piątek, 22 sierpnia 2014

Brzucho-love

Brzuszek zaczyna wizualnie zaznaczać swoją obecność :)

Czasami jest mniejszy, że właściwie prawie w ogóle go nie widać.
Wieczorami robi się dość okazały i oto prezentuję go w pełnej krasie na świeżutkich fotkach:

12 tydzień ciąży


12 tydzień ciąży



wtorek, 19 sierpnia 2014

Druga wizyta u doktorka prowadzącego

W sobotę powróciłam z prawie dwu tygodniowego pobytu w rodzinnym domu. I dobrze, bo obecność w domu po uspaniu pieska była nieznośna. Płakałam i rozpaczałam po kątach i po nocach, myślałam, że się rozpadnę na kawałki. Cały czas wydawało mi się, że leży tuż obok kanapy, że słyszę jego pazurki na schodach, że szczeka w ogrodzie, że chrapie (tak tak, strasznie chrapał :) . To było trudne.
Niesamowite, jak jeden 20to kilowy pies może wpłynąć na to, że dom staje się pusty, smutny, zupełnie inny. Zdałam sobie sprawę, że ten pies był z nami prawie połowę mojego życia, natomiast mój brat miał 10 lat, kiedy pies zamieszkał z nami, więc już w ogóle dramat.
Pozostali domownicy zostali w tym wybrakowanym lekko domu i nie jest im łatwo. Mama od kilku dni ma rozstrój żołądka a brata oczy zachodzą łzami, kiedy tylko znajdzie sierść psiaka na dywanie. A jest jej mnóstwo więc o to nie trudno..

Mnie jest łatwiej, od kiedy wróciłam do siebie. I całe szczęście, bo wiem doskonale, że dziecko odbiera wszystkie moje emocje i odczucia. Jest mi niewymownie przykro, że zostało narażone na tak straszliwe odczucia jeszcze w fazie swojego życia płodowego. Nie dość, że ma nerwową i nadpobudliwą matkę, to doświadczyło już uczucia, jakim jest rozpacz po stracie. Staram się nie dramatyzować, ale muszę przyznać, że jest to jedna z najdotkliwszych strat w moim życiu. A zakazać sobie czuć w takim momencie i powstrzymać się przed odczuwaniem - good luck..

Dobra, koniec o mojej psince.
Byliśmy dziś na drugiej wizycie u doktorka prowadzącego!
Poza standardowym ważeniem, ciśnieniem, badaniem i wywiadem odbyło się USG genetyczne!

Dzidek przypomina już zdecydowanie człowieka :) I to jakże ruchliwego!
Widać główkę, nosek, rączki, nóżki, którymi wywijał na wszystkie strony. Można by rzec, że machał do nas Skurczybyk :)

Małżon przy tym USG normalnie kwiczał z zachwytu :) Przypominam, że jest typem introwertyka.
Piszczał normalnie jak dziecko, że aż byłam w szoku i zamiast patrzeć na monitor od USG, patrzyłam zszokowana na Niego :) W życiu nie widziałam, żeby się tak czymś jarał, a znamy się od 15 lat :) Czekałam tylko w napięciu, kiedy zacznie skakać i wywijać pajacyki.
Ja byłam zdecydowanie mniej rozemocjonowana.
Bardziej skupiona na minie lekarza, robiącego pomiary, niż na obrazie z USG. Badał te wszystkie przezierności karkowe, chrząstki nosowe, tętno, rozmiar główki i inne. Modliłam się, żeby tylko nie zmarszczył brwi albo powiedział "hmm".
Nie zrobił nic takiego. Na szczęście wszystko ok!

Próbowaliśmy się dopatrzeć płci, ale wpatrując się intensywnie w krocze trudno było o konstruktywne wnioski. Widnieje tam coś, co przypomina małego farfocla, co może świadczyć o chłopczyku, ale lekarz prosił, żebyśmy szczególnie się do tej myśli nie przywiązywali.

Czy wspominałam już, że po cichuteńku marzyła mi się dziewczynka? :)
Oczywiście nie będę grymasić, będę wielbić, co będzie, byle by zdrowe było.

I generalnie zachowałam tak śmiertelną powagę podczas badania, że aż sama sobie skojarzyłam się z Mirandą z "Seksu w wielkim mieście", która mega na zimno podchodziła do tematu ciąży i macierzyństwa a podczas badania USG udawała przed lekarką radość na informację o płci :)
Oczywiście nie twierdzę, że podchodzę na zimo i że mam coś wspólnego z Mirandą, choć dzisiejsza wizyta oglądana z boku mogła troszku tak wyglądać :) W normalnych okolicznościach, jest mi strasznie daleko do Mirandy.

Tak czy inaczej,  leci mi właśnie 12ty tydzień a brzuchol zaczyna poważnie już wystawać :)




czwartek, 14 sierpnia 2014

Pożegnanie Przyjaciela



Dziś przyszło mi pożegnać mojego czternastoletniego Przyjaciela.

Od kilku dni słabł w oczach, a dziś podczas wizyty w klinice weterynaryjnej, musieliśmy podjąć bardzo trudną, jednak humanitarną decyzję o eutanazji.
Jak się okazało, miał raka pęcherza - ogromnego guza na 10 centymetrów i liczne przerzuty na inne organy. Cierpiał.
Ta wiadomość spadła na nas nagle. Dziś. Bez ostrzeżenia.

Nie byłam z nim w momencie zastrzyku, w związku z czym mam mieszane uczucia. Muszę jednak mieć na uwadze przede wszystkim dobro dziecka, które noszę. Mój stan to jedyne, co powstrzymuje mnie, przed wpadnięciem w czarną histerię i ryk w niebogłosy.
Była z Nim moja mama, która w momencie zastrzyku trzymała go w ramionach. Jestem Jej za to ogromnie wdzięczna, bo w pierwszym momencie nie chciała przy tym być. Zdecydowała się, kiedy powiedziałam, że ja z Nim będę, bo nie pozwolę, żeby był wtedy sam.

Nigdy nie był sam.
Mieszkał w naszym domu. Spał ze mną w łóżku, dopóki jeszcze mieszkałam w domu.
Mama kupiła go mnie i mojemu bratu, po trudnych doświadczeniach rodzinnych, trochę w formie terapii. I był terapią skuteczniejszą niż wszystkie inne terapie świata.
Najlepszym, najbardziej oddanym Przyjacielem.

Był wiecznym szczeniakiem przez 11 lat.
Dopiero 3 ostatnie lata jego wiekowość dała się we znaki. 

Żegnaj, mój ukochany pieseczku.
Nigdy o Tobie nie zapomnę. Nigdy.



poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Glonojad pierwszego trymestru

źródło: https://www.caramondo.de/nostalgic-art-blechschild-damn-right-i-am-good-in-bed-i-can-sleep-for-days/nostalgic-art/a-5802/ 

Dla potomnych postanowiłam opisać moje samopoczucie z ostatnich tygodni ciąży (czyli większości dotychczasowej ciąży, jako, że jestem w 10tym tygodniu :).
Lekko nie jest, chociaż dziękuję losowi i mojej biologii, że ominęły mnie wymioty :)


  • Zmęczenie i senność
    ... odebrały mi możliwość normalnego funkcjonowania. Od kilku tygodni, czyli od powrotu ze szpitala każdy mój dzień wygląda tak samo: wstaję koło 10:00, prysznic, jem śniadanie i .... koniec. Battery low. Bateria mi się rozładowuje mniej więcej na tym właśnie etapie. Nie mam siły nawet posprzątać po posiłku. Większość dnia śpię lub po prostu leżę, otępiała umysłowo.
    Nie ma mowy o wyjściu z domu. Nie mam na to siły.
    Baa, ledwo mam siłę zmywarkę rozładować. A to też nie zawsze. 

  • Mdłości... ale szczęśliwie bez wymiotów.
    Niemniej jednak większość dnia czuję się, jakbym była na ciężkim kacu. Zanim cokolwiek zjem, zaznajamiam się z pożywieniem wzrokowo, powącham, obejrzę i dam swojemu organizmowi chwilę na określenie czy "all right" czy też może niezbyt..

  • Piersi
    ... zrobiły się duże, nabrzmiałe i cholernie bolące.
    Nawet jak rosły, to nie były tak upierdliwe. Trudno je aktualnie zmieścić w biustonoszu, więc ratuję się takim sportowym. Są bardzo fajne, tylko gdyby przy tym tak nie bolały, to było by miło.

  • Siku
    zaczyna się koło 6 - 7 rano. Machinalnie już wstaję, sikam przez sen, wracam do łóżka. Opanowałam ten manewr do perfekcji, gdyż ta dolegliwość zaczęła mi dziwnym trafem towarzyszyć, zanim jeszcze zaszłam w ciążę. Jak to możliwe? Hormony.

  • Humory-muchomory
    Oj, jestem dość mocno uciążliwa dla otoczenia.
    Hormony ciążowe + bezczynność + rezygnacja z pracy = biję granice własnej bezczelności.
    Współczuję mojemu Małżowi i generalnie całemu mojemu otoczeniu.
    Małż mój pracuje w domu, więc spędzamy teraz razem niemal 24h. Chyba nie muszę pisać, jakimi starciami to się kończy.

  • Jedzenie
    głód + zmiana nawyków żywieniowych.
    Mam nagłe ataki głodu i dosłownie muszę coś zjeść.
    Odnotowałam również lekki odrzut od mięsa, za to ogromny pociąg do owoców, których nigdy jakoś specjalnie nie jadałam. Moim numerem jeden są jabłka (akurat na czasie ;)). 

Plamienia minęły. Wizyty w toalecie to najbardziej stresujące momenty dnia (chociaż, jeśli gdzieś wyjątkowo wychodzę, to nawet w samochodzie potrafię skontrolować sytuację w gaciach). Mam już na tym punkcie lekką obsesję, ale chyba nie ma się co dziwić... dostałam w tym szpitalu troszkę do wiwatu.

Część leków, zgodnie z zaleceniami doktorka odstawiłam, wbrew Waszym zaleceniom, nie skontaktowałam się z kliniką, podążając za własną intuicją. 

W pracy okazało się, że radzą sobie beze mnie wyśmienicie. No trudno. 
Podomykałam zaległe sprawy, ale to właściwie bardziej na własne życzenie, bo nikt mnie o to specjalnie nie prosił. I zniknęłam. 

Jutro wyjeżdżam do rodzinki na południe. Posiedzę tam mniej więcej do 17 sierpnia. 
Trochę się boję wyjeżdżać 300 km, ale doktorek stwierdził, że nie ma przeciwwskazań a górski klimat dobrze mi zrobi. Poza tym będzie all-inclusive w postaci nieprzerwanego łańcucha dostaw domowej strawy by mama & babcia, co mi znacznie ułatwi utrzymanie parametrów życiowych moich i Dziecia. 
Poza tym, obojgu nam z Małżem dobrze zrobi chwila odpoczynku od siebie. 

I tak, Moi Drodzy, czekam niecierpliwie na koniec pierwszego trymestru, licząc, że nieprzyjemne dolegliwości miną (szczególnie dwa pierwsze punkty z listy) i choć częściowo odzyskam swoje "ja", swoją życiową werwę i będę mogła robić coś więcej, niż tylko leżenie i spanie. 

Niemniej jednak, jakbym nie była zmęczona, jakby mnie cycki nie bolały, jak często bym nie sikała, zasypiając na klopie - nie oddam tych dolegliwości za nic na świecie. 

Bo oto jestem w mojej upragnionej ciąży i jestem z tego mega dumna. 




Pamiętacie żyrafę Melmana z narkolepsją? No, to mniej więcej tak wyglądam :))