czwartek, 13 lutego 2014

"Projekt Dziecko"

Pisałam Wam ostatnio, że mam zamiar porozmawiać z szefem otwarcie i powiedzieć i invitrowych planach.
No, właśnie to zrobiłam.

Wstępną drammę odstawiłam w mailu, pisząc, że chciałabym porozmawiać na spokojnie i żeby nikt nam nie przeszkadzał, bo to sprawa "ważna" i "poważna".
Do gabinetu weszłam ze szklaneczką wody, cała czerwona, zamykając drzwi zrobiłam szybki wydech.. siadając jeszcze kilka szybkich "uf uf" - wtedy już było wiadomo, że sprawa jest jakaś stresująca i nawet zaczęliśmy się śmiać:

Szef z uśmiechem: No dawaj, dawaj. Nie chuchaj mi tu więcej, bo już atmosfera dramatyzmu została zbudowana ;-)

Zaczęłam od tego, że proszę o dyskrecję, bo sprawa jest bardzo prywatna i osobista. Że pewnie nie każdy gada o tym z szefem, ale że ważną wartością w naszej firmie jest obustronne zaufanie, więc uważam za uzasadnione pogadać o tym i wtajemniczyć go. 
Że jest w moim życiu taki jeden projekt, którego nie mogę zrealizować: Projekt Dziecko. Że niestety staramy się z małżem już kilka lat i nic z tego i że po miesiącach walki podjęliśmy decyzję o podejściu do in vitro. 
I że z ciężkim sercem przesunęłam procedurę na maj, tylko i wyłącznie ze względu na chęć dopięcia projektów. Że nie chce robić chamówki i znikać z dnia na dzień. Że w maju chciałabym zniknąć na jakieś 2-3 tygodnie w trakcie procedury, żeby ze spokojną głową do tego podejść. I jeśli tylko będę mogła, to chcę pracować jak najdłużej się da. 

Szef zachował się superowo. Porządnie po prostu.
Na wstępie zapytał o klinikę, jaką wybraliśmy. Zaczęliśmy takiego small talka (o ile można to tak nazwać) o samej niepłodności, klinikach, pytał, czy zdiagnozowano u nas przyczynę (powiedziałam, że tak, ale po której stronie leży przyczyna, już nie).
Wydaje mi się, że widziałam, że to co powiedziałam, zrobiło na Nim wrażenie.
I miał taki współczujący wyraz twarzy.

Ja poszłam nawet dalej z prywatnością: opowiedziałam trochę o swoich smutkach, powierzchownie o historii leczenia w klinice, o dole jaki zaliczyłam odbierając wyniki, o tym, że były momenty, że nie chciało się wstać z łóżka.

Cały ten czas spotykałam wzrok pełen troski i takiego... zrozumienia.

Zapewnił mnie, że nasza firma jest przyjazna "rodzicielskim" sytuacją życiowym.
Powiedział, że "projekt dziecko" jest projektem najważniejszym (!!!) bezdyskusyjnie.
Że powinnam złapać oddech, odpuścić trochę stresu. Że w takim razie będziemy do mnie rekrutowali nie juniora ale kogoś z doświadczeniem, żeby mnie odciążył.
I że musimy pogadać z administracją, jak mnie zabezpieczyć od strony umowy, wynagrodzenia itd.

Nie powiedział nic na temat swoich doświadczeń z IV.
Poziom rozmowy i znajomości przez niego szczegółów w pewnych momentach był... podejrzany. Ale nie powiedział. I spoko. Nie moja to sprawa i źle się teraz czuję, że w ogóle o tym wiem (od osób trzecich, niepytanych, samo wyszło). 

Na koniec podziękował mi za zaufanie i że cieszy się, że mu powiedziałam.
Mam wrażenie, że na lepszego szefa pod tym kątem trafić nie mogłam.

A że jestem obecnie w trakcie negocjacji podwyżki (trwających już jakiś czas) to już inna sprawa.
Zupełnie nie wiem jak to teraz ugryźć. 

10 komentarzy:

  1. Zawsze twierdziłam, że szczera rozmowa często pomaga :) Cieszę się, że tak było w Twoim przypadku.
    I pozazdrościć szefa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Juti - tak, tak. Szef pierwsza klasa!
      Sama sobie zazdroszczę takiego szefa.

      Usuń
  2. Szef-klasa. Niejeden nawet z drabiny wspinając się na palcach do pięt by mu nie dosięgał. Żeby dopasować się do poziomu mojego, nawet ułożenie się w głębokim dole na nic by się zdało, takie dno i muł.
    Jedyne, co jest nie do pozazdroszczenia to ta sytuacja z negocjowaniem podwyżki. Osobiście pewnie czułabym się ogromnie niezręcznie domagając się podwyżki i argumentując jej zasadność, podczas gdy miałabym gwarancję odciążenia z obowiązków i przyzwolenie na priorytetowe potraktowanie prywatnych spraw. Z drugiej strony, skoro negocjujesz podwyżkę, to na pewno jest to z Twojego punktu widzenia jak najbardziej uzasadnione.
    Zgryz niemały, ale po przemyśleniu - sytuacja na pewno do poukładania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. leśna, ehh z tą podwyżką to jest kurde skomplikowane.
      I tak ją dostanę (to już zostało zaproponowane), ale chciałam dużo wyższą... miałam negocjować dalej..
      ale poproszę chyba tylko jedynie o 100% refundacji angielskiego, zamiast 50%. Małżon strasznie się rzuca, że mi się należy więcej, że to jest kpina, że co ma piernik do wiatraka.. ale ja chyba nie umiem.

      Usuń
  3. "Projekt Dziecko" najważniejszy! Szefa zazdroszczę;-) Nie wszyscy wykazują tyle zrozumienia, empatii. Przynajmniej ten kłopot z głowy. Można skupić się na leczeniu. Fajnie jest mieć takie "zaplecze"
    Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magda, tak tak.. dokładnie. Jeden kłopot z głowy!

      Usuń
  4. Jak mnie przyjmowali do pracy, musiałam przysięgać że nie zajdę w ciążę. Z perspektywy czasu żałuję że nie pierdolnęłam wtedy szefowej w twarz. Więc jestem w szoku, facet to facet.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daj spokój.. pytanie o plany ciążowe podczas przyjmowania do pracy jest nielegalne z tego co wiem. Nagrać i do sądu!

      Usuń
  5. Szef cud-miód! Trzymam kciuki za maj. Abyś potem mogła sobie śpiewać: "to był maj, pachniała Saska Kępa..." :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj, trafiłam na Twojego bloga przypadkiem, ale na pewno będę zaglądać częściej. Pozazdrościć szefa z ludzkim podejściem. Moja kierowniczka, mimo, że sama miała problemy z zajściem w ciążę (a może właśnie dlatego), jak dostała moje zwolnienie wystawione przez klinikę leczenia niepłodności to chodziła i tak na mnie gadała (wiem od znajomych z pracy), że aż dziw, że mi uszy nie spłonęły. Prawie całą ciążę przeleżałam, bo była zagrożona, ale jak kilka razy np. wracając od lekarza z kolejnym zwolnieniem podjechałam do pracy, to za każdym razem nie szczędziła złośliwości i stwierdzeń "no ciąża nie choroba, trzeba pracować, a nie się lenić w domu". W końcu Mąż woził zwolnienia i jeździł po rmuy. Swoją drogą teraz sama jest w ciąży i mimo, że nic jej nie dolega to od piątego miesiąca siedzi w domu, no bo po co ma przychodzić do pracy. Swoją drogą jak zaszłam w ciążę to się przekonałam, że nie zawsze zbytnia szczerość w stosunku do przełożonych wychodzi na dobre, ale może to tylko u mnie tak jest.
    Więc ciesz się, że jesteś w takiej sytuacji, że masz szefa, z którym możesz normalnie porozmawiać o swoich planach :). Życzę, żeby ten maj był dla Was szczęśliwym miesiącem i żeby 2015 rok przyniósł wielkie zmiany (no może nie aż takie wielkie, takie koło 3,5 kg :))). Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń