środa, 28 maja 2014

"When real people fall down in life, they get right back up and keep walking"

Przede wszystkim z całego serca dziękuję wszystkim za wsparcie. I dziś, i w ostatnich dniach, i przez cały czas trwania procedury i generalnie... od niemal roku.
Nie macie pojęcia nawet, jak bardzo mi pomogliście. Paradoksalnie, "obcy" ludzie i wirtualny świat - to najlepsze środowisko, żeby wyrzygać z siebie wszystko to, co się w człowieku zepsuło od tej dziwki, niepłodności. Nikomu innemu nie mogę powiedzieć aż tyle. 
Dziękuję wszystkim razem i każdemu z osobna. 

Z pracy pędziłam na złamanie karku.
Kiedy tylko wpadłam do domu wybrałam numer do kliniki, małż stał kilka metrów dalej - struchlały w oczekiwaniu.
Pani poszperała w komputerze... poprosiłam, żeby przedyktowała mi wynik bety.
Nie musiała wiele dyktować. Stwierdziła smutnym głosem, że beta poniżej 0,1.
W jej głosie było słychać tą nutę "oj, przykro mi".

Otrząśnięcie się po tej informacji zajęło mi jakieś 60 sekund.
W pierwszym momencie miałam ochotę uderzyć w płacz, ale... nie wiedziałam, co mam zrobić ze sobą. Przez krótką chwilę zupełnie się zgubiłam.
Siedziałam za stołem. On stał oparty o kuchnię.
Widziałam, jak się cały składa. On, nie stół.

Od razu wybrałam numer do mojej mamy, potem do teściowej, do brata, sms do przyjaciółki.
Wiedziałam, że muszę im powiedzieć tak szybko jak to możliwe, bo oni czekają, oni się męczą.

Pierwsze słowa mojej mamy brzmiały:
"żartujesz?"

To jest ten czas, kiedy żałuję, że im powiedziałam.
Ja nie uroniłam ani jednej łzy. Mam wrażenie, że oni zrobili to za mnie, z nawiązką.

Moja mama łykała gulę. Słyszałam to w jej głosie.
Teściowa też.
Brat - załamka.
Przyjaciółka - zadzwoniła po jakiś 2 godzinach, zasmarkana i zaryczana jak bóbr.

Mamy już plan ekspresowego crio transferu - powstał w jakieś 5 minut po odebraniu wyniku bety.
Ale mamom nie powiemy już o tym. Powiemy im po fakcie.
Wystarczy dla nich tej męki. Wystarczy, że my cierpimy.

Po tym, jak już wszystkich obdzwoniłam, zadzwoniłam do pani embriolog. Zameldowałam porażkę. Kazała odstawić leki. Pamiętała, że mamy dużo zarodków.
Jestem do lekarza umówiona na 10:35 na piątek i lecimy dalej.
Wracam po kolejnego mrozaka. Na razie - jednego. Ale jeśli ta kolejna próba nie wyjdzie - pokusimy się o dubla.

W kolejnym kroku... pojechaliśmy sobie do knajpy na obiad.. Odważę się nawet powiedzieć, że pożartowaliśmy z sytuacji... Napiłam się wina. Pierwszy raz od początku kwietnia. Zaszydziliśmy sobie z całokształtu. Nie było rzucania się na podłogę, płaczu, gili.
Na parkingu podszedł gość zapytać o drobne. Typowy żebro-żulek. W szampańskim nastroju zbliżyłam swoją twarz go jego i zapytałam, pełna konspiracji i powagi:

- Yyy, no właśnie my też zbieramy kasę. Na kolejne in vitro. Ma pan coś może, drobniaka jakiegoś?
- /gość jak wryty/ Yyyy, no nie mam..
- Aha. No szkoda no.
- No, szkoda..
- Ffffszystkiego dobrego, do-widzenia. /i kita/


/mina gościa bezcenna/


Uważam, że tak musiało być.
Wiedziałam, że tak się stanie.
Musieliśmy ponieść tą porażkę, ja musiałam zrozumieć i dojrzeć.
Za bardzo byłam skupiona na tym, co zostawiliśmy w laboratorium. Za mało na gościu w mojej macicy.
Musiałam widocznie dostać tą lekcję, żeby zrozumieć. Żeby odpuścić samobiczowanie się moralne, żeby mocniej zapragnąć, żeby się udało. Żeby w spokoju zajść w tą ciążę, a nie podczas każdego kolejnego USG zastanawiać się, jakby by wyglądała każda kolejna z 8 zamrożonych blastocyst.

Dostałam lekcję wychowawczą.
Zrozumiałam.
Odpuściłam.

Jestem gotowa na kolejną próbę.

Na koniec, fragment mojego ulubionego serialu, który wydaje mi się tak cholernie adekwatny.
Z dedykacją dla Carrie i dla mnie.



When real people fall down in life, they get right back up and keep walking.

Dupa

Nie udało się.

Pierwsza w życiu beta HCG

Za mną trudne ostatnie dni oczekiwania na wynik, bezsenna noc zlana potem oraz oddanie krwi na betę. Pierwszą w życiu. Nigdy do tej pory nie byłam na tyle blisko ciąży, żeby zrobić betę. Uwierzycie?

Czuję intuicyjnie, że się nie udało.
Zły humor trzyma już od wczoraj wieczorem.
Wszystkie opisywane niedawno objawy, mam wrażenie, że minęły w niedzielę.
Piersi jakby wróciły niemal do normy, apetyt zniknął, siku też jakoś popuściło.

Mam dzwonić po wynik koło 14:00.
Wyjdę z pracy koło tej godziny, pojadę do domu i dopiero wtedy zadzwonię.
Dam Wam znać.
Krótko, bo pewnie niezależnie od wyniku, nie będę miała dużo do powiedzenia.

Miło było chociaż na chwilę być w ciąży.
To jak lizanie cukierka przez folijkę..

sobota, 24 maja 2014

Brzucho-love

 Źródło: http://pregnancyes.blogspot.com/2014/05/pregnancy-questions.html

Dziś stuknęło 7 dni od transferu.
Tydzień temu zamieszkała we mnie malusieńka blastocystka, ale czy zechciała uwić sobie u mnie domek na najbliższe 9 miesięcy?
Czy stanie się tym człowiekiem, o konkretnym wyglądzie, charakterze, kolorze oczu i zapachu?
Tym jedynym człowiekiem. Nie wiem.

Oczywiście mój organizm zachowuje się bardzo dziwnie a ja zrzucam to na hormony i leki, które przyjmuje.

Konkretnie:

--> Ogromny apetyt - ja nie jem. Ja wciągam i chłonę. Trochę żuję w międzyczasie, ale nie przywiązuję do tej czynności większej wagi. Apetyt był jeszcze przed transferem, więc nic w tym szczególnego. Z tym, że to się chyba nasila.
(mdłości brak)

--> Cycki. Boobies. Jakby mi ktoś wszył silikoniki i z rozmiaru B zrobiło się porządne C.
Są ckliwe. Szczególe sutki. I dość mocno uwidoczniły się żyły - dziwnie to wygląda.

--> Siku.
Sikanko w dzień  co 1 h - 1,5 h (a na ogół pęcherz mam ze stali).
Po nocy, koło 8 rano budzi mnie pęcherz wypełniony do cna. Sikanko po takiej nocy sprawia mi taką ulgę, że siedząc na kibelku podśpiewuję sobie radośnie.

Powyższe zrzucam na hormony, tylko to sikanie mnie zastanawia... bo czy hormony mają coś do sikania? Nie wiem.
Oczywiście bardzo łatwo mnie zdenerwować, ale to jest zupełnie normalne - jestem na hormonach.

Ostatnie dwa tygodnie były dla mnie bardzo trudne, głównie psychicznie (chociaż fizycznie SPA to nie było). Targały mną różne emocje, z którymi nie mogłam sobie poradzić. O wielu z nich pisałam w poprzednich postach. Na pewno nie mogę powiedzieć, że przepracowałam w mojej głowie wszystko, ale doszłam ze sobą do jakiegoś ogólnego ładu.

I obudziło się z całą mocą pragnienie.
Pragnienie, żeby się udało.

/ testuję w środę, jedenastego dnia po transferze/



środa, 21 maja 2014

Trochę w ciąży

 Źródło: http://ibibleverses.christianpost.com/bible-verses-about-devotional/waiting

Dni mijają jeden za drugim.
Dziś  4 dzień po transferze.
Mam urlop, siedzę w domu i praktycznie rzecz biorąc - nic nie robię.
Nie leżę plackiem, ale nie robię też nic produktywnego.

Mój organizm w żaden specjalny sposób nie daje znać, żebym miała zostać mamą.
Jednak trudno by było tego od niego oczekiwać po 4 dniach od transferu.
Moja głowa również ma problem, żeby się oswoić z taką ewentualnością. 

Hormony za to dają się we znaki:
jestem bardzo drażliwa i kłótliwa, piersi są dorodne i bolące i mam meeeeega apetyt. Jem wszystko, co mi wpadnie w rękę. Buzia, która podczas stymulacji wyglądała pięknie i promiennie, aktualnie obsypała się trądzikiem. Popołudniowa drzemka stała się obowiązkowa - około 17:00 dosłownie padam, z otwartą buzią śliniąc poduszkę ;)

Codziennie przyjmuję, poza tabsami i Utrogestanem, 2 strzały w brzuch:
Fraxiparinę (na ukrwienie macicy) oraz Prolutex (progesteron).
Brzunio niestety znosi te atrakcje coraz słabiej, mam siniaki i krwiaki, ślady po igle, zrosty. Małż codziennie robi zastrzyki, niezmordowanie, z wielką troską.
Wczoraj nabyłam maść o romantycznej nazwie SINIAK (z wyciągiem z kasztanowca i dodatkowymi bajerami), która trochę ten brzuch wygoiła i wieczorne zastrzyki były znacznie przyjemniejsze w przyjęciu.
 
Psychicznie - rollercoaster. 

Sytuacja laboratoryjna wygląda tak, że zostało nam finalnie 8 dobrych mrozaków.
Fajnie, że raczej nie grozi mi kolejna stymulacja.
Fajnie, że 8 to jednak nie 11.
Fajnie, że natura tak ochoczo połączyła nasze geny.

Jednak moja głowa i serce dostrzegają raczej te ciemne strony procedury. I stąd ten psychiczny rollercoaster. Nie mogę przestać mielić w mojej głowie scenariuszy, cóż my poczniemy z takim dobrodziejstwem inwentarza.
Małż ma dużo zdrowsze podejście, sprowadza mnie na ziemię i chwała Mu za to.
Stwierdził, że to nie jest czas, żeby się nad tym zastanawiać. Że wiele się jeszcze może zdarzyć, że przecież planujemy co najmniej  2kę dzieci, nie wszystkie zarodki przeżywają mrożenie i taaak daaalej. A finalnie: on nie ma problemu z adopcją prenatalną. Na niszczenie nie wyraża aprobaty (nie twierdzę, że ja wyrażam. I nie twierdzę też, że nie wyrażam).

Bardzo trudno mi poradzić sobie z moją głową, z sercem.
Skłamała bym, gdybym napisała, że leżę i z miłością i trwogą ściskam brzuch.
Dodatkowo, mam takie wrażenie, że jeśli to podejście się nie uda, to będzie głównie moja zasługa. Mojego psychicznego potrzasku.

Właściwie trudno mi nazwać i sklasyfikować moje uczucia.
Jednego jestem pewna: różnią się od euforycznego stanu opisywanego przez dziewczyny (i nie tylko) na innych in vitrowych blogach.

Wszyscy wtajemniczeni w mój stan psychiczny powtarzają, że ta rozwałka minie, kiedy poczuję, jak rośnie we mnie dziecko.
A ja im wierzę.



sobota, 17 maja 2014

W dwupaku (czyli po transferze)

 Źródło: http://www.wordans.ca/custom-t-shirt-design-details/symbols-shapes-design-baby-inside-200373

Do kliniki zawitaliśmy punktualnie 7:40.
Szybki strzał w brzuch z Prolutexu, NO SPA, wbicie się w koszulkę i... wooooda. Oczekiwałyśmy z 3 innymi dziewczynami na zabieg, chlejąc wodę, wypełniając pęcherze i wymieniając się historiami niepłodnościowymi. Można by powiedzieć, że było bardzo miło.

Na zabieg poszłam ostatnia (bo jakoś każdemu chciało się bardziej sikać niż mnie, więc przepuszczałam).

Podano mi jedną blastocystę klasy 3AA.
Poza tym zostało nam 6 blastocyst gotowych do mrożenia i kilka dzielących się jeszcze komórek, ale dopiero jutro będzie można określić ile z tych dodatkowych (i czy w ogóle), nada się do mrożenia (jeśli o mnie chodzi, to już lepiej niech dadzą sobie spokój i to oznajmiłam Pani Embriolog).

Sam zabieg był wykonywany przez Ojca Dyrektora we własnej osobie.
Wyraził aprobatę dla wyniku 7 blastocyst ("z medycznego punktu widzenia, jest to bardzo dobry wynik" - dodał) i podał zarodek.
Podczas zabiegu założyli mi na uszy słuchawki z muzyką relaksacyjną. Nic nie bolało. Byłam zaskoczona, że aż tak długo to trwa.

Co czułam?
Nie wiem, nie umiem to nazwać.
Łzy popłynęły, z kącików, po skroniach. 

Patrzyłam na monitor, widziałam tam jakaś kropkę, co do której odczuwam bliżej nieokreśloną mieszankę sympatii, ciekawości i nadziei. Tak trudno mi sobie wyobrazić, że miałby powstać z niej najważniejszy w moim życiu człowiek, o konkretnym charakterze i wyglądzie.
Moje myśli uciekały również za ścianę, do laboratorium, do moich pozostałych 6 blastocyst (wszystkie tej samej, dobrej klasy).

Po zakończonym  zabiegu zapytałam Pani Embrolog:

- Pani Małgosiu, mam pytanie. Czym się pani kierowała wybierając zarodek?
- Zawsze jakością.
- No tak, to wiem. Ale czy ta, którą dostałam, spośród tych najlepszych, wyróżniała się w jakiś szczególny sposób?
- ;) No, nie bardzo. Wszystkie ładne.
- Aha, dziękuję. Nie pomogła mi pani..

Kolejną atrakcją było sikanie do kaczki (tudzież basenu, nie widzę różnicy), w związku z tym, że po transferze musiałyśmy swoje odleżeć a potrzeba była nie do zignorowania.

A potem wypis i wpadłam wprost w ramiona zdenerwowanego, podminowanego Małża.
Siedział chłop od 9 do prawie 11 przed sekcją do IVF i się denerwował.

No więc, zamiast czułości i spijania sobie z dziubków, pokłóciliśmy się już w samochodzie.
A przy "śniadaniu" poleciały już bluzgi i mega fight.
On to przeżywa prze-strasznie a ja też nie jestem po tych hormonach jakoś mega wyrozumiała, nie ma co.

W każdym razie - jesteśmy po transferze.
Czekamy.




środa, 14 maja 2014

Brzemię

 Źródło: http://staramy-sie-o-dziecko.blogspot.com

Dziś będzie poważnie i, możliwe że, kontrowersyjnie.
Nie wiem, czy to jest dobry czas, na takie dyskusje i dywagacje, ale mam ogromną potrzebę o tym "porozmawiać".

Pani Embriolog przekazała mi dziś informację, że wszystkie nasze 11 zarodków dzielą się prawidłowo. W tym 8 zarodków jest bardzo ładnych ( I klasa ), 3 są trochę słabsze (ale nadal bardzo ładne). Podsumowała rozmowę stwierdzeniem, że "jest dobrze i sytuacja jest bardzo obiecująca".
Mamy więc 11 zdrowych zarodków i wszystkie się dzielą. 

W komentarzach odebrałam sporo gratulacji i pozytywnych emocji (dziękuję, że jesteście moim najskuteczniejszym wsparciem! Dziękuję Wam z całego serca!).

Nie wiem jednak, czy ja aż tak mocno podzielam te pozytywne emocje i radość.
Otóż temat, który zamiotłam pod dywan, wyskoczył jak Filip z konopi, troszkę niespodziewanie.
Wyskoczył i napadł na mnie i na mojego S. roztaczając złowrogą aurę.

Temat nadliczbowych zarodków.
Temat, który na blogach niepłodnościowych, które odwiedzam, nie jest zbyt często poruszany.

11 zarodków.
Wiadome jest, że ja ich wszystkich nie urodzę.

Oczywiście, wiele się może jeszcze wydarzyć. Przed nami kilka dób do transferu, podczas których może się jeszcze wiele zmienić, sam transfer, potem oczekiwanie na betę. Nie wiemy, ile jeszcze podejść nas czeka.. Nie wiemy, ile zarodków przetrwa mrożenie.   (zamieniłam słowo "przeżyje" na "przetrwa").

Może nie powinnam krakać, tylko cieszyć się z tego, że sytuacja jest "wielce obiecująca", ale jakoś... nie potrafię się cieszyć. Mało tego - Małżon również słabo znosi całą sytuację.

Kiedy zadzwoniłam dziś do Niego z najświeższymi newsami z laboratorium, stwierdził, że:
"Ehh kurna, czuję się, jakbym hodował jakieś-tam-stworki w Warcrafcie" (gra komputerowa)

Rozumiem, że to stwierdzenie może być dla niektórych szokujące.
Ale to mój kawałek digitalowej podłogi i nie zamierzam udawać, że sprawy mają się inaczej, niż mają się w rzeczywistości.

Nie wiem jak to się właściwie stało, że wcześniej, przed punkcją, nie zastanawiałam się, ile komórek chcemy zapłodnić.
Pierwsze wątpliwości pojawiły się, kiedy tuż po punkcji przyszła Pani Embrolog z pytaniem: "ile zapładniamy".
Wtedy z mojej głowie i sercu pojawiła się panika, ale po pierwsze: byłam w stanie narkotycznym po narkozie, a po dwa:  jak ja mogę podjąć taką decyzję, nie umiejąc szacować szans... mogłam powiedzieć: "proszę zapłodnić jedną, tą szczęśliwą, która będzie moim dzieckiem". No mogłam. Tylko wtedy mieli byśmy jakieś.. nie wiem... 5% szans maks?
(oczywiście wspólnie oznajmiliśmy pani embriolog, że wszystkie. wspólnie.)

W mojej głowie powoli rodzi się temat adopcji prenatalnej.
Znowu dodam, że na takie dywagacje jeszcze za wcześnie. Ale proszę, dajcie mi się wygadać..

Jest to temat trudny, bo przecież to są nasze komórki, nasze geny. One jeszcze w poniedziałek rano były w nas, a teraz są w laboratorium i miała bym je oddać?
Jak żyć ze świadomością, że nasze dzieci będą tam gdzieś, na ziemi, u innych ludzi?
Zapewne pośród ludzi, którzy otoczą je miłością, skoro mieli tyle wytrwałości, żeby podejść do IVF ale... Myślę, że moje wątpliwości nie wymagają tłumaczenia.
Z drugiej strony - jaki mam wybór?
Opłacać mrozaki do końca życia a potem życia moich urodzonych dzieci?
Moja klinika nie niszczy zarodków (niszczenie jest nielegalne z tego co wiem, a nawet jeśli by było to... c'mon). W wypadku zaprzestania opłacania ich przechowywania, zostają oddane do adopcji prenatalnej. Więc tak czy inaczej...

Mamy 8 pięknych, dzielących się zarodków klasy I. Jeśli embriolog pokaże mi je przed transferem i każe wybierać, to chyba wstąpię do piekieł.  Nie dokonam takiego wyboru. Mam nadzieję, że tego nie zrobią.

Tak, wiem, że jeszcze wiele może się zmienić. Nie wiemy też, ile prób nas jeszcze czeka. Przecież nawet, jak teraz się uda, to i tak będziemy chcieli mieć więcej dzieci. Więc wrócimy do nich.
Pewnie zaszokuję pisząc, że po cichu liczę, że tych zarodków jednak zachowa się mniej.
Będę wtedy miała poczucie naturalnej selekcji a nie mojej/naszej łaski czy niełaski.

Tylko, czy było by mi lżej, gdy tych zarodków było np. 5 a nie 11?
Możliwe, że tak.

Dzieją się aktualnie rzeczy nieodwracalne, rzeczy najwyższej wagi i musimy to jakoś dźwignąć.
A ciężar to spory.


Drugi panel dyskusyjny w ramach kompanii "Powiedzieć i Rozmawiać". "Jak powstaje życie? O dawstwie ustami embriologów (i nie tylko!)"

wtorek, 13 maja 2014

Jajniki w domowych pieleszach (+update: mamy zarodki!)

 Źródło: www.ikea.com

... dochodzą powoli do siebie.
Chociaż pewna nie jestem, czy dochodzą, czy też nie dochodzą.

Noc przespałam. Przed 6:00 rano zaczął mnie budzić tępy ból jajników.
Złe samopoczucie od narkozy zniknęło, ale jajniki jak bolały, tak bolą. Chodzę jak pokraka, cała pokrzywiona, bo mnie boli. Chodzę tylko wtedy, kiedy na prawdę muszę.
Do pracy rzecz jasna nie poszłam. Nie ma takiej opcji. Zbyt słabo się czuję i zbyt boli.
Niezbyt chętnie wzięłam APAP, ale nadal boli. 

Próbuję pracować zdalnie, ale moja głowa jest myślami w laboratorium.
Próbuję się dobić telefonicznie do Pani Embriolog, ale telefon jest czynny od 14:00, więc nadal nic nie wiem..

Powoli ogarniam i przyzwyczajam się do pudła z lekami, jakie zostały mi zapisane.
Zaobserwowałam u siebie już jakiś czas temu niesamowity apetyt. Zapewne przez hormony.
Zjadła bym wszystko, co wpadnie mi pod rękę.
Jestem raczej szczupła, ale nie chciałabym jednak utyć jak świnka, nie będąc jeszcze w ciąży (a potem nie będę sobie żałować,o ile się uda...).

No i oczywiście noszą mnie nerwy, od tych hormonów.
Wystarczy, że małżon jakoś krzywo spojrzy a ja uderzam w lament i wrzask. Staram się kontrolować, ale mam wrażenie, że średnio mi to wychodzi.
Biedny chłop.
______________________________________________________________________________
UPDATE Z LABORATORIUM:

Dodzwoniłam się!
Mamy całe stado zarodków!
Zapłodniły się wszystkie komórki! Czyli mamy 11 zarodków!
Ale numer!

Pytałam o ich jakość, klasę, ale Pani Embriolog powiedziała, że jest jeszcze za wcześnie, żeby coś powiedzieć więcej. Że jutro zobaczymy, jak będą się dzielić.

Czuje się przedziwnie.



poniedziałek, 12 maja 2014

Po punkcji

 Źródło: http://jestjeszczewodka.stronazen.pl/dmuchawce-latawce-logien/

No i już po krzyku, ale nie ukrywam, że jestem zmasakrowana zarówno psychicznie jak i fizycznie.
Miła atmosfera z małżonem zaczęła psuć się już w sobotę a dziś o mały włos się nie pozabijaliśmy.
Bardzo źle zniosłam wenflon i pierwsze kroplówki.
Sam zabieg spoko. Trochę mnie przeraził wygląd sali zabiegowej, taki groźny i surowy, ale narkoza spisała się na medal - odpłynęłam całkowicie.
Byłam dość zabawna po przywiezieniu mnie z zabiegu - non stop gadałam z dziewczynami, wydawało mi się, że całkiem sensownie, z tym, że jak się potem dowiedziałam, bredziłam bez sensu i po 3 razy pytałam się o to samo.

Fajne było to, że do wybudzania zawołali małżona.
W domu byliśmy dopiero jakoś koło 15:00 - 16:00, także wybaczcie, że wcześniej nie pisałam.

Fizycznie jestem w średniej kondycji. Brzuchol boli, niezbyt fajnie się czuję po narkozie.
Psychicznie też czuję się jakoś... kulawo.
Tym bardziej, że rozpisali mi zastrzyki na kolejne 14 dni. Nosz kuźwa... na to się nie przygotowałam.

Dobra, konkrety:
--> Pobrali 14 komórek
--> 11 nadaje się do zapłodnienia (i tyle będziemy zapładniać, bo my nie z programu, więc nie mamy ograniczeń).

Pytałam o ich jakość, ale P. Embriolog powiedziała, że na tym etapie to nie ma znaczenia.
Dzwoniłam przed chwilą do laboratorium, ale jeszcze nic nie wiadomo, musi minąć ileś-tam-godzin żeby można było powiedzieć coś więcej. Czyli jutro się dowiem.

Aha, jeszcze jedno: robimy metrodą PICSI, jako, że małżon ma bardzo niski wynik HBA bodajże (10%).

Nie wiem czy jutro pójdę do pracy. Na ten moment czuję się jak gówno.

__________________________________________________________________________

UPDATE: Jakie leki mam jeszcze do wybrania.


Nadal mam brać:
  • Encorton - 2x dziennie po 5 mg
  • Acard - 2x1
  • Femibion Natal - wiadomo
 Do tego dochodzi:
  • Fraxiparine podskórnie od jutra, przez 14 dni ( przeciwzakrzepowe )
  • Prolutex (progesteron) podskórnie od dziś - nie wiem jak długo nawet, ale mam 2 opakowania a bierze się raz dziennie, więc.. dość długo (skurczybyk ma trochę grubszą igłę niż pozostałe leki, więc szczerze go nienawidzę. Tego nie trzeba brać domięśniowo. Jest napisane na opakowaniu, że jeśli pacjent wykonuje sobie sam, to tylko podskórnie).
  • Utrogestan dopochwowo - 3x1 globulka (ale dziś wzięłam tylko jedną)
  • Progynowa 3x1 - to jest estradiol i tu mam trochę problem, bo blister jest skonstruowany tak, że 1 tabletka per 1 dzień tygodnia (jak w antykach). A skoro ja mam brać 3x1 to nie za bardzo rozumiem... dziś wzięłam tylko jedną, ale nie wiem, czy dobrze robię.
I chyba tyle.
Dziś mam trochę rozwalone dawkowanie, bo dopiero koło 22:00 miałam siłę żeby usiąść i zapoznać się z lekami. Więc te, które mam brać 3x dziennie, wzięłam tylko po jednej dawce.
Nie wiem, czy czegoś sobie nie rozreguluję przez to, ale nie mam siły się aktualnie nad tym zastanawiać.


niedziela, 11 maja 2014

Zakończenie stymulacji

Źródło: http://creatingmotherhood.com/2012/03/27/woman-with-a-plan-and-animal-balloons/

Dziś 12ty dzień stymulacji.
Cały czas trzymam się stwierdzenia, że in vitro jest zdecydowanie za bardzo wyolbrzymione i zdemonizowane.

Wczoraj przyjęłam igłę w żyłę na kolejne pobieranko (nie obyło się bez łez, taka już jestem podziabana a pani w labortorium rozpoznała mnie jako "aa to u pani tak te zrosty strzelają". Jezu. ).

Dodatkowo wieczorem Cetrotide (zostawia siniaki), Merional + Fostimon (w jednej strzykawce małżon zrobił) i Ovitrelle o 22:30. Oczywiście doustnie cały czas przyjmuję Encorton, Acard i inne.

Nie ukrywam, że moje 18 pęcherzyków w jajnikach daje o sobie znać. Chodzę troszkę jak cowboy, siadam też dość ostrożnie (co mi nie przeszkodziło wczoraj 2x się wybrać do IKEI w ciągu jednego dnia). Jeśli chodzi o emocje mam wrażenie, że jestem dość trudna już - kłótliwa i płaczliwa.

Trochę się boję o te pęcherzyki. Czy jest opcja, że one nie wytrzymają do poniedziałku rano, że będzie jakaś  wcześniejsza owulacja? Już wczoraj miałam takie dziwne wrażenie, że mi za raz wszystkie wypadną, albo eksplodują.
Takie uczucie, jakbym miała zamiast jajników takie balony podłużne, z których się robi zwięrzątka dla dzieci. Średnio przyjemnie.

Nie boję się punkcji (jutro 9:30). Jestem zahartowana po HSG i ostatniej histeroskopii.
Nie ukrywam jednak, że podekscytowanie jest.
Cieszę się, że to już koniec stymulacji, bo jednak 12 dni, to chyba najdłuższy protokół.

Idąc śladami Carrie, chętnie przyjmę wszelakie rady dotyczące dnia jutrzejszego.

Mam w planie:
- wyprać koszulkę nocną w szarym mydle (kazali wziąć swoją)
- zabrać tshirt, papcie,szlafrok
- umyć się w szarym mydle, łącznie z włosami, już dziś wieczorem
- rano tylko higiena intymna tylko wodą + odrobinę mydła szarego (ale pewna nie jestem)
- krem bezzapachowy na twarz i dam odrobinkę korektora i różu, bo nie dam rady tak całkowicie au naturel

no i w drogę, dzieci robić. 


piątek, 9 maja 2014

10ty dzień stymulacji

Jestem podziobana jak sitko.
Wczoraj i dziś niezbyt entuzjastycznie przyjęłam 3 zastrzyki w brzuch: Merional, Fostimon i Cetrotide.
Dziś rano byłam dodatkowo na pobieraniu krwi i aż mi zrosty w żyłach strzelają już, troszkę zmęczone są :-/

Ale ale humor wyśmienity.
Dziś byliśmy na drugim USG.

Pani Dr rozbawiona, od razu nas poznała:
- No i jak, udało się znaleźć Białego Jelenia? - zapytała z lekką szyderą. 

Uśmialiśmy się na wejściu.

Podczas USG okazało się że:
- prawy jajnik - 12 pęcherzyków
- lewy jajnik - 6 pęcherzyków (jeden zniknął, czy coś? :) a może zmienił jajnik? :)

Endo: 10 mm
Estradiol: bardzo ładny (ponad 4 tyś).

Także zdaniem Pani Doktor jest bardzo ładnie i bardzo obiecująco.
Pęcherzyki nie są duże, ale jak stwierdziła, ja jestem drobna, więc nie mogą być duże. 

Plan:

  • dziś były 3 szoty
  • jutro rano pobieranie krwi
  • wieczorem 3 szoty + Ovitrelle o 22:30
  • niedziela: Cetrotide
  • poniedziałek: punkcja o 9:30
A my jesteśmy w tak szampańskich nastrojach, że aż mnie to niepokoi ;)



wtorek, 6 maja 2014

Podglądamy moje jajka

Źródło: http://akuridiaries.wordpress.com/about/ 

Za mną pierwsze USG kontrolne, w siódmym dniu stymulacji.
Najeździłam się jak nienormalna, bo najpierw rano pobieranie krwi (aż 3 próbki mi pobrała przemiła pani w zabiegowym - zrobiłam te wszystkie morfologie, hiv'y, grupy krwi i inne. Pierwszy raz byłam aż tak blisko fiknięcia). A potem znowu na 13:00 na wizytę.

Nie było Ojca Dyrektora. Była za to przemiła dr S. , u której zaczęłam moją przeklętą przygodę z niepłodnością. Ale i tak bardzo lubię tą panią. Nadal bardzo rzeczowa i profesjonalna, ale bardzo miła, ciepła i z ludzkim podejściem. Ma jakąś taką... dobrą karmę. Działa na mnie kojąco.

Dobra, do brzegu, lala:

jeden jajnik - 7 jajek
drugi - 6 jajek
i dość cienkie endo bo jakieś 7 mm chyba czy coś. 
Estradiol "śliczny i bardzo obiecujący" (ale nie pamiętam ile dokładnie)

czyli tak sobie chyba, no nie?
No nie wiem. Liczyłam, że się bardziej postarają. 
Na komplementa zasługuje jedynie estradiol.

Dr. S oczywiście nakazała spokój, miała ze mnie lekki ubaw, bo byłam mocno przejęta i świergoliłam na tym samolocie wywijając nogami, wiercąc się i dopytując.
Myślę, ze pomimo całego tego mojego luzakowania, jestem bardziej przejęta niż mi się samej wydaje (w pracy mi też dziś koleżanka zwróciła uwagę, że widać moje nerwy).

Kolejny podgląd w piątek.
Dr powiedziała, że do piątku sytuacja jajkowa się jeszcze rozhula, że przy takim ślicznym estradiolu to "sytuacja jest obiecująca".

I dostałam kolejne kuj-kujki:

  • Merional
  • Fostimon
  • Cetrotide
Mój entuzjazm do igieł trochę zmalał po wczorajszym, ostatnim zastrzyku z Gonalu. Małż albo trafił w dziabnięty wcześniej punkt, albo w jakieś nieodpowiednie miejsce, bo aż zawyłam.
Przemiła Pani w zabiegowym stwierdziła dziś, że no niestety, ale brzuszek będzie podziabany coraz bardziej z dnia na dzień i lepiej nie będzie.. :-/

Ciekawostka:
odpytałam Panią Dr S. o:
  • kosmetyki bezzapachowne na transfer (bo ni cholery nie mogę dostać nic bez zapachu) - BULLSHIT, była dość rozbawiona. Powiedziała, że jeśli koniecznie chcę to szare mydło. I tyle. Jak zapytałam o włosy to tylko zaczęła się śmiać.
    ( i tak się wyszoruję szarym, i to dzień przed..)
  • czerwone wino na porost endo - powiedziała, zdecydowanie rozbawiona, że "bzdura" i żebym przestała męczyć dr Google
I wiecie co mi zaleciła? Lampeczkę czerwonego wina, a i owszem, na lepszy humor i rozluźnienie ;)
 I jebut.. kolejne blisko 1000 zł poszło się fikać (badania krwi, wizyta z USG, leki).

Oszacowała, że punkcji możemy się spodziewać w poniedziałek (co oczywiście nie jest pewne).
Jestem troszkę zawiedziona, bo liczyłam, że w niedzielę, będziemy już w domu w trójkę (OMG jak to brzmi). Ale, jak to ja, troszkę się przeliczyłam. 

Łeh, zaczynam być zmęczona tym czekaniem, a tu jeszcze tyyyyyyle przed nami.

Najbardziej pozytywy aspekt tego wszystkiego jest taki, że jakkolwiek nie było między mną a małżem wcześniej, teraz jest super. Umiemy się wesprzeć, umiemy rozmawiać, jesteśmy wspólnie podekscytowani,okazujemy sobie uczucia, troszczymy się o siebie. Małż jeździ ze mną na każdą wizytę, nawet na dzisiejsze USG, chociaż wcale go o to nie proszę. Szpera potajemnie w necie, za przepisami na zdrowe odżywianie, czyta o IVF, robi zakupy, gotuje, sprząta, pierze. Dziś wyskoczył do dr S. , chyba żeby zaznaczyć swoją obecność i poświęcenie dla tematu : "a ja bioreee witaminyyyy" ;)) Dr S. była wyraźnie rozbawiona "No to bardzo dobrzeee :)" . Miała z nas chyba niezły ubaw.
Zaskoczyliśmy samych siebie. W takim związku może pojawić się dziecko. Jest dla niego piękne miejsce, w szczęśliwym domu.

Dzidziusiu, come on.
We are ready.

sobota, 3 maja 2014

Stymulacyjne szaleństwa

  Źródło: http://www.torun.wku.wp.mil.pl/pl/5579.html

Dziś 4ty dzień stymulacji. 
Wraz z rozpoczęciem kłucia spłynęła ze mnie dziwna... ulga.
Psychicznie czuję się znacznie lepiej - oczywiście, w granicach normy, jak na IVF przystało.

1 maja spędziłam na spędzie znajomych na działce.
Oczywiście nie zabrakło mojej przyjaciółki z 4-letnim synkiem, ciężarnej koleżanki (ta, która kiedyś poroniła - od razu ją wyczułam, że jest w ciąży, zanim jeszcze cała reszta wiedziała i miałam rację, jak się okazało) oraz znajomych, którzy pojawili się z trzymiesięcznym bobasem.
Nie ukrywam, że widok małego trochę mnie podłamał. Na chwilę.

Szczęśliwie mi wypadł ten weekend majowy na stymulację, bo akurat 4 pierwsze dni kłucia mogę się skupić wyłącznie na sobie / na nas. A żyję zaiste zupełnie przy tym normalnie ;)

1 maja - cały dzień na działce ze znajomymi i grlling-leżing-nic nie robing. Jedynie o 19:30 zamknęliśmy się z małżonem w altance, żeby walnąć szoty w brzuch. Małżon robi to po mistrzowsku, lepiej niż pielęgniarka w klinice. Po podaniu przez Niego Meradiolu dokładnie oglądałam pudełka, bo nie byłam pewna czy On aby na pewno wszystko wstrzyknął prawidłowo. No ale cóż, pielęgniarka w klinice mnie nie kocha :) A on taaaaaaaak, hę hę :))

Wczoraj cały dzień za to przespałam, natomiast wieczorem - na kolację pochłonęłam wielkiego burgera z colą (wcześniej starałam się wdrożyć tą dziwną dietę z mlekiem, morelami i takie tam, ale o mały włos się nie porzygałam od tego mleka - źle toleruję laktozę).
I zakończyliśmy wieczór imprezą u znajomych.. podczas której urodził się pomysł, że oto dziś za chwilę wsiadamy w samochód i jedziemy do... Torunia :) Na wycieczkę :) (jakieś 200 km od mojego miejsca zamieszkania).

Martwię się tylko, gdzie ja wsadzę Gonal, bo on musi być trzymany w lodówce. Po przestudiowaniu ulotki jednak, doszliśmy do wniosku, że przy tej zimnej pogodzie, jak sobie pobędzie w bagażniku przez 1 dzień, to nic się strasznego nie stanie. Pytanie tylko, gdzie my ten zastrzyk zrobimy - na autostradzie może być średnio komfortowo, a dodatkowo znajomi, którzy z nami jadą, nie wiedzą o IVF, więc tym bardziej będzie dziwnie, jak im nagle powiemy, że yyyy sorry, ale oto musimy sobie walnąć w brzuch. Ale coś się wymyśli.

No więc żyję sobie na pełnych obrotach, nie przejmując się specjalnie dającymi o sobie troszkę znać jajnikami.

Oczywiście w tym całej aktywności obchodzę się ze sobą delikatnie, poruszam troszkę jak emerytka i oczywiście nie piję alkoholu. Nawet tego osławionego czerwonego wina na endometrium. Biorę Encorton i boję się, że on może źle zareagować nawet z coca colą a co dopiero z winem.

Jest nieźle.
Prowadzona Waszymi radami z blogów staram się nie zakładać różowych okularów ani nie popadać w czarny pesymizm. Staram się to jakoś wypośrodkować, ale nie jestem pewna, jak jest na prawdę. Nie, nie czuję hiper optymizmu. Czuję ogromną nadzieję i ... ulgę, bo wychodzi na to, tak jak kiedyś przeczytałam na jednym z blogów, że "in vitro jest zdecydowanie za bardzo zdemonizowane".
Obym nie zapeszyła, bo to dopiero 4ty dzień stymulacji a ja czuje się tak, jakby moje jajniki prawie w ogóle nie reagowały.

Lecę spakować misia (Gonal) w teczkę i się szykować na wycieczkę ;)

I powtarzając za Carrie - proszę o trzymanie kciuków, pozytywne fluidy i może nawet krótką modlitwę.

Tak bardzo, tak bardzo bym chciała tego szczęścia...