt, tochę mnie podłamał.

Ale poznałam dziś wiele dzielnych, walczących kobitek i ich różne historie i myślę, że spotkamy się jeszcze kiedyś. Na porodówce.

środa, 8 stycznia 2014

Pełne portki

Torba z pidżamką, szlafrokiem, kapciuszkami i książką o gender pięknie zapakowane stoją w torbie w kącie.

Staram się nie denerwować, ale coraz gorzej mi idzie.
Wielkie odlizanie do hsg!

Jutro o tej porze będzie już po wszystkim.

wtorek, 7 stycznia 2014

HSG is coming


 Uwaga, uwaga.

Z uroczystym przerażeniem ogłaszam, że w czwartek o 8 rano mam się stawić z pidżamką w Centrum Zdrowia Matki Polki na HSG.

O Matko Polko.

 Źródło grafiki: http://sd.keepcalm-o-matic.co.uk/i/keep-calm-it-s-hsg-party.png

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Rzeczpospolita niepłodności

W sobotę wieczorem spotkałam się z dość dawno niewidzianą koleżanką.
Kiedyś bardzo się przyjaźniłyśmy, ale w pewnym momencie nasze drogi zaczęły się coraz bardziej rozchodzić, aż rozeszły się dość znacznie i widujemy się średnio co pół roku.

To, co jednak wiedziałam, to to, że ona ze swoim partnerem zaczęli się starać o dziecko kilka miesięcy po tym kiedy my zaczęliśmy. "Starać" to może za dużo powiedziane. Odstawili wszelką antykoncepcję. Wychodząc na sobotnie spotkanie wiedziałam, że ona również nadal nie jest w ciąży.

Trochę się obawiałam tego spotkania, czy nie będzie sztywno itd.
Nie było.
Od rozpoczęcia rozmowy o niepłodności dzieliło nas zaledwie kilka łyków piwa.
Wiedziałam, że zejdziemy na ten temat, ale nie spodziewałam się, że aż tak szybko.

Ona zaczęła. Od razu powiedziała, że zrobili badania i jest u nich spory problem. Nasienie - czynnik męski. Ona nie zrobiła badań, bo jej zdaniem wszystko jest w porządku po jej stronie.
Jej podejście jest zupełnie inne niż moje. Nie ogarnia tematu od strony medycznej, nie ma zamiaru robić dodatkowych badań i generalnie zamiotła temat na maksa pod dywan.
Do in vitro podchodzi na zasadzie "ja jestem zdrowa więc dlaczego miała bym się tak katować" i generalnie mam wrażenie, że ich wspólną przyszłość stawia pod znakiem zapytania.

Nie oceniam tego. Tego mnie nauczyła nasza znajomość już wcześniej.
Na pewno jej podejście jest diametralnie inne od mojego.

Dodatkowo, okazało się, że znajoma, która brała ślub tego samego dnia co ja, jest po czwartym nieudanym in vitro. W międzyczasie zaliczyła jakieś poronienie.

A kilka innych dalszych znajomych jest w ciąży.

Jutro powrót do rzeczywistości :/

niedziela, 5 stycznia 2014

To będzie dobry rok

Cześć i czołem, nie odzywałam się przez jakiś czas, ale nie miałam kompletnie głowy do pisania. Przez wydarzenia 2 ostatnich tygodni roku nawet temat niepłodności spadł na dalszy plan.

Czarna seria zaczęła się w sobotę wieczorem przed świętami, poprzedzona moim ślęczeniem po nocach w pracy.

Najpierw w moim rodzinnym domu na południu Polski popękały wszystkie rury od pieca i zaczęły się nerwowe poszukiwania speca, w sobotę, przed świętami.

Tego samego wieczora, zadzwoniła mama z informacją, że moja starsza (87 l.) i schorowana ciocia spadła z łóżka i wzięli ją do szpitala.
W niedzielę rano, tuż przed świętami, mama zadzwoniła sprzed szpitala, że właśnie wchodzą z moim bratem do szpitala odwiedzić ciocię, niosą jej przekąski, ubrania i inne dary losu, i że ją pozdrowią i przekażą, że jak przyjadę na święta to będę ją codziennie odwiedzać. I żebym poszukała w swojej szafie jakiś luźnych swetrów dla niej.

Odłożyłam słuchawkę, zapuściłam sobie w domu jakieś świąteczne piosnki i pełna radości zaczęłam się pakować do wyjazdu do ukochanego domku rodzinnego.
Nagle zadzwoniła moja babcia:

"Cześć, dzwonili ze szpitala, że ciocia zmarła dziś w nocy."

Bez żadnego wstępu. Bez ostrzeżenia.
Pierwsze co zrobiłam, to zaczęłam nerwowo wybierać numer do mojego brata, który w tym momencie przecież wchodził z moją mamą do szpitala, odwiedzić ciocię. Nie chciałam, żeby w szpitalu zastali puste łóżko, cioci rzeczy i bezceremonialną minę pielęgniarki czy innej baby w kitlu, która im oznajmi, że pacjent zszedł.
Niestety, nie udało mi się dodzwonić. Baba w kitlu dorwała ich pierwsza.

Nie mieli czasu na rozpacz. Od razu, z marszu, zabrali się za organizację pogrzebu, a było to wyzwanie, bo do Świąt zostały raptem niecałe 2 dni. Byliśmy jej najbliższą rodziną. Mieszkała jakieś 50 metrów do naszego domu całe życie. Spędzała z nami każde święta i dzień powszedni.

Kiedy mama z bratem nerwowo krzątali się po szpitalu, ja osunęłam się na podłogę w kuchni i wyłam jak syrena okrętowa. Płaczem płynącym z głębi serca czy żołądka, już sama nie wiem. Było mi tak niewymownie przykro, że odszedł mi ten bliski, kochany człowiek i już więcej go nie zobaczę nigdy. Zostały mi tylko wspomnienia. A na dodatek jestem 300 km od nich.

Ciocia miała 87 lat i od roku przebywała w domu opieki (trudna decyzja, długa historia).
86 lat przeżyła w niczym niezmąconym zdrowiu. Była starą panną, taką typową ;)
W sumie, w tym wieku i okolicznościach należało być przygotowanym na taki obrót sprawy. Ja jednak nie byłam. W ogóle, ani trochę nie byłam przygotowana na jej śmierć.

W poniedziałek przed Świętami zamiast do pracy, pojechaliśmy na południe, 160 km / h.
Gdy tylko dojechaliśmy zaczął się kosmiczny maraton w sprawie organizacji pogrzebu, wieńców, wieszanie klepsydr (co robiłam 3 razy, bo ogromny wiatr halny zrywał je po kilka razy).

Pogrzeb odbył się w drugi dzień Świąt i zniosłam go skandalicznie źle. Nie spodziewałam się.
Wigilia i Boże Narodzenie jako tako udało nam się utrzymać morale. Podczas pogrzebu natomiast wpadłam w jakąś histerię i musiałam wiele wysiłku włożyć w to, żeby nie łkać na cały głos w kościele. No dobra, trochę mi się wymknęło.
No ale, chyba dla nikogo z czytelników nie jest już tajemnicą, że jestem osobą hiper-emocjonalną.

Podczas pochówku na cmentarzu okazało się, że grabarz zapomniał skuć kawałka jakiegoś murka, czy coś w tym rodzaju i trumna nie chciała przejść. Musieli ją więc opuścić jakoś tak bokiem. Myślałam, że wezmę łopatę i na oczach zacnie zgromadzonych zap***ę skurczybyka tęże właśnie łopatą.

No i tak, w drugi dzień świąt u nas w domu odbyła się stypa. Byłam już tak z mamą zmęczona, miałam masakryczne zakwasy w nogach od tej całej gonitwy.
Tak oto, pierwszy raz w wieku lat 30tu, piłam publicznie wódkę przy stole na oczach rodziny. Musiałam sobie "golnąć".

Dodatkowo, okazało się, że ciocia nie zostawiła testamentu a moja mama jest właścicielką pieniędzy. Nie nie kochani, nie jest to dobra informacja. Mama chce te pieniądze podzielić pomiędzy rodzinę(chociaż była właściwie jedyną osobą, która przez rok niedołęstwa zajmowała się ciotką i wszystkimi jej sprawami), ale oczywiście występują pewne różnice zdań w tej kwestii pomiędzy chociażby babcią a mamą.

W niedziele po świętach, już mieliśmy wyjeżdżać z małżem do domku w górach na sylwestra, który wynajęliśmy ze znajomymi gdy okazało się, że mój trzynastoletni beagle próbując wejść na schody.. spadł z nich osunąwszy się w dół. A wiec wizyta u weta. Okazało się, że zerwał więzadło w tylnej łapie i jedyną opcją jest operacyjne wszczepienie implantu. Jedyne 600 zł. Koszt pokryłam, operacja się odbyła, ale myślałam, że pęknie mi serce.

A więc z takim popękanym sercem wyjechaliśmy w te góry na sylwestra, ale kurde... tak strasznie nie chciałam jechać. Chciałam zostać w domu rodzinnym i być z mamą, babcią i bratem w tych trudnych chwilach po śmierci ciotki.
No ale pojechaliśmy, a ja pół drogi wyłam w samochodzie jak syrena okrętowa.

Dojechaliśmy w te góry, do super pięknego domku z kominkiem i sauną.
Wyleniłam się jak ostatni leniwiec.
Oczywiście okazało się, że w sylwestra zdarzył się kolejny wypadeczek zamykający rok. Mój brat samochodem skasował słupek i wpadł do rowu. Musieli samochód wyjmować z rowu.
O tym już nie powiedzieliśmy mamie i babci, bo to już za dużo by było tego wszystkiego.

W piątek wróciliśmy do domu i byczymy się na maksa. Odsypiamy. 

Paradoskalnie plus z całego tego ambarasu jest taki, że absolutnie nie miałam czasu myśleć o niepłodności. 

Kończąc, bo chyba się trochę rozpisałam:
życzę wszystkim Wam na ten 2014, aby był dobrym rokiem.
Żebyście, niezależnie od tego, co się wydarzy, czuli się szczęśliwi.

Ja tak feralnie zakończyłam 2013, że jestem przekonana, że 2014 będzie dobrym rokiem.

Chociaż już bez mojej kochanej cioci, co do której wierzę i chcę żeby tak było, że obserwuje nas wszystkich z góry i jest dumna i szczęśliwa, że urządziliśmy jej takie piękne, godne i z szacunkiem pożegnanie.
I śni mi się co noc. Młoda, piękna, rumiana i szczęśliwa.
Rozmawiamy, ale nigdy rano nie pamiętam o czym.