sobota, 18 stycznia 2014

Strach

W moim przypadku najtrudniejszy w przeżywaniu niepłodności jest strach.
Strach, że wcale nie musi się udać. Że może nigdy nie będę w ciąży, nie dowiem się co czują te kobiety widząc 2 kreski na teście, przekazując partnerowi i rodzinie wesołą nowinę, czując ruchy w brzuchu i patrząc jak rośnie i finalnie nie poznam tego uczucia znanego z filmów, kiedy bohaterka bierze w ramiona świeżutkie, ubabrane, niezbyt ładne, dopiero-co-wyciśnięte stworzonko przypominające człowieka.

Dopadł mnie po-owulacyjny dół.  Moja owulacja, tuż po HSG, została całkowicie zmarnowana.
Nie doszło do żadnego zbliżenia.

Załamuje mnie fakt, że jesteśmy w stanie zrobić masę badań, wydać na nie pierdyliony pieniędzy, znieść X igieł i bólu ale nie jesteśmy w stanie podjąć najprostszej i najbardziej oczywistej czynności prowadzącej do zapłodnienia - seksu.

Nie jesteśmy jakąś hiper jurną parą. Jesteśmy razem jakieś 14 lat. Lata największej aktywności seksualnej w naszym przypadku mamy już za sobą. Mamy swoje przyzwyczajenia. Nasza częstotliwość igraszek łóżkowych wynosi średnio 2x na miesiąc. I niezbyt umiem się zmusić (i on również nie) do baraszkowania akurat W MOMENCIE kiedy mam owulację.

Przeraża mnie nasza pokrętność.
Nieuchronnie zbliżamy się do zabiegu napiętnowanego przez społeczeństwo i kościół, obciążającego organizm i psychikę (będącego jednak jednym z największych odkryć ludzkości - chwała temu, kto wymyślił) jakim jest in vitro, ale, do ciężkiej cholery, nie podejmujemy zbyt wielu prób prokreacyjnych.

Wspomnę tutaj okres sprzed roku, kiedy jeszcze nie znaliśmy jego badań nasienia, ale pani doktor zapodała mi hormony i Clo, żeby podkręcić działającą i bez tego owulację.
Wszystko cudownie: ja żarłam gorliwie prochy, on z troską i namaszczeniem walił mi zastrzyk w brzuch i... tyle.
Kiedy nadszedł moment zero i padała komenda "do seksu", każdy z zatroskaną miną miał nagle więcej zajęć niż akurat "się bzykanie" i rozłaziliśmy się po kątach jak wystraszone karaluchy.
A jak już jakimś cudem zabieraliśmy się do roboty, to okazywało się, że niestety "tango down". Nie było "grande finale". Plemniki jakoś nie miały ochoty ujrzeć świata zewnętrznego.

Na wizycie kontrolnej u pani ginekolog oznajmiłam, że wspaniale, jakże się cieszę, że mam super owulację i wszystko pięknie popękało, alleluja! Tylko, mam pewno podejrzenie że nie zajdę w ciążę: otóż seksu nie było.
- Tak, to może być pewna przeszkoda - oznajmiła z pewnym zrozumienia zatroskanym wzrokiem pani ginekolog.

Od dłuższego czasu wiem o tym, że dla nas jedyną metodą, nawet jeśli byli byśmy uber płodni, jest inseminacja. Bo, wybaczcie, ale jak ja mam zajść w ciążę, skoro kochamy się średnio 2 razy na miesiąc (a czasem nawet i mniej) i tylko wtedy, kiedy najdzie nas chcica, a ja płodna jestem jakieś 72 godziny?
Sorry, ale prawda jest taka, że to musiał by być jakiś pieprzony cud.

Dziś umówiłam Go na czwartek na badanie nasienia.
Przyszły poniedziałek do Pana Dyrektora Kliniki, nie idę już do androloga z tymi wynikami, bo z tego co ona mówiła na ostatniej wizycie, te hormony które Małż brał, były dla nas ostatnią deską ratunku.

Mam takie marzenie:
lekarz spojrzy na wynik nasienia i powie, że super, nadajemy się pod inseminację.

I ta inseminacja się uda.
(chociaż powiem szerze, że ni chuja nie wierzę, że inseminacja się uda - excuse my french).

A jeśli Pan Dyrektor powie, że nie ma sensu inseminacji robić, z marszu, siedząc, zapisujemy się na in vitro w programie.

A jak się już zapiszemy, to zacznę się z tym faktem ostatecznie rozprawiać.

18 komentarzy:

  1. M....m...mm.. Czy Wy kiedykolwiek rozmawialiście, jak to będzie, kiedy pojawi się dziecko? Takim chłodem powiało w Twoim poście.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmm dlaczego chłodem?
    Czy rozmawialiśmy jak to będzie, jak pojawi się dziecko. Nie, chyba nie. Nie wiem, jak to będzie, bo i skąd. Nie mamy doświadczenia z dziećmi. Nie wiem, jak wygląda niemowlę z bliska. W życiu takowego nie trzymałam na rękach. Nie wiem, czy się nie porzygam na widok kupy. Ale tyle miliardów ludzi sobie radzi, to my sobie też poradzimy. Jakoś.

    OdpowiedzUsuń
  3. Może jednak spróbujcie poczęcia przez kopulację.. a tak serio- kiedyś jedna osóbka mi powiedziała, żeby nie tracić chłopa w tym wszystkim..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, hm, hm... a myślisz, że gdyby to "poczęcie przez kompulację" było takie proste w naszym przypadku, to bym o tym pisała? Raczej nie. Sama wiedza w temacie, że tak trzeba nie wystarczy.
      A po czym wnosisz, że ja "tracę chłopa w tym wszystkim"? Pytam nie złośliwe, ale może jest coś, z czego ja sobie nie zdaję sprawy a widzą to inni, w jakiś dobitny i wyraźny sposób.

      Usuń
  4. A ja uważam odwrotnie. Czytając Twój post to jakbyś o nas sprzed paru lat pisała więc ja też na cud naturalnego poczęcia nie liczyłam. Lekarz w klinice natomiast od razu nam powiedział, że nie ma co marnować czasu na inseminację.
    Koniec końców jak wiesz z kliniki nie skorzystalśmy, wybraliśmy inną drogę ale ja nie miałam takch pragnień jak Ty. Dla mnie ważne było by jak najszybciej utulić swoje dziecko w ramionach. Do czego zmierzam? By Ci przekazać, że o marzenia warto walczyć!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MIA, dziękuję za ciepłe w słowo w zamian za szczerość.
      Też raczej wątpię w inseminację, no ale zobaczymy co powie ten lekarz.
      I tak, ja chce walczyć.. i walczę. Tylko czasami brakuje mi sił akurat w strategicznych momentach..

      Usuń
  5. Dla mnie chłodem tu nie powiało. Dla mnie powiało tu szarą rzeczywistością . Bolesna i okrutną , ale prawdziwą .
    Wiem, naprawdę wiem o czym mówisz . U nas tylko z różnicą taka , że jednak dochodziło do sexu na zawołanie . Ale ...nie zawsze kończył się On tak, jakbyśmy tego chcieli . Myślę, że to jest kwestia psychiki .
    Na pewno nie braku bliskości dwojga ludzi .
    I myślę , że jest wiele par , które borykają się właśnie z takim problemem.

    Ja liczę bardzo na to, że po zakończonej walce z niepłodnością życie seksualne wróci do normy .
    Niech tylko Himenek się rozwija ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. co do Himenka :) to wiesz, że trzymam kciuki :)
      Małżowi opowiedziałam nawet Twoją historię, o jednym rodzynku, który się ostał i który walczy, pod bacznym spojrzeniem niepłodnej blogosfery.

      A co do naszego życia seksualnego, sprawa ma sie tak, że jeśli chodzi o częstotliwość to czy ze staraniami czy nie, jest ona taka sama. I nie czuję się z tego powodu źle, bo w moim odczuciu nie ma czegoś takiego jak "normalność". Jak to mawiał Woody Allen "whatever works".

      Aczkolwiek, właśnie sobie zdałam sprawę, że po 3 latach staran o dziecko, nie pamiętam chyba za dobrze takiego seksu, który był inny...

      Usuń
  6. Zgadam się z panią ginekolog;)... ale. To jest takie błędne koło, które znam z autopsji. Bardziej lub mniej świadomie (zależy chyba od stopnia zdeterminowania) wiem, że teraz powinnam się kochać. I może gdyby nie to 'powinnam', to bym nawet miała ochotę. Przymus zabija ochotę, zwłaszcza przy długoletnich staraniach. Usprawiedliwiam się więc, że przecież nic na siłę i i tak nic z tego nie będzie, jak oboje będziemy tacy spięci. Jest jednak drugie 'ale'. Poczucie winy, że znowu zmarnowany cykl, że znowu zmarnowane jajeczka, a zegar tyka, itd., itp. Powiem Ci tak. Zdarzyło mi się kilka razy uprawiać seks, bo wiedzieliśmy, że powinniśmy. Nie czuliśmy się z tym dobrze. Czasem czułam się wręcz upokorzona. Jednak to poczucie było mniej dokuczliwe niż to poczucie zmarnowanego cyklu. Tak to wyglądało u mnie. Ty możesz oczywiście odbierać to inaczej. A tak dla jasności obrazu, to 4 razy w ciągu 3,5 roku zachodziłam w ciąże przy bardzo słabych wynikach partnera. Co prawda trzy pierwsze straciłam, ale mówimy tutaj o poczęciu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Isa, tak, dokładnie. Zgadzam się.
      Ja w ostatnich dniach jestem wyjątkowo mega podminowana, bo wiem, że przegapiamy właśnie fajny czas po HSG. (chociaż po wczorajszym wpisie i lekkiej irytacji postanowiłam wziąć los w swoje ręce i ustanowiłam cykl "niezmarnowanym" :) a raczej "ustanowiliśmy").
      Także to prawda, że kij ma dwa końce.
      Znam upokorzenie w momencie seksu na komendę, znam poczucie beznadziejności i tkwienia w miejscu w momencie zmarnowanego cyklu.

      Na koniec pytanie do celów czysto naukowych: możesz powiedzieć, jakie u Was to były "bardzo złe wyniki partnera"? U nas na 1 ml wahają sie wartości od 4 mln do 7,4 mln.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Nie pamiętam już szczegółów, muszę poprosić męża, żeby odnalazł te wyniki. Jak będę miała konkrety, to Ci podam, ale wolałabym na maila, więc podaj jakiś namiar:) Ogólnie problem nie leżał w ilości całkowitej plemników, ale w ich budowie i ruchomości i ilości tych prawidłowych właśnie.

      Usuń
    4. Isa, spoko :) nie rób sobie kłopotu. Sorry, że tak pytam bezobcesowo. Po prostu dla mnie pewne tematy stały się takim chlebem powszednim, że zupełnie nie wyczuwam już granicy, o co można pytać a kiedy lepiej nie pytać :) W razie czego podaję mojego maila: pinkthinkblog@gmail.com

      Usuń
    5. Można pytać:) W końcu wszystkie tkwimy w podobnej sytuacji. Maila napiszę!

      Usuń
  7. Nie chodziło mi o Twoje wyobrażenia co, do nowego życia w trójkę, bo wiem, że to, coś co pozostaje w strefie "gdybania", sama tak miałam i poza ogromem szczęścia i miłości, to posiadanie dziecka jest ekstremalnym doświadczeniem:) Jestem tylko czytelnikiem Twojego bloga i moja opinia może być niewłaściwa, ale po przeczytaniu go w całości mam wrażenie, jakby chęć posiadania dziecka była tylko Twoją sprawą. Tylko tyle, jeśli poczujesz się urażona, to przepraszam,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hejka, okej rozumiem. Nie czuję się urażona absolutnie :) Może wczoraj moje odpowiedzi na komentarze nie były zbyt ciepłe, ale miałam jakiś taki zdecydowanie gorszy dzień..
      Rozumiem, o co Ci chodzi. Akurat tak się złożyło, że te kilka ostatnich miesięcy (większość 2013 roku) sprawa między mną a małżem ewaluowała. Założyłam ten blog jakoś w czerwcu, będąc mega samotną w tym wszystkim. Byłam tak samotna, że myślałam, że umrę. Jeśli czytałaś całość, to pewnie dało się to odczuć. Coś się zaczęło zmieniać jesienią 2013(tak jakoś listopad) i mam nadzieję, że to też jakoś widać w moich postach. On nie jest jakoś hiper wylewny, to ja robię za histeryczkę ;) w tym związku, ale jest ze mną, rozmawiamy. Od jakiegoś czasu jesteśmy w tym razem.
      Ale tak, były takie momenty, że wiało chłodem jak na antarktydzie.

      Usuń
  8. A ja tez tak mam, to znaczy my tez tak mamy. Wizja przymusowego seksu zupelnie odbiera nam jakakolwiek ochote na figle. I tez nam sie zdarzylo stracic cykl. A i zdarzylo sie, ze przy IUI i nakazie prokreacji zaraz po zastrzyku HCG zasypialismy bez prokreacji, liczac na to, ze sama inseminacja wystarczy.. mysle, ze naprawde sporo czynnikow ma na to wplyw. Raz ze nie oszukujmy sie, ale miesiec miodowy to my juz dawno mamy za soba, a dwa ze z niewyjasnionych przyczyn wlasnie wtedy, kiedy trzeba sie bzykac, zycie nam sie tak wypelnia, ze po prostu padamy ze zmeczenia. Jak do tego dolozyc fakt, ze "nalezaloby" zamiast "mamy ochote", to nic dziwnego, ze nic z tego nie wychodzi i w takich warunkach inseminacja akurat ratuje cykl..

    A co do inseminacji - ja akurat nie mialam wyboru, ubezpieczenie dyktuje nam warunki, a wiec dla nas to etap nie do pominiecia. Ale tez szczerze wierzylam (i wciaz sie tego twardo trzymam), ze wlasnie inseminacja to metoda dla nas i chyba nawet, gdybysmy musieli leczenie finansowac we wlasnym zakresie, to tez tej opcji bym nie pominela. Choc w zwiazku z tym, ze szanse zajscia w ciaze przy IVF sa duzo, duzo wieksze, oznaczac moze, ze nie straci sie czasu na metody w indywidualnym przypadku nieskuteczne, no i ogolnie pewnie koszt kilku podejsc do IUI moze okazac sie prawie tak duzy, jak jedno podejscie do IVF..

    A co do wynikow nasienia, co do ilosci, u mnie w klinice standard to minimum 5 mln prawidlowo zbudowanych, choc zdarzaja sie przypadki, ze i przy nizszym wyniku nie wykluczaja zabiegu. No i Isa ma racje, licza sie i pozostale parametry, przede wszystkim ruchliwosc - u mnie w klinice uwazaja, ze powyzej 60% to dobry wynik.

    Nie zadreczaj sie tym straconym cyklem (choc doczytalam, ze jednak Wam sie udalo powalczyc :)), franca nieplodnosc i tak juz wystarczajaco potrafi dobic.. a, i powodzenia z wynikami meza. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, witaj :)
      Piszesz, że "zdarzyło się" stracić cykl. My już od dłuższego czasu olaliśmy system, można by powiedzieć.. po prostu nie zmuszamy się, bo nas to wyniszczało. Tacy po prostu już jesteśmy.
      Ale fakt faktem, że wczoraj powalczyliśmy :))

      Ja zupełnie nie wiem na ten moment, czy podchodzić do tej inseminacji czy nie. Z jednej strony chciała bym, bo nam to zastąpi łóżkowe sado-maso, czyli zmuszanie się do seksu (i niech się ugryzą te, co mi za raz wyjadą z tekstem, że jak to, że seks z cudownym mężem jest tęczowy, bo rzygnę tęczą). Wtedy ktoś odrobi pracę domową za nas. Chociaż wiem, że to też takie proste nie jest.

      Ale z drugiej strony, jak sobie pomyślę że jest to spore obciążenie finansowe i psychiczne to nie wiem czy ja mam na to siłę.
      Może nie będę filozofować i dzielić włosa na czworo, bo z tego co wiem u nas jest norma 10 mln prawidłowo zbudowanych i ruchliwych. U Małża co prawda parametry budowy i ruchliwości są ok, ale jest ich mało, nie wiem czy wystarczy.
      Dobra, koniec tego analajzowania :)

      I powodzenia dla Was również! :)

      Usuń