sobota, 15 lutego 2014

"Projekt Dziecko": kontynuacja

Przedwczorajsza rozmowa z szefem miała swoją kontynuację, a raczej pewne następstwa.
Nie opisałam ich wczoraj, bo obawiam się trochę podawać taką ilość szczegółów... ale oczywiście - ja, jak to ja - nie wytrzymałam.
A poza tym chce się z Wami podzielić moją radością, w jakim fajnym i przyjaznym środowisku przyszło mi pracować. 

Wczoraj rano zadzwoniła do mnie znajoma z pracy, która pracuje w naszej firmie X lat, chyba od początku jej istnienia. Miała tak poważny i wzniosły ton, że w pierwszym odruchu aż się wystraszyłam.

Okazało się, że mój szef opowiedział swojej żonie moją historię i ta od razu postanowiła, przejęta, skontaktować się ze mną. Szef zabronił. A więc zadzwoniła do tej mojej znajomej, poprosiła, żeby się ze mną skontaktowała i przekazała pewne informacje, jako "znajoma znajomej", która przechodziła przez to samo. I żeby moje pytania spisała i przekazała jej i w ten sposób ona mi odpowie.

Znajoma zadzwoniła do mnie ze streszczeniem ich bardzo emocjonalnej, 40to minutowej rozmowy.
Streszczenie zawierało informację o ich długoletniej, dość dramatycznej drodze do posiadania dzieci (tak bardzo skrótowo), rady pod kątem relacji z lekarzami a słowo-klucz tej rozmowy, to "badanie na przeciwciała", których podobno jej nie zrobiono a mogło im to zaoszczędzić lat rozczarowań (i tu staje mi przez oczami Promesa, której myśli często kierują się w stronę przeciwciał).

Padła jeszcze jedna informacja.
To są dość elitarni ludzie, mają znajomości, są bardzo "obrotni". Nie wątpię, że w momencie, kiedy ich to dotykało, pociągnęli za wszystkie możliwe sznurki i wiedzieli więcej, niż... inni.  Przekazano mi, że wiedzą od osoby bezpośrednio pracującej przy procedurze IVF, że pierwsza procedura jest przeprowadzana tak, żeby niekoniecznie się udało.

Wczoraj nie mogłam poświęcić wystarczająco czasu rozmowie, więc w poniedziałek będę ją kontynuować.

Chciałabym tak wyprowadzić sytuację na prostą, żebyśmy mogły spotkać się na spokojnie i porozmawiać.
Dla wymiany doświadczeń z ich strony, bo na pewno mają ich sporo. Ale również dla takiej zwykłego, ludzkiego wsparcia... bo jeszcze nigdy nie miałam okazji porozmawiać twarzą w twarz, otwarcie z człowiekiem, który przeszedł przez to, przez co przechodzę ja.

 Jestem mi bardzo miło, że moja sprawa u szefostwa spotkała się z taką atencją i poruszeniem.


czwartek, 13 lutego 2014

"Projekt Dziecko"

Pisałam Wam ostatnio, że mam zamiar porozmawiać z szefem otwarcie i powiedzieć i invitrowych planach.
No, właśnie to zrobiłam.

Wstępną drammę odstawiłam w mailu, pisząc, że chciałabym porozmawiać na spokojnie i żeby nikt nam nie przeszkadzał, bo to sprawa "ważna" i "poważna".
Do gabinetu weszłam ze szklaneczką wody, cała czerwona, zamykając drzwi zrobiłam szybki wydech.. siadając jeszcze kilka szybkich "uf uf" - wtedy już było wiadomo, że sprawa jest jakaś stresująca i nawet zaczęliśmy się śmiać:

Szef z uśmiechem: No dawaj, dawaj. Nie chuchaj mi tu więcej, bo już atmosfera dramatyzmu została zbudowana ;-)

Zaczęłam od tego, że proszę o dyskrecję, bo sprawa jest bardzo prywatna i osobista. Że pewnie nie każdy gada o tym z szefem, ale że ważną wartością w naszej firmie jest obustronne zaufanie, więc uważam za uzasadnione pogadać o tym i wtajemniczyć go. 
Że jest w moim życiu taki jeden projekt, którego nie mogę zrealizować: Projekt Dziecko. Że niestety staramy się z małżem już kilka lat i nic z tego i że po miesiącach walki podjęliśmy decyzję o podejściu do in vitro. 
I że z ciężkim sercem przesunęłam procedurę na maj, tylko i wyłącznie ze względu na chęć dopięcia projektów. Że nie chce robić chamówki i znikać z dnia na dzień. Że w maju chciałabym zniknąć na jakieś 2-3 tygodnie w trakcie procedury, żeby ze spokojną głową do tego podejść. I jeśli tylko będę mogła, to chcę pracować jak najdłużej się da. 

Szef zachował się superowo. Porządnie po prostu.
Na wstępie zapytał o klinikę, jaką wybraliśmy. Zaczęliśmy takiego small talka (o ile można to tak nazwać) o samej niepłodności, klinikach, pytał, czy zdiagnozowano u nas przyczynę (powiedziałam, że tak, ale po której stronie leży przyczyna, już nie).
Wydaje mi się, że widziałam, że to co powiedziałam, zrobiło na Nim wrażenie.
I miał taki współczujący wyraz twarzy.

Ja poszłam nawet dalej z prywatnością: opowiedziałam trochę o swoich smutkach, powierzchownie o historii leczenia w klinice, o dole jaki zaliczyłam odbierając wyniki, o tym, że były momenty, że nie chciało się wstać z łóżka.

Cały ten czas spotykałam wzrok pełen troski i takiego... zrozumienia.

Zapewnił mnie, że nasza firma jest przyjazna "rodzicielskim" sytuacją życiowym.
Powiedział, że "projekt dziecko" jest projektem najważniejszym (!!!) bezdyskusyjnie.
Że powinnam złapać oddech, odpuścić trochę stresu. Że w takim razie będziemy do mnie rekrutowali nie juniora ale kogoś z doświadczeniem, żeby mnie odciążył.
I że musimy pogadać z administracją, jak mnie zabezpieczyć od strony umowy, wynagrodzenia itd.

Nie powiedział nic na temat swoich doświadczeń z IV.
Poziom rozmowy i znajomości przez niego szczegółów w pewnych momentach był... podejrzany. Ale nie powiedział. I spoko. Nie moja to sprawa i źle się teraz czuję, że w ogóle o tym wiem (od osób trzecich, niepytanych, samo wyszło). 

Na koniec podziękował mi za zaufanie i że cieszy się, że mu powiedziałam.
Mam wrażenie, że na lepszego szefa pod tym kątem trafić nie mogłam.

A że jestem obecnie w trakcie negocjacji podwyżki (trwających już jakiś czas) to już inna sprawa.
Zupełnie nie wiem jak to teraz ugryźć. 

wtorek, 11 lutego 2014

Fiksacja

Przechodzę chyba właśnie przez jakiś kolejny etap.
Etap przed-invitrovej fiksacji. 

Zupełnie nie wiem co się ze mną dzieje.
Nie poznaje się. Nie kontroluje. Wkurwiam otoczenie i samą siebie.

Zaczęło się przed ostatnią wizytą u Ojca Dyrektora (kwalifikującą do IV).
I niestety trwa nadal a jesteśmy przecież z 1,5 tygodnia po wizycie.

Co konkretnie?
Jakby to opisać...
Jestem mega rozkojarzona, moje myśli są rozbiegane, nie rozumiem co mówią do mnie inni ludzie - słyszę i rozumiem tylko wybrane fragmenty.
Zauważyłam, że ostatnimi dniami wkurwiam jednego z szefów, a bardzo długo pracowałam, aby wyrobić sobie u niego opinię i wypracować naszą dobrą współpracę.

Dziś podczas rozmowy telefonicznej z moją mamą, z którą (zaznaczę, bo ważne) mam wyśmienitą relację i gadamy codziennie przez godzinę przez telefon, uświadomiła mi, że coś jest ze mną nie halo. Sama ją zapytałam, bo nagle mnie olśniło...

Zirytowany szef  (który ma od dłuższego czasu ogromny poziom tolerancji na mój specyficzny sposób myślenia) + zirytowana mama (dla której jestem ukochaną córeńką i najlepszą przyjaciółką) dały mi do myślenia.

Sama zapytałam mamę, olśniona, że chyba coś ze mną nie "halo".
No bo skoro mama się zirytowała no to sorry, ale weź, ej...

- Mamuś (nie wiem dlaczego w wieku lat 30tu nadal tak do niej mówię :)), czy ja jestem jakaś inna ostatnio, jakaś wkurzająca?

- Tak dziecko, szczerze mówiąc jesteś jakaś dziwna.. Mam wrażenie, że w ogóle nie słuchasz, co się do Ciebie mówi. Pytasz się mnie po kilka razy o to samo. Mam wrażenie, że skupiasz się tylko wtedy, kiedy mówisz o in vitro. Przyzwyczaiłam się, że jesteś bystra, ostra jak brzytwa, masz taką... intuicję, w lot łapiesz, co chce powiedzieć, ale ostatnio... no, stępiałaś coś. Powinnaś się ogarnąć, szczególnie w pracy.

Generalnie trochę mnie to przeraziło, bo już teraz wiem na 100%, że nie kontroluję siebie.
Rzeczywiście moje myśli są jak szybowiec. Płyyyyyynąąąąą.
Moje usta są sporo wolniejsze niż moje szybujące myśli, więc czasami jak mówię, to wychodzi mi jakiś taki dziwny, słowny twór, neologizm jakiś. Dodatkowo moje rozbiegane oczy sugerują, że yyyyyy nie domagam?
C'mon, zachowuję się jak jakiś debil..

W związku z tym postanowiłam oświecić naszą panią od HRów w dniu dzisiejszym, cóż jest powodem mojego tymczasowego ograniczenia umysłowego. Oczywiście po uroczystych ślubach dyskrecji.
Jej wyraz twarzy w pierwszym momencie mówił: "Aaawww, mój Boże, co za nieszczęście", ale po chwili się ogarnęła i OK. Cieszę się, że jej powiedziałam, bo musimy jakoś rekrutacje odpowiednio przeprowadzić, zespół załatać. Chciałam się też trochę usprawiedliwić, bo walnęłam niedawno niekontrolowanego focha na spotkaniu szefów działów i generalnie... ze swojego intelectual disability.

Z szefem rozmowę mam zaplanowaną na czwartek. Powiem mu.
Pracuję w średniej wielkości firmie i moja nagła nieobecność, nawet na 2 tygodnie, żeby ogarnąć procedurę w kluczowym momencie, może wywołać paraliż znaczącej części projektów. Ja wiem, nie ma ludzi niezastąpionych, ale gdybym nagle wywinęła manewr pod tytułem "arivederczi" to była by chamówa. W mojej firmie takich numerów się nie robi.
Jest coś jeszcze.
Szef nie wie, że ja wiem, że jego bliźniaki są... z in vitro.

A tak poza tym, co słuchać?
Z dnia na dzień rzuciłam papierosy. A raczej ich "popalanie".

Jestem w trakcie 10 dniowej kuracji zapisanej przez Ojca Dyrektora:
irygacje i globulki 2x dziennie. Niezły cyrk.

Obawiam się, że zanim nastanie maj (bo na wtedy zaplanowaliśmy IV), to ja sfiksuję do reszty.
Na punkcję stawię się w szerokim rozkroku, ale i w kaftanie.

Żeby dodać dramatyzmu sytuacji, dodam, że dziś rano podczas robienia makijażu złapałam się na nuceniu tej oto piosenki:


Mogłabym bez specjalnej charakteryzacji zastąpić Pana, który pojawia się na ekranie w 0:22 sekundzie i energicznie macha łapkami.

I tak de facto, to wcale nie jest śmieszne.


poniedziałek, 3 lutego 2014

To be (mom) or not to be?

Post Promesy "Spełnienie" oraz "Po co mi dziecko", oraz dyskusja jaka się nawiązała pod jednym z postów pchnęła mnie ostatecznie do napisania rozprawki pod dramatycznym tytułem - jak wyżej ;)

Dlaczego ja właściwie chce mieć dziecko?
Czy to jest ten osławiony przez poetów i wieszczy zew zwany "instynktem macierzyńskim"?
Cholera wie.

U mnie jest tak, że nigdy nie lubiłam dzieci i do dziś ich nie lubię, nie trawię. Denerwują mnie. Wywołują u mnie agresję. Mali egoiści z gilem do pasa i rozdartą gębą a nad nimi zapatrzeni jak w święty obrazek, trzęsący się rodzice, którzy na wszystko się zgadzają i mają jakieś pieprzone irracjonalne wymówki na każdy wybryk takiego bachora. Osz jak mnie to wkurza.
Na tyle, że jak miałam naście lat to moja własna mama była mocno zdeterminowana, żeby zaprowadzić mnie do psychologa. Wykazywałam bowiem agresję wobec dzieci.
Nawet na podróż poślubną pojechaliśmy do hotelu, który przyjmuje gości powyżej 16tego roku życia. Dostaliśmy pokój z widokiem na plac zabaw hotelu obok Nie zdążyłam nawet torby położyć obok łóżka, a już miałam w łapie telefon i prułam japę do słuchawki, że żądam zmiany pokoju, bo nie po to przyjechałam do takiego hotelu na hanymuna żeby mi dzieciory pod oknem darły swoje "milusińskie" buźki.

Już widzę oczami wyobraźni jak część z czytających wywraca oczyma i myśli "stuknięta".

I tak sobie żyłam pielęgnując swoją niechęć do dzieci. Oczywiście wiecie, to nie jest tak, że jak widzę jakiekolwiek dziecko to się zamieniam w wampierza. Nie. Tam to sobie chowam głęboko inside. Dzieci mnie lubią i o dziwo, nie mam pojęcia dlaczego, lgną do mnie. Czasami nie czuję się komfortowo jak wisi na mnie taki mały śliniący się berbeć, no ale przecież co mam zrobić. Nie zachowam się jak jakiś patol.

Kiedyś, koleżanki "straszyły mnie", że "Bozia mnie ukarze" za mój hejt w stosunku do dzieci.
Nie wiem, czy miały rację. Trochę chyba tak. Jakby na to, kurna, nie patrzeć...
Po 2 latach bezskutecznych starań o dziecko, w konfesjonale wyrzuciłam z siebie ciężar wyrzutów sumienia, za hejt, jaki poczyniłam w stosunku do tej fazy rozwoju człowieka.

Oczywiście wiedzieliśmy z moim S. od zawsze, że kiedyś przyjdzie czas na dziecko (choć nie przypuszczaliśmy, że aż tak skomplikowany będzie ten czas..). 

Aż nagle, pewnego pięknego września wyjechaliśmy z naszymi znajomymi i ich 1,5 rocznym dzieciaczkiem na Kretę (wcześniej mieliśmy z tymi znajomymi sporadyczny kontakt).

Olśniło nas jeszcze zanim wsiedliśmy do samolotu.
Po kilku godzinach od schadzki na lotnisku, leżąc przy basenie, bez zbędnego pierd**a podjęliśmy decyzję, że oto podejmiemy starania o dziecko. (pełna relacja z pikantnymi szczegółami tutaj >> ).
To było jak  o ś w i e c e n i e i rozegrało się w ciągu kilku marnych godzin.

Jestem pewna, że w tamtym momencie 2,5 roku temu nie byliśmy gotowi na dziecko.
Jestem pewna, że Bóg postawił tych ludzi i ich przepięknego, małego dzieciuszka przed nami nie bez powodu. 

Ale do rzeczy: dlaczego tak histerycznie chcę?
Przecież moje reakcje na dzieci same przeczą moim pragnieniom.

Istnieją 2 znane mi powody:

  1. Mieszanka genetyczna - człowiek, który powstaje z genów moich i Jego
    Odkąd jesteśmy razem fantazjujemy o tym, że kiedyś z tej naszej wielkiej miłości powstanie człowiek. Ten człowiek będzie zbudowany z Niego i ze mnie. I co by się nie stało - połączy nas na zawsze. Nie, nie twierdzę, że to dziecko w jakiś sposób zwiąże nas mocniej niż sami jesteśmy teraz związani, ale jednak jest takim.. łącznikiem.  
    Teraz jesteśmy dwójką ludzi, których połączyła miłość i los. Połączeni węzłem małżeńskim, kredytem, miłością, przyzwyczajeniem, chemią i tysiącem innych rzeczy - ale jednak dwojgiem odrębnych osób. A to dziecko - będzie w połowie zrobione z Niego, a w połowie ze mnie.

    To jest niewyobrażalnie wspaniałe. Nieogarnięte, jak kosmos.
  2. Chcę powielić model rodziny w jakim sama zostałam wychowana.
    Mam brata. Młodszego.
    Dla mnie prawdziwy dom rodzinny oznacza pełną chatę.
    Na ten moment nasz dom jest taki pusty, cichy, szary, sterylny (nooo może z tą sterylnością to bym nie przesadzała..).
  3. Last but not least: miłość.
    Chciałabym poczuć to... coś.
    Coś, czego nie będę opisywać, bo nie znam w wydaniu macierzyńskim.
    To coś, co wyciska łzy, kiedy kładą Ci to ubabrane niemowlę na piersi.
    To coś, co każe Ci zmienić priorytety.
Mam wrażenie, że tych powodów jest o wiele więcej. Że sama nie jestem w stanie ich ogarnąć rozumkiem. Że jest coś jeszcze, coś, czego nie kumam..(a chciałabym).
Ale te trzy powyższe, są powodami, które znam. 

Poza tym, będę zmuszona więcej sprzątać i gotować w domu, bo przecież nie zamówię dziecku pizzy albo sushi ;)

A jeśli chodzi o poszukiwanie spełnienia w dziecku.. to ja tak tego nie czuję.
Oczywiście, jeśli definiujemy spełnienie jako takie spełnienie personalne, to ja dziękuję, ale czuję się zupełnie dobrze sama ze sobą ;)) Mam pracę, swoje zajęcia i pasje. I liczę, że po urodzeniu dziecka (daj Boże..) nie wpadnę w emocjonalne kajdany i nie zapomnę o sobie.

Bo takie mam przeczucie, że dziecko może być szczęśliwe tylko przy szczęśliwej matce (oczywiście przy zachowaniu pewnej równowagi).

niedziela, 2 lutego 2014

In vitro: rozkmina planu

Dobra, emocje po wczorajszym trochę opadły.
Byłam wczoraj na imprezie i wiele osób pytało mnie, co się stało, bo wyglądam na najszczęśliwszą osobę na świecie. Ja się nie poruszałam chodząc. Ja się unosiłam 3 centymetry nad ziemią.
Tak już mam, że bardzo mocno epatuję emocjami. Taka karma.

A to, że się niespecjalnie zachowywałam jak przyszła matka-polka, korzystając z różnorakich używek i mam dziś kaca-ginanta to już inna sprawa..

Do rzeczy.
Zaczęliśmy rozkminiać plan in vitro'wy.
No dobra, ja bardziej. Zboczenie zawodowe. Mam obsesję planowania.

Zalecenia Ojczulka Dyrektora wyglądają następująco:

  • Kwas foliowy - brać od zaraz (brałam kiedyś na początku starań (2,5 roku), ale potem porzuciłam tą praktykę, bo mnie to jeszcze bardziej dobijało i przypominało o "czymś" czego nie mam)
  • Irygacje Tantum Rosa - 2x dziennie przez 10 dni, od 15 dnia cyklu
  • Metronidazol globulki 2x dziennie przez 10 dni, od 15 dnia cyklu (o losie..)
  • Potem posiewy:
    • Clamydia kanał szyjki
    • Posiew antybiogram z kanału szyjki macicy
    • Posiew z pochwy
    • Rozmaz mikrobiologiczny
  • Małż badania armii (tu się trochę denerwuję, bo Dyrektorek coś wspominał, że mogą być niespodzianki jeszcze):
    • Test MAR na obecność przeciwciał plemnikowych (teraz, ku**a wpadli, żeby to zbadać? gratuluję pani androlog..)
    • Swim-up
    • Test HBA
  • Od 1 dnia następnego cyklu - Jasminelle 1x1 (pffff... ja pierniczę.. O   I R O N I O)
  • Wizyta w celu konsultacji wyników badań
  • Histeroskopia ( o nieeee, czyżby powtórka z HSG? łee łee łee fuu)
  • .. a dalej to nie wiem.Chyba już hormonalna faszerka od kolejnego cyklu.

Czyli harmonogram wyglądał by następująco, w scenariuszu ASAP, czyli as soon as possible ;))
I tu pytanie do Was, które macie już doświadczenie , czy dobrze obstawiam ten harmonogram. Nie dopytałam lekarza do końca a internetowe szperanki też do końca mi sprawy nie rozjaśniły:

  •  19 lutego zakończę kurację irygacji + Metronidazol 
  • Zanim rozpocznie się kolejny cykl zrobię posiewy
  • Kolejny cykl powinnam rozpocząć 27 lutego
  • Luty - histeroskopia 
  • Możliwe, że w lutym będę miała jakąś kurację antybiotykiem, bo przecież mam bakterie.
  • Czyli w marcu zaczynali byśmy stymulację i w tym samym cyklu odbyła by się cała impreza pod tytułem punkcja i transfer?

Coś mi się zdaje, że ja to źle liczę. 
Pomóżcie plis.

sobota, 1 lutego 2014

Światełko w tunelu

http://prophetsandpopstars.com/wp-content/uploads/2013/12/Road-Sign-with-Hope-and-Sky.jpg
  Źródło obrazka: http://prophetsandpopstars.com/thrillofhope/ 

Właśnie wróciliśmy z kliniki!
Jestem tak pełna emocji !!! ale postaram się pisać składnie. 

Tydzień poprzedzający wizytę był... cieżki.
Nie tylko dla mnie, ale i dla otoczenia.
Waliłam niekontrolowane fochy, śmiałam się i płakałam, wpadałam w zadumę a za chwilę byłam hiper- aktywna. Mieliłam w swojej głowie miliony scenariuszy. Byłam męcząca nawet sama dla siebie.

Dziś mój emocjonalny mix osiągnął szczyty.
Wiedziałam, że to jest wizyta przełomowa, która wytyczy nam albo dalszą ścieżkę leczenia (wątpliwe) albo pchnie nas ostatecznie w stronę IV. I nie pomyliłam się.

Na wizytę stawiliśmy się wyjątkowo punktualnie.
Lekarz przyjął nas bez większego poślizgu, zaskoczył mnie bardzo wychodząc po nas do drzwi, uścisnął rękę. Byłam tak zaskoczona, że się niemota nawet nie przedstawiłam <shame>.

Miał wgląd w nasze wyniki badań a ja mu pomogłam nawijając jak katarynka, cóż też takiego u nas się dzieje.

Diagnozę postawił spokojnie, rzeczowo, bez emocji:
dla Państwa najskuteczniejszą metodą jest in vitro ICSI (czyt. ixi, tak?)

Zapytaliśmy o:

inseminację - z jego doświadczenia, z naszymi wynikami starta czasu i pieniędzy, oni nie mieli jeszcze w klinice ciąży z takich wyników (i ja mu wierzę). Ale oczywiście jeśli chcemy to bardzo proszę, bo jak wszyscy wiemy, do zapłodnienia potrzebny jest 1 plemnik.

- dalsze leczenie i dążeniu do magicznej liczby 15 milionów - cyferkologia, która nijak ma się do rzeczywistości.

Ale ale ale uwaga, okazało się, że my się do IV w programie NIE KWALIFIKUJEMY, ponieważ w wypadku wyniku nasienia w przedziale 3-15 mln / ml jest warunek 2 lat udokumentowanego leczenia.
Wiedziałyście o tym??? Ja kompletnie nie. Myślałam, że mowa o roku. Muszę to jeszcze sprawdzić.

Powiedział nam też, że skuteczność IV w programie wynosi ok 35%, podczas kiedy w klinice w programie nierefundowanym jest to ponad 50%. Chodzi o limity w ilości komórek. Kiedy jest ich więcej (bez refundacji) jest z czego wybierać, szanse powodzenia wzrastają.

Dobra, do rzeczy:
zdecydowaliśmy się ! ! !

Mamy rozpisany plan działania, co dalej.
Opiszę go kiedy indziej, jak się trochę uspokoję.
Jeśli wszystko będzie dobrze, za niecałe 3 miesiące będziemy po procedurze.

Czuję się szczęśliwa.
Czuję się pełna nadzieji.
Od wielu wielu miesięcy nie czułam tego uczucia podekscytowania.. dzieckiem.
Radości.

Tak, wiem: wcale nie musi się udać.

Ale w tej jednej chwili, dziś, w tą ładną słoneczną  sobotę, można powiedzieć, że...

jestem przy nadziei.