niedziela, 5 stycznia 2014

To będzie dobry rok

Cześć i czołem, nie odzywałam się przez jakiś czas, ale nie miałam kompletnie głowy do pisania. Przez wydarzenia 2 ostatnich tygodni roku nawet temat niepłodności spadł na dalszy plan.

Czarna seria zaczęła się w sobotę wieczorem przed świętami, poprzedzona moim ślęczeniem po nocach w pracy.

Najpierw w moim rodzinnym domu na południu Polski popękały wszystkie rury od pieca i zaczęły się nerwowe poszukiwania speca, w sobotę, przed świętami.

Tego samego wieczora, zadzwoniła mama z informacją, że moja starsza (87 l.) i schorowana ciocia spadła z łóżka i wzięli ją do szpitala.
W niedzielę rano, tuż przed świętami, mama zadzwoniła sprzed szpitala, że właśnie wchodzą z moim bratem do szpitala odwiedzić ciocię, niosą jej przekąski, ubrania i inne dary losu, i że ją pozdrowią i przekażą, że jak przyjadę na święta to będę ją codziennie odwiedzać. I żebym poszukała w swojej szafie jakiś luźnych swetrów dla niej.

Odłożyłam słuchawkę, zapuściłam sobie w domu jakieś świąteczne piosnki i pełna radości zaczęłam się pakować do wyjazdu do ukochanego domku rodzinnego.
Nagle zadzwoniła moja babcia:

"Cześć, dzwonili ze szpitala, że ciocia zmarła dziś w nocy."

Bez żadnego wstępu. Bez ostrzeżenia.
Pierwsze co zrobiłam, to zaczęłam nerwowo wybierać numer do mojego brata, który w tym momencie przecież wchodził z moją mamą do szpitala, odwiedzić ciocię. Nie chciałam, żeby w szpitalu zastali puste łóżko, cioci rzeczy i bezceremonialną minę pielęgniarki czy innej baby w kitlu, która im oznajmi, że pacjent zszedł.
Niestety, nie udało mi się dodzwonić. Baba w kitlu dorwała ich pierwsza.

Nie mieli czasu na rozpacz. Od razu, z marszu, zabrali się za organizację pogrzebu, a było to wyzwanie, bo do Świąt zostały raptem niecałe 2 dni. Byliśmy jej najbliższą rodziną. Mieszkała jakieś 50 metrów do naszego domu całe życie. Spędzała z nami każde święta i dzień powszedni.

Kiedy mama z bratem nerwowo krzątali się po szpitalu, ja osunęłam się na podłogę w kuchni i wyłam jak syrena okrętowa. Płaczem płynącym z głębi serca czy żołądka, już sama nie wiem. Było mi tak niewymownie przykro, że odszedł mi ten bliski, kochany człowiek i już więcej go nie zobaczę nigdy. Zostały mi tylko wspomnienia. A na dodatek jestem 300 km od nich.

Ciocia miała 87 lat i od roku przebywała w domu opieki (trudna decyzja, długa historia).
86 lat przeżyła w niczym niezmąconym zdrowiu. Była starą panną, taką typową ;)
W sumie, w tym wieku i okolicznościach należało być przygotowanym na taki obrót sprawy. Ja jednak nie byłam. W ogóle, ani trochę nie byłam przygotowana na jej śmierć.

W poniedziałek przed Świętami zamiast do pracy, pojechaliśmy na południe, 160 km / h.
Gdy tylko dojechaliśmy zaczął się kosmiczny maraton w sprawie organizacji pogrzebu, wieńców, wieszanie klepsydr (co robiłam 3 razy, bo ogromny wiatr halny zrywał je po kilka razy).

Pogrzeb odbył się w drugi dzień Świąt i zniosłam go skandalicznie źle. Nie spodziewałam się.
Wigilia i Boże Narodzenie jako tako udało nam się utrzymać morale. Podczas pogrzebu natomiast wpadłam w jakąś histerię i musiałam wiele wysiłku włożyć w to, żeby nie łkać na cały głos w kościele. No dobra, trochę mi się wymknęło.
No ale, chyba dla nikogo z czytelników nie jest już tajemnicą, że jestem osobą hiper-emocjonalną.

Podczas pochówku na cmentarzu okazało się, że grabarz zapomniał skuć kawałka jakiegoś murka, czy coś w tym rodzaju i trumna nie chciała przejść. Musieli ją więc opuścić jakoś tak bokiem. Myślałam, że wezmę łopatę i na oczach zacnie zgromadzonych zap***ę skurczybyka tęże właśnie łopatą.

No i tak, w drugi dzień świąt u nas w domu odbyła się stypa. Byłam już tak z mamą zmęczona, miałam masakryczne zakwasy w nogach od tej całej gonitwy.
Tak oto, pierwszy raz w wieku lat 30tu, piłam publicznie wódkę przy stole na oczach rodziny. Musiałam sobie "golnąć".

Dodatkowo, okazało się, że ciocia nie zostawiła testamentu a moja mama jest właścicielką pieniędzy. Nie nie kochani, nie jest to dobra informacja. Mama chce te pieniądze podzielić pomiędzy rodzinę(chociaż była właściwie jedyną osobą, która przez rok niedołęstwa zajmowała się ciotką i wszystkimi jej sprawami), ale oczywiście występują pewne różnice zdań w tej kwestii pomiędzy chociażby babcią a mamą.

W niedziele po świętach, już mieliśmy wyjeżdżać z małżem do domku w górach na sylwestra, który wynajęliśmy ze znajomymi gdy okazało się, że mój trzynastoletni beagle próbując wejść na schody.. spadł z nich osunąwszy się w dół. A wiec wizyta u weta. Okazało się, że zerwał więzadło w tylnej łapie i jedyną opcją jest operacyjne wszczepienie implantu. Jedyne 600 zł. Koszt pokryłam, operacja się odbyła, ale myślałam, że pęknie mi serce.

A więc z takim popękanym sercem wyjechaliśmy w te góry na sylwestra, ale kurde... tak strasznie nie chciałam jechać. Chciałam zostać w domu rodzinnym i być z mamą, babcią i bratem w tych trudnych chwilach po śmierci ciotki.
No ale pojechaliśmy, a ja pół drogi wyłam w samochodzie jak syrena okrętowa.

Dojechaliśmy w te góry, do super pięknego domku z kominkiem i sauną.
Wyleniłam się jak ostatni leniwiec.
Oczywiście okazało się, że w sylwestra zdarzył się kolejny wypadeczek zamykający rok. Mój brat samochodem skasował słupek i wpadł do rowu. Musieli samochód wyjmować z rowu.
O tym już nie powiedzieliśmy mamie i babci, bo to już za dużo by było tego wszystkiego.

W piątek wróciliśmy do domu i byczymy się na maksa. Odsypiamy. 

Paradoskalnie plus z całego tego ambarasu jest taki, że absolutnie nie miałam czasu myśleć o niepłodności. 

Kończąc, bo chyba się trochę rozpisałam:
życzę wszystkim Wam na ten 2014, aby był dobrym rokiem.
Żebyście, niezależnie od tego, co się wydarzy, czuli się szczęśliwi.

Ja tak feralnie zakończyłam 2013, że jestem przekonana, że 2014 będzie dobrym rokiem.

Chociaż już bez mojej kochanej cioci, co do której wierzę i chcę żeby tak było, że obserwuje nas wszystkich z góry i jest dumna i szczęśliwa, że urządziliśmy jej takie piękne, godne i z szacunkiem pożegnanie.
I śni mi się co noc. Młoda, piękna, rumiana i szczęśliwa.
Rozmawiamy, ale nigdy rano nie pamiętam o czym.

4 komentarze:

  1. Bardzo mi przykro z powodu śmierci cioci... niby człowiek wie, że nasi bliscy są już wiekowi, ale nigdy nie da się nastawić na ich odejście... a jeszcze tak przed samymi świętami...ehhh... bardzo, bardzo współczuję...

    mam nadzieję, że psiak szybko dojdzie do siebie... mój w zeszłym roku też non stop zaskakiwał mnie coraz to ciekawszymi dolegliwościami, konieczna była pilna operacja... ten rok też zaczęliśmy wetem... cóż, psiaki chorują tak, jak i ludzie... ;]

    mimo wszystko wierzę, że ten rok będzie dla Was udany i "owocny" ;)
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, dzięki za dobre słowo ;) Psiak dochodzi do siebie, ja zbieram się mentalnie na jutrzejszy powrót do rzeczywistości po 2 tygodniach, ale cholera, słabo mi idzie :)
      Pozdrowienia!

      Usuń
  2. Smutna ta staroroczna historia choć optymizmem napawa fakt, że tytuł wróży nowe i dobre. I tego się trzymajmy. Życie nas doświadcza. Nie zawsze wiemy po co i dlaczego ale to się potem jakoś w życiu wyjaśnia. Mimo Twej wyczuwalnej wrażliwości i emocjonalności, mam wrażenie po przeczytaniu tego posta, że jednak silna z Ciebie BABA :-) i że wrócisz na odpowiedni kurs już niebawem.
    Pozdrowienia serdeczne i w Nowym Roku wiadomo czego... :-)

    OdpowiedzUsuń