poniedziałek, 31 marca 2014

Lśnienie


zdjęcie mojego autorstwa

Uprzejmie donoszę, że mam za sobą fantastyczny weekend z fantastyczną rodziną i jestem obecnie poskładana "do kupy".

Był to weekend o charakterze kompletnie terapeutycznym.
Po pierwsze dlatego, że to mama miała do mnie przyjechać z wizytą, ale u mojego brata nastąpiło dość mocne tąpnięcie (nie będę wchodzić w szczegóły), delikatnie mówiąc nie był w najlepszym  nastroju. Dodatkowo babcia coś nie bardzo ostatnio ze zdrowiem, więc mama zdecydowała, że zostaje w domu, pilnować babci i ogarniać brata (tak zwany dom wielopokoleniowy :)

No więc ja się pozbierałam, i wsiadając o 4 rano w ciapong, szybciorem dobiłam na południe.
Poczułam potrzebę wsparcia i zobaczenia się z najbliższymi, a czułam, że i mnie to wyjdzie na dobre.

To była dobra decyzja.
Spędziłam świetny, rodzinny weekend.
Nabrałam dystansu i spojrzałam świeżym (aczkolwiek troszkę niewyspanym) okiem na całość nędzy i rozpaczy, jaką ostatnio reprezentuję.

Tak oto powstała 3 osobowa grupa rodzinnego wsparcia w składzie trójcy: ja, mama i brat. W sobotę odbyliśmy fantastyczną rozmowę nad brzegiem jeziora, w promieniach cudownego, południowego słońca popijając kawę. Praktycznie nikogo nad jeziorem nie było, pora roku dość jeszcze wczesna, wiosna dopiero się rozkręca, więc mogliśmy gadać do woli.

Brat ma dość srogie rozterki sercowe, więc uznałam, że powiedzenie mu o in vitro właśnie teraz będzie niezłą zagrywką strategiczną. Może przestanie się użalać nad złamanym sercem wiedząc, że niektórzy mają problemy cięższego kalibru. Logika może wydawać się dziwna, ale... zadziałało.

Pierwszy raz od dawna odkryłam karty przed bliskimi (zazwyczaj nie chcę ich martwić, ale jako że, poziom mojej martwicy sięgnął zenitu..). Powiedziałam wszystko, co leży mi na duszy, wywaliłam całe te swoje wątpliwości i.. oni nie musieli nawet nic mówić.

Sama słuchając własnego głosu, słów wypowiedzianych na głos, odrobiłam robotę swojego terapeuty.

Gadałam co najmniej godzinę.
Mama wysłuchała, co miałam do powiedzenia i zadała mi ważne pytanie:

- Kochasz go?


I nie było żadnych wątpliwości, jaka jest odpowiedź. To jest jedna z niewielu rzeczy, jakich w życiu jestem pewna.
Z każdym kolejnym słowem wypowiadanym na głos, docierało do mnie, że niemal wszystko, co się obecnie ze mną dzieje, wynika z sytuacji, w jakiej się znalazłam. I że to kiedyś minie.
Poczułam, że muszę się chwilowo z tym pogodzić, podejść do IVF i dać sobie zgodę na pewne rozterki i zrozumieć swoje niedobre odczucia.

A dziecko chce mieć z Nim a nie z kimkolwiek.
Patrząc z punktu widzenia czysto biologicznego, geny ma "zajebiste", jak to moja mama z bratem określili ;) :

  • przystojny
  • nieprzeciętnie inteligentny ( strzelam, że IQ ma, literalnie, dwa razy wyższe od przeciętnego)
  • finansowo bardzo ogarnięty :))

Zanim zobaczyłam dno kubka z kawą, siedząc w pełnym słońcu na brzegu przeuroczego jeziora, pożegnałam chyba wszystkie swoje demony. Poczułam, jakby ktoś zdjął ogromny głaz z moich ramion, wyciągnął mi robaka z głowy i drzazgę z serca.

Jest jeszcze jedno.
Last but not least.
Nie mogła bym żyć ze sobą, nie wybaczyła bym sobie, gdybym zostawiła tak bliskiego mi człowieka jak niepotrzebny mebel, w tak ciężkiej życiowej sytuacji. Człowieka, który mnie bardzo kocha i wiem to ja i wiedzą to wszyscy, którzy żyją w naszym otoczeniu.
Nie chodzi o to, że się poświęcam, że robię tego tylko dla Niego. Absolutnie nie.
Ale na litość Boską... NIE.
Gdybym to zrobiła, to straciła bym szacunek dla siebie.

Wczoraj wieczorem grzecznie odebrał mnie z dworca a w domu czekała niespodzianka - mieszkanie wysprzątane na wysoki połysk, poprzestawiane meble, nawet w szafach zrobił porządek. W kominku napalone. Nawet koty wydawały się jakieś wypucowane.

Nie rozmawiałam z Nim o moich ostatnich przemyśleniach, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że On wie, co się ze mną ostatnio dzieje.
I wyczuwam w Nim strach. Im bardziej się boi tym bardziej się zamyka.
Ale już nie musi się bać.

Pozostaje mi teraz tylko utrzymać ten stan do czasu tego cholernego zabiegu ;)

czwartek, 27 marca 2014

Time loop

Źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Gray_paper_bag_with_sad_smiley_over_head_with_red_nose.jpg


No i wiedziałam, że jak napiszę post, że u mnie OK, to odwrócę ten trend.
A właściwie nie odwróciłam go, tylko zdałam sobie sprawę, że wcale nie jest ok..

Wróciło to ... to dziwne poczucie, które towarzyszyło mi, kiedy zaczełam pisać bloga.
Poczucie ogólnego nieszczęścia, jakiegoś takiego.. marazmu. Braku emocji. Braku miłości i wszechogarniającej samotności. Jakiegoś takiego generalnego, pieprzonego braku.

Poczucie, że życie przecieka mi przez palce. Tak beznamiętnie.
Że pracy swojej mam właściwie dość.
W domu posucha. Między nami nie ma ostatnio relacji - znowu !!!
On jest w domu, a i owszem, nie ucieka w prace. Ale co z tego - siedzi, gra w coś tam, coś tam dłubie..
A zresztą, nie będę na Niego zrzucać, bo sama siedzę w koncie i czekam. Bynajmniej nie na Niego. Nie wiem na co. Najchętniej po pracy poszła bym spać, żeby rano wstać i pójść do niej ponownie. I niech dni mijają.

Nie szukam kontaktu z Nim.
Ja.. ja.. nic nie czuję.
Nie kochaliśmy się od.. od nie pamiętam kiedy. Od co najmniej miesiąca.
Ostatnia próba zakończyła się fiaskiem. Tym razem z mojej strony. Zachowałam się jak sparaliżowana. Równie dobrze można by bzyknąć kłodę.
W pewnym momencie zawiesił "działania", przytulił i mnie i skwitował sytuację słowami:
"Rybka zdechła."

Nie rozmawiamy za wiele.
Nie mamy o czym.
A może mamy, ale nie chce mi się. 

Popadłam ostatnio w jakieś kompleksy.
Czuję się okropnie w swoim ciele. Jest to dla mnie swoista nowość, bo zawsze lubiłam swoje ciało. Oczywiście miewałam tam jakieś kompleksy, ale aktualnie najchętniej chodziła bym odziana w worek na kartofle a do tego torba papierowa na głowę. Ewentualnie otwory na oczy można by wyciąć.
Samopoczucie poprawiają mi ćwiczenia z Ewą Chodakowską. Rzeczywiście, trochę poćwiczyłam i poślady jakieś takie gładsze się zrobiły.

Generalnie... zgubiłam gdzieś swoją radość życia.
A trzeba Wam wiedzieć, że radość życia, jest/była moim sztandarowym przymiotem. Dla mnie samej i dla moich przyjaciół i rodziny.

Aktualnie moja radość życia przebywa nie-wiadomo-gdzie. Ze mną na pewno jej nie ma.

Kojarzy mi się to wszystko z początkowym okresem kiedy zaczęłam pisać bloga. Kiedy w pierwszym na blogu poście oznajmiam, że oto czuję się nieszczęśliwa, ale właściwie nie wiem dlaczego (nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że to kwestia niepłodności - dopiero potem, po nitce do kłębka jakoś do tego doszłam. Ten blog nie miał być o niepłodności z założenia. Sama siebie nie rozumiałam).

Na ten moment znowu nic z tego nie rozumiem.
Postanowiłam uciec.

W sobotę o 4 rano mam pociąg do rodzinnego domu. Jadę sama, na weekend. Spędzić czas z mamą, bratem i babcią.
A Jego po prostu poinformowałam, że jadę (zresztą należę do tych żon, które się nikogo o zdanie nie pytają). 

Czasami nachodzą mnie takie myśli, żeby rzucić to wszystko w pizdu i... zacząć wszystko od nowa.
Mam wrażenie, że kompletnie zagubiłam siebie. Nie tylko w niepłodności, ale w trwającym 14 lat związku.

Czytam post jednej z blogerskich koleżanek o odnajdywaniu siebie w samotności, po zakończonym dopiero co, na świeżo, związku (Aneta, pozdrawiam ;) ) i skłania mnie to do kolejnych refleksji.

Jestem w tym związku od niespełna 16-tego roku życia.
12 czerwca skończę 30tkę.
To będą najpiękniejsze, albo najkoszmarniejsze urodziny w moim życiu.
Na ten czas mniej więcej przypadnie moment bety "po" IVF ICSI.
Baaardzo możliwe, że co do dnia.

wtorek, 25 marca 2014

Sitting, waiting, wishing..

Źródło: http://detailorienteddiva.blogspot.com/2012/08/the-waiting-is-hardest-part-free.html


Sytuacja psychiczna jakoś stopniowo się unormowała, na szczęście.
Psycho-nerwo-jazdy wyciszyły się.

Bardzo dziękuję wszystkim Dobrym Duszyczkom za wsparcie ;)

Nie piszę ostatnio zbyt wiele, bo boje się wywoływać wilka z lasu i zbyt głęboko babrać w temacie.
Codziennie jednak przeglądam Wasze blogi.
/ i zastanawiam się, what the hell się stało z  blogiem Life is Beautiful? /

Przeleczyłam swoje bakterie gałkami z antybiotykiem, w międzyczasie zdążyłam się pochorować i przeleżałam cały tydzień w łóżku. I nadal kaszlę i kicham i smarcze :// Jakiś wstrętny wirus.

W międzyczasie spotkałam się również z żoną szefa, z którą przegadałyśmy bite 2 godziny. Opowiedziała mi jak było u nich, dała kilka rad i dodała otuchy ... w tajemnicy przed szefem.

Już niebawem kwiecień i na początku miesiąca startuję z antykami.
Już to przyjmowanie antyków będzie mnie cieszyło do granic możliwości - bo to będzie oznaczało, że to już TUŻ TUŻ!

A póki co, staram się nie over-analizować, nie rozkminiać.
Czasami nachodzi mnie taka ciepła nadzieja, obejmuje cały mój umysł i ciało... ale nie chce się z nią zaprzyjaźniać póki co.

Czekam.

czwartek, 13 marca 2014

Czarna otchłań niepłodności

 Źródło: http://lichtbildnerin.de/index.php?showimage=899

W oczekiwaniu na majowe IVF dzieją się ze mną rzeczy przedziwne, o których nie śniło się filozofom. A mnie tym bardziej.

Wczoraj byliśmy na kolejnej wizycie u Ojca Dyrektora.
Z wynikami badań moimi i Małża.

U mnie wykryto bakterię (zupełnie inną niż wcześniej): streptococcus agalactiae
Dr Google jawi to paskudztwo jako totalną katastrofę dla kobiety w ciąży. Jakąś masakrę.
Doktorek kazał nie histeryzować, przepisał mi na moją prośbę jakieś globulki na to i oznajmił, że przed porodem podaje się antybiotyk. Taki scenariusz.

Natomiast Małżon zrobił sobie te badania, które mu zlecono, min. Swim up, Test HBA wiązania z kwasem hialuronowym i takie tam. Zrobił sobie też to ogólne badanie nasienia.
I co się okazało, ku naszemu zdziwieniu?!
Spojrzeliśmy siedząc w poczekalni jakoś niedbale na kartkę z wynikiem a tam co?
Wszystko w normie.
Z 7 ml plemników w 1 mln zrobiło się 13 mln (norma jest 15), w totalu ponad 50 mln.
Pozostałe wskaźniki w normie.

Siedząc w poczekalni wyraziłam na cały głos swoją opnię na ten temat, tak, że słychać mnie było aż w recepcji chyba:
" Ja pierd**** , teraz te wyniki wyszły dobre, jak my się już na IVF zdecydowaliśmy? Zajebiście.".

Moja reakcja wywołała ogólnie rozbawienie w poczekalni, ale mnie do śmiechu nie było o dziwo.
Już w gabinecie się okazało, że nie mamy się co cieszyć z wyników liczbowych bo ten test HBA wyszedł słabo, 10% czegoś tam - jeszcze nie miałam czasu nawet się wczytywać.
W każdym razie nawet te wyniki w normie nam za wiele nie pomogą, bo to te 10%...

Plan taki:
- w tym cyklu globule na bakterie u mnie
- od 1 dnia następnego cyklu - start antyków
- wizyta w celu umówienia histeroskopii
- potem znowu globulki i płukanki
... i w maju lecimy z IVF.

Byłam w jakimś takim słabym nastroju, że zapomniałam zapytać o ważne rzeczy:
badanie na przeciwciała u mnie oraz badanie na zgodności genetyczne.
Bo tych badań nam póki co nie zlecono.
A chyba powinni, prawda?
Może jakoś potem zlecą.

Po wyjściu z gabinetu oczywiście się pokłóciliśmy - nie wiem o co.
W około godzinę po wyjściu z gabinetu dostaliśmy kolejnego newsa.

Pamiętacie znajomych, których niedawno zaprosiłam na kolację i koleżanka nie piła alkoholu?
No. Kobieca intuicja nie zawodzi.
Koleżanka jest w 2 miesiącu ciąży.

Wiedziałam o tym, czułam to, ale mimo wszystko, kiedy wczoraj to usłyszałam, to zapadłam się w czarną otchłań. Myślałam, że oszaleję.
Myślę, że wszystkie osoby zmagające się z tematem niepłodności wiedzą, o co mi chodzi.
Te, których temat nie dotyczy - nie zrozumieją, mogą inaczej odczytać moje odczucia, które nie są złymi emocjami względem tych ludzi. Chodzi o mnie.

A my co?
Pokłóciliśmy się.
A potem, pierwszy raz w życiu, wspólnie piliśmy alkohol w domu.
Kilka drineczków z whiskaczem sprawiło, że dziś pęka mi łep.

Badania sobie, kłótnie sobie a moja kondycja psychiczna jest fatalna.
Czuję się, jakbym nie żyła na świecie, tylko jakoś obok.
Zawsze epatowałam emocjami, taka karma, umiałam prawdziwie odczuwać radość życia a teraz - kompletna zawiecha.

Zgubiłam gdzieś radość życia.
Zamknęłam się w swojej skorupie.
Resztki swojego powera pożytkuję na walkę ze strachem, żeby nie pozwolić mu zawładnąć mną całkowicie.
Do psychologa nie pójdę, bo szkoda mi kasy, poza tym nie mam siły gadać, nie mam siły pracować nad tym.
Staram się też ignorować poczucie niesprawiedliwości, które mnie nachodzi co jakiś czas (np. znajomi w drugim miesiącu ciąży - oni nigdy nie dowiedzą się, jakie mają szczęście).
Nie jestem w stanie zmusić się nawet do sprzątania, do podstawowych czynności.
Wysiłkiem jest dla mnie wstanie rano z łóżka, prysznic, makijaż, ubranie się.
Samo podniesienie się w łóżka jest dla mnie męczące.
Boję się, że nadejdzie taki dzień, że nie znajdę w sobie siły, żeby wstać z łóżka. 

Boje się.
O to, co przyniesie przyszłość.
O to, jakie niespodzianki dla mnie szykuje moja głowa.
O mój związek - bo mam wrażenie, że ten okręt płynie obecnie zupełnie bez kapitana, bez mapy, bez kompasu.

Powinnam się wziąć w garść, zdecydowanie... 






sobota, 8 marca 2014

Plan


Źródło obrazka oraz tekstu: profil Astig FM na Facebook


Me: God, can I ask You a question?
God: Sure

Me: Promise You won't get mad

God: I promise

Me: Why did You let so much stuff happen to me today?

God: What do u mean?

Me: Well, I woke up late

God: Yes

Me: My car took forever to start

God: Okay

Me: at lunch they made my sandwich wrong & I had to wait

God: Huummm

Me: On the way home, my phone went DEAD, just as I picked up a call

God: All right

Me: And on top of it all off, when I got home ~I just want to soak my feet in my new foot massager & relax. BUT it wouldn't work!!! Nothing went right today! Why did You do that?

God: Let me see, the death angel was at your bed this morning & I had to send one of My Angels to battle him for your life. I let you sleep through that

Me (humbled): OH

GOD: I didn't let your car start because there was a drunk driver on your route that would have hit you if you were on the road.

Me: (ashamed)

God: The first person who made your sandwich today was sick & I didn't want you to catch what they have, I knew you couldn't afford to miss work.

Me (embarrassed):Okay

God: Your phone went dead because the person that was calling was going to give false witness about what you said on that call, I didn't even let you talk to them so you would be covered.

Me (softly): I see God

God: Oh and that foot massager, it had a shortage that was going to throw out all of the power in your house tonight. I didn't think you wanted to be in the dark.

Me: I'm Sorry God

God: Don't be sorry, just learn to Trust Me.... in All things , the Good & the bad.

Me: I will trust You.

God: And don't doubt that My plan for your day is Always Better than your plan.

Me: I won't God. And let me just tell you God, Thank You for Everything today.

God: You're welcome child. It was just another day being your God and I Love looking after My Children...



I to jest dla mnie osobiście jedna z najtrudniejszych stron in vitro.
Czy to, że to zrobię, że spróbuję.. jest wbrew woli? Wbrew innemu planowi jaki jest wobec mnie / nas?
Nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie.  





wtorek, 4 marca 2014

Mdło, miałko, niecierpliwie

 Źródło: zdjęcie pochodzi z bloga http://www.lovethispic.com/image/28149/still-waiting-for-my-sun-to-shine

Nie wiem nawet, czy istnieje takie słowo, jak "miałko", ale tak właśnie ostatnio u nas jest.
U nas, w domu, który czeka.

Zaczynam powoli żałować, że przełożyłam IVF na maj.

Medycznie, sprawa ma się tak:
przeszłam 10cio dniową kurację irygacjami i Metronidazolem.
Oddałam wydzieliny na posiewy na chlamydia, mikrobiologię i takie tam i czekam na wyniki.
Małż jeszcze na badaniach pływaków nie był.
Tabletki anty czekają na kolejny cykl (kwietniowy).

Czekam na okres, żeby się umówić na histeroskopię.
Tylko że jest taki drobny suprise - okres mi się spóźnia z jakieś 6 dni, co oznacza, że jestem właśnie w mniej więcej 38 dniu cyklu (a wiedzcie, że cykle mam raczej regularne 31 dniowe).
Brzuch niby trochę pobolewa, jakieś tam drobniusieńkie sygnały w portkach są, ale małpy nie ma.
Nie wpływa to dobrze na moje samopoczucie, bo hormony buzują, jestem wściekła jak bąk i humorzasta. Z drugiej strony, chodzi za mną jak smród po gaciach ta cholerna nadzieja, czy jakkolwiek to nazwać, że "może może". Nienawidzę tej nadziei. Postanowiłam, że testu nie zrobię, choćby skały srały. Mam dość tych pustych testów!

Biorąc pod uwagę, że w tym cyklu był jeden, niedbały seks i to w jakimś dziwnym okresie cyklu, to musiało by być wręcz niepokalane poczęcie. Że o naszych wynikach nasienia nie wspomnę ;-D

A tak psychicznie?
Fuj, okropnie.
Wpadłam w jakiś.. dołek.

Czuję się, jakbym aktualnie straciła zapał do wszystkiego, poza pracą.
Właściwie, to codziennie nie mam za bardzo ochoty z niej wychodzić.
W domu mega nijak. Kłócimy się.
Nie kochamy w ogóle. Nie ma między nami ostatnio interakcji.
Nie ukrywam, że łatwa ostatnio nie jestem. Ale on też nie.

Nie wiem, czy to kwestia tego cholernego IVF, czy jakieś przedwiosenne przesilenie.
W takiej jakiejś beznadziejnej apatii dawno nie byłam.
Między nami wieje chłodem.
W domu burdel.
W głowie bajzel.