środa, 30 kwietnia 2014

Akcja - stymulacja


Źródło: http://www.zazzle.co.uk

Nadeeejszła wiekopomnaaa chwilaaaaaa.

Przemiła pani w przytulnym pokoiku zabiegowym w klinice zrobiła nam szybki wykład na temat przyrządzania zastrzyków i zaserwowała mi dwa piękne szoty w niezbyt pokaźną "oponkę" na brzuchu. 

Trochę bolało, ale moja radość jest ogromna.
Czuję ulgę, bo kilka ostatnich dni było koszmarem oczekiwania.

Małż obchodzi się ze mną jak z jajkiem.
Nosi torby. Sprząta. Karmi. Chucha. Znosi wszystkie moje fochy i foszki.
Jest boski. 

Na koniec dnia połknęłam garść leków, naciągam kordłę na głowę i zamierzam się wyspać.

Niech jajka rosną, ku chwale ojczyzny.


wtorek, 29 kwietnia 2014

1 dzień cyklu z IVF (?)


Źródło:  http://edition.cnn.com/2012/10/13/health/spinal-steroid-injections-meningitis/


Czekałam, czekałam, aż się (prawie) doczekałam.
Sprawy, zamiast biec, zaczęły galopować.

Weekend był bardzo trudny dla nas.
Zaliczenie w ciągu 24h histeroskopii + rozpisanie procedury zwaliło nas z nóg.
Zaskoczyło nas tempo, w jakim wszystko się dzieje.

Większość leków kupiliśmy dopiero wczoraj.
Na dokładkę, wychodząc z kliniki, ściskając w ramionach stertę kartonów z zastrzykami wpadłam na mojego kumpla z pracy.

Denerwuję się dodatkowo, bo na ten moment nie ogarniam do końca jak się te leki przygotowuje. Merional na przykład jest bez strzykawki, więc kupiłam takie małe insulinówki, ale czy to pomieści cały płyn? Nie mam pojęcia.
Pierwszego dnia pojadę chyba do kliniki z prośbą o zrobienie pierwszego zastrzyku i dodatkowy instruktaż.

Pierwszego dnia.. no właśnie.
Dziś dostałam coś.. na kształt okresu. Na tą okazję pobiegłam na oznaczenie hormonów, zgodnie z instrukcją. Dopiero co dostałam je na maila i... wygląda na to, że wyniki nie są w normie.

Estradiol   <5 pg/ml
FSH           0,98 UI  (z adnotacją: wskazana kontrola)
LH            0,39 mIU/ml
Progesteron  0,58 ng/ml

Patrząc na referencyjne normy, wygląda na to, że tylko Progesteron mam granicach normy.
Niepokoje się.
Co, jeśli przesuną mi procedurę o... jakiś czas?
Co, jeśli coś jest nie tak z moimi hormonami?

Udało mi się otrzymać wieści od niejakiej Pani Małgosi, która jest jakąś ważną konsultantką w klinice i czuwa nad całą procedurą.
W pewnym momencie wpadłam w panikę, bo na liście jest informacja, że dziś mam wziąć pierwszy zastrzyk z Cetrotide, a ja nie miałam jeszcze wyników.
Dostałam info, że mam się wstrzymać, zadzwonić jutro i Pani Małgosia mi wszystko powie.

Wszystko, czyli co?
Że coś nie tak z moimi hormonami?
Przecież wszystko pięknie było jak dotychczas..

No więc czekam.
I bardzo boli mnie głowa. Od soboty coraz bardziej.
Nie wiem czy to jakiś skutek uboczny znieczulenia ogólnego z histeroskopii, uboczny Zinnatu (który muszę brać po histero) czy po prostu stres.

Chciałabym, żeby już było po wszystkim.
Z happy endem. 

______________________________
Update / środa / 13:47

Dodzwoniłam się do kliniki.

Moje hormony są podobno w normie (??).
Dziś zaczynam. 
Aaaaaaaa!



sobota, 26 kwietnia 2014

Rozpisana procedura

Podczas dzisiejszej wizyty Ojcec Dyrektor rozpisał procedurę.
Jest tego tyle, że mamy kompletny mind fuck i jesteśmy "troszkę" wkurzeni, że obsłużono nas tak szybko i właściwie odesłano za drzwi z kartką do przeczytania.
A w razie pytań "proszę wrócić". No, tośmy wrócili. Ale ja i tak nic z tego nie rozumiem.

A więc, o tyle o ile ogarniam, sprawa wygląda tak:

  • dziś mam wziąć ostatnią tabletkę anty, jutro i pojutrze już nie brać - to nam pomoże dostać okres przed majówką, żeby nie było niespodzianek z pobieraniem krwi w pierwszym dniu cyklu (Carrie, to o to chodzi właśnie - że jak nam wypadnie 1 dzień w Majówkę, to będzie lipa, bo zamknięte laboratorium. W takim wypadku jest opcja, żeby jechać na izbę przyjęć i tam w zamian za czekoladę :) niech pobiorą krew. Jakoś tak mi to O. Prowadzący tłumaczył, ale dostałam tyle informacji, że wszystkiego dobrze nie pamiętam).
  • W pierwszym (ew. drugim) dniu miesiączki - badanie hormonów FSH, LH, Prog., E2.
    Zadzwonić do kliniki i podać wyniki.
  • Jeśli hormony będą ok, od 2 - 3 dnia miesiączki podawany będzie codziennie zastrzyk Gonalu F podskórnie --> 6 dni po 150 j.m.
  • Zastrzyki z Merionalu po 2 jednostki w 1,2, i 3 dniu brania Gonalu F
  • Cetrotide w 1,2,3 dniu cyklu po 1 ampułkę dziennie
  • Po 6 dniach brania Gonalu / Merionalu wizyta u Ojca Dyrektora (razem w wynikiem E2, który trzeba zrobić w dniu wizyty). Jeśli wizyta wypadała by w niedzielę, to trzeba się zgłosić w sobotę. Nie może być nawet 1 dnia przerwy w przyjmowaniu leków.

  • Około 6-9 dnia zastrzyków podany będzie Cetrotide w okolice pępka (ale po co, skoro ja to biore też w 1,2 i 3 dniu cyklu? nie kumam)
A potem to już punkcja i transfer i alleluja.

Leki wspierające do brania doustnie:
- Biosteron 25 (mamy jakiś zastępczy, tańszy)
- Acard
- Feminion Natal
- Encorton - nie mam zielonego pojęcia co to jest i na co.

A jeszcze dodatkowo, po histeroskopii dostałam anybiotyk: Zinnat na 10 dni.
I teraz nie wiem, czy mam go brać czy nie.
Dzwoniłam właśnie do kliniki, pani powiedziała, że niby brać, ale na Miły Bóg... to wszystko mam brać plus antybiotyk? Kipnę jak nic..

Chwilowo jestem kompletnie ogłupiała.
W ogóle nic z tego nie rozumiem, co ja mam brać, kiedy a po co to już ch** wie.
Małż też nagle wielce zdziwiony, że to już.
Zaskoczony.

Generalnie, oboje kurna, siedzimy nad tą kartką z instrukcją i jesteśmy, kurna, wielce zaskoczeni. 

Mayday, mayday, mayday...


piątek, 25 kwietnia 2014

Histeroskopia zaliczona!

Za mną kolejny krok milowy.
Miałam dziś histeroskopię i wszystko ok!

Sam zabieg nie był straszny. Był na pewno mniej nieprzyjemny niż HSG.
Najgorsze było czekanie na zabieg - czekałam od 11:00 do bodajże 14:00.
No i welflon... Jezusku.. jakie to było straszne. Nigdy nie miałam wcześniej welflonu.
Ręka z zainstalowanym urządzeniem była jakby z drewna, jakby nie była częścią mojego ciała.

Ze mną na zabieg oczekiwało kilka dziewczyn. Chyba wszystkie w przygotowaniu na IVF.

Najważniejsze, że moja macica jest piękna, zdrowa i po lekkim remoncie.
Gotowa na swojego pierwszego lokatora. 

Jutro o 9:50 mam wizytę u Ojca Dyrektora, podczas której rozpiszemy procedurę.
Jedziemy razem z Małżem, bo to ważna wizyta.
W blistrze z antykami zostały mi 4 tabletki. Czyli jeśli dobrze liczyć, nowy cykl zaczynam za... 5 dni.
A z nowym cyklem, jeśli wszystko dobrze pójdzie, rozpoczynam stymulację.

Bardzo się cieszę.
Jestem uber-podekscytowana.
Jedyną rzeczą, o której jestem obecnie w stanie myśleć jest IVF.
Wszystko pozostałe na ten moment jest nieważne.

wtorek, 22 kwietnia 2014

" It might seem crazy what I’m about to say "


Fizyczne samopoczucie tabletkowe się ustabilizowało.
Jutro mam wizytę u Ojca Dyrektora. W piątek, jak dobrze pójdzie, histeroskopię.
Jednak tematem dzisiejszej rozprawki nie będzie moje tabletkowe samopoczucie ani plan wizyt u Ojczulka Prowadzącego.

Tematem będzie to, co przed IVF dzieje się w moim związku.
Co dzieje się pomiędzy nami, dwójką ludzi, którzy stanęli w obliczu procedury IVF oko w oko.
Dzieją się rzeczy dziwne.

Ze mną. Z nim. I z naszym duetem.
Ciekawa jestem, czy taki stan dotyczy tylko naszego przypadku, czy może inne pary w obliczu IVF mają podobne odczucia.

Otóż dręczy nas ostatnio jakiś taki stan, który trudno jest nazwać i sklasyfikować.
Mam poczucie, jakby problemy, które obecnie posiadamy, urosły do takiej rangi, że nie jesteśmy sobie w stanie z nimi poradzić.
Mam wrażenie, że nam obojgu uginają się kolana pod ciężarem różnych, codziennych spraw, jakie przyszło nam nieść. Chodzi o sprawy zawodowe, finansowe, kredytowe. Przede wszystkim właśnie to.

Oczywiście zmagaliśmy się z takowymi od lat, ale obecnie, mam wrażenie, że jest tego tak dużo, że się lada moment złamiemy w pół.

Emocjonalnie między sobą popadamy ze skrajności w skrajność - w jednym momencie patrzymy na siebie z radosnym uwielbieniem i uśmiechem, żeby za chwilę skakać sobie do gardeł. I są to kłótnie o wysokim natężeniu decybeli.

Co ciekawe, mam wrażenie, że żadne z nas nie łączy naszej słabej kondycji z podejściem do in vitro.
I ja też nie jestem pewna na ten moment, czy ta ostatnia beznadzieja wynika z faktu, że faktycznie sporo problemów nam się zwaliło na głowę, czy dlatego, że tak działa właśnie ta dziwka, niepłodność i jej wynikowa, jaką jest IVF.

Ja dopiero po jakimś czasie doszłam do wniosku, że ostatnia chujoza (excuse my french) może być właśnie spowodowana tym a nie innym czynnikiem.

Chociaż pewna nie jestem.

W przeszłości oburzałam się, kiedy słyszałam stwierdzenie, że pary rozstają się z powodu niepłodności. Dziwiłam się, jak to być może.
Teraz rozumiem.
Nie chodzi o to, że pary podejmują świadomą decyzję zero-jedynkową:
nie możemy mieć dzieci więc się rozstańmy.
Po prostu, niepłodność w związku jest jak śmierdzący bąk. Jak taki kornik, który drąży, drąży i po jakimś czasie może wywiercić całkiem pokaźną dziurę. Baaa, może nawet rozłupać na pół.

Przeglądam nasze zdjęcia z naszych najczęstszych chwil - szczęśliwych chwil.
Wakacji, na których jesteśmy piękni. Imprez, na których jesteśmy szczęśliwi. Domowych wygłupów,  na których jesteśmy przezabawni.
Jak bohaterowie teledysku Pharrella Williamsa "Happy". 

Aktualnie rozglądam się na boki, na ludzi wśród których żyję i oni są tacy szczęśliwi. Pełni życia i energii.  Ja też taka byłam. My tacy byliśmy.

Będziemy jeszcze kiedyś, prawda?


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Jest poprawa!

Źródło: http://www.bergoiata.org/fe/divers67/Anne_Geddes_wall_anth04.jpg


Dzisiejszy dzień wreszcie przyniósł ulgę. 

Czułam dziś dziś całkiem nieźle. Zdecydowanie lepiej niż przez ostatnie dni.
Buzia wygląda troszkę lepiej, chociaż Miss Pięknej Cery nadal nie jest.

Oczywiście nie oznacza to, że okres się rozkręcił. Wręcz przeciwnie - zaczyna się wyciszać. Wylewu łachudry już na pewno nie będzie.

Wróciłam niedawno z widzenia u Ojca Dyrektora.
Udało mi się na paniach w recepcji wymóc zapis na wizytę, na sam koniec dnia.
Ojciec Dyrektor jest trochę przerażający. Jest jak robot. Zero emocji, zero uczuć.
100% przedmiotowego traktowania. Wielka persona. Dyrektor kliniki z prawą ścianą wytapetowaną dyplomami, lewą - zdjęciami dzidziusiów.

Powiedziałam mu co i jak. Zresztą widział, że byłam u innego gina w jego klinice w piątek (Ojca Dyr. nie było). Bez zbędnego pitu pitu kazał wskoczyć na fotel.
Zrobił USG, kręcąc patykiem od USG wymamrotał do swojej asystentki coś w rodzaju " endometrium 8 mm.. cośtam cośtam, dziękuję, proszę się ubrać".

I wydał werdykt, po którym myślałam, że popłaczę się z radości i ulgi.

Zrobimy tą histeroskopię. Ale nie w ten piątek, tylko w następny, po Świętach.
W środę po Świętach proszę przyjść, jeśli wszystko będzie ok (nie wiem jak to sprawdzi) to zrobimy histero. Szkoda by to było przekładać, bo to by oznaczało, że straci pani ten cykl, a szkoda by było. A tableki proszę dalej brać.

I będę je brała, bo złe samopoczucie ustępuje i zaczynam wracać na właściwą drogę.

Na moje pytanie, czy to jest normalne, że tak zareagowałam, odpowiedział, że nie jest i że musimy to sprawdzić. I tak jak powyżej- nie wiem, jak on będzie to sprawdzał.
I wydaje mi się, mam znowu to wrażenie.. że wszystko będzie dobrze.

Ale muszę przyznać, że na samym starcie dostałam solidnie z liścia w pysk.
Nie ukrywam, że moje hiper-optymistyczne-i-radosne podejście do tematu zostało dość znacznie ukrócone.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Męki i katusze

To, co właśnie przeżywam, przez te tabletki anty, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Moje samopoczucie od piątku nie zmieniło się. Okres też się nie rozkręcił.

Czuję się fatalnie. Nie chodzi o to, że mam zły humor od tabletek. Czuję się fatalnie.
Brzuch boli mnie bardzo, jakbym miała jakieś.. rany w środku. Jestem blado-zielona, słaba i pół przytomna, usta blade. Ciężko mi się oddycha i nadaję się jedynie do leżenia w łóżku.
Moja twarz jest blado zielona, cała pokryta wypryskami.Oczy podkrążone. Spuchnięta, bo zatrzymała się woda w organizmie. Jestem na tyle spuchnięta i nabrzmiała, że po zdjęciu dolnej części bielizny zostaje po niej mocny odcisk.

Wczoraj wieczorem czułam się na tyle źle, że zastanawialiśmy się, czy nie jechać na pogotowie.
Nie zrobiliśmy tego, bo tam na pewno każą mi profilaktycznie tabletki odstawić.

Odstawienie tabletek w tym momencie nie będzie oznaczało tylko tego, że cała procedura przesunie się o miesiąc. W takim układzie rozreguluje sobie cykl (o ile to w ogóle jeszcze możliwe, po tym co właśnie się ze mną dzieje).
Dodam, że kiedyś już brałam przez krótki czas Yasminellę i wszystko było ok.

Marze o tym, żeby te męki się już skończyły.
Jestem fizycznie i psychicznie wykończona.

Podchodziłam z takim entuzjazmem, tak się cieszyłam, że już zaczynamy...
Na ten moment dopadły mnie na raz chyba wszystkie demony in vitro.
Jestem fizycznie i psychicznie wykończona, a przecież to nie jest nawet ta właściwa procedura.
Pocieszam się, że może teraz właśnie mam najgorzej, że potem jakoś pójdzie..
Dopadł mnie nagle koszmarny strach, co będzie dalej..

Błagam, błagam... niech ten ból przejdzie, niech to minie.
Choćbym miała stracić ten cykl, trudno, już mi nie zależy..

To tak boli, jest mi tak koszmarnie, skrajnie źle, że chce tylko, żeby to już przeszło.

Do Ojca Dyrektora mogłam zapisać się dopiero na środę.
Zobaczymy, co powie. Ale skoro lekarz w piątek mi powiedział, że endometrium jest grube, jak na 4ty dzień, to nie sądzę, żeby się coś zmieniło w tej dziedzinie. I żebym się kwalifikowała do histeroskopii w piątek.

Zadzwonię do kliniki jutro rano. Może te wredne picze w recepcji, bez cienia zrozumienia i empatii,  jakoś mnie z Ojcem Dyrektorem skontaktują.

Mam numer telefonu do tego gina z piątku (bo dzwonił do mnie upewnić się, czy dotrę), mogła bym mu napisać smsa. Ale nie sądzę, żeby on mi coś pomógł przez telefon.

Na domiar złego, zadzwoniła do mnie wczoraj koleżanka, która jak się okazało parę miesięcy temu - ma ten sam problem (czynnik męski). Rozwaliła mnie swoim podejściem tak, że po zakończonej rozmowie trzęsłam się jak osika.
Stwierdziła,że:
- siostra naszej wspólnej kumpeli, po czwartym udanym in vitro, czwarty raz poroniła - bliźniaki
- i że jej M. bierze właśnie tabletki na poprawę nasienia, ale jak mu się nie poprawi, to ustalili, że się rozstają, bo "ona nie będzie się przecież męczyć".

Lepszej sobie nie mogła wybrać chwili na tą rozmowę.
Zatkało mnie. Nawet, gdybym miała takie hedonistyczne podejście do życia jak ona, to wstydziła bym się o tym mówić. Straciłam do niej resztki sympatii, a kiedyś byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami.
Kiedy to powiedziałam mojemu S., to zcięło Go z nóg. Był w szoku.

I tak, dziewczyny, zapadłam się aktualnie w jakiś czarny dół. W jakieś bolesne piekło.
Nigdy więcej w życiu, z własnej nieprzymuszonej woli, nie spojrzę nawet na tabletkę antykoncepcyjną.

Niech to się wreszcie skończy. Męczę się niezmiennie od bodajże wtorku...

piątek, 11 kwietnia 2014

Wcale nie jest dobrze

Za mną koszmarne popołudnie.
Wyprułam z pracy jak oparzona. W korkach spędziłam około godziny.
W połowie drogi wybiła mi godzina wizyty. Zadzwoniłam więc do kliniki poinformować, że się spóźnię. Pani walnęła focha.

"Pani jest ostatnia, pan doktor nie będzie czekał. Powinna pani bla bla bla No dobrze proszę panią, maksymalnie 10 minut. Czyli umówmy się, że ma pani czas do 16:50"

Więc grzałam przez miasto jak szalona, dojechałam spóźniona.
A tam pani na recepcji rączki sobie kremuje i rozmyśla.
Ja już miałam mowę awanturniczą przygotowaną. Wkurwiona na maxa, niesiona hormonami byłam gotowa zrobić tam wojnę, jakiej jeszcze pomarańczowe mury tej kliniki nie widziały.

Na szczęście pan doktor poczekał.

Wpadłam do gabinetu na pełnej kur**ie.
Cała blado-zielona, obsypana pryszczami, rozrzucając wszędzie płaszcz, torbę, kluczyki, portfel, wyrzygałam z siebie potok słów, jeszcze zanim mój tyłek znalazł krzesło.

Doktorek na początku nie przejął się specjalnie, chciał mnie chyba spławić. Uznał, że histeryczka.
Powiedział, że to normalnie przy Yasminelli.

No ale potem, do słowa do słowa, tłumaczę mu, że TO COŚ to nie jest okres, albo właściwie nie wiadomo czy jest, bo nie można też zdecydowanie powiedzieć, że nie jest. Na pewno nie zaryzykowała bym stwierdzenia, że to nie jest okres. Ani też, że jest.

- Spoookojnieee. Pani sięę uspokoiiii. Które in vitro?
- Pierwsze i ostatnie.
- Aha.. to najwyżej jakby coś to histeroskopię się przesunie na "za dwa tygodnie".
- Ale ... yy.. jak przesunie, skoro ja mam dziś rzekomo 4ty dzień cyklu?
- [Patrzy na kalendarz, patrzy..] No to o miesiąc się przesunie najwyżej.
- Ale jak o miesiąc??? To histeroskopia może być w tym samym miesiącu co transfer??? Bo w maju ja CHCĘ mieć transfer, nie chcę przesuwać. Nie da rady. Nie wyrobie. To za ważne jest.
Wie pan, to jest in vitro a nie szczepionka na grypę.


W tym momencie w oczach doktorka pojawił się przebłysk rozumu.

- Proszę się rozebrać, zrobimy usg.

Jak mi wsadzał ten patyk, to wszystkie gwiazdy zobaczyłam, taka jestem zbolała.
Obejrzał i stwierdził, że jak na 4ty dzień cyklu to endometrium jest sporo za duże i że faktycznie, coś mi się porąbało, coś się rozregulowało. I że dopiero się rozkręci ten właściwy okres. Czyli tak jak mówiłam.

I  w sumie nie wiadomo, czy to od Yasminelli, czy nie.
Mam brać, bo teraz przerwanie jest bez sensu i jak przerwę to stracę cykl.

Może się zdarzyć, że nie zdążę się uwinąć z okresem do histeroskopii, wtedy wszystko się przesunie o miesiąc.

Krótka puenta:
Kurwa Mać.

Update z 20:15:
Wlasnie na facebooku ujawnila sie kolejna, piekna ciaza kolezanki. Jakis 7-8 miesiac, obstawiam. Idę się utopić i spuścić w kiblu. 

PMS do potegi entej

Niestety, od wczoraj sytuacja niewiele się rozwinęła i nie jest mi już do śmiechu.
Brzuch boli dość znacznie, w taki irytujący sposób. Jakby już, teraz, za raz, natychmiast miała chulnąć największa łachudra świata.
Cała moja twarz pokryta jest pryszczami a czuję się po prostu koszmarnie. Koszmarnie.
Czuję, że targają mną hormony. 

Sytuacja w gaciach jakaś tam jest, ale na tyle dziwna, że nie jestem w stanie jej zakwalifikować, czy to jest okres, czy plamienie. Wszystkie znamiona wskazują na okres, ale jest tego po prostu za mało.
Okres właściwy powinnam dostać w ubiegłą sobotę. W dniu kiedy zaczęłam brać antyki, w mojej opinii, miałam do tego pełne podstawy. Sęk w tym, że okres nie rozkręcił się. 

Dzwoniłam do kliniki, ale tam panie na recepcji są kompletnie niekumate.
Ojca Dyrektora nie będzie do przyszłego tygodnia, więc umówiłam się dziś na 15:40 do jakiegoś innego lekarza - ginekologa, żeby sprawdzić, co się dzieje.
Kolejne 120 zł - ale nic nie poradzę.
Czuję się tak źle, że jest mi to na ten moment obojętne.

Niech lekarz zajrzy do środka i powie co się dzieje, bo oszaleję. 

Pięknie.
I to ma być cykl "wyciszający".
To ja nie pytam, jak będzie wyglądała kulminacja procedury. 

czwartek, 10 kwietnia 2014

Falstart...



Debilem mnie nazwać, to mało...

Teoretycznie mam dziś 2 dzień cyklu.
Ale tylko teoretycznie, ponieważ mój okres jakby... zniknął.
Najlepsze jest to, że antyki i tak łykam.

Byliśmy wczoraj u Ojca Dyrektora.
Zapłaciliśmy 150 pln po to, żeby się umówić na histerosopię w Wielki Piątek.
Rozpisanie procedury w środę, po Świętach (podobno Święta w tym roku też są, nic o tym nie wiem).

Ojczul pyta:
- Który dzień cyklu?

Ja:
- Yyy no właśnie, tu jest mały problem..

Ojczul, podnosi wzrok znad kartki:
- ???

Ja:
- Jeszcze niedawno wydawało mi się, że drugi. Jest jakieś plamienie, ale jeszcze nadal się nie rozkręciło. A najgorsze jest, wie pan co?..

Ojczul, z miną jakby patrzył na debila, wyraźnie rozbawiony:
- Yyy, no nie wiem? Co?

Ja, z miną "Jozina z Bazin":
- No, bo ja zaczęłam brać te pigułki anty już...

Ojczul:
- Aha. Ale coś się rozkręca?

Ja:
- Tak, tak. Bezapelacyjnie. 

Ojciec:
- No to brać, brać.

No i zajebiście, tylko historia z okresem ma się tak:
w poniedziałek coś tam zaczęło pultać (Boże, co ja gadam..). Więc pojechałam z tamponami, z radością jakbym w totka wygrała kumulację. Niewiele tam na tych tamponach było, no ale było!
I wczoraj koło 15:00 wciskam, a tam coś nie idzie (Jezu... sorry dziewczyny). Sprawdzam a tam nic.
No więc zrezygnowałam z tampona i tak do teraz chodzę sobie bez asekuracji. I co?

Sahara.

Nic. Okresu nie ma. Brzuch mnie boli, wkurwiona chodzę na wszystko dookoła, a okresu mnie ma.
Jestem przerażona. I co teraz?

Żrę anyki, za tydzień z hakiem histeroskopia a ja co?

Żeby się nie okazało, że za szybko te antyki zaczełam brać i wstrzymałam sobie okres.

I co teraz???

Małż mówi:
- Yyy, może weź, test zrób.

Ale ludzie, z czym do ludu?? O czym jest mowa?
Jeden seksik był i to tuż przed rzekomym okresem, to by musiało być niepokalane poczęcie.
(ale gdyby jednak, to właśnie łykam tabletki anty, to by było chyba słabo..)

Masakra.
Odczekam jeszcze dziś. Jak nie dostanę to zadzwonię do kliniki się skonsultować, bo ja nie wiem co mam teraz zrobić.

A poza tym za raz mnie potarga.



wtorek, 8 kwietnia 2014

Do biegu - gotowi - start!

Źródło: http://www.ideiademarketing.com.br/


Doczekałam się na, wyjątkowo upragniony w tym miesiącu, okres ;)
Dziś 1 dzień cyklu. Cyklu przed-invitrovego. Cyklu wyciszającego.
Zaczęłam tabletki anty i cieszę się, jak dziecko. Pierwszą łyknęłam komisyjnie przed Małżem, wymachując w powietrzu blistrem z Yasminelle.

Jutro o 16:30 czeka nas wizyta u Ojca Dyrektora,w celu umówienia histeroskopii i... nie wiem, chyba rozpisania jakiegoś planu. Może już wypisze receptę na leki? Nie wiem, ale jestem za przeproszeniem, obsrana z radości.

Nadal czekam, nadal niecierpliwie, ale... już coś zaczyna się dziać.
Między nami jest fajnie.

Mały kryzysik zaliczyłam w niedzielę.
Był mały grill u znajomych na działce. Była też ta koleżanka od strasznej historii o poronieniu (opisywałam jakiś czas temu).
Mam chyba jakiś radar, ale jestem na 99% pewna, że ona jest w ciąży.
I znowu.. nie zrozumcie mnie źle. Fantastycznie, że jest i niech będzie po stokroć. Życzę Jej tego z całego serca.
Nie mówiłam jej o naszym IVF, ale mam wrażenie, że nasza wspólna koleżanka jej powiedziała, żeby powstrzymać Ją przed dzieleniem się ze mną radosną nowiną. Unikała mojego wzroku jak ognia.

Ale ale nie o tym.
Nadszedł ten wymarzony 1dc i super!

W blogosferze jedna z nas rozpoczęła, ku wielkiemu szczęściu swojemu i ogółu, dobrą passę i było by tak cudownie, gdybym tą passę podtrzymała...

Byle do przodu!



czwartek, 3 kwietnia 2014

On

Przestałam histeryzować i skupiać się na sobie [pieprzona egoistka] i zobaczyłam Jego.
Przecież On jest w kompletnej rozsypce!

Rzucił palenie, a palił chyba, jak słowo daję, od urodzenia (mieszkał w bardzo palącym mieszkaniu w bloku). Jestem w szoku. Nie spodziewałam się, że to jest możliwe, żeby rzucił.
Bierze Tabex, jest blady jak ściana, dostał jakiejś wysypki na czole, dziś rano zrobiło mu się słabo.

Obsesyjnie sprząta mieszkanie.
Nasze cztery ściany nigdy nie robiły za sterylne muzeum. Aktualnie sprząta każdy pyłek.

Wczoraj próbowałam poruszyć z Nim temat IVF.
Powiedział 2 zdania, wyjątkowo przyjaznym i nie wkurwiającym tonem,  po czym dostał szału.

"On nie ma nic do powiedzenia. Dla niego coś jest nie tak z tymi wynikami. On je powtórzy teraz, po rzuceniu palenia, jeszcze raz, bo przecież to się wszystko tak zmienia.. Ale nie będzie o tym gadał, bo nie ma nic do powiedzenia."

I agresor. 

Szczena mi opadła na tekst, że "nie wierzy w wyniki".
WTF? Kompletny mechanizm wyparcia. Byłam tak zszokowana tym stwierdzeniem, że nie wiedziałam, co powiedzieć.

Potem, wieczorem, odpytałam go jeszcze, czy jest pogodzony z IVF, czy ma z tym jakiś problem. Moralny, etyczny, organizacyjny, że "nie z miłości" (taa, wiem, bullshit) czy jeszcze jakiś inny:

"Nie. Ale dla przyjemności tego nie robię".

Mam wrażenie, że On ma do mnie wyraźną pretensję, kiedy tylko zaczynam mówić o IVF.
Dla Niego każde moje słowo o IVF = histeryzuję.

Zapytałam, czy myśli o tym IVF, czy jakoś to za nim chodzi..
Burknął:

"Nie, o dziecku myślę, a nie o IVF. Bo jakoś kiedyś tak czy inaczej tymi rodzicami zostaniemy."

W wypowiedzi wybrzmiewała pretensja.

I na ten moment nieistotne jest dla mnie, że ja mam potrzebę gadania o tym a On nie.
( btw. moja najlepsza kumpela zlewa mnie i nie dzwoni do mnie od kilku tygodni, mam wrażenie, że ją wykończyłam w temacie niepłodności).

Istotne jest to, że zauważyłam Jego nie najlepszy stan w tym wszystkim.
Muszę, chcę się bardziej postarać w tym wszystkim, dla Niego.

PS. Żona Jego wspólnika dziś wylądowała na porodówce.