poniedziałek, 3 lutego 2014

To be (mom) or not to be?

Post Promesy "Spełnienie" oraz "Po co mi dziecko", oraz dyskusja jaka się nawiązała pod jednym z postów pchnęła mnie ostatecznie do napisania rozprawki pod dramatycznym tytułem - jak wyżej ;)

Dlaczego ja właściwie chce mieć dziecko?
Czy to jest ten osławiony przez poetów i wieszczy zew zwany "instynktem macierzyńskim"?
Cholera wie.

U mnie jest tak, że nigdy nie lubiłam dzieci i do dziś ich nie lubię, nie trawię. Denerwują mnie. Wywołują u mnie agresję. Mali egoiści z gilem do pasa i rozdartą gębą a nad nimi zapatrzeni jak w święty obrazek, trzęsący się rodzice, którzy na wszystko się zgadzają i mają jakieś pieprzone irracjonalne wymówki na każdy wybryk takiego bachora. Osz jak mnie to wkurza.
Na tyle, że jak miałam naście lat to moja własna mama była mocno zdeterminowana, żeby zaprowadzić mnie do psychologa. Wykazywałam bowiem agresję wobec dzieci.
Nawet na podróż poślubną pojechaliśmy do hotelu, który przyjmuje gości powyżej 16tego roku życia. Dostaliśmy pokój z widokiem na plac zabaw hotelu obok Nie zdążyłam nawet torby położyć obok łóżka, a już miałam w łapie telefon i prułam japę do słuchawki, że żądam zmiany pokoju, bo nie po to przyjechałam do takiego hotelu na hanymuna żeby mi dzieciory pod oknem darły swoje "milusińskie" buźki.

Już widzę oczami wyobraźni jak część z czytających wywraca oczyma i myśli "stuknięta".

I tak sobie żyłam pielęgnując swoją niechęć do dzieci. Oczywiście wiecie, to nie jest tak, że jak widzę jakiekolwiek dziecko to się zamieniam w wampierza. Nie. Tam to sobie chowam głęboko inside. Dzieci mnie lubią i o dziwo, nie mam pojęcia dlaczego, lgną do mnie. Czasami nie czuję się komfortowo jak wisi na mnie taki mały śliniący się berbeć, no ale przecież co mam zrobić. Nie zachowam się jak jakiś patol.

Kiedyś, koleżanki "straszyły mnie", że "Bozia mnie ukarze" za mój hejt w stosunku do dzieci.
Nie wiem, czy miały rację. Trochę chyba tak. Jakby na to, kurna, nie patrzeć...
Po 2 latach bezskutecznych starań o dziecko, w konfesjonale wyrzuciłam z siebie ciężar wyrzutów sumienia, za hejt, jaki poczyniłam w stosunku do tej fazy rozwoju człowieka.

Oczywiście wiedzieliśmy z moim S. od zawsze, że kiedyś przyjdzie czas na dziecko (choć nie przypuszczaliśmy, że aż tak skomplikowany będzie ten czas..). 

Aż nagle, pewnego pięknego września wyjechaliśmy z naszymi znajomymi i ich 1,5 rocznym dzieciaczkiem na Kretę (wcześniej mieliśmy z tymi znajomymi sporadyczny kontakt).

Olśniło nas jeszcze zanim wsiedliśmy do samolotu.
Po kilku godzinach od schadzki na lotnisku, leżąc przy basenie, bez zbędnego pierd**a podjęliśmy decyzję, że oto podejmiemy starania o dziecko. (pełna relacja z pikantnymi szczegółami tutaj >> ).
To było jak  o ś w i e c e n i e i rozegrało się w ciągu kilku marnych godzin.

Jestem pewna, że w tamtym momencie 2,5 roku temu nie byliśmy gotowi na dziecko.
Jestem pewna, że Bóg postawił tych ludzi i ich przepięknego, małego dzieciuszka przed nami nie bez powodu. 

Ale do rzeczy: dlaczego tak histerycznie chcę?
Przecież moje reakcje na dzieci same przeczą moim pragnieniom.

Istnieją 2 znane mi powody:

  1. Mieszanka genetyczna - człowiek, który powstaje z genów moich i Jego
    Odkąd jesteśmy razem fantazjujemy o tym, że kiedyś z tej naszej wielkiej miłości powstanie człowiek. Ten człowiek będzie zbudowany z Niego i ze mnie. I co by się nie stało - połączy nas na zawsze. Nie, nie twierdzę, że to dziecko w jakiś sposób zwiąże nas mocniej niż sami jesteśmy teraz związani, ale jednak jest takim.. łącznikiem.  
    Teraz jesteśmy dwójką ludzi, których połączyła miłość i los. Połączeni węzłem małżeńskim, kredytem, miłością, przyzwyczajeniem, chemią i tysiącem innych rzeczy - ale jednak dwojgiem odrębnych osób. A to dziecko - będzie w połowie zrobione z Niego, a w połowie ze mnie.

    To jest niewyobrażalnie wspaniałe. Nieogarnięte, jak kosmos.
  2. Chcę powielić model rodziny w jakim sama zostałam wychowana.
    Mam brata. Młodszego.
    Dla mnie prawdziwy dom rodzinny oznacza pełną chatę.
    Na ten moment nasz dom jest taki pusty, cichy, szary, sterylny (nooo może z tą sterylnością to bym nie przesadzała..).
  3. Last but not least: miłość.
    Chciałabym poczuć to... coś.
    Coś, czego nie będę opisywać, bo nie znam w wydaniu macierzyńskim.
    To coś, co wyciska łzy, kiedy kładą Ci to ubabrane niemowlę na piersi.
    To coś, co każe Ci zmienić priorytety.
Mam wrażenie, że tych powodów jest o wiele więcej. Że sama nie jestem w stanie ich ogarnąć rozumkiem. Że jest coś jeszcze, coś, czego nie kumam..(a chciałabym).
Ale te trzy powyższe, są powodami, które znam. 

Poza tym, będę zmuszona więcej sprzątać i gotować w domu, bo przecież nie zamówię dziecku pizzy albo sushi ;)

A jeśli chodzi o poszukiwanie spełnienia w dziecku.. to ja tak tego nie czuję.
Oczywiście, jeśli definiujemy spełnienie jako takie spełnienie personalne, to ja dziękuję, ale czuję się zupełnie dobrze sama ze sobą ;)) Mam pracę, swoje zajęcia i pasje. I liczę, że po urodzeniu dziecka (daj Boże..) nie wpadnę w emocjonalne kajdany i nie zapomnę o sobie.

Bo takie mam przeczucie, że dziecko może być szczęśliwe tylko przy szczęśliwej matce (oczywiście przy zachowaniu pewnej równowagi).

13 komentarzy:

  1. Przerabiałam takie analizy niejednokrotnie na naszym kursie adopcyjnym, gdzie bardzo dużo mówiło się na temat motywacji. I nadal uważam, że nie da się tego ująć w żadne punkty,wykresy i tabele. Pewnego dnia po prostu przychodzi TEN moment, kiedy pragniesz trzymać w ramionach maleńką istotkę, pokazywać jej świat i przekazywać wszystko, co jest dla ciebie ważne (nawet jeśli wcześniej nie przepadałaś za dziećmi i każda próba kontaktu z nimi kończyła się donośnym rykiem malucha i twoją paniczną ucieczką gdzie pieprz rośnie). Niektórzy nazywają to instynktem macierzyńskim - ja sama jeszcze nie znalazłam odpowiedniej nazwy, bo tego po prostu nie da się opisać słowami ani w żaden sensowny sposób zdefiniować czy sklasyfikować...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, bardzo trudno jest temat ubrać w słowa. Ja akurat wymieniłam 3 powody, o których wiem. Ale jeśli chodzi o całą resztę... nie mam pojęcia.
      To, co jednak podejrzewam bardzo mocno, to że moje powody są czysto egoistyczne.

      Usuń
  2. Ubawiłam się czytając Twój post :-))) Szczególnie mi się spodobał "hejt, jaki poczyniłam w stosunku do tej fazy rozwoju człowieka" :-)))
    Ja też popełniłam taki porządny hejt. I nie wyspowiadałam się z tego ;-)
    Kiedy popada się ze skrajności (nie lubię dzieci) w skrajność (o cholera, jak ja chcę dziecko, teraz, zaraz, natychmiast!), to jednak jakaś analiza sytuacji pod kopułą powstaje. Podoba mi się Twoja analiza. Fajna jest. Mieszanka genetyczna też :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Promesa, no to miło mi, boś mnie zainspirowała do popełnienia tej notki :))
      Trochę się obnażyłam ze swoim, dość niszowym :), podejściem do obcych dzieci, ale na szczęście linczu nie było.

      Fakt faktem, że ten "instynkt" czy jakkolwiek to nazwiemy, to ciekawa sprawa jest.
      Tajemnicza. Jak "Archiwum X".

      Usuń
  3. O tak, z tymi hotelami to tak jak u nas. Skoro nie mam swoich dzieci to niby dlaczego na wakacjach miałabym się męczyć darciem cudzych...
    Ale to chyba w dużej mierze skupianie się przeze mnie na negatywnych urokach macierzyństwa. Reakcja obronna organizmu przed kolejną porażką i zawodem, bo u mnie to nie tak hop siup i mamy dziecko.
    I aktualnie jestem na etapie: chcę mieć dziecko z Nim. Połowa mnie, połowa jego. Egoistyczne, ale prawdziwe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, ja mam takie wrażenie, że nasza chęć posiadania dzieci ma zawsze pobudki egoistyczne.
      Bo jakoś nie wyobrażam sobie tego, żeby powoływać dziecko na świat dla wyższej idei przedłużeni gatunku i takie tam tetre fere.
      Nie wiem, może jestem jakaś przyziemna strasznie, ale wydaje mi sie, że wszystkie jak jeden mąż chcemy mieć dziecko bo MY chcemy je po prostu mieć. Z takich tam czy innych chęci typu mieszanka genetyczna.
      I myślę, że dzieki tym egoistycznym pobudkom gatunek trwa i ma się całkiem nieźle ;)

      Usuń
  4. U Promesy się rozpisuję, to może u Ciebie krócej. :)
    Dzieci lubię jak psy - cudze, na odległość i dopóki nie hałasują, nie obśliniają mnie i nic przy nich nie muszę. Też zawsze omijałam mocno dzieciate miejsca.
    Co więcej teraz też nie przepadam za spędzaniem całego czasu z dzieckiem. Nie wyobrażam sobie wakacji w jednym pokoju z moją córką. Parę razy zostawiliśmy ją babci, jadąc na objazdówkę, albo wybieramy mieszkania, nie pokoje w hotelach. Jest przyzwyczajona do swojego pokoju, to nie zaśnie jak gadasz przy niej, czy świecisz mocne światło. Bycie razem oznacza podporządkowanie się jej zwyczajom.

    U mnie głównym powodem macierzyństwa była ciekawość - jak wyjdzie ta mieszanka genów, co będzie miała ze mnie, chęć przedłużenia gatunku, zostawienia czegoś po sobie i niepewność, że może będę miała 45 lat, wejdę do pustego domu i poczuję, że muszę być matką teraz, natychmiast, a będzie już za późno.
    Długie zwlekanie z decyzją powodował strach przed nieodwracalnością tej decyzji. Mieszkanie, które przestało Ci się podobać możesz sprzedać, pracę zmienić, z wakacji nieudanych wrócić, lub zagryźć zęby, z mężem się rozwieść, a dziecko już zawsze jest.
    Obecnie w macierzyństwie najbardziej przeszkadza mi przymus podporządkowywania swoich potrzeb dziecku. Nie powiesz, że dzisiaj Ci się nie chce dać mu jeść, że masz ochotę przeleżeć całe popołudnie na kanapie. Ono jest obok i gada, prosi, wymaga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cześć Wężonie :-))) Myślę, że jest wiele kobiet, które mają tak jak Ty, ale większość by się do tego nigdy nie przyznała, bo teraz w modzie jest być najbardziej zajebiaszczą w sensie oddaną matką świata. Ja też jestem ciekawa jak by to było u mnie, bo "wygodnickam" bardzo, a i z cierpliwością też trochę na bakier. Ale i tak bardzo chcę porwać się na to szaleństwo!!!
      Buźka!

      Usuń
    2. Wężon, Twoje wpisy u Promesy mocno się przyczyniły do swoich rozważań ;))
      Fajnie, że każda matka opowiadając o swoim dziecku i macierzyństwie nie pierdzi tęczą.

      Piszesz o czymś, co mnie osobiście trochę przeraża: bezgraniczna odpowiedzialność i dyspozycyjność + konieczność pokory.
      Prawda jest taka, że ja sama na ten moment jestem dużym dzieckiem (tak się trochę czuję, weźcie nawet spójrzcie na layout mojego bloga, matko, no.. ;)) ). Mija mi teraz powoli euforia po podjęciu decyzji o IV i zaczyna dopadać lęk.

      Mój introwertyczny małż, który bardzo stara się nie pokazywać, że się cieszy, zaczął dziś rozmowę na temat tego, gdzie postawimy łóżeczko i gdzie będziemy trzymać rzeczy dla dziecka. A ja wpadłam w absolutną panikę.

      Ja niemowlę z bliska widziałam raz w życiu przez 15 minut.
      A jak wygląda i pachnie jego kupa i co ja zrobię na jej widok - nie mam pojęcia.

      Usuń
  5. Dziewczyny, egoizm wcale nie jest zły. Też kulturowo jakoś straszną negatywność temu słowu narzucono. Każda się kaja, że może to egoistyczne, nie chce być egoistyczna itd. A dlaczego nie? W końcu robienie tego, co jest we własnym interesie nie jest niczym złym, zwłaszcza, jeśli nikogo nie krzywdzi. Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego, nie bardziej.
    Wg mnie altruizm też wypływa z pobudek egoistycznych - człowiek czuje się dobrze, pomagając innym, zaspokaja swoje potrzeby również. Znacie kogoś, kto byłby dobry, bo tego nienawidzi? (ech, to tematy na kolejne posty).
    Chęć macierzyństwa musi być egoistyczna, i zawsze tak było, w końcu mówi się posiadanie dziecka. Widzimy co się dzieje z dziećmi matek, które nie chcą tego dziecka dla własnej przyjemności. Gdyby nie ta egoistyczna chęć, to połowa matek by nie wytrzymała dzieciństwa swoich dzieci.
    Kiedyś miało się dziecko, żeby mieć dziedzica, mieć komu oddać interes, miał kto z Tobą w polu robić i utrzymać Cię na starość (emerytur nie było, więc im więcej dzieci, tym większa szansa, że nie umrzesz z głodu na starość) i dlatego, że to efekt seksu i małżeństwa.
    Dziecko z czystej miłości, chęci dania domu jakiejś duszycce i dla światłości Pana to tylko w bajkach. ;)

    Ta fizjologiczna część macierzyństwa też mnie odstraszała. Bałam się kupek, ulewania, upaćkania przy jedzeniu i wymiotów. Jak widzę, jak ludzi pokazują zdjęcia takich upaćkanych marchewką maluchów, to mi się robi niedobrze, a nie błogo. Długo nie potrafiłam jeść na stołówkach, bo nie cierpię, jak ktoś brzydko je, resztek jedzenia, brudnych talerzy. W domu wyjmowanie resztek z sitka w zlewie jest obowiązkiem partnera.
    Na szczęście córeczka oszczędziła mi tego wszystkiego. Nie ulewało jej się, nie śliniła się do pasa przy ząbkowaniu, biegunkę miała ze dwa razy, nigdy nikogo nie opluła jedzeniem i nigdy się nie wymazała. Szczerze mówiąc gdyby każdy niemowlak był taki, to mogłabym mieć pięcioraczki i bym się nie zmęczyła. Do roku, półtora, to była bajka i łatwiejsze macierzyństwo niż w jakiejkolwiek lukrowanej opowieści. To wprost nieprawdopodobne, jakim była niemowlakiem. Ktoś mówi, wiecie jak to z dzieckiem, jak ząbkuje, jak ma kolki, jak to przez rok się człowiek nie wysypia. A właśnie nie wiecie, nie mogę na te tematy rozmawiać, jakbym dziecka nie miała. Nie wiem, co robić żeby łatwiej zasypiało, żeby się nie budziło, żeby spało u siebie, bo od początku robiła to sama.

    A kupki nie śmierdzą, dopóki dziecko jest na samym mleku. Przynajmniej u nas tak było. Dopiero jak wprowadziłam słoiczki, zwłaszcza mięsne to się zaczęło. Ale przez te parę miesięcy zdążysz się przyzwyczaić. Te kupki okazały się dużo mniej straszne, niż się bałam. Poza tym tatuś też przewijał, czasem była u babci, potem z opiekunką, to przy niej też się zdarzało, więc jedna kupka do przewinięcia na 4 dni to nic strasznego.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie mam prawa Cię zlinczować, bo musiałabym zlinczować samą siebie za podobne podejście do dzieci... I co najśmieszniejsze, mój mąż ma identyczne. W tym doskonale się zgadzamy i co tu dużo mówić, nie lubimy upaćkanych, wrzeszczących dzieci. A jak drą japę w kolejce sklepowej, to potrafimy wyjść ;]. A jednak chcemy mieć swoje chyba tak jak piszecie z egoizmu, sama nie wiem jak to określić. Myślałam, że coś się zmieni jak będe w ciąży - nie zmieniło się. Kocham tylko swoje dziecko, a właściwie brzuch i myśl o nim, a na widok innych czuję niechęć i wiesz co? Mam to w d... Cieszę się, że pozostaję sobą i nie bije mi na dekiel pod wpływem hormonów. No dobra, może trochę bije, bo mało nie zesr... się ze szczęścia jak kupiłam wózek, ot taka nowość ;D. Wydaje mi się, że mając swoje pasje itd. nie zapomnisz o sobie, nie ma szans ;] pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Aaa i daję linka do punkcji i transferu jeszcze raz, bo nie wiem czy czytasz komentarze pod starszymi postami http://nieplodnoscicsi.blog.pl/2013/08/page/2/ . Pamiętam jak sama szukałam opisów, niedługo sama będziesz wspominać. I dobrze zrobisz jak wszystko przełożysz na trochę później, żeby podejść do zabiegu na spokojnie, też tak zrobiłam i nie żałuję ;].

    OdpowiedzUsuń
  8. Tia doskonale Cię rozumiem, my też wybieraliśmy hotele bez atrakcji dla dzieci. Zresztą ja nadal nie lubię dzieci. Cudzych. Ze swoim jest inaczej. Choć oczywiście nie jest idealnie, też mnie czasami wkurza :).

    OdpowiedzUsuń