sobota, 28 czerwca 2014

Opowieść o wielkiej radości i strachu




Dziękuję absolutnie wszystkim osobom, które pozostawiły po sobie życzliwy ślad w komentarzu pod ostatnim postem. Tyle serdeczności i pozytywnej energii od "wszechświata" nie odebrałam jeszcze nigdy. Jeśli ktoś tkwi w przekonaniu, że Polacy to naród marudzących "Januszów" to zapraszam do lektury komentarzy.
Dziękuję po stokroć.
Z każdym dobrym słowem przeżywam tą swoją radość jeszcze mocniej.

Mam w sobie tyle radości ( o strachu potem..), że koniecznie muszę się pochwalić retrospekcją wydarzeń 2 dni. Jest niedziela, 7 rano i akurat właśnie teraz, czas najwyższy...
Nie wiem, czy kogoś taka dokładna retrospekcja zwiastowania największej nowiny w moim życiu będzie interesować poza mną... ale mnie tak mega interesuje, że samo pisanie o tym a potem czytanie tego 15 razy będzie multiplikacją przeżywania tego po raz kolejny i kolejny i kolejny..

W czwartek, dzień przed testem, nosiło mnie. Dostawałam białej gorączki, z pracy skapitulowałam do domu, bo nie byłam w stanie wysiedzieć. Noc spocona, nerwowa, wijąca się w pościeli.
Ale piątkowy poranek już był okej.  Dopadł mnie jakiś taki dziwny spokój.

W piękny, słoneczny poranek pojechałam do kliniki moim obsranym samochodem. Z kilkunastoma kupami na froncie mknęłam w jakimś takim względnie dobrym nastroju. Na miejscu okazało się, że zapomniałam portfela - na szczęście udało mi się udobruchać panią w recepcji i umówiłyśmy się, że kasę dowiozę potem.
W zabiegowym atmosfera, podobnie jak przy transferze, była wesoła - pożartowałyśmy z paniami, pogadałyśmy. Pani pielęgniarka stwierdziła, że igieł to ja się już chyba nie boje, bo miałam taaaką zaprawę. Nie denerwowałam się wtedy. Na odchodne powiedziałam do pań zabiegowych:

- No, a teraz proszę tak tą próbkę wysłać do laboratorium, żeby beta była wysoka!

Panie się pośmiały i obiecały tak zrobić. I zapowiedziały, że jedna beta tego dnia już wyszła wysoka.
Była 9:00. Spóźniona popędziłam do firmy. Plan miałam taki, żeby ze swoimi zadaniami względnie uporać się do 13:00 i o tej godzinie pojechać do domu na odczyt wyniku. Betę miałam dostać na maila, ewentualnie dzwonić, żeby mi powiedzieli telefonicznie.

W pracy, w przeciwieństwie do dnia poprzedniego, byłam jako tako produktywna. Niemniej jednak co 10 minut odświeżałam prywatną pocztę, modląc się w duchu, żeby jeszcze nie, jeszcze nie...

Mail z kliniki pojawił się koło 12:30.
Nie otwierając go, stwierdziłam, że muszę skończyć przygotowywać dokument i dopiero potem pojadę do domu. Nie wytrzymałam długo. Pozbierałam manatki i się ulotniłam "pracować zdalnie".

Zadokowałam się w samochodzie na parkingu, poinformowałam małża telefonicznie, że oto wracam, bo oto mam wynik, ale jeszcze go nie widziałam. A tu zonk, bo się okazało, że małżon jest poza domem, w drodze na spotkanie i domowa schadzka z wynikiem w tym dokładnie momencie nie dojdzie do skutku. Wkurzyłam się i stwierdziłam, że dobra, nie wytrzymam, odpalę ten wynik na komórce i zobaczymy, oddzwonie...

Siedzę w tym cholernie nagrzanym samochodzie na parkingu jak sierota..
Nerwowo otwieram pocztę w ajfonie. Jest mail. Klik jeden.. zawahanie.. klik... zasłaniam ekran, zakrywam go o spodnie. Spojrzenie w niebo, w myślach jakaś niedbała, nerwowa mantra "Panie Jezu, błagam..".
Spojrzenie, zbliżenie na fragment PDFa na akranie

Beta 160.
Ile???
Jezus, Panie Boże..
Tu jest gdzieś jakiś przecinek??
Nie, nie ma.

W tym jednym momencie poczułam, że moje życie zmieniło się na zawsze.
W tym jednym momencie dopadły mnie emocje w konfiguracji o której nie miałam pojęcia. Których się nie spodziewałam. Nie byłam przygotowana na taki wynik. Byłam zaskoczona.
I zaczęłam łkać. Patrzeć przed siebie i łkać.

Zadzwoniłam do niego i wycedziłam łkając:

- Kotku, wygląda na to, że się udało ! Beta 160!
- Ale co to znaczy, "wygląda na to"?! Co Ty chcesz mi powiedzieć?! - zaczął na mnie wrzeszczeć :) - O Jezus Maria, muszę zjechać na pobocze, bo się za raz rozwalę tym samochodem. O Jezus Jezus! Jedź do domu, ja wracam. 

Do domu dojechałam nie wiem jak. Na pewno jak prawdziwe zagrożenie na drodze.
Dopadłam do komputera, żeby sprawdzić ten wynik na własne oczy na większym ekranie. Bo przecież mogłam coś źle przeczytać. Przecinka nadal nie było w tej trzycyfrowej wartości. Nie wyrósł.

Szybki wpis na blogu...

Telefon do mojej mamy. Do tego czasu względnie się trzymałam. Byłam w szoku, ale się trzymałam.
Mama nie wiedziała, że testowaliśmy w piątek. Była przekonana, że sobota była aktualna. Chciałam oszczędzić jej nerwów.

- Cześć Mamuś, jesteś w pracy?
- Tak.
- Aha, a możesz rozmawiać?
- No mogę chwilkę (i tu już słychać podejrzenie w głosie mamy)
- Bo wiesz co, jest taka sprawa... Bo my mamy już wyniki.   (i tu czuje, że chyba nie dam rady...)
- No i co?
- No i zgadnij. 
- No..
- Udało się! Wygląda na to, że jestem w ciąży 
- Wiedziałam. Oh Boże, Kotku no, wiedziałam...

I tu zaczęła się obustronna histeria. Wiem, często nadużywamy tego słowa, próbując określić stany, które histerią nie są. To była jednak prawdziwa histeria. Ja zaczęłam szczerze i bez wstydu szlochać i łkać, śmiejąc się na przemian. Mama miała identyczną reakcję:

- Boże, dziecko no, wiedziałam. O Boże, kochanie.. dziecko moje no..

I tak wyłyśmy i śmiałyśmy się w głos nie wiem ile.
Ostatecznie musiałyśmy się rozłączyć - nie dało rady się uspokoić.
Potem były jeszcze ze 2 próby kontaktu telefonicznego, ale każda z nich kończyła się płaczem, więc dopiero wieczorem udało się nam jakoś w miarę konstruktywnie porozmawiać.

A potem wrócił do domu Małżon.
Nigdy nie zapomnę jego wyglądu, jego postury, jego wyrazu twarzy i spojrzenia, kiedy podchodził do łóżka, gdzie leżałam zaryczana z gilami i tuszem kapiącym do samej brody.
Widziałam po nim ogromne emocje - On jest człowiekiem bardzo skrytym. Wielkim introwertykiem. Ale widziałam, jak się kotłuje. Podszedł, przytulił mnie a ja zaczęłam beczeć w tą jego ładną, białą koszulę.

Next step: sms do przyjaciółki:
" Gabi przyjedź do mnie. O nic nie pytaj. Nie dzwoń. Przyjedź".
"Będę za 30 min".

Ona też nic nie wiedziała o becie w piątek, więc jadąc do mnie, była przekonana, że są złe wieści a ja jestem w jakiejś rozpaczy i za raz się powieszę albo coś w tym rodzaju.
Weszła, patrzy, ja cała zapłakana:

- Co jest? - była tak przestraszona, wyglądała, jakby była z drewna. Nigdy jej takiej nie widziałam.
- Gabi, wszystko wskazuje na to, że będziesz ciocią - wydukałam

W sekundę zaczęła zawodzić w głos jak zawodowa płaczka, wydając z siebie bliżej nieokreślone dźwięki dopadła do mnie w 3 krokach, przytuliła i tak stałyśmy przytulone w przedpokoju, dudniąc głębokim łkaniem.

Potem siedziałyśmy, wielce się dziwiąc, przez bodajże godzinę, oglądając pozytywnego sikańca z dwoma kreskami, którego zdążyłam zrobić po powrocie małżona.

Wieczorem jeszcze pojechaliśmy do teściów, poinformować ich o sprawie.
Teściowa rzuciła mi się na szyję, poinformować, że "bardzo mnie kocha".

Dzień wczorajszy w całości spędziliśmy u znajomych na działce, ale nikogo z nich nie wtajemniczamy w temat, przynajmniej do końca pierwszego trymestru.
Powiedzieliśmy kilku najbliższym osobom, a teraz się boję, żeby nie było przedwcześnie, bo w poniedziałek będę powtarzała betę, żeby sprawdzić, czy rośnie.
Obym tylko nie zapeszyła naszego szczęścia tym swoim ekshibicjonizmem...

Myślę, że śmiało możemy powiedzieć, że oboje z Małżonem jesteśmy w szoku.
On - definitywnie. Siedzi sobie w swoim wewnętrznym "ja" i widzę, jak się w nim kotłuje.
Myślę, że nie dojdzie do siebie do czasu pierwszego USG, które, daj Boże, odbędzie się za 2 tygodnie z hakiem.

Na koniec dodam, że jedno nam-niepłodnym jest dane w bonusie.
Wydaje mi się, że każdemu takiemu zwiastowaniu dobrej nowiny towarzyszy radość - w naszym jednak przypadku ta radość jest multiplikowana nieskończoną ilość razy.
Czasami wyobrażałam sobie ten moment - moment dobrej nowiny. Nigdy jednak, nawet w moich najśmielszych snach, nie wyobrażałam sobie, że ten moment jest tak piękny, że niesie ze sobą taką radość, taką wspaniałość i doniosłość chwili. Coś pięknego...

Jestem wdzięczna Bogu - za tą betę, trzycyfrową. Za to wyróżnienie, że akurat na moim arkuszu ten wynik się pojawił. I za tych dobrych ludzi dookoła, tych kochanych ludzi, którzy wydali z siebie szloch radości na wieść o tej nowinie.
I proszę, błagam Boga, niech ma nas w swojej opiece, niech trzyma w garści i nie puszcza.

Na koniec (o ile ktoś dobrnął do końca - szacuneczek ;)) proszę o potrzymanie tych kciuków za nas jeszcze troszkę...

Jutro lecę na drugą betę.
Rośnij zdrowo, Moje Kochanie.




26 komentarzy:

  1. Mocno sciskam. Slowa zbedne. Buzia.
    Melka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Weź tam Melka podłub jeszcze w tym piasku, żeby ta beta jutro pięknie przyrośnięta była..

      Usuń
  2. Niech beta rośnie przepisowo :)
    Świetnie się czyta takie posty, aż mi się normalnie łezki zakręciły :)
    Trzymajcie się mocno razem, niech Maluch numerów nie robi tylko się rozgości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hania, hehe.. pisząc post miałam obawy, że jest tak dlugi, że nikt nie dotrwa do końca ;))

      Usuń
  3. No i znow sie poplakalam! Czyta sie to w takim napieciu jak jakis kryminal prawie ;-)
    Trzymam jutro!
    Dawaj znac!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eh, cóż to są za dni.. :))
      Jutro na pewno dam znać!

      Usuń
    2. Racja! Czyta się jak dobrą książkę :) Z pięknym happy endem! :) Trzymam kciuki! Rośnijcie zdrowo! :)

      Usuń
  4. <3 choć jestem tu u Ciebie w komentarzach od niedawna to wiedz, ze niesamowicie mocno trzymam kciuki za przyrost bety i łzy radości po raz drugi u mnie wywołałaś!!!! Tak dobrze wiedzieć, że to wszystko może się udać, że jest światełko w ciemnym tunelu!!! Pozdrawiam i czekam na jutrzejsze wieści!
    Ps. Właśnie wbrew powszechnej opinii ja wierzę, że jest masę empatycznych, dobrych ludzi, którzy sobie nawzajem pomagają, choćby tylko dobrym słowem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za dobre słowo i trzymanie kciuków ;))
      Tak - światełko jest. Widzisz.. jeszcze kilka dni temu dwie kreski na teście ciążowym były absolutnie poza granicami mojej percepcji.. wiesz jak to jest.
      I jak widać - wszystko się może zdarzyć!

      Usuń
  5. No u Ciebie to standardowo śmieję się i płaczę, wariactwo - poztywne of course :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby w najbliższych miesiącach tego pierwszego było zdecydowanie więcej ;))) Łez już styknie :)))
      Bucha

      Usuń
  6. Uśmiechałam się do laptopa jak głupia :) Ciesze sie że Ci się udało :**
    Wzruszyłam się :>
    Jeszcze raz Gratuluję Kochana :*****

    OdpowiedzUsuń
  7. Dobrnęłam ;). No mnie się też łezka w oku zakręciła przy czytaniu. Przypomniało mi się jak to było z naszą betą... emocje, niedowierzanie, a potem szczęście.
    Trzymam kciuki tak mocno, jak się da, na razie do poniedziałku, ale potem przez kolejne miesiące :).

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo miło się Ciebie czyta, chcę więcej :) ja jestem na początku 3 in vitro, mam nadzieję, że ostatniego...

    OdpowiedzUsuń
  9. I się poryczałam :) Cieszę się Waszym szczęściem i trzymam kciuki za jutrzejszy dzień i za kolejne miesiące.

    OdpowiedzUsuń
  10. No to sie poryczalam ;( to poczatek pieknej historii <3

    OdpowiedzUsuń
  11. no jak nic będę musiała zainwestować w chusteczki, a fakturę wyślę Tobie ;) więcej takich wzruszeń poproszę. W poniedziałek beta będzie 2 razy taka :) Kciukole cały czas zaciśnięte.

    OdpowiedzUsuń
  12. Super wiadomości. Trzymam kciuki i cieplutko pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
  13. co powiedzieć?... :))))))))))))))))))))))))))) cieszę się z całego serca, razem z wami!

    OdpowiedzUsuń
  14. Kciuki sa nadal, mocne ogromne i oczywiście łezki były przy czytaniu.
    Czekamy na wieści o powtórnej becie.
    Pozdrowionka

    OdpowiedzUsuń
  15. Jestem spóźniona, ale z gratulacjami i trzymam kciuki za dzisiejszy wynik.
    O której wynik?

    Bardzo dobre wieści u Was, już 3 IVF udaje się za 2 razem. Przed przystąpieniem do procedury (pewnie po wakacjach), to bardzo pocieszające.

    OdpowiedzUsuń
  16. I teraz już tak do końca... radość i strach...
    Długie dni przed Wami, niech będą najpiękniejsze! :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Hej. Jak pewnie się domyśliłaś - trafiłam do Ciebie, bo też zmagamy się z niepłodnością. Wiem, że jesteś już lata za tym wspaniałym momentem, w którym dowiedziałaś się, że będziesz mamą, ale chcę Ci tylko powiedzieć, że strasznie się cieszę i dziękuję Ci za ten blog. Czytając tą notkę sama się poryczałam. Wielka buźka, niech Ci się dzieć zdrowo chowa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I dzięki Tobie wróciłam do niego po latach po raz kolejny :) i aż się poryczałam.
      Trzymam za Was kciuki. Walczcie, bo nagroda na końcu jest, doprawdy, nieoceniona ;))

      Usuń