środa, 14 maja 2014

Brzemię

 Źródło: http://staramy-sie-o-dziecko.blogspot.com

Dziś będzie poważnie i, możliwe że, kontrowersyjnie.
Nie wiem, czy to jest dobry czas, na takie dyskusje i dywagacje, ale mam ogromną potrzebę o tym "porozmawiać".

Pani Embriolog przekazała mi dziś informację, że wszystkie nasze 11 zarodków dzielą się prawidłowo. W tym 8 zarodków jest bardzo ładnych ( I klasa ), 3 są trochę słabsze (ale nadal bardzo ładne). Podsumowała rozmowę stwierdzeniem, że "jest dobrze i sytuacja jest bardzo obiecująca".
Mamy więc 11 zdrowych zarodków i wszystkie się dzielą. 

W komentarzach odebrałam sporo gratulacji i pozytywnych emocji (dziękuję, że jesteście moim najskuteczniejszym wsparciem! Dziękuję Wam z całego serca!).

Nie wiem jednak, czy ja aż tak mocno podzielam te pozytywne emocje i radość.
Otóż temat, który zamiotłam pod dywan, wyskoczył jak Filip z konopi, troszkę niespodziewanie.
Wyskoczył i napadł na mnie i na mojego S. roztaczając złowrogą aurę.

Temat nadliczbowych zarodków.
Temat, który na blogach niepłodnościowych, które odwiedzam, nie jest zbyt często poruszany.

11 zarodków.
Wiadome jest, że ja ich wszystkich nie urodzę.

Oczywiście, wiele się może jeszcze wydarzyć. Przed nami kilka dób do transferu, podczas których może się jeszcze wiele zmienić, sam transfer, potem oczekiwanie na betę. Nie wiemy, ile jeszcze podejść nas czeka.. Nie wiemy, ile zarodków przetrwa mrożenie.   (zamieniłam słowo "przeżyje" na "przetrwa").

Może nie powinnam krakać, tylko cieszyć się z tego, że sytuacja jest "wielce obiecująca", ale jakoś... nie potrafię się cieszyć. Mało tego - Małżon również słabo znosi całą sytuację.

Kiedy zadzwoniłam dziś do Niego z najświeższymi newsami z laboratorium, stwierdził, że:
"Ehh kurna, czuję się, jakbym hodował jakieś-tam-stworki w Warcrafcie" (gra komputerowa)

Rozumiem, że to stwierdzenie może być dla niektórych szokujące.
Ale to mój kawałek digitalowej podłogi i nie zamierzam udawać, że sprawy mają się inaczej, niż mają się w rzeczywistości.

Nie wiem jak to się właściwie stało, że wcześniej, przed punkcją, nie zastanawiałam się, ile komórek chcemy zapłodnić.
Pierwsze wątpliwości pojawiły się, kiedy tuż po punkcji przyszła Pani Embrolog z pytaniem: "ile zapładniamy".
Wtedy z mojej głowie i sercu pojawiła się panika, ale po pierwsze: byłam w stanie narkotycznym po narkozie, a po dwa:  jak ja mogę podjąć taką decyzję, nie umiejąc szacować szans... mogłam powiedzieć: "proszę zapłodnić jedną, tą szczęśliwą, która będzie moim dzieckiem". No mogłam. Tylko wtedy mieli byśmy jakieś.. nie wiem... 5% szans maks?
(oczywiście wspólnie oznajmiliśmy pani embriolog, że wszystkie. wspólnie.)

W mojej głowie powoli rodzi się temat adopcji prenatalnej.
Znowu dodam, że na takie dywagacje jeszcze za wcześnie. Ale proszę, dajcie mi się wygadać..

Jest to temat trudny, bo przecież to są nasze komórki, nasze geny. One jeszcze w poniedziałek rano były w nas, a teraz są w laboratorium i miała bym je oddać?
Jak żyć ze świadomością, że nasze dzieci będą tam gdzieś, na ziemi, u innych ludzi?
Zapewne pośród ludzi, którzy otoczą je miłością, skoro mieli tyle wytrwałości, żeby podejść do IVF ale... Myślę, że moje wątpliwości nie wymagają tłumaczenia.
Z drugiej strony - jaki mam wybór?
Opłacać mrozaki do końca życia a potem życia moich urodzonych dzieci?
Moja klinika nie niszczy zarodków (niszczenie jest nielegalne z tego co wiem, a nawet jeśli by było to... c'mon). W wypadku zaprzestania opłacania ich przechowywania, zostają oddane do adopcji prenatalnej. Więc tak czy inaczej...

Mamy 8 pięknych, dzielących się zarodków klasy I. Jeśli embriolog pokaże mi je przed transferem i każe wybierać, to chyba wstąpię do piekieł.  Nie dokonam takiego wyboru. Mam nadzieję, że tego nie zrobią.

Tak, wiem, że jeszcze wiele może się zmienić. Nie wiemy też, ile prób nas jeszcze czeka. Przecież nawet, jak teraz się uda, to i tak będziemy chcieli mieć więcej dzieci. Więc wrócimy do nich.
Pewnie zaszokuję pisząc, że po cichu liczę, że tych zarodków jednak zachowa się mniej.
Będę wtedy miała poczucie naturalnej selekcji a nie mojej/naszej łaski czy niełaski.

Tylko, czy było by mi lżej, gdy tych zarodków było np. 5 a nie 11?
Możliwe, że tak.

Dzieją się aktualnie rzeczy nieodwracalne, rzeczy najwyższej wagi i musimy to jakoś dźwignąć.
A ciężar to spory.


Drugi panel dyskusyjny w ramach kompanii "Powiedzieć i Rozmawiać". "Jak powstaje życie? O dawstwie ustami embriologów (i nie tylko!)"

31 komentarzy:

  1. Wiem o czym mówisz, doskonale wiem i rozumiem. U nas była trochę inna sytuacja bo bierzemy udział w programie i zapłodnionych zostało 6 komórek z czego powstało 5 zarodków. Ale miałam 18 dojrzałych komórek i pewnie gdyby nie program też prosiłabym o zapłodnienie wszystkich. Wiadomo, że tyle dzieci nie jesteśmy w stanie wychować, bo urodzić pewnie tak...
    Moje 1 podejście nie powiodło się po naszej myśli. Na zimowisku czeka 4. Też mieliśmy zarodki najlepszej jakości... Teraz musisz chyba czekać na to co przyniesie Wam los, bo wpływu na to wszystko za bardzo nie mamy.
    Będziecie teraz zabierać 1 czy 2 zarodki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz transferujemy jeden zarodek.
      Siedzę i czytam, a im więcej czytam, w tym większą panikę i psychiczny potrzask popadam.
      Jestem zdumiona, że nie przemyślałam wcześniej sprawy dokładniej. Absolutnie zdumiona. (chociaż, czy gdybym to analizowała mocniej, to podjęła bym inną decyzję?)

      Oglądam sobie dość długi panel dyskusyjny o adopcji prenatalnej i dawstwie, występuje tam moja Pani Embriolog i prawi z mądrą miną, że oni z każdą parą rozmawiają o ilości zarodków, ostrzegają, uczulają. I że maksymalnie zapładniają 8-10 zarodków. Pytałam ją w poniedziałek, powiedziała coś zupełnie innego...Buuuuullshit.

      Panel dodaję do postu.

      Usuń
  2. Znam ten ból. Naturalna selekcja zawsze występuje, do stadium blastocysty dochodzi przeważnie tylko połowa. U mnie zostało 5, 2 przyjęłam, 3 na mnie czekają, na jeden transfer. Prawdopodobnie z trzech rozmrażanie przetrwają dwa i je wezmę na raz. Takie są statystyki... Zastanawiałaś się nad transferem dwóch na raz? Dawstwo to osobny ciężki temat. Ja chyba nie umiałabym żyć z tym, że gdzieś chodzą moje dzieci. Z drugiej strony u mnie klinika niszczy nieopłacone mrozaczki, więc chyba jeszcze gorzej... Nie ma dobrego wyjścia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zdecydujemy się na transfer 2 zarodków przy pierwszej próbie.

      Dastwo. Na razie chyba zamiotę temat pod dywan.
      Zresztą, tak jak piszesz, do soboty jeszcze daleko.. żebym się nie zdziwiła jeszcze.

      Usuń
  3. To prawdziwa zagwostka moralna. Z jednej strony myślisz że gdzieś tam po świecie będą chodziły Twoje dzieci a z drugj to czy moralnym jest je zlikwidować. Pomyśl, że w brzuchu innej kobiety one będą już jej, będą słuchać bicia jej serca, głosu i to ona wyda je na świat. To chyba piękniejsze niż wariant drugi.
    Piszę to co myśle, ale nie oceniam źle osób, ktore podjęły inną decyzję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MIA każda opinia jest dla mnie cenna.
      W moim wpisie nie chciałam sugerować, że dla mnie preferowaną opcją jest niszczenie zarodków.
      Nic więcej chyba nie jestem w stanie wykrzesać z siebie na ten moment.
      Wierzę, że czas jakoś to wszystko wyjaśni, wyprostuje, pomoże.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Pink, my to z żoną próbowaliśmy z grubsza zawczasu przegadać. Bez wahania zdecydowaliśmy, że zapładniamy wszystkie oocyty, które się do tego nadadzą (a raczej wszystkie, które się nadadzą do limitu, powyżej którego klinika żąda dopłaty - czyli 14). Przyjęliśmy, że dylematami moralnymi na razie się nie zajmujemy.
    Najbliższe naszym przekonaniom byłoby (jeśli zarodki zostaną) zabranie ich z kliniki i symboliczne pochowanie. Tak, żeby się pożegnać. W końcu kobieta w swoim życiu zachodzi w ciążę z reguły 20-30 razy, ale tylko niewielki odsetek ciąż się rozwija. Nawet nikt nie wie o ich istnieniu. Nawet nikt ich nie żegna z żalem.
    My zdecydowaliśmy się na dwa zarodki, godząc się z ryzykiem ciąży bliźniaczej. Pozostał nam jeden mrozak. Co z nim zrobić (jeśli nam się teraz uda) - zdecydujemy za jakieś 2 lata. Albo coś koło tego. A o adopcji komórek i zarodków to już też kiedyś pisałem na swoim blogu - musiałbym pokopać w archiwum.
    Powodzenia. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, ja jestem ciężko zdumiona i zapewne wychodzę na idiotkę, ale my tego jakoś specjalnie nie przegadywaliśmy.
      Rozumiem Twoje podejście i rozwiązanie, które rozważaliście i zazdroszczę po części, że przyjęte rozwiązanie nie jest tak obciążające Was moralnie.
      Dałeś mi do myślenia.

      Fajnie, że pozostał Wam jeden mrozak. Co prawda szansę są mniejsze niż przy 10 mrozakach :) ale 3 dzieci to jest całkiem dopuszczalna opcja do życia ;)
      Gratuluję, że się Wam udało i że żonka zaciążyła :)

      Muszę przyznać, że jakiś czas temu popełniłam na Twoim blogu komentarz z "życiową radą" nie przekładania procedury ;)) a potem miałam wyrzuty, że zbyt nachalnie postawiłam sprawę dając "dobre rady", które jak to chyba napisała Mela, nie są uniwersalne dla każdego i "niewiele warte".
      Byłam wtedy tak bardzo zmęczona czekaniem, że z całego serca chciałam Wam to odradzić.
      Cieszę się, że się Wam udało!

      Usuń
  5. A! Jeszcze jedno! Wasza klinika pyta pacjentkę tuż po narkozie, ile zapłodnić oocytów? Przecież taka umowa jest obciążona wadą prawną (moim zdaniem). U nas deklarację ile oocytów zapłodnić składa się podczas podpisywania umowy PRZED punkcją. I moim zdaniem to ma sens.
    Poza tym w Polsce nie jest zakazane likwidowanie zarodków. Polska ma to do siebie, że in vitro jest czarną dziurą, nieuregulowaną prawnie (bo wszyscy boją się dotknąć tego tematu, tak jak wychowania seksualnego). Kliniki nie likwidują zarodków, bo już i tak są postrzegane jako świątynie szatana. ;) Wszystko zatem regulowane jest wyłącznie umową cywilno-prawną pomiędzy kliniką i pacjentem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, troszkę to dziwne.
      Nie chciałabym teraz zwalać winy na klinikę, bo czuję się jak kompeltny moron, że akurat teraz dopadły mnie takie reflekcje a nie wcześniej. Niemniej jednak klinika mogła by jakiś odpowiedniejszy moment sobie wybrać na takie pogadanki.
      Wcześniej nie było mowy.

      (oczywiście ja wcześniej zdawałam sobie sprawę z tematu nadliczbowych zarodków- żebym nie wyszła na jakąś kompletną ignorantkę. Tylko moje odczucia w momencie, kiedy to się stało, kompletnie mnie zaskoczyły. Nie spodziewałam się tego).

      Dodatkowo, uważam, że z pacjentami powinno się rozmawiać na temat liczby zarodków, ich mrożenia i procedur "co potem".
      Nie mówię już nawet za siebie, ale myśląc logicznie -- nie zostawiajmy wszystkiego pacjentowi, który dodatkowo jest w czarnej otchłani niepłodności a jego zdolności logicznego myślenia są mocno ograniczone.

      Moja klinika jest super, ale akurat w tym punkcie (trochę istotnym) trochę mnie zawiedli.
      Aha - żadnej umowy nie podpisywaliśmy, co jest dość dziwne..

      Kazali mi wypełnić taki świstek, który oboje podpisaliśmy z mężem, ale... oni go ode mnie w trakcie punkcji nie zabrali.. więc.. well.

      Usuń
    2. Też sobie myślę, że dobrze by było, gdyby kliniki edukowały pacjentów, a przynajmniej poruszały temat liczby zarodków. Ja od samego początku procedury pytałam pielęgniarki, co radzą, jak działać w tym zakresie i słyszałam za każdym razem - proszę się nie martwić, to lekarz podpowie w dniu punkcji na bazie pani historii choroby. Zaufałam. I co? W dniu punkcji gdy pytałam doktora o sugestie, statystyki i opcje na bazie historii choroby, usłyszałam: "pani karty choroby nie czytałem. przepraszam, a czy pani jest jakąś szczególną pacjentką?".... W mojej klinice była darmowa jedna sesja z psychologiem na życzenie. Nie skorzystaliśmy. Może tam byłoby miejsce i czas na poruszanie takich wątków....
      PS. Nie myślę, żeś "kompletny moron" - po prostu wchodząc w procedurę in vitro jesteśmy już tak skołowane, tak szybko pojawiają się nowe zmienne i nowe odczucia, że można od tego kręćka dostać :)

      Usuń
  6. Oj, ciezki temat poruszylas... Ja sama mam to szczescie, ze in vitro mnie ominelo, ale w pewnym momencie zycia mialam powod, zeby sie nad nim powaznie zastanowic. Nadal pamietam ta tesknote za posiadaniem rodziny, comiesieczny placz kiedy zamiast 2 kresek na tescie przychodzil okres... Juz wtedy wiedzialam, ze zdecydowalabym sie na in vitro bez wahania. A teraz, szczegolnie z perspektywy bycia matka, wiem ze zaplodnilabym wszystkie komorki, ktore nadawalyby sie do tego. I mam gdzies moralnosc czy religie. Zrobilabym wszystko, zeby zwiekszyc swoje szanse na stworzenie rodziny. Poza tym tak jak napisalas, pierwszy transfer moze sie nie powiesc (oczywiscie zycze z calego serca, zeby bylo odwrotnie), a nie wszystkie zarodki moga przezyc mrozenie. Wiecej zdrowych zarodkow to wieksze szanse dla Was, a dla Ciebie ominiecie kolejnej stymulacji.
    Podoba mi sie pomysl Nieplodnego, o symbolicznym pochowaniu zarodkow. Nie wiem czy dalabym rade oddac je do adopcji z wiedza, ze gdzies po swiecie za jakis czas moga chodzic moje i meza dzieci. Z drugiej strony, Polska to jednak zacofany kraj. Mieszkam w Stanach i z tego co wiem tu istnieje mozliwosc "otwartej" adopcji zarodkow, czyli jesli ktos kiedys bedzie wychowywac twoje dziecko, to bedziesz wiedziec jak mu sie wiedzie i moze nawet od czasu do czasu je odwiedzac. To zawsze jest troche latwiejsze, niz zgoda na zniszczenie zarodkow lub oddanie ich "w niewiadoma"...
    Ale poki co, trzymam kciuki za powodzenie transferu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, z tego co się zdążyłam zorientować póki co, w Polsce też jest taka możliwosć, żeby zostawić swoje dane. Dla mnie osobiście nie jest to żadne ułatwienie.

      Całe podejście do IVF nie jest dla mnie zbyt obciążające pod kątem "sztucznego zapłodnienia". Nie mam jakiegoś wielkiego poczucia niesmaku, że nasz zarodek powstał w laboratorium, jak to niektórzy.
      Jedynym tematem mega trudnym do udźwignięcia jest kwestia tych nadliczbowych zarodków i nie dziwie się, że jest to temat kontrowersyjny zarówno w Polsce jak i na świecie.

      Dziekuję za Twoją opinię i wsparcie ;)

      Usuń
  7. No proszę, wbiłaś się mocno w moje przemyślenia - od bardzo długiego czasu zbieram się do podobnego postu, ale jakoś czasu nie mogę znaleźć - Ty dodałaś mi inspiracji. Naturalnie będąc coraz bliżej rozwiązania i obserwując co to jest ta ciąża i "z czym to się je" nowe myśli mi się nasuwają. Niemniej ciągle myślę o moich pozostałych zarodkach - mam dwa - i o tym, że zrobię wszystko, by po nie wrócić, nawet jeśli będzie to znaczyło, że komfort życia i status materialny mocno nam się uszczupli. Tylko - nie wiadomo jak będzie... Czasem gdybam / uprawiam czarnowidztwo / filozofuję... gdybym po porodzie nie mogła więcej rodzić dzieci, to co? Wedle polskiego prawa, surogatka jest matką, nawet jeśli rodzi cudze dziecko.... More later u mnie :) Dzięki za podjęcie tego tematu, dobrze wiedzieć, że nie jestem sama w rozterkach!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mela, ten problem wydaje mi się w IVF kluczowy. Jaaaakiś czas podczytuję blogi niepłodnościowe i zauważyłam, że ten temat nie cieszy się wielką popularnością. Nie wiem, czy dlatego, że jest zbyt trudny, żeby go poruszać, czy dlatego, że po prostu nie dla wszystkich on jest równie ważny i istotny. Jak widać po komentarzach, co człowiek to opinia. I to jest fajne. To mi dodaje otuchy szczerze mówiąc, bo widzę, że moje stanowisko, mój światopogląd nie jest prawdą powszechną i uniwersalną. Jest raczej kwestią podejścia.
      Od wtorku, kiedy pisałam ten post, do dzisiaj, przemieliłam w mojej głowie milion scenariuszy. Przeszłam z chęci adopcji prenatalnej, przez urodzenie całej 11tki do niszczenia.

      Nie wiem na czym stanie. Nie wiem, ile tych zarodków w końcu będzie, bo pani w laboratorium coś mi tam tłumaczyła dziś, dość mętnie.

      Ciekawa jestem stanowiska innych, więc chętnie poczytam u Ciebie, co Ty na to (o ile jeszcze tam tego nie ma - sprawdzę niebawem :))

      Usuń
  8. Pink, ja ze spoznionym wpisem, ale no nie mialam czasu wczesniej. My oboje bylismy zgodni co do tego, ze nie wyobrazamy sobie oddac naszych zarodkow do adopcji. Ja szczegolnie nie bylabym nigdy przestac myslec o tym, ze ktos inny wychowuje moje dzieci, niezaleznie od tego, czy bylaby to otwarta adopcja, czy nie. Byc moze jest to bardzo egoistyczne podejscie, ale kazdy z nas chodzi po swiecie z innym bagazem doswiadczen, wrazliwoscia i inteligencja emocjonalna - dla mnie jest to decyzja, ktora wiazalaby sie ze zbyt duzym obciazeniem psychicznym.

    Wy macie latwiej - nie bedziecie musieli tej decyzji podejmowac juz teraz, mozecie zamrozic nadprogramowe zarodki i porzadnie sie nad tym zastanowic pozniej. My nie mrozilismy, czego byc moze z perspektywy czasu zaluje. Ale opcje mielismy trzy - zniszczyc, oddad do adopcji, lub oddac klinice w celach doswiadczalnych. W zwiazku z tym, ze dwie ostatnie opcje zdecydowanie odpadaly.. nie powiem, ze mnie to nie meczy, chyba nie mam do tego az tak zdrowego podejscia, jak w poscie nieplodnych powyzej. My do ostatniej chwili przed transferem sie wachalismy, mimo tego, ze lekarz nam odradzil transfer dwoch zarodkow wizjami powiklan w ciazy blizniaczej. Najgorzej czulam sie z tym przez kilka dni po transferze, bo niezaleznie od tego czy sie wierzy w to, ze zarodek to juz istota ludzka, czy nie, bardzo latwo sie do nich przywiazac i myslec o nich jak o wlasnych dzieciach. Niezaleznie od tego, osobiscie nie wyobrazam sobie, aby moja decyzja w tej sprawie kiedykolwiek sie zmienila.

    Bardzo dziekuje za post nieplodnego. Co prawda nawet mi przez mysl nie przyszlo, aby pochowac niewykorzystane zarodki, ale to co napisal, ogolnie, bardzo do mnie przemawia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasia, dzięki za podzielenie się Twoim stanowiskiem.
      Wasze opinie przynoszą mi taką ulgę... nie macie pojęcia..

      Rozumiem Twoją decyzję. Tak jak pisałam powyżej Meli - u mnie przez te kilka dni od ostatniego wpisu tyle się zmieniło. Przeszłam wiele scenariuszy w mojej głowie,sercu,duszy.

      Najbardziej chytry i zakręcony był taki, że do końca życia będę opłacać przechowywanie a moje dzieci dostaną dyspozycję, że zarodki mają zostać oddane do adopcji po mojej śmierci. Chytre, co? :)

      A póki co, nie doszłam do żadnego konsensusu.
      Wierzę, że nadejdzie dzień, w którym znajdę / znajdziemy odpowiedź, która przyniesie nam spokój.

      Usuń
  9. Miałam odpisać na twój komentarz, ale nie zdążyłam więc teraz piszę tu, w poście w tym temacie.
    Powiem Ci szczerze, że zachowałabym się tak samo jak Ty. Ja byłam wręcz wkurzona, że mam 9 komórek a mogą zapłodnić tylko 6. My niepłodne mamy troszkę zniekształconą wizję płodności. Każdy jeden zarodek to zwiększona szansa na szczęśliwy finał. Więc jeśli ktoś zadałby mi to pytanie, bez wcześniejszego zastanowienia odpowiedziałabym tak jak Ty.
    Z kolei co zrobiłabym (zrobię?) z nadprogramowymi zarodkami, jest dla mnie wielką zagadką ale na tą chwilę skłaniam się ku adopcji. Wierzę w to, że osoby chcące adoptować zarodek są tak samo zdesperowane aby mieć dziecko jak my a może i bardziej. Myślę, że chciałabym dać komuś szansę na macierzyństwo. Aczkolwiek to są moje przemyślenia na tą chwilę. Nie mam pojęcia jak kształtowałoby się moje zdanie, gdybym troszkę więcej na ten temat poczytała.
    Tak jak pisałam, daj sobie czas. Nie musisz niczego podejmować teraz.
    Być może sytuacja sama się wyjaśni.
    Buziak wielki:)
    Trzymam kciukasy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Carrie dzięki.
      Wiemy już, że 2 zarodki masz zamrożone, więc jesteś w mojej opinii w super komfortowej sytuacji, masz zapas, ale jest on "do ogarnięcia", nie jest to drużyna piłkarska ;))

      Myślę intensywnie o tej adopcji, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że chyba nie dała bym rady.

      Na razie czekam do transferu - mam jutro o 7:45!
      I wyjaśni się, ile zarodków pójdzie do mrożenia i nad czym mam się konkretnie zastanawiać.

      Trzymam kciuki, ciężarówo :))
      Buziaki!

      Usuń
  10. Ja przy pierwszym podejsciu do ivf na kazdej wizycie wtracalam lekarzowi, ze chce miec jak najmniej zarodkow - 1 lub 2. On patrzyl na mnie wyraznie zdziwiony, a ja mialam swoje przekonanie, choc przyznam, ze nie wiedzialam jak to w praktyce wyglada, ze im wiecej zarodkow, tym wieksze szanse, bo jak sie u nas okazalo wszystkie zarodki byly slabej jakosci.
    Za drugim razem modlilam sie o choc jeden silny i prawidlowy, wiec jak uslyszalam, ze sa 3, to bardzo sie ucieszylam. Teraz mamy 1 mrozaczka i wiem, ze przyjdzie ten czas, gdy bedziemy sie zastanawiac nad trojka dzieci.Na ten moment nie wiem jak bedzie, adopcja raczej nie wchodzi w gre.
    Trojka dzieci brzmi niezle, choc zawsze myslelismy o dwojce. Teraz skupiamy sie na szczesliwym urodzeniu tej dwojki, ale wiem, ze mysli beda caly czas wracac do trzeciego....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Promesa, Twoja sytuacja jawi mi się po prostu fantastycznie. Jesteś już w ciąży i 1 blastusia na zimowisku. Trójka dzieci jest bez wątpienia do ogarnięcia.

      Usuń
  11. Trzymam za Ciebie mocno kciuki:* i jutro rano będę mocno o Was myśleć :*

    OdpowiedzUsuń
  12. A ja mam bardziej namacalny dylemat. Tzn. mam dwójkę dzieci na świecie i piątkę na zimowisku...
    Dodatkowo 37 lat na karku.
    Od początku zapisywałam w umowie "przekazać innej parze".
    Czy gdybym była w takiej sytuacji, że nie miałabym własnych zarodków, przyjęłabym czyjeś? Tak.
    Czy skoro jestem gotowa na bycie "biorcą", mam prawo (swoje wewnętrzne) odmówić bycia "dawcą"? Uznałam, że nie.
    Dla mnie (osobiście, nikogo nie oceniam, kto myśli i robi inaczej) najważniejsze jest życie. Zatem niszczenie nie wchodzi w grę (nieoficjalnie mogę to zrobić ). Zatem moje zarodki dadzą komuś (mam nadzieję) dużo szczęścia i pozwolą być rodzicami.
    Czy myślę o tym lekko i bez dylematów? Nie.
    Gdyby ktoś mi zagwarantował, że po przyjęciu całej piątki będzie ciąża pojedyncza albo brak ciąży, przyjęłabym bez wahania. Zapłaciłabym za pięć criotransferów i nie żałowała tych pieniędzy.
    Ale nikt mi tego nie obieca.
    Dawstwo jest dla mnie (powinnam napisać "dla nas", ale mąż jakoś średnio się tematem interesuje ;) ) najlepszą drogą.
    PS. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Juti, tym bardziej Twoja opinia jest dla mnie cenna, bo jak piszesz, temat u Ciebie jest "namacalny". U mnie też zaczyna się robić coraz bardziej namacalny, bo wczoraj miałam 6 blastocyst do mrożenia, a ta ilość pewnie do jutra się zwiększy.
      Ja się trzymam tej myśli, że nie wiadomo ile jeszcze prób przed nami, ile zarodków przeżyje mrożenie, ile po rozmrożeniu będzie się nadal dzielić itd. Czyli odkładam temat od obmyślenia na potem. Na czas, kiedy będzie należało się nad tym zastanowić.

      Dawstwo jest piękne, ale na ten moment nie jestem na to gotowa.
      Małż nie ma z tym najmniejszego problemu, przynajmniej deklaratywnie.

      Całuję.

      PS. Zarodków nie wybierałam sama. Nie było takiej opcji na szczęście.

      Usuń
    2. Na dawstwo koniecznie trzeba być gotowym i nie można robić niczego za szybko - takie jest moje zdanie. Niech mrożaki spokojnie czekają, nic im nie będzie. Moich tez nie wydam od razu, jeszcze poczekam.
      Ps. W mojej klinice wybiera zarodki do transferu maszyna - taka ciekawostka.

      Usuń
    3. OOO maszyna wybiera zarodki? Ciekawostka! Jejku, jak te kliniki się różnią między sobą! Trzeba by kiedyś zrobić taki subiektywny raport z doświadczeniami pacjentek i go gdzieś opublikować )

      Z zaciekawieniem przeczytałam o dawstwie i 'biorstwie'. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że dać komuś zarodek - pewnie bym mogła, ale przyjąć? Jejku - nie wiem. I tutaj sama sobie zafundowałam szok...

      Usuń
    4. Tak, ciekawa sprawa, jak różnią się procedury między klinikami. Po 5 dniach od transferu, jak tak się nad tym zastanawiam na spokojnie, to chyba żałuję trochę, że małża nie było przy tym. Ale komórki na pewno wybierała pani embriolog.

      Co do "biorstwa", też się nad tym zastanawiałam. Ale z drugiej strony, taka adopcja prenatalna to uważam, zbawienna sprawa. Kobieta może urodzić dziecko, nosić je pod sercem, budować z nim więź. Unika dodatkowo wszystkich tych strasznych rzeczy, które spotykają dziecko, jeśli trafi do patologii - choroba alkoholowa, dom dziecka itd.

      To, co mnie troszkę uderzyło w tych wszystkich społecznych debatach nad adopcją prenatalną zarodków, że prawie nikt nie mówi o... dawcach. Wszyscy rozmawiają o biorcach i dzieciach (to drugie jest naturalne), ale o dawcach - cicho sza. Troszkę mnie to dziwi, bo czuję się zmasakrowana psychicznie faktem, że kiedyś prawdopodobnie stanę przed taką decyzją. I nie jestem pewna Melu, kto ma gorzej i kto przeżywa to mocniej. Pewnie zależy od podejścia.

      Usuń
  13. Aha, zarodków sama nie wybierasz (przynajmniej u mnie).

    OdpowiedzUsuń
  14. Dylematy które mną targały przy pobraniu uwaga 19 ocytów, do ICSI wybrane wszystkie a z tego zapłodniło się 10 z tych dziesięciu do blastki dotrwały w sumie 4 z czego Nasza Gwiazdeczka 5 ddobowa -4AA została Nam podana i jeszcze w bonusie mamy nadal walczącą trójkę o której jutro będę wiedzieć czy dołączy do 3 eskimosków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ania, pozostała trójka to taki bezpieczny wynik. Nie za dużo, nie za mało -- tak na oko. Ale prawda jest taka, że w sumie nigdy nie wiadomo, ile to jest za dużo, ile to jest za mało... mogą być dwa zarodki i będzie z tego dwoje dzieci. Zarodków może być równie dobrze 19 i będzie z tego jedno (wyczytałam na forach). Nie ma reguły..

      Usuń