sobota, 28 czerwca 2014

Opowieść o wielkiej radości i strachu




Dziękuję absolutnie wszystkim osobom, które pozostawiły po sobie życzliwy ślad w komentarzu pod ostatnim postem. Tyle serdeczności i pozytywnej energii od "wszechświata" nie odebrałam jeszcze nigdy. Jeśli ktoś tkwi w przekonaniu, że Polacy to naród marudzących "Januszów" to zapraszam do lektury komentarzy.
Dziękuję po stokroć.
Z każdym dobrym słowem przeżywam tą swoją radość jeszcze mocniej.

Mam w sobie tyle radości ( o strachu potem..), że koniecznie muszę się pochwalić retrospekcją wydarzeń 2 dni. Jest niedziela, 7 rano i akurat właśnie teraz, czas najwyższy...
Nie wiem, czy kogoś taka dokładna retrospekcja zwiastowania największej nowiny w moim życiu będzie interesować poza mną... ale mnie tak mega interesuje, że samo pisanie o tym a potem czytanie tego 15 razy będzie multiplikacją przeżywania tego po raz kolejny i kolejny i kolejny..

W czwartek, dzień przed testem, nosiło mnie. Dostawałam białej gorączki, z pracy skapitulowałam do domu, bo nie byłam w stanie wysiedzieć. Noc spocona, nerwowa, wijąca się w pościeli.
Ale piątkowy poranek już był okej.  Dopadł mnie jakiś taki dziwny spokój.

W piękny, słoneczny poranek pojechałam do kliniki moim obsranym samochodem. Z kilkunastoma kupami na froncie mknęłam w jakimś takim względnie dobrym nastroju. Na miejscu okazało się, że zapomniałam portfela - na szczęście udało mi się udobruchać panią w recepcji i umówiłyśmy się, że kasę dowiozę potem.
W zabiegowym atmosfera, podobnie jak przy transferze, była wesoła - pożartowałyśmy z paniami, pogadałyśmy. Pani pielęgniarka stwierdziła, że igieł to ja się już chyba nie boje, bo miałam taaaką zaprawę. Nie denerwowałam się wtedy. Na odchodne powiedziałam do pań zabiegowych:

- No, a teraz proszę tak tą próbkę wysłać do laboratorium, żeby beta była wysoka!

Panie się pośmiały i obiecały tak zrobić. I zapowiedziały, że jedna beta tego dnia już wyszła wysoka.
Była 9:00. Spóźniona popędziłam do firmy. Plan miałam taki, żeby ze swoimi zadaniami względnie uporać się do 13:00 i o tej godzinie pojechać do domu na odczyt wyniku. Betę miałam dostać na maila, ewentualnie dzwonić, żeby mi powiedzieli telefonicznie.

W pracy, w przeciwieństwie do dnia poprzedniego, byłam jako tako produktywna. Niemniej jednak co 10 minut odświeżałam prywatną pocztę, modląc się w duchu, żeby jeszcze nie, jeszcze nie...

Mail z kliniki pojawił się koło 12:30.
Nie otwierając go, stwierdziłam, że muszę skończyć przygotowywać dokument i dopiero potem pojadę do domu. Nie wytrzymałam długo. Pozbierałam manatki i się ulotniłam "pracować zdalnie".

Zadokowałam się w samochodzie na parkingu, poinformowałam małża telefonicznie, że oto wracam, bo oto mam wynik, ale jeszcze go nie widziałam. A tu zonk, bo się okazało, że małżon jest poza domem, w drodze na spotkanie i domowa schadzka z wynikiem w tym dokładnie momencie nie dojdzie do skutku. Wkurzyłam się i stwierdziłam, że dobra, nie wytrzymam, odpalę ten wynik na komórce i zobaczymy, oddzwonie...

Siedzę w tym cholernie nagrzanym samochodzie na parkingu jak sierota..
Nerwowo otwieram pocztę w ajfonie. Jest mail. Klik jeden.. zawahanie.. klik... zasłaniam ekran, zakrywam go o spodnie. Spojrzenie w niebo, w myślach jakaś niedbała, nerwowa mantra "Panie Jezu, błagam..".
Spojrzenie, zbliżenie na fragment PDFa na akranie

Beta 160.
Ile???
Jezus, Panie Boże..
Tu jest gdzieś jakiś przecinek??
Nie, nie ma.

W tym jednym momencie poczułam, że moje życie zmieniło się na zawsze.
W tym jednym momencie dopadły mnie emocje w konfiguracji o której nie miałam pojęcia. Których się nie spodziewałam. Nie byłam przygotowana na taki wynik. Byłam zaskoczona.
I zaczęłam łkać. Patrzeć przed siebie i łkać.

Zadzwoniłam do niego i wycedziłam łkając:

- Kotku, wygląda na to, że się udało ! Beta 160!
- Ale co to znaczy, "wygląda na to"?! Co Ty chcesz mi powiedzieć?! - zaczął na mnie wrzeszczeć :) - O Jezus Maria, muszę zjechać na pobocze, bo się za raz rozwalę tym samochodem. O Jezus Jezus! Jedź do domu, ja wracam. 

Do domu dojechałam nie wiem jak. Na pewno jak prawdziwe zagrożenie na drodze.
Dopadłam do komputera, żeby sprawdzić ten wynik na własne oczy na większym ekranie. Bo przecież mogłam coś źle przeczytać. Przecinka nadal nie było w tej trzycyfrowej wartości. Nie wyrósł.

Szybki wpis na blogu...

Telefon do mojej mamy. Do tego czasu względnie się trzymałam. Byłam w szoku, ale się trzymałam.
Mama nie wiedziała, że testowaliśmy w piątek. Była przekonana, że sobota była aktualna. Chciałam oszczędzić jej nerwów.

- Cześć Mamuś, jesteś w pracy?
- Tak.
- Aha, a możesz rozmawiać?
- No mogę chwilkę (i tu już słychać podejrzenie w głosie mamy)
- Bo wiesz co, jest taka sprawa... Bo my mamy już wyniki.   (i tu czuje, że chyba nie dam rady...)
- No i co?
- No i zgadnij. 
- No..
- Udało się! Wygląda na to, że jestem w ciąży 
- Wiedziałam. Oh Boże, Kotku no, wiedziałam...

I tu zaczęła się obustronna histeria. Wiem, często nadużywamy tego słowa, próbując określić stany, które histerią nie są. To była jednak prawdziwa histeria. Ja zaczęłam szczerze i bez wstydu szlochać i łkać, śmiejąc się na przemian. Mama miała identyczną reakcję:

- Boże, dziecko no, wiedziałam. O Boże, kochanie.. dziecko moje no..

I tak wyłyśmy i śmiałyśmy się w głos nie wiem ile.
Ostatecznie musiałyśmy się rozłączyć - nie dało rady się uspokoić.
Potem były jeszcze ze 2 próby kontaktu telefonicznego, ale każda z nich kończyła się płaczem, więc dopiero wieczorem udało się nam jakoś w miarę konstruktywnie porozmawiać.

A potem wrócił do domu Małżon.
Nigdy nie zapomnę jego wyglądu, jego postury, jego wyrazu twarzy i spojrzenia, kiedy podchodził do łóżka, gdzie leżałam zaryczana z gilami i tuszem kapiącym do samej brody.
Widziałam po nim ogromne emocje - On jest człowiekiem bardzo skrytym. Wielkim introwertykiem. Ale widziałam, jak się kotłuje. Podszedł, przytulił mnie a ja zaczęłam beczeć w tą jego ładną, białą koszulę.

Next step: sms do przyjaciółki:
" Gabi przyjedź do mnie. O nic nie pytaj. Nie dzwoń. Przyjedź".
"Będę za 30 min".

Ona też nic nie wiedziała o becie w piątek, więc jadąc do mnie, była przekonana, że są złe wieści a ja jestem w jakiejś rozpaczy i za raz się powieszę albo coś w tym rodzaju.
Weszła, patrzy, ja cała zapłakana:

- Co jest? - była tak przestraszona, wyglądała, jakby była z drewna. Nigdy jej takiej nie widziałam.
- Gabi, wszystko wskazuje na to, że będziesz ciocią - wydukałam

W sekundę zaczęła zawodzić w głos jak zawodowa płaczka, wydając z siebie bliżej nieokreślone dźwięki dopadła do mnie w 3 krokach, przytuliła i tak stałyśmy przytulone w przedpokoju, dudniąc głębokim łkaniem.

Potem siedziałyśmy, wielce się dziwiąc, przez bodajże godzinę, oglądając pozytywnego sikańca z dwoma kreskami, którego zdążyłam zrobić po powrocie małżona.

Wieczorem jeszcze pojechaliśmy do teściów, poinformować ich o sprawie.
Teściowa rzuciła mi się na szyję, poinformować, że "bardzo mnie kocha".

Dzień wczorajszy w całości spędziliśmy u znajomych na działce, ale nikogo z nich nie wtajemniczamy w temat, przynajmniej do końca pierwszego trymestru.
Powiedzieliśmy kilku najbliższym osobom, a teraz się boję, żeby nie było przedwcześnie, bo w poniedziałek będę powtarzała betę, żeby sprawdzić, czy rośnie.
Obym tylko nie zapeszyła naszego szczęścia tym swoim ekshibicjonizmem...

Myślę, że śmiało możemy powiedzieć, że oboje z Małżonem jesteśmy w szoku.
On - definitywnie. Siedzi sobie w swoim wewnętrznym "ja" i widzę, jak się w nim kotłuje.
Myślę, że nie dojdzie do siebie do czasu pierwszego USG, które, daj Boże, odbędzie się za 2 tygodnie z hakiem.

Na koniec dodam, że jedno nam-niepłodnym jest dane w bonusie.
Wydaje mi się, że każdemu takiemu zwiastowaniu dobrej nowiny towarzyszy radość - w naszym jednak przypadku ta radość jest multiplikowana nieskończoną ilość razy.
Czasami wyobrażałam sobie ten moment - moment dobrej nowiny. Nigdy jednak, nawet w moich najśmielszych snach, nie wyobrażałam sobie, że ten moment jest tak piękny, że niesie ze sobą taką radość, taką wspaniałość i doniosłość chwili. Coś pięknego...

Jestem wdzięczna Bogu - za tą betę, trzycyfrową. Za to wyróżnienie, że akurat na moim arkuszu ten wynik się pojawił. I za tych dobrych ludzi dookoła, tych kochanych ludzi, którzy wydali z siebie szloch radości na wieść o tej nowinie.
I proszę, błagam Boga, niech ma nas w swojej opiece, niech trzyma w garści i nie puszcza.

Na koniec (o ile ktoś dobrnął do końca - szacuneczek ;)) proszę o potrzymanie tych kciuków za nas jeszcze troszkę...

Jutro lecę na drugą betę.
Rośnij zdrowo, Moje Kochanie.




piątek, 27 czerwca 2014

czwartek, 26 czerwca 2014

9 dpt: emocjonalna sieczka

Zaczęłam ostro świrować.
Małżon w duecie z moją mamą na wieść o plamieniu dostali szaleju.

Wczoraj, szykując się do spania, odkryłam, że największe plamienie miało miejsce w nocy z wtorku na środę. Wywróżyłam to z pidżamowych gaci. Na turkusowej, lekkiej mgiełce eleganckiej, amerykańskiej, prezentowej pidżamy, pojawiły się fantazyjne mazy. Wczoraj druga połowa dnia aż do teraz była cisza a teraz, o ile mnie oczy nie mylą, znowu coś się pojawiło.

Gdyby mnie ktoś przyuważył na kiblu, to by pomyślał, że albo jestem psychiczna albo mam jakiś fetysz. Najpierw oglądam majty z odległości jakiś 2 centymetrów, potem zaczynam samodzielną obdukcję prawą kończyną górną. Przed zrobieniem zdjęć telefonem w celu dalszego rozmyślania, powiększania i analizy powstrzymuje mnie chyba tylko resztka godności, jaka mi jeszcze pozostała, siedząc na sedesie.
Na podbicie powagi sytuacji dodam, że wczoraj sam małżon wpadł na pomysł poszukania plamienia implementacyjnego w Google Images. Na szczęście dla Niego - nikt tego jeszcze w sieci nie zamieścił (jak to możliwe?).

Poza plamieniem czuję się dziwnie, o ile mogę ufać samej sobie w odczytywaniu zachowań mojego ciała. Czuję jakiś taki.. spadek odporności. Opryszczka skapitulowała i nie wylazła, ale mam takie fale dreszczy, pokaszliwuję, zaczęło mnie drapać w gardle i generalnie nie jestem w formie. Zdecydowanie.
Na dokładkę mam powiększony węzeł chłonny w lewej pachwinie, co odczuwam podczas poruszania się.

Małżon z rodzicielką kazali dzwonić do kliniki. Był opór z mojej strony, bo na www kliniki i w karcie wypisowej z transferu pisze jak byk:

Po 6-10 dniach od transferu może pojawić się niewielkie plamienie, które nie musi oznaczać niepowodzenia, a często jest pierwszym objawem ciąży. Należy wtedy zwiększyć dawkę Utrogestanu o 1 tabletkę dziennie, zażywać 2-3 razy dziennie No-Spę oraz jeśli to możliwe więcej odpoczywać.

Utrogestan zwiększyłam już wczoraj. Dziś wzięłam jedną NoSpę, po tym, jak wstrząsnął mną spory skurcz w podbrzuszu.

Zadzwoniłam do Pani Embriolog, powiedziałam co i jak. Potwierdziła, że mam zwiększyć dawkę Utrogestanu i, uwaga uwaga, jutro mam się zgłosić na betę. Że 10 dpt jest wystarczający i że jeśli jest ciąża (słysząc to słowo: struchlałam) to w 10 dniu beta już sprawę rozjaśni.
Sikańca mam nie robić, bo nic nie wykaże, zdaniem uczonej Pani Embriolog.

No więc, Moi Drodzy, jutro rano wybieram się skuć żyłę.

Przerażona jestem.
Bo mam w sobie tyle nadziei, że obawiam się, żeby mi los jutro znowu nie zagrał na nosie.
Bo będę musiała zachować przyzwoitą produktywność w pracy, pomiędzy pobraniem a wynikiem (w tym tygodniu moja produktywność w pracy była żenująca, na tle mojej normalnej produktywności i czuję się z tym gorzej niż bohaterowie afery taśmowej).  Dziś wyszłam z pracy w połowie dnia, bo nie byłam w stanie tam wysiedzieć (absolutnie nie w moim stylu).

Przed chwilą na YouTube zafundowałam sobie seans z noworodkami.
Oczywiście skończyło się to płaczem w głos z mantrą pt: "Boże, dlaczego".

Boję się.


środa, 25 czerwca 2014

8 dpt. a sytuacja w gaciach

 Źródło: http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Kulfon_i_Monika

Wybaczcie, ale nie mogłam się powstrzymać przed podzieleniem się własną fizjologią.
W szczególności lekki wstyd odczuwam przed męską publiką, ale mój ekshibicjonizm i podjarka są silniejsze.

Wczoraj psioczyłam lekko zrezygnowana na brak objawów czy jakichkolwiek reakcji. Organizm postanowił zagrać mi na nosie i zachował się dziwnie. Tuż po opublikowaniu posta na blogu przyszła fala senności, a potem dreszczy. Najpierw zaczęły mnie szczypać stopy tak, że musiałam je ulokować w misce z ciepłą wodą. Na nic się to zdało. Wylądowałam pod ciepłym prysznicem, żeby się ogrzać.
Dreszcze trzymały całą noc. Było mi okropnie zimno. Spałam w skarpetach i polarze. Zaczerwieniona końcówka nosa nerwowo wieczorem sygnalizowała, że oto zbliża się opryszczka.
Rano obudziłam się z niepokojem, bo pęcherz nie był aż tak pełen jak w ostatnich dniach i nie musiałam pędzić o 5 rano do toalety. Szczerze mnie ten fakt zaniepokoił i niepokoi do chwili obecnej. Coś mi się kojarzy, że poprzednim razem było podobnie - sikanie popuściło jakieś 3-4 dni przed testowaniem.. ( panic! )

Najciekawsza niespodzianka czekała mnie dziś jednak w toalecie.
< trochę mi wstyd..>
Wypływające globulki Utrogestanu były znacząco zabarwione na kolor brązowawy.
Ilość bardzo niewielka, no ale jednak trudno było przegapić brązowo-beżowy pas startowy na wkładce.

I zaczął boleć brzch jak przed @ - ale na ten moment to możliwe, że już sama sobie wkręcam.

Także taka sytuacja w gaciach, nietypowa jakaś.
Do wczoraj byłam względnie spokojna.
Zaczyna robić się nerwowo. Z drugiej strony cieszę się, że coś się dzieje. Taka martwa cisza jest zatrważająca. 

Myślicie, że jest sens robić sikańca jutro z rańca?
To będzie 9 dpt.

wtorek, 24 czerwca 2014

7 dpt.

Mija siódmy dzień po transferze.
Kusi mnie, żeby zrobić sikańca, ale nie zrobię. To był by absurd.

Na innych blogach zaprzyjaźnionych (a raczej: blogu) coś brak optymizmu.
Nie ukrywam, że ja też nim jakoś ostatnio nie tryskam.
Są momenty, w których mam wrażenie, że wszystko będzie cacy, że ta misja może się tym razem udać.
Są takie, w których zastanawiam się, że właściwie dlaczego miała by się udać?

Objawów wszelakich brak.
Jedyne co mi daje we znaki, to poranne sikanie. Ale ono doskwierało mi akurat jeszcze przed transferem, więc nie liczy się.
Poza tym, przy ostatnim podejściu miałam cały pakiet objawów i wszyscy wiemy, na ile to się zdało, więc teraz już się nie doszukuję.
Osławione "plamienie implementacyjne" jak zwykle oczywiście również mnie ominęło, więc... także tego.
Cieszy mnie niezmiernie bolący nos, który jest zapowiedzią opryszczki, która może się na nim pojawić. Taa, wiem, brzmi dziwnie. Ale opryszczka na nosie pojawia się u mnie zawsze, kiedy mam do czynienia ze spadkiem odporności.

Nachodzą mnie ostatnio coraz częściej takie refleksje, co będzie, jak się nie uda.
Czy umiała bym zrezygnować z siebie na tyle, żeby kiedyś adoptować dziecko?
To jest fantastyczna droga, ale jak wiemy, każdy musi wybrać swoją - a ja tej, chociaż bym chciała, nie czuję. Sprawę pogarsza fakt, że przyczyna niepłodności nie leży po mojej stronie. Tak, wiem, brzmi strasznie. Ale ten fakt sprawia, że moja głowa ma świadomość wyboru (mimowolnie). Wcale mi się ta możliwość nie podoba. Nie chcę jej. Boję się sama przed sobą brać taką odpowiedzialność.

Nie mam zamiaru histeryzować.
Jedno wiem na pewno: albo się uda albo się nie uda.


piątek, 20 czerwca 2014

3 dpt: urlop i koniec tajemnicy


W czwartek w nocy dotarliśmy do mojego pięknego miasta na południu i się chillujemy.
On pracuje, tyle, że w przyjemnych okolicznościach przyrody, ja się chilluję, odpoczywam i spędzam czas z rodziną.

No właśnie.. z rodziną. Niewiele osób zostało dopuszczonych do informacji o drugim transferze. Mama i babcia do nich nie należały. Z domu wiedział tylko brat.

Mama od samego początku bacznie mnie obserwuje, babcia zresztą tak samo.
Zmieniłam się trochę wizualnie - przytyłam (no niestety, skutek hormonów i encortonu branych non stop kolor od kwietnia) i zmieniłam fryzurę. Jestem też dość mocno zchillowana, co z kontraście z moim emocjonalnym, roztrzepanym i zdecydowanie żywiołowym charakterem jest dość nietypowe. Mam wrażenie, że poza moim focusem na spokój płynącym z nastawienia po transferze nie bez znaczenia są końskie dawki magnezu (6x500mg na dobę).

Mama więc, posiadając swoją wiedzę, do jakiej jej do tej pory dopuściliśmy: nieudane IVF i na razie odpuszczamy, brak terminu kolejnego podejścia, uznała, że jestem bliska depresji.
Więc filowała na mnie i obserwowała ze łzami w oczach, aż w końcu wczoraj wypaliła z pytaniem, jak "to znoszę" i jak "on" to znosi, bo coś jej tu nie pasuje w tym wszystkim. Coś jest dziwnego. O czymś jej nie mówimy. Ona ma wrażenie, że ona na coś czeka, jakby się za raz miało coś wydarzyć (to ostatnie zbiło mnie z nóg).

Znosiłam dzielnie kilka jej pierwszych pytań, chociaż kusiło mnie nieziemsko. I tak de facto wcale nie miałam ochoty jej mówić, bo w przypadku, tfu tfu, kolejnego niepowodzenia, ona będzie cierpiała razem z nami. Nie mogę wyjść z podziwu, jak ona mnie / nas dobrze zna. Jak silna jest matczyna intuicja i więź matki z córką. Ona była pewna - święcie przekonana - że coś jest na rzeczy.

Powiedziałam jej - nie ma sensu, żeby po nocach teraz płakała i zastanawiała się,czy jej dzieci są na skraju depresji i się poddały w tej walce. Ze łzami ulgi w oczach przyjęła ten fakt. Oczywiście uszanowała naszą decyzję o dyskrecji, ale bardzo się cieszyła, że jej powiedziałam, bo ona wiedziała, że jest coś, tylko nie wiedziała co.

- To będzie chłopczyk! Zobaczysz! - wykrzyczała cała czerwona i ze łzami w oczach
- Patrzyłam dziś na ciebie i nie wiedziałam co to jest takiego, jakieś takie męskie geny. Teraz już wiem. Chłopczyk, zobaczysz..

Ona mówiła zupełnie serio i wierzyła w to co mówi absolutnie :)
Śmiać mi się zachciało, bo faktycznie przytyłam i się zrobiłam trochę kwadratowa w barach (encorton?), więc pewnie stąd u niej takie dziwne skojarzenia :) Moja mama jest w ogóle dość emocjonalna i górnolotnie rozemocjonowana :)

Babcia oczywiście też mnie przyfilowała, z tą różnicą, że babcia nic nie wie. Ani, że się staramy o dziecko, ani że mamy kłopoty, ani że jakiekolwiek leczenie, ani tym bardziej że IVF.
Pojechałyśmy razem na cmentarz, bo oczywiście święto i babcia MUSI przystroić groby, bo "tak trzeba". Zapakowałam ją więc w samochód i jazda. Ale babcia sobie, ku mojemu utrapieniu, wymyśliła, że oto musi podlać kwiatki na grobie u dziadka. A ja zonk - co tu zrobić.. przecież nie mogę dźwigać!

- Babcia, a czy możemy sobie dziś to podlewanie odpuścić? Wolała bym nie dźwigać tej konewki, bo mnie coś strasznie ostatnio plecy bolą (to było najlepsze, co mi przyszło w tej sekundzie na myśl)

- Oooo a czy Ty przypadkiem nie jesteś w ciąży ?! Jakoś tak inaczej mi wyglądasz. No powiedz babci, no powiedz babci przecież!
- Nie babciu, nie jestem, jak będę, to obiecuję, że Ci powiem. Wyglądam inaczej, bo trochę przytyłam. To wszystko.

I koniec tematu, ale znając moją babcię to i tak przez kilka najbliższych tygodni będzie całymi nocami rozkładać na czynniki pierwsze, czy w końcu jestem w tej ciąży, czy nie jestem.
A z konewką niestety męczyła się sama. Było mi strasznie niezręcznie, ale cóż miałam zrobić...
Babcia jednak nie została dopuszczona do żadnej dodatkowej informacji, dla własnego dobra.

I tak po raz kolejny upewniam się, że rodzinne więzy i przywiązanie najbliższych osób, bywa magiczne. Kocham ten dom. Kocham tych ludzi ponad wszystko na świecie.



środa, 18 czerwca 2014

Transfer: second edition

Przepraszam, że troszkę Was przetrzymałam i się nie odzywałam od wczoraj.
Po prostu transfer transferem a moje życie tak zapier**a, że lewo jestem w stanie nadążyć, nawet z blastocystą w macicy.

Generalnie wszystko OK.

Trochę nerwowo, bo praca (wspominałam już, żeby się kurna do IVF nie przyznawać nawet przed świętym szefem?) , bo "teść" musi mieć operację na by-passy, bo pośpiech, bo małż jakoś zdenerwowany. Dziś sobie na przykład działalność gospodarczą założyłam, latając po urzędach. O tam, świat nie będzie czekał na moją ciążę lub jej brak.

Wczoraj, zamiast się urlopować, rano poleciałam do roboty ogarniać tematy.
Z roboty prosto na transfer. Butla wody i małżon pod pachę i jazda.
Do transferu razem ze mną stawiła się jeszcze jedna babeczka, wyobraźcie sobie, że w wieku 44 lata.
Tylko że.. strasznie staro wyglądała jak na swój wiek. Wybaczcie skromność, ale wyglądała jak moja babcia. Była bez męża i generalnie... dziwne to było.

Trochę przesadziłam z wodą (poprzednim razem wypiłam za mało i byłam na samym końcu kolejki). Tym razem pani pielęgniarka zabrała mi butelkę z wodą, bo bała się, że eksloduję. I faktycznie, excuse my french, ale musiałam trochę "odsikać", bo się bałam, że urządzę lekarzowi niespodziankę na fotelu i strzelę mu w oko :)

Sam transfer był... spoko. Dużo bardziej spoko niż ostatnio.
Ja byłam bardziej wyluzowana i zchillowana i w lepszym nastroju. Moje jajniki i bebechy rzecz jasna też były w lepszym stanie niż po stymulacji.
Nie chciałam słuchać tej nadętej muzyki relaksacyjnej na słuchawkach. Pogadałam z Ojcem Dyrektorem, pielęgniarką, panią embriolog. Pośmialiśmy się.  Okazało się, że z Ojcem Dyrektorem można pogadać w miarę na luzie. Pogadaliśmy o pomyłkach podczas podawania zarodków, adopcji zarodków (tjaaa, mój ulubiony temat..oczywiście sama zaczęłam), trudności decyzji i... prawie par do podejmowania samodzielnych decyzji. (O tym napiszę kiedy indziej)

Zabawnie było nawet po transferze. Wpuścili małża odzianego w zielony fartuch i strzelaliśmy sobie sweet selfiesy (oczywiście ja na leżąco).

Po odleżeniu należnego czasu pojechaliśmy sobie do knajpy na obiad.
Potem wieczorem za to znowu się pokłóciliśmy, pełną gębą i na cały regulator. Wrzask jak u jakiejś patologii.
Mam wrażenie, że puszczają mu nerwy. Że strasznie słabo ten transfer znosi, co mnie z kolei dziwi, bo ja się czuję zchillowana, spokojna i nie-histeryzująca (poza czasowymi wybuchami agresji po hormonach).
Mam mocne postanowienie nie biczowania się tematem nadliczbowych zarodków i nie katowania się moralnie.

27 czerwca mamy piątą rocznicę ślubu.
Betę robię 28 czerwca rano.

Dziękuję Wam Kochani za zainteresowanie i kciuki i proszę o jeszcze!

Zmykam się pakować, bo jedziemy do mojego rodzinnego miasta, na południe (pani embriolog twierdzi, że 300 km spoko, o ile nie będę prowadzić).

PS. Małżon kupił prezent na trzydziestkę jednak, tylko czekał do sobotniej imprezy :))



czwartek, 12 czerwca 2014

Dirty Thirty



Dzień urodzin minął bardzo przyjemnie.
Dziękuję wszystkim za życzenia pod ostatnim wpisem ;))

W większości spędziłam ten dzień w pracy. Zespól zrobił miłą niespodziankę: były kwiaty, kartka z "wyrazami współczucia" oraz Changi (Tajskie piwo, które uwielbiam, głównie z sentymentu), zawinięte w papier z drukarki.

Generalnie strasznie lubię mieć urodziny :)) To jest extra, że niemal każda napotkana osoba ma coś miłego do powiedzenia, do obcałowania, do utulenia. Uber fajne.

W domu z małżem już tak fantastycznie nie było. Był tort co prawda (babcia zorganizowała) i jakaś róża czerwona. Prezentu brak.
Co prawda mówiłam mu wcześniej, żeby nie kupował nic, ale to tak asekuracyjnie było, bo on ma skłonności do drożyzny. Liczyłam, że może jednak coś mi kupi... mimo tych wszystkich wydatków medycznych, jakie nas ostatnio spotkały. Wręczanie prezentów i celebrowanie momentów nie jest Jego mocną stroną.
 

środa, 11 czerwca 2014

IVF podejście numer 2, czyli idzie nowe



Dziś widzieliśmy się z naszą miłą Panią Doktor.
USG wykazało, że owulacja została zablokowana, pęcherzyki nie urosły.
Co znaczy, że dobrze - bo Pani doktor określiła to mianem "udało się".
Endometrium też skomplementowała, że ładne i że to chyba zasługa tego "czerwonego wina". Oczywiście był to przytyk w stronę baśni i legend, które wcześniej wyczytałam w internecie i którymi nie omieszkałam się podzielić z lekarzem. Przytyk niezłośliwy. Wręcz miły, bo oznaczało to, że nie byliśmy dla Miłej Pani Doktor aminowymi dawcami komórek a żywymi ludźmi z krwi i kości, z którymi miała jakieś tam skojarzenia.

Poszliśmy na tą wizytę jakoś tak.. z marszu. Zupełnie w ostatnich dniach nie myślimy o transferze. Ja muszę przyznać, że nie do końca wiedziałam, po co idę na tą wizytę. Jaki będzie dalszy gry plan.
Tabletki łykam, ale zdarzy mi się zasnąć bez łyknięcia jednej, tudzież czasami sobie zapomnę. Robię to jakoś tak mechanicznie, bez takiego świętego namaszczenia, jak przy pierwszym podejściu. 

Samo badanie też było mniej bolesne, niż wszystkie poprzednie ostatnio.
Zdecydowanie czuję, że moje bebechy się uspokoiły po fizycznych katuszach pierwszej procedury.
USG było zupełnie neutralne. W przeciwieństwie do tych poprzednich.

Miła Pani Doktor wypaliła nam znad kajeciku bez ostrzeżenia:
w poniedziałek proszę zadzwonić do pani embriolog.
We wtorek transfer.

Spojrzeliśmy na siebie z S. ze zdumieniem i aż nam się gęby uśmiechnęły.
W pewnym momencie myślałam, że się rzucimy sobie na szyję i zaczniemy cieszyć jak dzieci i śpiewać "ene due rabe". 

Jak to "transfer"?
Tak po prostu? :)
Już we wtorek?

Zupełnie o tym nie myśleliśmy. Zagapiliśmy się po prostu. Zaszyliśmy się w rozkoszy nudnej codzienności. W nie myśleniu o IVF, o leczeniu, o klinice.

Aż tu baaaaach - wtorek. Transfer.

Pozwolę sobie dziś na trochę radości, ale pozostawiam ten temat nadal zaparkowany gdzieś z boku.
Jutro mam trzydzieste urodziny. W sobotę wieczorem małe party dla najbliższych znajomych w lokalu na mieście. Cieszę się. Przyznaję bez bicia, że lubię być w centrum uwagi.

Mam nadzieję, że nikomu ze znajomych nie wpadnie do głowy, żeby życzyć mi ciąży.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Lato, słońce i radość życia


Melduję, że póki co, czarne chmury rozwiały się.
Smród po pierwszej nieudanej próbie IVF trochę uleciał, czarne chmury ustąpiły i pokazało się niebo w przyzwoitych kolorach.

Po 2 miesiącach tkwienia monotematycznie w procedurze IVF - odżywam.
Rozglądam się dookoła. Świat nadal istnieje. Życie nadal toczy się swoim torem.
Dookoła dzieją się rzeczy - duże i małe.

Jestem w stanie myśleć o innych rzeczach, niż macierzyństwo, brzuch i pieluchy.
Baaa, powiem więcej. Wczoraj nastąpił dzień, kiedy na kacu, w 30 stopniowym upale siedząc w centrum miasta na Street Food Festivalu, w tym smrodzie smażonych przysmaków ulicznych pomyślałam:

- Ja pierdziu... współczuję tym ludziom z ryczącymi bachorami, w tym upale i smrodzie.

Zasiadłam na rogu jakiejś zasyfionej ławki z równie skacowanym małżem, z kubeczkiem zimnej lemoniady i poczułam spokój. W tym jednym, jedynym momencie, pomyślałam sobie, że jak na tą chwilę, fajnie, że nie mamy wrzeszczącej, małej gęby przy boku.

Generalnie, moja stłumiona w ostatnich tygodniach energia życiowa, znalazła ujście i odżywam.
Znowu czuje się młodą, energiczną, myślącą kobietą a nie workiem na leki i poduszką do igieł.

O nieudanym IVF przypomina mi jedynie troszkę więcej tłuszczyku na brzuchu niż wcześniej. Ale mam to za nic, bo moje poczucie cielesności i kobiecości również postanowiło dać o sobie znać, po całej tej medycznej katordze.
Nie wiem, czy to ten estradiol, który łykam, czy wracająca radość życia, czy to lato w powietrzu..  ale czuję jakieś takie niewyczerpane pokłady kobiecości i seksapilu :)

W sobotę odbędzie się moje małe party trzydziestkowe. Jako trzydziestolatka czuję się świetnie. 

Badań przeciwciał tarczycowych nie zrobiłam. Nie ma siły ani NAJMNIEJSZEJ ochoty łazić do tego laboratorium.
Niech się dzieje wola nieba.

Korzystam z dobrej aury, póki mogę.
Kiedyś w końcu się uda.

Na koniec kawałek, którego słucham sobie codziennie rano, szykując się do życia:



poniedziałek, 2 czerwca 2014

Liżę rany. Sklejam serce.



Za mną trudne dni.
Zadziałał u mnie mechanizm podobny do tego, który można było zaobserwować na kilku innych blogach. Czasami wyczytać między wierszami, czasami gdzieś w komentarzach.
Kiedy minął pierwszy szok po porażce, przyszła czarna dziura, którą można określić: rozpacz i zwątpienie.

Czwartek, piątek, sobota były koszmarne.
Straciłam wszelaką nadzieję.
Zadziwiające jest to, że wiedziałam, że statystycznie pierwsze podejście nie często się udaje. Próbowałam się nastawić na porażkę. Baaa.. nawet w matni moich moralnych rozterek w temacie ilości zarodków, miałam rozmaite, niedobre myśli.

Przyznam, że porażka przejechała po nas mocniej, niż się tego spodziewałam.
Przyznaję, że dotknęłam dna. Tak jak dokładnie rok temu, kiedy odebraliśmy fatalne wyniki nasienia.
Zjechałam na dół i zawitałam do bram samych piekieł.

Zwątpiłam.
Straciłam wiarę w możliwość powodzenia tej misji.
Najgorsze jest to, że procedura IVF jest naszą ostatnią deską ratunku. Dalej nie ma nic.
Jeśli to się nie uda, moje życie nie ma scenariusza, według którego będzie mogło toczyć się dalej. 

Czwartek przepłakałam.
Z piątku na sobotę dostałam okres. Jak w zegarku.
Po kilku niewyraźnych miesiączkach, w końcu przyszedł właściwy, oczyszczający.
Przespałam całą sobotę. Spałam chyba z 20 godzin. Dosłownie straciłam przytomność, jakby ktoś wyłączył mi prąd.
W niedzielę obudziłam się z nowymi siłami, z nutą nadziei i jako taką energią życiową. 

U Mojego Ukochanego niestety poprawy brak. Mechanizm wyparcia nie pomaga mu w uporaniu się z emocjami. Dodatkowo, udało mi się z Niego wydusić wyznanie, że jest cholernie wściekły na los, jak mógł dopuścić do tak okropnej sytuacji życiowej... oraz, że nie może przestać myśleć o tym, kim był by ten człowiek, który nie doszedł do skutku. Czyli ma poczucie straty, poronienia (ja akurat takiego nie mam).

Podjęliśmy wspólną decyzję, że od razu podchodzimy do crio transferu.
On był bardziej zdecydowany w tej decyzji. Ja jeszcze kilka dni temu miałam wątpliwości.
W piątek stawiłam się u sympatycznej Pani Doktor.
Kiedy weszłam do kliniki i poczułam ten zapach, zobaczyłam te ściany, to ugięły mi się nogi.
Wchodząc do gabinetu modliłam się, żeby nie wybuchnąć płaczem.

- Dzień dobry pani doktor. "Biały Jeleń" jednak nie pomógł...  
- Ależ Pani <imię>, przecież macie bardzo dużo zarodków!
- No.. mamy no.
- A piszą w internecie, że szanse na ciąże z crio transferu są większe niż z zarodków świeżych?
- Tak, no piszą.
- No, to dobrze piszą.

Obawiam się, że minę miałam, jakbym z grobu wstała.
Ostatecznie rozpisała mi leki, które mam brać (to, co po transferze, tylko bez progesteronu i Fraxipariny) od drugiego dnia cyklu. I biorę.

Odpytałam ją jeszcze, czy nie ma potrzeby poszukiwania przyczyny tego nie udanego pierwszego podejścia. Jej zdaniem, absolutnie nie.
Analizując jednak moje hormony, trafiłyśmy na strasznie zawyżony wynik przeciwciał tarczycowych sprzed roku. Byłam z nimi nawet u endokrynologa, który właściwie nie znalazł przyczyny i nie stwierdził nic konstruktywnego. Mam te przeciwciała zbadać jeszcze raz i jeśli znowu wyjdą bardzo zawyżone, to podreperować hormony i dopiero wtedy podchodzić do crio.

Na badaniach jeszcze nie byłam. Nie mam siły.
Na razie biorę tylko prochy.

Żeby było weselej w pracy szopka i mecyje, bo szefostwo sobie założyło, że moje IVF się uda i rozplanowało sobie scenariusz na taką a nie inną ewentualność. Mój zespół miał przejść pod opiekę kogoś innego, kogoś, kogo nie znoszę. Z tym, że to miało się stać dopiero w momencie, kiedy mnie się uda. Ale chyba się nie dogadaliśmy... Patrząc z perspektywy czasu, stwierdzam, że powiedzenie szefowi o IVF było błędem. I o podejściu do crio nie powiem. Jutro czeka mnie rozmowa, podczas której będę próbowała wybronić swoje stanowisko i mój plan na zawodową przyszłość. I skłamię, że na razie mam dosć IVF. A kłamać nie lubię i nie umiem.

Chociaż kłamstwo już trenuję.
Postanowiliśmy, że o podejściu do crio nie mówimy tak szerokiemu gronu.
Nie mówimy przede wszystkim naszym Mamom. Ani mojej, ani Jego. Wystarczy, że my cierpimy. A kiedy one cierpią, to ja cierpię jeszcze bardziej.
Powiedziałam im, że musimy złapać oddech i na razie dajemy sobie spokój.
Uwierzyły.

I tak, Moi Kochani, zbieram się z gleby i próbuję z tej gleby dźwignąć Jego i najbliższych.
Paradoks: między nami dawno nie było tak dobrze, jak teraz.
Nigdy, aż tak bardzo nie czułam, że jesteśmy w tym razem.
Ramię w ramię. Serce w serce.

Nigdy, nigdy aż tak, nie byliśmy gotowi na przyjęcie Dziecka.
Dziecka, za którym tęsknię coraz bardziej. Które kocham, choć jeszcze nie istnieje.
Które śni mi się co noc.
Które stało się moim jedynym życiowym celem i pragnieniem.