poniedziałek, 1 września 2014

Smród niepłodności

Źródło: https://windwein.wordpress.com/tag/the-ring/ 

Zastanawiam się, kiedy się wywietrzy i w moim życiu pojawią się jakieś przyjemniejsze aromaty.

Swąt minął na jakiś czas, po tym, jak dowiedziałam się, że jesteśmy w ciąży. Ale wrócił i nie daje o sobie zapomnieć.

Pierwszy smrodek, to moje odczucia w temacie pojawiających się ciąż, a raczej tych, które się pojawią. Na jednym z zaprzyjaźnionych blogów opisywałam historię mojej kumpeli, której ówczesny 1,5 roczny dzidek skłonił nas z Mężem do starania się o dziecko. Oni spłodzili PIĘKNEGO brzdąca w pierwszym bzykaniu. Nawet nie w pierwszym cyklu intensywnych starań. Ot, raz poszli do łóżka i już. No i super. NIKOMU nie życzę niepłodności a już na pewno nie Jej / Im. 
Ona była ze mną przy podjęciu decyzji o dziecku, przy wszystkich moich ciążach urojonych, przy badaniach w klinice niepłodności, przy naszym leczeniu, przy in vitro. Płakała i cierpiała ze mną. I płakała ze szczęścia również wtedy, kiedy się udało. Wiele ze mną przeszła.

Teraz jej syn ma 4 lata i role się odwróciły: Ona z mężem zaczęli się zastanawiać nad drugim dzieckiem, pod wpływem mojej ciąży. Jakiś czas nie mogli dojść do wspólnego konsensusu w tej dziedzinie, aż przyznała , że "dogadali się", że zaczęli się już starać, a raczej nie zabezpieczają się. I zaczęła panikować, że może ona zrobi już test, bo minęło kilka dni. Ale właściwie to Ona nie wie kiedy miała ostatni okres i tak dalej. Że ostatnio tak szybko się udało, to może i teraz też?
Po jakimś tygodniu zadzwoniła do mnie z informacją, że dostała okres i... jej mąż jednak nie okazał się "takim strzelcem wyborowym". 

Poczułam mega niesmak, bo jak można powiedzieć tak osobie, której mąż cierpi na zoospermię. No jak, do cholery, ja się pytam? Wykazała się kompletnym brakiem taktu. 
A po drugie, nie wiem jak ja bym się czuła ostatecznie, gdyby im się jednak udało za "pierwszym strzałem"... i czuję się z tym faktem okropnie. 


Drugi smrodek należało by nazwać wielkim smrodem.
Cały ten mój 2014 rok, jak do tej pory, kręcił się w temacie IVF: najpierw zrezygnowanie, bo znowu beznadziejne wyniki, lekarze odbierają resztki nadziei na naturalną ciążę, HSG, potem decyzja o podejściu do procedury, potem czekanie, histeroskopia, potem procedura, trudne przejścia psychiczne w związku z sytuacją "laboratoryjną", gorzki smak porażki i zwątpienie, criotransfer i... udało się. Jesteśmy w ciąży.

Często u mnie tak bywa, że w momentach kryzysowych, daję z siebie 100% mobilizacji, ale kiedy opadnie kurz, ja również opadam z sił i wszystko ze mnie wyłazi, ze zdwojoną siłą. 
Nie inaczej jest i tym razem. Mam wrażenie, że aktualnie dopadły mnie wszystkie demony związane z niepłodnością i samą procedurą in vitro. 

Jakoś do tej pory radziłam sobie całkiem nieźle z poczuciem niesprawiedliwości, które znamy chyba wszystkie.. Dlaczego inni mogą, w uniesieniu, przyjemności, w łóżku, począć swoje dziecie, które jest nazywane darem od Pana Boga, a my musieliśmy przechodzić przez to wszystko i jesteśmy nazywani egoistycznymi zwyrodnialcami, którzy nie umieją się pogodzić z faktem, że "Bóg nie chciał nam dać dziecka" i już. Obrzucani kamieniami, opluwani, upokarzani, gnojeni, deptani - ludzie, którzy "kupili" sobie dzieci w "przemyśle" in vitro. Dzieci, których nie chciał Bóg. 
Usłyszałam niedawno, że "taka jest cena" oraz, że "muszę się do tego przyzwyczaić". 

Krytyka ludu (zazwyczaj "płodnego" zresztą) to jedno. A moje własne emocje to zupełnie inna sprawa. 
Zamiast cieszyć się ciążą, naszły mnie miliony pytań i smutków. Co by było, gdyby pani embriolog sięgnęła po inną, a nie tą właśnie blastocystę? Czy obraz na USG pokazał by tego, czy może innego człowieka?
Czy Bóg prowadził jej rękę, czy też zrezygnował ze mnie, bo "nie przyjęłam Jego woli" i zostawił mnie samą?

Osoby, które czytały moje zmagania z IVF wiedzą, że mam jeszcze 7 czekających zarodków i nigdy ten fakt nie był mi obojętny. 
O tyle, o ile podchodząc do IVF miałam trochę inne priorytety, tak teraz dopadł mnie koszmar roztrząsania scenariuszy, co zrobić z takim dorobkiem. Myślę o tym przez większość moich dni i śni mi się to co noc. Nie umiem sobie z tym poradzić i obawiam się, że bez psychologa, chyba mi się to nie uda. 

Wielokrotnie rozmawiałam na ten temat z Małżem. Dla Niego odpowiedź jest prosta: 
na ten moment myślimy o 3ce dzieci, a więc biorąc pod uwagę skuteczność transferów, są szanse, że wykorzystamy wszystkie zarodki (a jak wiemy, może być i tak, że jeszcze nam ich zabraknie). 
A jeśli nie, w grę wchodzi adopcja prenatalna. 
On nie ma z tym żadnego problemu (przynajmniej nie pokazał, żeby miał). A ja mam mętlik w głowie i staram się taką decyzję przepracować i kompletnie mi nie wychodzi. 
Spędzam godziny dziennie czytając forum Naszego Bociana, opinie kobiet w takiej samej sytuacji. Nie jest to łatwa decyzja i wiele osób zmaga się z takimi samymi dylematami. 
Adopcja prenatalna moim zdaniem jest dobrym wyjściem, ale tylko wtedy, jeśli przepracuje się takie rozwiązanie. Taka decyzja podjęta pochopnie, może człowieka zniszczyć. 
Podczas drugiego transferu, rozmawiałam w Ojcem Dyrektorem i panią embriolog o adopcji prenatalnej (ta, wiem.. mam obsesję, żeby nawet podczas transferu o tym gadać). Doktorek stwierdził, że to jest bardzo trudna decyzja i że on radzi parom, żeby nie podejmowały jej wcześniej, niż 6 miesięcy po urodzeniu dziecka. 

Tak sobie myślę, że nie dość, że tyle już przeszliśmy z Mężem, żeby dojść do tej upragnionej ciąży, to jeszcze teraz, będzie ciągnął się za nami ten smród. 

Smród, który odbiera mi radość życia i przez który, nie umiem się cieszyć do końca z mojej ciąży.
Niektóre dziewczyny, po zakończeniu dzięki IVF etapu, jakim jest niepłodność, założyły nowe blogi poświęcone w całości ciąży i macierzyństwie, gdzie nie ma ani słowa o metodzie poczęcia.
Ja nie umiem przejść tej granicy. Tkwię w bagnie niepłodności i za raz się w nim utopię. 

Mam nadzieję, że kiedy mój brzuch urośnie i poczuję ruchy dziecka, to moje demony in vitro trochę odpuszczą.
Że zaznam spokoju, kiedy spojrzę w oczy mojemu dziecku.
Mam nadzieję, że będę dobrą matką i moje doświadczenia nie odbiją się negatywnie na dziecku.
Póki co - odbijają się. Zamiast być oazą ciążowego spokoju, ja się samobiczuję i dodatkowo wykorzystuję do tego opinię publiczną.

Wszelakich krytykantów w temacie in vitro proszę, żeby odpuścili sobie hejt. 
Wierzcie lub nie - baty, jakie wymierzam sobie sama, są na tyle bolesne, że możecie się czuć usatysfakcjonowani. 


Na razie zabrałam się za szukanie księdza, z którym mogła bym pogadać. 
Czuję, że to może być metoda na ten weltschmerz jaki właśnie odczuwam. 



63 komentarze:

  1. Po pierwsze jeżeli chodzi o Twoje dziecko, o tego konkretnego małego Człowieczka w Twoim brzuchu nie ma [już] znaczenia jak zostało poczęte! Jestem wierząca i szczerze wierzę, że do każdego poczęcia (nie ważne jaką metodą) potrzebna jest ręka boska, zobacz ilu parom, ile zabiegów in vitro się nie udaje?! Nosisz w sobie nowe życie, czyste i niewinne. Najważniejsze, że ze wszystkich sił wychowacie go na dobrego człowieka!
    Sama przeszłam przez walkę z niepłodnością, uważam że naznaczyła mnie ona na zawsze i przypomina mi ona o sobie, w różnych momentach, nawet mimo, że mam 13 miesięczne dziecko, ale nie zawsze przynosi ona ból, czasami wspomnienie o niej daje niemal w pewnym sensie radość, kiedy przezywam wreszcie coś (nawet zwykłą prozaiczną czynność, np. kupuję nocnik) o czym latami marzyłam. Po prostu po niepłodności inaczej doceniam pewne rzeczy, łatwiej znosi się naturalne, nieodłączne niedogodności macierzyństwa. To wszystko ma tez mroczniejsze strony, np. ogromnie boję się o swoje dziecko, paraliżuje mnie myśl, że mogłabym je stracić.
    Przyznaję, że in vitro nie jest dla mnie sprawą łatwą, chociażby z powodu wiary, ale pewnie gdyby nie udała nam się 3 iui z bólem podeszłabym do in vitro, ale starając się o drugie raczej nie zajdę tak daleko.
    Nie mogę tylko zrozumieć, już gdzieś Cię o to pytałam (nie wiem czy odpowiedziałaś), dlaczego zdecydowałaś się na raz na tak dużo zarodków? To jest moim zdaniem klu dylematów z zapłodnieniem pozaustrojowym, bo sama procedura z jedną para komórek nie budzi moich zastrzeżeń.
    Trudno, taką podjęliście decyzję, ale nie gryź się tym w odniesieniu do Twojego dzieciątka, które masz pod sercem. Chciałbym życzyć Wam żeby wszystko się ułożyło, ale wiem, co to ma być dokładnie, to dla mnie za trudne sprawy, żeby radzić.
    ZGADZAM SIĘ JEDNAK Z LEKARZEM - Z DECYZJĄ POCZEKAJCIE AŻ BĘDZIECIE RODZICAMI.
    Ja patrzę na to już z trochę innej perspektywy, mając zamrożone zarodki, teraz patrzyłabym na nie przez pryzmat mojego synka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy programie rządowym dopuszcza się zapłodnienie tylko sześciu komórek ale wierz mi, gdybym była na miejscu Pink (tj podchodziła do IVF za własną kasę) to po punkcji zrobiłabym identycznie tj. kazałabym zapłodnić wszystkie komórki. My kobiety niepłodne jesteśmy w jakiś sposób chciwe na komórki. Im większa ilość komórek, tym większa szansa na ostateczny sukces. A jeśli przed punkcją nie przemyśli się dokładnie tematu (ja nie przemyślałam) to zaraz po wybudzeniu z narkozy człowiek podejmuje takie właśnie decyzje.
      Na mnie czekają jeszcze dwa bąble i choć nie planowałam tak dużej rodziny liczę się z tym, że będziemy mieli trójkę dzieci:)

      Usuń
    2. Bahati, dziękuję za dobre słowo.
      To prawda - skłamała bym, gdybym napisała, że uważam, że w samym IVF Bóg nie uczestniczy. Sami embriolodzy przyznają, że oni łączą komórki a czy one się potem same dzielą czy nie - to już o tym decyduje Siła Wyższa.

      I tu dochodzimy do sedna ilości zarodków. Pytałaś mnie o to na blogu Mazenki a ja Ci odpowiedziałam. Oto ta sama odpowiedź:

      "Bahti, to jest skomplikowane i długa historia zarazem.
      Ta ilość zarodków nie zawsze jest kwestią decyzji. Są pary, które świadomie nie limitują ilości zarodków a ich komórki tak licho się łączą, albo nie łączą się wcale, że mają ich wcale, albo mają ledwo na jedną próbę. Bo się okazuje, że na przykład – strzelam – z 10ciu zarodków prawidłowo dzielą się jeden, dwa (nikt ich nie „zabija”, one po prostu przestają się same rozwijać).

      Są pary, których komórki naturalnie ni cholery nie mogły się spotkać a w laboratorium połączyły się wyjątkowo dobrze. I do tych par należymy właśnie my – ja i mąż. Nie dość, że jest ich sporo, to są bardzo dobrej jakości. Nawet lekarz i embriolog byli pełni „uznania” dla naszego „wyniku medycznego”.
      Tzw. klęska urodzaju, że się tak wyrażę.

      To jest matematyka, której nie da się przewidzieć.
      Możesz prosić o zapłodnienie wszystkich komórek, a prawidłowo nie będzie dzielić się żadna. A równie dobrze, może być inaczej.
      Z tym, że statystycznie, a przynajmniej z tego, co obserwuję na blogach, problem jest raczej w drugą stronę: pary mają raczej za mało zarodków, za słabo się rozwijających. Muszą przechodzić pełną stymulację wielokrotnie.

      Owszem, po fakcie jestem mądrzejsza o kilka faktów. Być może teraz zdecydowała bym się na zapłodnienie tylko np. 4 komórek, a pozostałe oocyty mroziła i… płaciła 5500 PLN za każdą próbę zapłodnienia kolejnych, gdyby się nie udało (tak tak… niestety tak to wygląda). Nie wiem Bahati. Pewno długo będę się jeszcze nad tym zastanawiać. Bez wątpienia teraz wiem o wiele więcej, niż wiedziałam wtedy.
      Czytam blogi par, które modlą się, żeby mieć jakiekolwiek „zdrowe zarodki”, podchodzą po kilka – kilkanaście razy i nic z tego…

      Uspokaja mnie małżon, bo chcemy mieć więcej niż jedno dziecko a jak wiemy, nie przewidzi się skuteczności transferów kolejnych zarodków. W praktyce to jest tak, że może ich nam jeszcze zabraknąć. Nie przewidzisz.
      Kiedyś szperałam w Google i na prawdę nie ma reguły. Możesz mieć 2 zarodki i mieć z tego 2 pięknych bobasów. Możesz równie dobrze mieć 10 i żadnego dziecka.

      Znowu się rozpisałam.. pewnie dlatego, że temat dla mnie dość nefralgiczny ostatnio."

      Dodam jeszcze, że wypowiadały się u mnie dziewczyny na blogu, że przy pierwszym podejściu też ostrożnie podchodziły do ilości zarodków, limitowaly, bały się. Po pierwszej porażce zmieniały tok myślenia o 180 stopni i modliły się, żeby były zarodki do mrożenia. Bo to jest tak, że IVF jest OSTATNIĄ deską ratunku jeśli chodzi o dzieci biologiczne. Potem nie ma NIC. Jest tylko ciemność.
      Wiele osób na moim blogu deklarowało się, że IVF ok, ale tylko przy zapłodnieniu 2 komórek. Takie podejście jest MEGA logiczne i ja się z nim zgadzam, z tym, że, zapładniając 2 komórki, praktycznie nie ma się szans. To, że akurat te dwie będą się dzielić i rozwijać prawidłowo, są marginalne. A nawet jeśli, to to, że się przyjmą.. - i tak dalej, i tak dalej.
      Czytam masę blogów, ale nie trafiłam jeszcze na nikogo, kto by podszedł do IVF z takim limitem.
      Bo tak jak piszę - tonący brzytwy się chwyta.

      Oczywiście, teraz, wiedząc to co wiem, podjęła bym inną decyzję, ale czasu nie cofnę.
      Wtedy nie wiedziałam, że nasze geny tak ochoczo się połączą. Miałam tylko know-how z innych blogów, że zarodków jest zazwyczaj za mało.

      Usuń
  2. Mnie moje demony teź ostatnio dopadły. Mam dwie cudne córeczki i o córkach zawsźe marzyłam, rosną, są zdrowe a ja ciągle czuję stratę że nigdy nie będę w ciąży. Nie marzę o niej w kontekście kolejnego dziecka ale tak bardzo bym chciała poczuć jak to jest być w tej ciąży, mieć świadomość że we mnie rozwija się życie i powołać je na świat. To wszystko niigdy mnie jie spotka i wiem, że od czasu do czasu te niby zamknięte drzwi się uchylą i ten demon mnie dopadnie. Chciałoby się tak naturalnie, normalnie jak u wszystkich, tylko czy aby wtedy docenialibyśmy ten cud który nas spotkał?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MIA, powiem szczerze, że zaskoczyłaś mnie, bo nie czuje się tej tęsknoty czytając Twojego bloga.
      Oczywiście nie mówię tego w negatywnym kontekście! W sumie cieszę się, że posty o "moich bolączkach" otwierają ludzi na tyle, że mówią o swoich. Ja jestem z tych, które uważają, że mówienie o problemach daje ulgę.

      Czytając nawet Twojego bloga, miewałam czasem do siebie pretensję, że nie umiałam pozbyć się pragnienia przekazania genów i zrobić coś tak fantastycznego, jak adopcja.
      Nie miała bym wtedy takich dylematów jak teraz.

      Nie wiem, czy Cię rozumiem, bo nigdy nie byłam w Twojej sytuacji. Wydaje mi się, że tak.
      A może te drzwi jednak się nie uchylą i demon jednak da sobie spokój? Kto wie :)


      Usuń
    2. Musi dać. Ja nie problemóm tym, że nie przekazałam genów, że moje dzieci nie są do mnie podobne itp mam tylko żal do losu, że to nie ja je urodziłam. Nie jakiś innych dzieci a tych moich konkretnie. Nie były u mnie w brzuchu, nie wydałam ich na świat i nie są ze mną od poczęcia, taki mam ze sobą problem z którym się czasami zmierzam.

      Usuń
  3. I to mnie właśnie przeraża... Może kiedyś wreszcie doczekamy się dziecka drogą adopcyjną, bądź dzięki leczeniu, ale ciągle będę miała przeświadczenie, że nigdy nie było - normalnie...że musieliśmy zrobić czasem coś wbrew sobie, by zrobić tą kolejną próbę, która potem okazała się fiaskiem. Pocieszam się, że to nie choroba śmiertelna, że nie muszę walczyć o każdy dzień, by np. coś mnie nie bolało. Tak czy inaczej, już zawsze kiedy usłyszę o szybkiej ciąży, łatwych porodach i szczęśliwym macierzyństwie - będę przezywać.
    Przed nami pierwsza wizyta w ośrodku adopcyjnym. Nachodzą mnie wszystkie czarne myśli tego świata - od tego jaka jestem niedoskonała, że nie mogę począć, do tego czy moje dziecko z adopcji nie będzie gorsze od swoich kuzynów... To już chyba na zawsze z nami zostanie. Ten smród niepłodności.
    Życzę Ci spokoju, bądź opanowana i dzielna dla dziecka które nosisz pod sercem.Podobno dziecko odczuwa wszystkie emocje i strachy matki, więc oszczędź i jemu tego. Myśl o dziecku, które nosisz pod sercem, przecież chcesz dla niego wszystkiego najlepszego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sophia, tak tak - muszę przestać się nad sobą użalać i wziąć się w kupę.

      Niepłodność niestety zostanie z nami na zawsze. Już dawno zdałam sobie z tego sprawę.
      Ale prawdą jest, że nam, niepłodnym, jedno jest dane w bonusie - radość, kiedy się uda - nieważne, czy z dzieckiem biologicznym czy adoptowanym, jest multiplikowana nieskończoną ilość razy. Śmiem twierdzić, że ludzie sprawni rozrodczo takiej radości nie doświadczają.

      Ściskam mocno.

      Usuń
  4. Ja też zdecydowałam się na to, by zapłodnić wszystkie zarodki (czyli 9). I nie ma w tym nic dziwnego. Znam dziewczyny, które chciały zapłodnić tylko np. 4 i ciąży i nie było. Nie po to ładuje się hormony w siebie, nadwyręża zdrowie i psychę, no sorry... A zwłaszcza jak ma się niedaleko do 40-stki (zresztą nie o wiek tu tylko chodzi).
    W każdym razie - do rzeczy.
    Mam dwoje dzieci i pięć mrożaków.
    I co?
    Mówię uczciwie - nie wiem.
    To co wiem, to że nigdy ich nie zniszczę ani nie pozwolę, żeby leżały w azocie latami.
    W ciąży i przed myślałam - oddam.
    Jakieś wątpliwości się pojawiły - ale u mnie dopiero po ciąży.
    Co zrobię, jeszcze nie wiem, ale na pewno warto myśleć o tym dopiero po narodzinach dziecka. Bo po sobie widzę, że to się zmienia.
    Zatem - spokojnie.
    Po pierwsze - masz czas (i jesteś młoda dupa, przypominam :) ).
    Po drugie - musiałbyś mieć mega fuksa, żeby mieć z tych mrożaków wiele ciąż. Zwłaszcza "po czasie".
    Po trzecie - przemyślisz wszystko, to się zmienia, dojrzewa się.
    Po czwarte - a byłabyś gotowa adoptować czyjś zarodek? Ja tak, myślę, że z czasem tak.
    A jeśli tak - czy nie powinnam też myśleć o byciu dawcą?
    Nie mówię, że będę, ale może warto tak na to spojrzeć. Ktoś bardzo chce dziecka, ja mogę spełnić to marzenie.
    Nic na siłę i bez zastanowienia.
    Ale teraz postaraj się nie myśleć o tym.
    I tak Ci się to będzie różnie układać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Juli, prawda, że czasu mam jeszcze sporo na przemyślenia.
      Mam nadzieję, że po urodzeniu nie spojrzę na adopcję prenatalną bardziej "krytycznie" niż teraz, bo wtedy problem się pogłębi.

      Generalnie Twoje zdanie jest dla mnie bardzo ważne, bo jesteśmy w dość podobnej sytuacji, że się tak wyrażę, post-invitrowej.
      Nawet miałam do Ciebie pisać na priv ostatnio w tej sprawie.

      Wydaje mi się, że mogła bym być biorcą. Uważam, że to jest "genialne" rozwiązanie dla ludzi, którzy nie mogą mieć swoich genetycznie-biologicznych dzieci, ale bardzo by chcieli być w ciąży.
      Tak, zdaje sobie sprawę, że taki zarodek, to jest dla nich jak manna z nieba. Dar serca największy, jaki można sobie wyobrazić.

      W tej całej sytuacji nawet (aż tak bardzo) nie przeraża mnie, że gdzieś tam, być może, z naszego materiału genetycznego, powstanie człowiek (bo jednak w mojej ideologii i etyce trudno mi nazwać zarodek człowiekiem czy dzieckiem). Jestem w stanie nawet przełknąć sytuację, że takie dziecko kiedyś stanie w moich drzwiach i zacznie zadawać pytania. Nie boję się, że trafii do patologii, bo wiem, że będzie dzieckiem kochanym i wyczekanym. Najbardziej martwi mnie jednak to, jak to dziecko będzie się czuło, kiedy pozna genezę swojego powstania. Jestem zwolenniczką informowania adoptowanych dzieci o fakcie adopcji, wliczając w to te, które rozwinęły się z adoptowanych zarodków. Czy nie będzie cierpiało, wiedząc, że było "nadliczbowym zarodkiem"? Nie będzie pałało nienawiścią w stosunku do dawców?
      To pewnie zależy od tego, jak wychowają go rodzice i czy dziecko od początku narodzin będzie informowane w sposób odpowiedni do wieku o sytuacji.
      No i jestem (chyba) zwolenniczką jednak jawnej adopcji. Żeby ludzie, którzy powstaną, mogli dowiedzieć się czegoś o swoich genetycznych przodkach. Uważam, że odmawianie prawa do informacji o genetycznym pochodzeniu jest krzywdzące (i tu pojawia się głos mojego męża, który z AP nie ma problemu, ale z jawnością - już tak).

      Na Bocianie trafiłam na wypowiedź gościa, który został poczęty z pomocą nasienia dawcy i dowiedział się o tym, jak był nastolatkiem chyba. Gość po prostu ział ogniem i nienawiścią. Zwyzywał cały niepłodny świat, że jakie mamy prawo, że on ma dziurę w głowie, że nie ogarnia i tak dalej. Grozę pogłębia fakt, że on by bardzo chciał poznać dawcę nasienia, a odnalezienie go jest wręcz niemożliwe.
      Ja wiem, że on nie musi być reprezentatywny, ale taka historia jak jego, daje mi do myślenia, czy czasami nie lepiej, żeby te zarodki, jednak dalej się nie rozwinęły (aczkolwiek nie twierdzę, że tak jest).

      Generalnie wygadałam się i już mi lepiej..
      Mam mocne postanowienie, że od jutra koniec filozofowania i użalania się nad sobą.

      Usuń
    2. "Zarodek" to jest już człowiek...

      Usuń
    3. Oho,znowu anonimowa krucjata.

      Usuń
    4. No to może ja też napiszę, nie anonimowo. W innym miejscu pewnie rzuciłabym obelgami, ale polubiłam Cię, widzę, ze jesteś rozdarta, więc po prostu pomóż zrozumieć. Nigdy nie brałam udziału w dyskusjach, od kiedy zaczyna się bycie człowiekiem, ale przyznaje, że w Twoich ustach to zdanie mnie uderzyło, zszokowało i zasmuciło. Piszesz to Ty, która zaledwie dwa miesiące temu szalałaś ze szczęścia, informowałaś o nim rodzinę, przeorganizowałaś swoje życie (np. zwolnienie), zaczęłaś czynić plany rodzica i to wszystko, z jakiego powodu? Z powodu „zwykłego” zarodka. Nie bym on dla Ciebie człowiekiem? Nadal nie jest? Kiedy się nim stał? Zanim poczułam smak niepłodności może i sama bym tak mówiła, ale odkąd poczułam tę gorycz, to kochałam już samo wyobrażenie o dziecku, same dwie kreski na teście. Sama piszesz z jak wielu połączeń komórek nic nie wychodzi, czy więc te połączone w jedność komórki tworzące zarodek nic nie znaczą? Dla ilu par są nieosiągalne…
      „Zarodek nie jest człowiekiem”…i Ty i Twój mąż i Twoje dziecko i ja, w którymś momentach swojego istnienia też „nie byliśmy ludźmi”… „Zarodek nie jest człowiekiem” o ile nie przetrwa i się nie urodzi, bo wtedy każdy zarodek danej pary jest „taki sam”z np.: oczami po tacie, twarzy po mamie i włosami po babci.
      Tu etyka nie ma znaczenia, tu działa biologia, zimne fakty, to, jaki jest człowiek (jego DNA, a więc wygląd, predyspozycje zdrowotne, choroby, częściowo charakter, sposób zachowania) warunkuje się w momencie zapłodnienia.
      Na razie patrzysz na sytuację z perspektywy osoby niepłodnej, wciąż przecież bliżej Ci do bycia „biorcą” niż „dawcą” zarodka. Ja mając synka, gdybym miała zamrożone zarodki, nie potrafiłabym ich oddać, wiedząc, że jeśli one przetrwają i się urodzą, będą „skóra zdarta” z mojego synka. I przecież nie chodzi, oto, że adopcja prenatalna jest zła, bo nie jest, ale ja pisze o swoich odczuciach, teraz, jako mama, nie potrafiłabym chyba nawet oddać komórki jajowej. Dlatego daj sobie czas i wszystko przemyśl.
      Pink życzę Ci powodzenia, oby wszystko się ułożyło, tak żebyście nie żałowali i powtórzę – nie myśl, nie wolno Ci (!!!) myśleć o tym konkretnym dzieciątku, które nosisz przez pryzmat in vitro! Ono jest Twoim cudem i nie zadręczaj Was złymi myślami. O pozostałych zarodkach pomyślisz później! Powodzenia.

      Usuń
    5. Anonimowo, bo nie mam konta:) - nie uważam się za anonimową krucjatę i proszę nie oceniać - dla mnie temat w ogóle nie do dyskusji, ale napisałam, że "zarodek to już człowiek" - bo [po prostu to prawda, jak ktoś chodził na lekcje biologii, to chyba wie. Bez krytykowania, po prostu konkretnie - zarodek to człowiek, choćby ktoś wypierał ze swojej świadomości, to jednak tak jest. I tyle w tym temacie. Ala

      Usuń
    6. Bahati, długo się zastanawiałam, co Ci odpisać.
      Całą szafę zdążyłam wysprzątać, dumając.

      To jest temat trudny i mam trochę problem ze definiowaniem, co ja właściwie myślę w tym temacie. W sumie myślę, że trochę minęłam się, ze swoimi odczuciami pisząc, że w mojej ideologii trudno jest mi nazwać zarodek człowiekiem czy dzieckiem -- a raczej: zrobiłam duży skrót myślowy.
      Z drugiej strony skłamała bym, gdybym powiedziała, że: tak, zarodki są dla mnie ludźmi, bo tak tego nie czuję i kurde... w moim odczuciu mam prawo do własnego zdania.

      Z tego co wiem, to nawet kościół zmieniał kilkakrotnie zdanie w tym temacie, na przestrzeni lat, na mocy różnych soborów i innych eventów.

      Nie umiem tego wytłumaczyć.
      Dla mnie to nie jest ani czarne, ani białe.
      Nie potrafię się określić.
      Nie jest ani tak, ani śmak.

      Z jednej strony, gdybym podchodziła do nich bezosobowo to przecież w ogóle nie powinnam mieć wtedy dylematów i być rozdarta, prawda? No bo przecież właściwie dlaczego? A podchodzę i temat jest dla mnie źródłem nieustającej zgryzoty i rozdarcia, co nie jest tajemnicą.

      Z drugiej strony, kurcze.. nie napiszę, że są dla mnie ludźmi, bo bym skłamała a na moim blogu jestem szczera, nawet, jeśli sama ryzykuję wystawieniem się na strzał.

      Napiszę może więc, że nie wiem.
      I są i nie są.

      Ja rozumiem, że każdy z nas ma swoje poglądy na ten temat i niektórzy będą ich mocno bronić.
      Nikogo nie będę przekonywać do swoich poglądów (bo w sumie, cholera, ciężko je sprecyzować) i szanuję odmienne zdanie w tym temacie.

      Dla mnie kluczowy jest chyba tutaj moment implementacji zarodka, ale żebym miała za to "odczucie" ginąć, to może niekoniecznie. Po prostu - tak mi dyktują moje odczucia.
      Posłużę się może przykładem naszej pierwszej nieudanej próby. Było to druzgoczące doświadczenie, ale bolało mnie przede wszystkim to, że się nie udało, że nie jestem w ciąży i być może, że to się nigdy nie uda. W sumie utrata nadziei na szczęśliwy finał była najgorsza, bo tak jak wspominałam, IVF to jest ostatnia deska ratunku. Potem nie ma nic.
      Ale nie płakałam za "dzieckiem utraconym", nie rozckliwiałam się nad zarodkiem, który się nie zaimplementował (kurna, tego by mi wtedy jeszcze brakowało, to depresja murowana..).
      Co ciekawe - mój Mąż - owszem. Miał przemyślenia pt. "kogo straciliśmy". Ja nie. Nie umiem tego uzasadnić.

      Nawet podczas transferu, zamiast piszczeć i płakać z zachwytu na widok kropki na ekranie USG, gadałam sobie w najlepsze z doktorem i panią embriolog o... adopcji prenatalnej.

      Więc stąd mi przyszedł do głowy moment tej implementacji.
      Ale na pewno nie będę wygłaszać manifestów, że człowiek staje się człowiekiem, w momencie implementacji. Na pewno nie. Podkreślam: NIE.
      Ot, po prostu jeśli pytasz, kiedy w mojej głowie i sercu przestawia się jakaś wajcha - ot, właśnie wtedy.

      Jedno jest pewne:
      na pewno zarodki dla mnie wiele znaczą.
      Bo to są takie ziarenka, które mogą dać plon.

      Tak jak piszesz, może zmienię zdanie, kiedy urodzę dziecko.
      Może tak być.
      Ale póki co, trzymam się tego, co wyczytałam na formum Bociana:
      że dopóki ktoś nazwa zarodki "swoimi dziećmi" nie jest gotowy i nie powinien brać się za adopcję prenatalną.
      I może to jest jakiś motor napędowy mojego myślenia. Może jakaś reakcja obronna. Nie wiem.

      I Twoją / Waszą radę wzięłam sobie do serca.
      Od dziś, a nawet wczoraj, nie zadręczam się.
      Mam mocne postanowienie odgonienia od siebie niepłodnościowych demonów a w zamian zdecydowanie skupienie się na radości z nadchodzącego macierzyństwa i pięlęgnowaniu miłości do Dziecka i ciąży.

      Pozdrawiam Cię!


      PS. Ala, Twój koment mi się pokazał dopiero po napisaniu powyższego.
      Szanuję Twoje zdanie i nie oceniam go.
      Pozdrawiam!

      Usuń
    7. Wiesz, fajna z Ciebie babka. Kiedyś Cię widywałam na innych blogach i myślałam, ze jesteś taka … pink lady ;) Jeśli wiesz o czym mówię ;), ale myliłam się. Dotknęłyśmy trudnej materii. Zawsze stroniłam od takich tematów, bo tu nie ma rzeczy białych ani czarnych. Po prostu uderzyło mnie to stwierdzenie o zarodkach w ustach osoby , która wie co to niepłodność. Nie patrzę na to nawet z punktu widzenia etyki czy wiary. Przez długi czas (dłuższy niż faktyczne starania, ale to dłuższa historia) dziecko było dla mnie - coraz mniej rzeczywistym – marzeniem, stąd moje nastawienie. Przez lata siedząc w tym temacie, poznałam tyle historii, takie statystyki, że każde poczęcie jeszcze bardziej wydaje mi się cudem. Dla Ciebie ważniejszy jest moment implementacji, dla kogoś innego pierwsze bicie serca, itp. Jakby nie było, wszystko zaczyna się w momencie zapłodnienia. Dopiero na bieżąco śledząc informacje nt. rozwoju prenatalnego mojego maluszka zobaczyłam, jak szybko dziecko (zarodek/płód) wizualnie „staje się ludzkie”, byłam w szoku, kiedy w 8t3d widziałam już zarys główki, kończyn, płeć poznałam w 12t3d. Dlatego, jeszcze raz powtórzę: zdziwiłam się Twoimi słowami, zwłaszcza, że właśnie doświadczasz cudu, ale ok przyjmuję Twój punkt widzenia.
      Jak patrzę na to wszystko z innej strony, to ciąża zaczyna się (w sensie potwierdzenia jej) dla mnie dopiero od bijącego serduszka, ale nie ujmuję tym nic zarodkowi przed tym momentem, bo na dobrą sprawę kocham nawet tego plemnika z którego powstanie moje dziecię ;), [ŻART], ale po prostu patrzę na to statystycznie, że to taki krytyczny moment.
      Ojjj, trudne to, nie będę ciągnąć dalej, bo to temat rzeka.
      Już tak daleko, jak „kogo straciliśmy”, kiedy zarodki nie przetrwają, bym nie szła. Dla mnie to takie ubieranie w marzenia, jak przy stracie wczesnej ciąży…nie ma, co sobie wyobrażać uśmiechniętego malucha, bo to złudzenie, tylko wyobrażenie czegoś, czego nie było.
      Kiedyś już udaliśmy się nawet do kliniki celem przystąpienia do in vitro, jakoś nie wyszło, nie udało się pogodzić tego z pracą, spróbowaliśmy 3 iui i mamy synka. Nie potępiam in vitro samego w sobie. Nie jestem obłudna, nie mając dziecka doszłabym do in vitro, ale myślę, że w walce – która przed nami – o drugie dziecko nie zajdziemy tak daleko. Pomijam sytuacje nadzwyczajne, o których tfu, tfu nie chcę nawet myśleć, jak gdybyśmy zaczynali walkę o dziecko od początku, czy ciężka choroba/leczenie, któregoś z nas. Nie jestem na tyle głupia, żeby powiedzieć „Nigdy!” Ale boję się dylematów, które rodzą się przy tej procedurze: liczba zarodków, diagnostyka preimplantacyjna. Boję się tego. Boję się decydować, w którym momencie istnienie staje się życiem.
      Trzymaj się!
      I pisz o ciąży, pokaż brzuszek!

      Usuń
    8. Bahati, dziękuję i wzajemnie :))
      Super jest pogadać z kimś i w sposób kulturalny wymienić się poglądami, nawet jeśli nie zawsze mają wspólny tor.

      Dotknęłyśmy trudnej materii i w ogóle ze zdziwieniem stwierdzam, że temat, który poruszyłam we wpisie, nie jest zbyt często poruszany na blogach. W sumie, kurde, przyznam, że jeszcze nie trafiłam, żeby ktoś, kto podszedł do IVF pisał o nadliczbowych zarodkach albo dylematach moralnych. Na forach - owszem. Na blogach - nie.
      Może to wynika z tego, że zazwyczaj tych zarodków jest jednak za mało.
      A może ten temat jest zbyt trudny? Ludzie boją wystawiać się na strzał?
      Ja też się trochę boję, za każdym razem. Ale potrzeba wyrzygania z siebie złych emocji jest silniejsza. W "realnym" życiu trudno mi się o tym rozmawia i nie mam z kim za bardzo.

      Ja też byłam w szoku, obserwując, jak szybko rozwija się Człowiek. W sumie, wróóóóć, nadal jestem :)) Kiedy (w szpitalu) pani doktor na USG pokazała mi bijące serce.... o ja pierniczę. Zonk. Nigdy nie zapomnę tego widoku. A potem rączek, nóżek, głowy - i to ruszających się!!! Szok. Niesamowicie szybko to idzie.
      Mam taką książkę "Ciężarówką przez 9 miesięcy" i ona każdy jeden rozdział poświęca jednemu tygodniowi ciąży. Jest tam taka miarka w centymetrach, która pokazuje, ile centymetrów ma obecnie ten mały Człowieczek. Normalnie robimy z Małżem w gacie z zachwytu :))

      To jest fakt, że życie, to jest mega cud.

      Pozdrawiam i obiecuję wypłodzić w przyszłości jakieś bardziej optymistyczne i wesołe wpisy :)


      Usuń
  5. A kyszsz .niech idą precz te lepkie myśli. Ciesz się tym czasem pełną piersią. Napewno Najwyższy maczał w tym palce, więc dobrze pilnuj tego dzieła:) korzystając z języka 'dwóch spłudanych dziewczyn' niech niepłodność się goni!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, obiecuję, że od jutra koniec z papraniem się w czarnych myślach :)
      Niech się goni, jędza jedna!

      Usuń
  6. My podchodziliśmy już raz do programu rządowego, z 6 zapłodnionych komórek zostały 2 - ciąży brak. Po tamtym doświadczeniu dużo bym dała, żeby móc zapłodnić wszystkie komórki, ale program przewiduje 6. Bez limitów jest dopiero ostatnie podejście.

    Nie wydaje mi się, żebym mogła kiedyś o niepłodności zapomnieć. Za duży ma wpływ na nasze życie i przypuszczalnie nawet po tym, jak zostaniemy matkami, będziemy borykać się ze skutkami niepłodności, np. lękiem o dziecko, nadopiekuńczością, itp.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, to jest właśnie dowód na to, o czym pisałam w komentarzach powyżej.
      "Zarodkowa" matematyka jest nieprzewidywalna..

      Ja na ten moment dużo bym dała, żebyśmy jednak podchodzili z programu rządowego (nie podchodziliśmy nie z wyboru, ale w związku z tym, że musieli byśmy czekać jeszcze rok, w związku z absurdalnymi warunkami ustanowionymi przez Ministerstwo - brali pod uwagę limity w liczbie plemników, ale np. już słabe wiązanie się z kwasem hialuronowym - to już nie. absurd).
      Gdybyśmy mieli ten limit 6 zarodków, to byli byśmy prawdopodobnie w bardziej lekkostrawnej sytuacji.

      Ale kto to mógł przewidzieć, że osiągniemy " tak świetny wynik od strony medycznej"...?
      No kto..?

      Trzymam kciuki za Twoją dietę i poniedziałkową wizytę startową ;)

      Usuń
  7. Dziewczyny jesli któraś ma nadmiar zarodków i chciałaby oddać ja naprawdę wezmę je choćby dziś...miałam już raz AZ, ale niestety nie udało się...na drugie podejście, tzn teraz to trzecie, bo pierwsze sie nie udało "pełne" in vitro..bo właśnie mam jeden jajnik, słabiutki, dwie komórki tylko i właśnie jedna odpadła, druga się zapłodniła, ale się nie dzieliła...nie zapomnę tego uczucia do końca życia...myślałam, że in vitro sie uda, może nie w 100% ale chociaż w 50%...niestety spłacamy kredyty, teraz po nie udanych próbach, a tak marzę, by mieć dziecko..marzymy razem. Nie przeszkadza mi adopcja prenatalna, nie miałam z tym problemu, tylko pragnę być w tej ciąży jak inne kobiety, dla mnie adopcja to też cud...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Adopcja to jak najbardziej cud!
      Ja finalną decyzję odnośnie moich mrozaków podejmę dopiero za kilka lat, po powiększeniu rodziny (o ile wtedy jeszcze jakieś zostaną, bo jak wiemy, różnie to bywa..).

      Ale poczytaj sobie forum na Bocianie - może tam znajdziesz dawczynie (chyba, że nie chcesz jawnie). Ja tam troszkę grzebałam i wydaje mi się, że jest to całkiem właściwe miejsce.
      A jeśli nie, to dowiesz się chociaż, gdzie najkrócej czeka się na zarodki do adopcji. Z tego co czytałam, to chyba w Novum. Byłam zaskoczona, że tam dziewczyny dostawały wręcz z miesiąca na miesiąc.

      Życzę Ci z całego serca, żebyś w końcu cieszyła się dzidziusiem i ciążą i wierzę, że tak właśnie będzie!

      Usuń
  8. Pink napisałaś, że szukasz księdza z którym można o tym pogadać... Ja takiego znalazłam, ale jest w Pucku więc daleko, jeśli chodzi o Warszawę koleżanka invitrówka doradziła mi o. Ortmana w Matki Bożej Laskawej, można z Nim pogadać bez uczucia, że Cię oskarży.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marti dzięki!
      Na razie poszukam u siebie, ale gdyby był problem to dobrze mieć takie info!

      Usuń
  9. Może to zabrzmi dziwnie, ale zazdroszczę Ci tych dylematów. Uwierz, że lepiej mieć siódemkę nad którą zastanawiasz się co zrobić niż nie mieć nic. Nie wiem czy pamiętasz - do pierwszej procedury podchodziłyśmy równo, aż nie mogłam uwierzyć, że wszystko odbywało się w tym samym dniu. Niestety nie udało się, ani mnie, ani Tobie :( Drugie podejście miałaś łatwiejsze - bo tylko transfer, ja musiałam zaczynać od początku. Zaczęłam - pełna siły do walki, choć już z lekko przygaszonym entuzjazmem. Teraz jestem po drugiej procedurze, znów nieudanej i znów bez żadnych mrozaczków. Nie wiem kiedy podejdę do trzeciej, bo strach przed porażką na razie jest większy niż chęć posiadania.
    Wiem kochana, że nasze problemy zawsze wydają się największe, ale jeśli pocieszy Cie fakt, że ktoś inny zazdrości Ci tego problemu (tak pozytywnie zazdrości) to znaczy, że to nie jest taki problem, który powinien Ci spędzać sen z powiek.
    Ściskam i życzę dużo zdrowia dla Ciebie i brzuszka :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogłabym podpisać się pod słowami Aaany wszystkimi wypustkami mojego ciała. Prócz ogromnej niesprawiedliwości, żalu, rozgoryczenia i zazdrości nie mam nic. Żadnego planu, zrytą psychikę i długi na koncie. To przykre bo wiem, że w żaden sposób nie jestem w stanie postawić się na Twoim miejscu a bardzo bym chciała. I tego też zazdroszczę wszystkim "płodnym", że jedni mają dużo a drudzy nic... Taka to sprawiedliwość.
      Zabolały mnie Twoje słowa „Zarodek nie jest człowiekiem”... to smutne, że takie słowa wypowiada osoba która walczyła o to by zostać biologiczną mamą swojego dziecka czy płodu... nie wiem jak teraz odbierasz/nazywasz Okruszka który rośnie pod Twoim sercem.
      Doceń, że masz wszystko... może nawet wydaje Ci się teraz, że za dużo a inne nie mają NIC.

      Usuń
    2. Aaana, dzięki za dobre słowo.
      Tak tak, pisząc nawet ten post, myślałam o osobach, które są w takiej właśnie sytuacji.
      Nawet całkiem niedawno, po nieudanym IVF, też pewnej osobie grzecznie napisałam na blogu, w odpowiedzi na Jej ciążowe rozterki, że nie będę jej współczuć, bo ona jest w ciąży a ja nie, i być może nigdy nie będę.
      Potem sama zaszłam w ciążę i dopadły mnie ciążowe dylematy, całkiem podobne do jej.

      Nie uważam, że moje problemy są największe na świecie - ale jak to mówią: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

      Takie wypowiedzi jak Wasze powyższe sprowadzają moje myślenie i uczucia na trochę inny tor, za co Wam dziękuję.

      Trzymam za Was kciuki i wierzę, że w końcu każdemu, kto się nie podda, dane będzie poznać smak macierzyństwa!

      Usuń
  10. Cześć Kochana! Stęskniłam się! Nie przeczytałam jeszcze wszystkich komentarzy, piszę na spontan. Po pierwsze - mam księdza do polecenia, jezuita w Krakowie.
    Po drugie - zobaczysz, że po urodzeniu dziecka zmieni Ci się perspektywa na Twoje dylematy, które, jak wiesz, są mi bardzo bliskie. Nie wiem, jak to się stało, ale nagle adopcja prenatalna mnie już nie przeraża i nie obciąża psychicznie. Widzę, ile zachodu jest z jednym bambino, a co dopiero z kilkoma.
    Nie wiem, jak nasza historia się potoczy. Jeśli mielibyśmy mieć trójkę, to trzecie dziecko bym sobie serwowała już po 40-tce. Boję się takiego późnego macierzyństwa. Boję się też transferu mrozaków... ale przyjdzie i na to czas.
    Anyways, chciałam tylko Ci powiedzieć, że jakoś mi tak nagle przeskoczyło, że w przypadku adopcji prenatalnej to może i nasz materiał genetyczny nosi zarodek, ale zostanie on powołany do życia dzięki organizmowi innej kobiety - która będzie jego prawdziwą Mamusią zaraz po zakończeniu Ery Lodowcowej. Takie mam przemyślenia dziś. Pewnie Twoje też będą ewoluować...

    PS. Dzięki za słowa otuchy pod moim wpisem ze szpitala a propos cięć i porodów naturalnych. Już nie miałam siły na dalszą dyskusję. Chciałam skomentować: "jeden lubi kupę a drugi jak ma nasrane" ale się powstrzymałam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Melkaaaaa, nareszcieeeee!! Muuaaaa :-*** Stęskniłam się i już zaczynałam się martwić :)
      Całe szczęście, że jest ktoś, kto mówi, że po porodzie optyka się zmienia na korzyść adopcji prenatalnej :) Uf, czyli jest nadzieja :)

      Czytałam już wpis u Ciebie i czekam z niecierpliwością na pełną relację z ostatnich wydarzeń ;))

      Usuń
  11. Hmmm... ciężko mi cokolwiek napisać, ponieważ nigdy nie byłam w takiej sytuacji i ciężko jest mi się z nią choć trochę utożsamiać. Co prawda u Nas też od razu nie udało się zajść w ciążę, była operacja, stymulacja, itd... ale mimo wszystko, nie była to taka długa i ciężka droga jak u Was. Może faktycznie postaraj się o tym teraz nie myśleć i nie zadręczać się... Postaraj cieszyć się tą ciążą, poczekaj na to ukochane, upragnione i wyczekiwane Maleństwo, a potem na spokojnie zastanowicie się co dalej. Między czasie może dobrze by było poszukać porady u jakiegoś psychologa, wyciszyć się, zrelaksować, uspokoić... i ewentualnie księdza, jeśli czujesz taką potrzebę. Zrób wszystko, by było dobrze, byś czuła się dobrze, byś mogła cieszyć się tą ciążą... Życzę Ci jak najlepiej i przytulam bardzo mocno :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasia, dzięki za dobre słowo.
      Mam wrażenie, że Wasze "dobre słowa" robią więcej dobrego niż najlepszy psycholog i ksiądz razem wzięci. Chmury zdają się rozwiewać i kurcze.. czuję się znacznie lepiej.

      Pozdrawiam Twój piękny Brzuń ;)

      Usuń
    2. A ja Twój piękny! :)
      Dziękuję :*

      Usuń
  12. PS po przeczytaniu komentarzy:
    Ja również mam lekkie ukłucie w serduchu gdy słyszę o naturalnych ciążach (a swoją drogą, to jaką mamy pewność, że one wszystkie są naturalne? :)). Niemniej - patrząc na Koszałka, na jego długie paluszki u rąk, na jego podpuchnięte jeszcze oczka, na bujną grzywę, nie mogę wyjść z podziwu, że on jest NASZ i że powstał sobie tam, w Seledynowej Pagodzie. Wiesz - warto było! Buźki xxxx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, o tym będę myśleć.
      Odpędziłam już złe myśli i strachy ustąpiły miejsca przyjemnej uldze...
      Warto, warto, warto... ;)

      Usuń
  13. To ukłucie, gdy komuś się udaje naturalnie bez większych problemów będzie zawsze. To ten jak to piszesz smrodek niepłodności. Na szczęście są różne drogi do bycia rodzicem. My powoli coraz bardziej przekonujemy się, że chcemy jako pierwszą wybrać drogę in vitro. Najważniejszą decyzję w naszym życiu podejmiemy znając już za niecałe dwa tygodnie wyniki badań genetycznych męża. To trudna decyzja. Jest strach przed tym, co nasz może czekać. Przed stymulacją, przed całą procedurą przed czekaniem na test...Wcześniej chyba nie braliśmy tej opcji pod uwagę jakoś mocno. Jednak teraz. Teraz gdzieś we mnie kiełkuje myśl, że mamy szansę na Maleństwo. Bolą wszystkie komentarze, które się słyszy odnośnie in vitro. Mimo tego, że jeszcze o niczym nie zdecydowaliśmy to boli. Twojego bloga przeczytałam kilka razy. Za każdym razem miałam łzy w oczach. Ale te wszystkie historie dodają mi też siły do walki. Bo jest happy end. Bo może być. Dla mnie każde dziecko niezależnie czy spłodzone naturalnie, czy dzięki in vitro czy adoptowane, Każde będzie Darem i Cudem. Rozterki na pewno się pojawią już są. Jednak...to w końcu moje życie, nasze życie. Mamy wolną wolę. Wierzę, że we wszystkim i w in vitro jest boska ręka. Chcę postąpić w zgodzie ze sobą, tak by nie żałować kiedyś że nie...Nie chcę żałować kiedyś, że mogłam a nie spróbowałam. Po cichu licze, że może w przyszłym roku...może usłyszę bicie serduszka.
    Ze swojego życia i wyborów będę się kiedyś tłumaczyć przed Bogiem. Teraz wierzę, że zamyka mi jedne drzwi ale otwiera inne. Pokazuje mi inne drogi. I teraz w momencie, gdy tak ważne decyzje będą przed nami, czuję modląc się, że dodaje mi sił i błogosławi.

    Kochana wiem, że w Twojej głowie na pewno tysiące myśli. Ale to Maleństwo pod Twoim sercem jest Cudem. Dla niego staraj się odepchnąć złe myśli. Niech czuje, że mama jest radosna. Jeszcze trochę i będziecie we Troje ;)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszka, trzymam więc za Was kciuki.
      Ja wiem, że na tym etapie jest jeden priorytet - Dziecko. Ale, korzystając z doświadczeń innych - chociażby moich - przemyślcie sobie wcześniej dogłębnie, jaką strategię przyjmiecie w temacie zarodków, żeby zminimalizować ryzyko tak trudnych wyborów.
      Z drugiej strony, pamiętaj, że medal ma dwie strony - powyżej wypowiadały się dziewczyny, które wręcz wkurzyłam moimi rozterkami, bo chciały by mieć jakiekolwiek mrozaki (ja się im nie dziwię, że mój post mógł je wkurzyć).

      Poza tym, chciałam Cię pocieszyć - sama procedura w sobie, nie jest jakaś straszna - przynajmniej moim zdaniem. Najgorsze było czekanie, potem jakoś poszło. Stymulacja nie jest straszna. Nie są to może wakacje z Egipcie, ale spoko, na prawdę - sama procedura jest troszkę zdemonizowana. Nie jest to na pewno jakiaś apokalipsa fizyczno-psychiczna.

      Natomiast wysłuchiwanie obelg pod adresem nas, ludzi, którzy się zdecydowali, i to od w większości płodnego społeczeństwa - jest słabe, mega słabe. I boli. Przynajmniej mnie.

      Gdybyś w trakcie miała jakieś pytania techniczne, to jestem do Twojej dyspozycji :)

      Usuń
    2. Dziękuję. Bardzo chętnie skorzystam z Twoich rad i doświadczenia :) Będzie mi to na pewno potrzebne. I trochę mnie uspokoiłaś, że stymulacja i to wszystko nie jest aż tak straszne jak może się wydawać. A czekanie..w końcu tyle czekamy, że musimy dać radę.
      Wszystko przemyślimy. Myślę, że trafiłam na lekarza, który też nam dobrze wszystko wyjaśni. Na ostateczną decyzję mamy czas. Najistotniejsze będą wyniki badań męża.

      Jeszcze raz dziękuję i w razie pytań na pewno się będę odzywać.

      Usuń
  14. Dziękuję za Twój post! Czuję to samo, mimo że ta cała procedura dopiero przed nami - czekamy do października na efekty kuracji antybiotykowej mojego męża. Za każdym razem czuję ukłucie, kiedy dowiaduję się o czyjejś ciąży i słysząc komentarze na temat in vitro itd. Jak na ironię od kiedy zaczęliśmy starać się o dziecko (mijają właśnie 2 lata!!!) w najbliższej rodzinie urodziło się dwoje dzieci i za ok. 2 tygodnie pojawi się kolejna dwójka, nie mówiąc już o koleżankach i dalszych znajomych. Nikt kto nie przeżył traumy niepłodności nie zrozumie co czuje kobieta, która nie będzie mogła mieć dziecka naturalnie a pochyla się nad maleństwami kuzynek, zachwyca się nimi i słyszy "no, wprawiaj się". Wy pewnie wszystkie wiecie jak... Dobijają mnie też takie teksty dziewczyn, które zaszły w ciąże raz za razem - "powiedziałam mojemu mężowi, że musi się wykastrować" - MASAKRA.
    Mam prośbę, jakbyś znalazła księdza z którym będziesz potrafiła porozmawiać to napisz coś na tem temat, bo to jest też mój wielki problem:( Pozdrawiam Cię serdecznie!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć mała mi! Wygląda na to, że jesteście w podobnej sytuacji z mężem, co i my byliśmy. Też były antybiotyki, nawet kuracja Clostibegytem - jak poszperasz, to wszystko jest opisane u mnie na blogu, mniej lub bardziej merytorycznie. Nam lekarz, dość dobry, który aktualnie jest naszym prowadzącym ciążę, powiedział, że możemy sobie jeść prochy, na nasienie i tak nam to nic nie pomoże, to be honest - no i miał rację (prochy wypisywał androlog z kliniki). Z drugiej strony ten sam lekarz powiedział, że mamy nie tracić nadziei, bo do poczęcia potrzeby jest 1 plemnik. Co jest również prawdą. Oczywiście nie twierdzę, że Wam nic nie da - próbujcie i trzymam kciuki!
      Co ważne, a nie wiem czy to Wam zalecili: zróbcie badania nasienia nie tylko takie ogólne, ale również te dodatkowe: test HBA, swim up i tak dalej i tak dalej.
      Bo u nas w pewnym momencie się okazało, że liczba plemników - a i owszem, skoczyła, ale co z tego, jak mieliśmy poziom wziązania się z kwasem hialuronowym na poziomie 10% (co jest masakrycznie złe, a dowiedzielismy sie o tym po roku od pierwszego badania ogólnego). To był na tyle zły wynik, że my mieliśmy nawet nie samo ICSI a PICSI, czyli plemniki, zanim wstrzyknięte w oocyt, były poddane testom na wiązanie się w kwiasem hialuronowym, żeby wyłowić te 10% sprawnych właśnie.

      Traumę niepłodności jesteśmy w stanie zrozumieć tylko, my - niepłodni. Nie ma się co nawet dziwić płodnym, że nas nie kumają.

      Spotkanie z księdzem NA PEWNO opiszę, jakkolwiek mnie potraktuje :)
      (aczkolwiek nie wiem dokładnie kiedy się zabiorę za poszukiwania - chciałabym odbyć tą rozmowę przed Świętami Bożego Narodzenia).

      Serdecznie pozdrawiam :)

      Usuń
  15. Jak wiesz nie podchodzilam do in-vitro, wiec nie moge przedstawic jak to wyglada(lo) u mnie... Moge tylko napisac o moich odczuciach, jako kobieta i matka...
    Jesli chcesz pogadac o swoich rozterkach z ksiedzem, blagam wybierz kogos poleconego, najlepiej krewnego lub dobrego znajomego... Poznalam w zyciu kilku ksiezy, ktorzy nie tylko nie dodaja wiernym otuchy, ale wrecz przeciwnie, odstreczaja od wiary i kosciola...
    Co do adopcji prenatalnej, to zgadzam sie z lekarzem - poczekaj az urodzisz swoje malenstwo, bo to moze zawazyc diametralnie na Twojej decyzji. Bardzo podoba mi sie w tym podejscie Twojego meza - jest rozsadne i logiczne. Poczekaj az bedziesz miala swoja trojke maluszkow i wtedy podejmij decyzje. Ja pisze oczywiscie calkowicie teoretycznie, ale kiedy przez chwilke wczulam sie w Twoja sytuacje, moje odczucia sa calkowicie przeciwne do tych Meli... Mam dwoje dzieci i na kazdy z zarodkow patrzylabym przez pryzmat mojej coreczki i synka. Ta malenka kropeczka nie bylaby moze jeszcze czlowiekiem, ale to juz zalazek dziecka. Mojego dziecka. Maly zoledz w koncu nie jest jeszcze masywnym debem, ale przy odpowiednich warunkach moze w ten dab wyrosnac... Nie wiem czy udaloby mi sie oddac moje zarodki. Ba, ja nie wiem czy oddalabym chociazby komorke jajowa... Nie wiem czy nie skonczylabym jak ta babka, bodajze z Kaliforni, ktora zostala mama osmioraczkow, poniewaz kazala sobie wszczepic wszystkie zarodki... Ona jest oczywiscie stuknieta, ale poniekad ja rozumiem... Dla mnie po prostu zarodek to juz jest dziecko... I sadze, ze tak jak Twoj maz, oplakiwalabym nieudany transfer jako utrate potomka.
    Wybor blastocysty przez embriologa to czysta loteria. Moze jakas sila "wyzsza" kierowala jego wyborem, moze nie. Tak czy owak jednak, kazdy zarodeczek to inne dziecko. Obraz usg pokazalby Ci to samo, bo w tym stadium wszystkie dzieci wygladaja niemal identycznie. Ale prawda jest taka, ze jesli teraz nosisz ciemnowlosa dziewczynke, inna blastocysta moze byc "czekajacym" tam jasnowlosym chlopczykiem... To biologia i genetyka w czystej postaci...
    Przepraszam, ze nie pisze jak wiekszosc dziewczyn wyzej: nie martw sie, jakos to bedzie, skup sie na tym co tu i teraz... Po prostu chcialam przedstawic swoj punkt odniesienia, ktory jest nieco inny, choc chyba przez to trudniejszy...
    Zeby jednak nie konczyc tak "ciezko" napisze, ze kobiety zachodzace w ciaze "normalnie" tez nieraz dalekie sa od lozkowych uniesien. Ja zaszlam podczas urlopu u tesciow, kiedy po calodniowych wedrowkach po gorach, zwalalam sie do lozka jak kloda i chcialam tylko spac. A maz wkurzal mnie nieziemsko, kiedy jeszcze domagal sie seksu. Gdyby nie obecnosc tesciow pewnie zrobilabym mu awanture, a tak to wszystko odbywalo sie na zasadzie "a rob se co chcesz, tylko mnie nie budz". Zaszlam wiec w ciaze na "spiocha" i przy lekkim wkurwie... ;)

    I mam naprawde szczera nadzieje, ze kiedy juz poczujesz swoje malenstwo, kiedy je w koncu wezmiesz w ramiona, ten smrodek nieplodnosci troche odpusci. On pewnie nigdy nie zniknie zupelnie, ale dziewczyny wyzej maja sporo racji, ze teraz powinnas sie cieszyc swoim stanem, przygotowywac na narodziny potomka, a o reszte bedziesz sie martwic kiedy przyjdzie na to czas. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Agata :)
      Co do adopcji prenatalnej masz takie same obawy jak i ja mam. Też, zanim podeszłam do IVF, nie wyobrażałam sobie oddania nawet komórki jajowej i dziwiłam się kobitkom, które po stymulacji do IVF oddały swoje. Uważam to za piękny gest, ale taki, na który wtedy nie było mnie stać.
      Dziewczyny powyżej piszą, że "jakoś to będzie" i pocieszają, ale tak de facto, założę się, że każda z nich podziela nasze obawy w stosunku do adopcji prenatalnej.
      No ale cóż - mam jeszcze lata, żeby to w sobie przepracować. A może okazać się, że nie będzie czego przepracowywać. Los bywa przewrotny, jak wiemy.

      Szczerzę zazdroszczę zajścia w ciążę na śpiocha :)))
      Wiesz jak ja zaszłam? Rozkraczona na fotelu ginekologicznym, w gabinecie zabiegowym, w towarzystwie dyrektora kliniki wsadzającego mi rurkę w macicę, pani pielęgniarki jeżdżącej mi USG po wypełnionym do granic możliwości pęcherzem i pani embriolog. Ale za to, byłam w wyśmienitym nastroju i wspominam tamten dzień fantastycznie :) To się musiało udać.

      Obecnie też jestem w super nastroju, odgoniłam wszystkie demony z Waszą pomocą :)
      Pozdrówka :)

      Usuń
    2. Wlasnie do mnie dotarlo, ze moj komentarz na temat zajscia w ciaze "na spiocha" byl zupelnie nie na miejscu w Twojej sytuacji... Przepraszam Cie za niego...
      Tak mi sie po prostu skojarzylo, jak napisalas o lozkowych "uniesieniach". ;) Na pierwsza ciaze czekalam ponad 3 lata i zawsze sobie wyobrazalam, ze poczuje,.. no... "cos" poczuje. Ze bede wiedziec ze wtedy poczelam. I kazde zblizenie z mezem laczylo sie z mysla "a moze to teraz, dzis?". I co miesiac byla dupa... A kiedy naprawde zaszlam w ciaze, stalo sie to tak niespodziewanie, nieromantycznie i zupelnie bez fajerwerkow... ;)
      Masz absolutna racje, mina cale lata zanim bedziesz musiala podjac ostateczna decyzje w sprawie zarodeczkow. A przez ten czas wiele moze sie zmienic... Mam nadzieje, ze reszta ciazy uplynie Ci juz bez zbytniego rozstrzasania procedury in-vitro i zaczniesz sie nia naprawde cieszyc, bo to naprwde piekny stan!
      Dobra, wlasciwie to ja fanka ciazy nie jestem... To dla mnie stan przejsciowy, niezbedny do zostania rodzicem, ale w sumie dosc upierdliwy. Szczegolnie pod koniec, kiedy spac nie mozesz, oddychac nie mozesz, co chwila zaliczasz kopniaki w zebra i organy wewnetrzne oraz biegasz siku co 10 minut. Przeszlam dwie, wystarczy. Ale mi oczywiscie latwo mowic bo juz "skompletowalam" swoja rodzine. :) Ale! Przed Toba ten najfajniejszy okres: koniec z rzyganiem, pierwsze ruchy, brzuszek juz widoczny ale nie ciazacy, drugi trymestr to jest TO! ;)

      Usuń
    3. Agata, Twoich "zwierzeń" o poczęciu absolutnie nie odebrałam negatywnie, także spoko loko :)
      Też dość długo czekałaś na ciążę. My też czekaliśmy 3 lata - niby nie długo, w porównaniu z innymi parami, ale nasze wyniki nasienia nie pozostawiały nam zbyt wiele miejsca na wiarę w "naturalny cud". I potwierdziło to bodajże 5 lekarzy.

      Co do niedogodności stanu błogosławionego.. hehe. Śmiałyśmy się ostatnio z koleżanką, że to określenie na bank wymyślił jakiś facet :)) Ja dotychczas byłam na maxa skupiona na samym zajściu w ciążę i nie myślałam o tym, jak to będzie, jak już w nią zajdę :) I reakcje mojego organizmy mega mnie zaskoczyły - ciało zachowuje się uber dziwnie. Na prawdę... niby człowiek czytał sporo o dziwnych dolegliwościach, a jednak się dziwię, odkrywając nowe rozstępy na piersiach czy męcząc się z innymi dziwnymi rzeczami. Ale przyjmuję te wszystkie niespodzianki z pokorą, bo to są.. tak zwane.. Kinder niespodzianki!!! :)

      Usuń
  16. Cześć! Czytam Twojego bloga od dawna ale dopiero ten temat skłonił mnie do wypowiedzi. Chciałabym Ci powiedzieć jak wygląda ten smrodek niepłodności z perspektywy dekady. 10 lat temu przeżywałam to wszystko co Wy. Wszyscy w koło byli w ciąży tylko nie ja. Wszędzie widziałam maleńkie dzieci a każda miesiączka kończyła się depresją i dniem spędzonym w łóżku. Leczenie było jeszcze wtedy w powijakach. Przeszliśmy dużo. 5 lat - tyle to trwało. Ale zdarzył się cud i wreszcie się udało. Dziś jestem mamą 9 letniej córeczki i 7 letniego syna. Z każdym dniem patrze na nich jak na cuda! Jak się uczą, jak pomagają jak nas kochają! I tak jak mówicie cieszę się nimi pewnie milion razy bardziej bo było tak "nie normalnie":) Ale zapomina się wszystko:) Z każą radością, z każdą chwilą z nimi. Jak powtarzamy tabliczkę mnożenia, jak muszę kolorować angry birdsa:) na basenie, w domu na spacerze, w nocy i za dnia. Zawsze! Co mi zostało z tego bólu? Empatia. Nigdy nie walne bezdzietnej dziewczynie: Wprawiaj się. Nie śmiem zapytać: czy planujecie dzidziusia? A kiedy? Wiem bowiem, że każda z nich może mieć jakiś problem o którym nie wiem. I nie chcę jej ranić. To tyle. Tak nieskładnie się rozpisałam:) Trzymaj się Pink cieplutko:) P.S. Jak już pisze to muszę ci powiedzieć, że wszystkie fragmenty, o jakże znane z autopsji, o gmeraniu w gaciach i obserwacjach rozbawiały mnie do łez. Autentycznie płakałam ze śmiechu! Więc widzisz po 10 latach to jest bardzo, bardzo śmieszne:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hejka :))
      Taką mam właśnie nadzieję, że kiedyś ten smrodek minie.
      Mnie też niepłodność nauczyła baaardzo wiele. Bardzo.
      Tak jak piszesz: empatii. Zrozumienia innych ludzi.
      Ale przede wszystkim chyba nie oceniania wyborów i zdania innych ludzi. Chyba tego przede wszystkim. Wcześniej, zanim przeszłam to, co przeszłam, byłam trochę taka "panna mądralińska". Lubiłam czasem sobie coś chlapnąć o tematach, o których nie miałam pojęcia. A in vitro? No biedni ludzie, biedni, ale JA? NIGDY! Teraz, jak sobie przypomnę swoje wypowiedzi mnie sprzed lat, to jest mi wstyd samej przed sobą. Jak bardzo potrafiłam być radykalna.
      Niepłodność nauczyła mnie przede wszystkim tego, żeby nie wypowiadać się w tematach o których nie mam pojęcia. O sytuacjach, w jakich nigdy nie byłam.
      Dodatkowo, uważam, że mój związek niesamowicie dużo zyskał.
      O, właśnie sobie zdałam sprawę, że to jest materiał na osobny wpis :))

      Pozdrawiam Cię, cieszę się, że udało Ci się pokonać tą francę i że moje wpisy, mimo, że czasami trochę ciężkostrawne, potrafią kogoś rozbawić :))

      Usuń
  17. Przypomniało mi się jak powiedziałam kiedyś mojej koleżance, przy luźnej rozmowie na rózne tematy, że nie zgodziłabym się na in vitro, że to nie dla mnie, że są poważniejsze choroby (!!!) i inne tego typu bzdury!! I wiecie, tak sobie czasami naiwnie myślę, że to co nas spotkało to kara za mój radykalizm, brak empatii. Czuję palący wstyd, jak przypominam sobie tamtą rozmowę i siebie sprzed kilku lat. Mnie niepłodnośc nauczyła dwóch najważniejszych rzeczy: nie oceniania innych i cierpliwości. Dawniej musiałam mieć wszystko już, teraz. Coś postanowiłam, podjęłam decyzję to natychmiast musiałam przejść do działania. Wyobraźcie sobie, jak zdecydowaliśmy się na dziecko, to ja chciałam rozpocząć starania w takim miesiącu żeby moje dziecko urodziło się w czerwcu!!! Jak sobie to przypominam to nie mogę wyjść "z podziwu" nad właśną naiwnością, głupotą i brakiem pokory :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mała mi, tak tak, ja też planowałam :) Po pierwszym "strzale" byłam przekonana, że oto jestem w ciąży. I kilka kolejnych, długich miesięcy, również byłam w ciąży.
      Nawet jak szłam do apteki po leki, to prosiłam o takie, dla kobiet w ciąży, bo "jestem trochę w ciąży".

      Usuń
  18. trudno mi się wypowiedzieć, bo podobnie jak mała mi mam wyrzuty sumienia. Kiedyś byłam zatwardziałą przeciwniczką in vitro, wydawało mi się, że jest tyle niechcianych dzieci do adpocji... ale w zeszłym roku pierwszy raz spotkałam parę, która była już po 3 zapłodnieniach. Za trzecim razem bliźniaki nawet urodziły się, ale w pierwszej dobie zmarły. Do tej pory jak pomyślę o tych rodzicach to mam dreszcze - byli tak potwornie przygnębieni... W dodatku On zdążył popstrykać dzieciaczkom zdjęcia i do dnia dzisiejszego przesiaduje przed komputerem i je ogląda. Dla mnie to jest niewyobrażalny ból. Teraz Twój blog. Niestety łatwo jest oceniać ludzi, jak się ich nie spotka na swojej drodze. Łatwo rozwiązywać ich problemy w sferze teorii. Wstyd mi, że też tak kiedyś do tego podchodziłam.

    Wierzę, że ludzie się zmieniają, czasy się zmieniają, świat idzie do przodu i życzę Ci żebyś miała wokół siebie tylko tych którzy rozumieją, słuchają co się do nich mówi i potrafią pomóc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eve straszna historia :( Bardzo przykra.

      Na szczęście, mogę powiedzieć, że otaczają mnie ludzie pomocni i z otwartym sercem i głową.
      Właściwie największym krytykiem moich moralnych wyborów, jestem ja sama... ale walczę z tym i ostatnio całkiem nieźle mi idzie.

      Usuń
  19. Wiesz co pink, długo myślałam nad Twoim postem. Czytałam komentarze i nadal myślałam. I wiesz co? Smród niepłodności na zawsze z nami zostanie. Ale możliwe, że zelżeje. U mnie zelżał. A dlaczego? Bo zwyczajnie nie mam czasu w dzień, a wieczorem padam na twarz. A jak już nie mogę spać gdy mała w nocy pije cyca, to dopadają mnie inne demony. Demony porodu. I chłoszczę się i biczuję, że było tak, a nie inaczej. I codziennie mnie to dopada. I naprawdę jest mi wtedy źle. Sama widzisz, że z biegiem czasu problemy się zmieniają i powstają nowe, jeszcze silniejsze. Marna to pociecha ;) ale jest. Po porodzie wymyślisz co zrobić z mrozaczkami. Nie myśl o tym teraz, wszystko przyjdzie w swoim czasie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak sobie myślę Kochana, że może te demony zelżeją, kiedy już odchowamy dzieci. Teraz każda z nas pisze, że nigdy, że demony są, że straszą - ale wszystkie jesteśmy młode, mamy małe dzieci a rany po walce są jeszcze świeże, jeszcze się nie zagoiły.
      Tak sobie myślę, że kiedy wyjdziemy z tego "powszechnego wieku rozrodczego" to przejdzie... może :)
      A czemu się biczujesz porodem? Że mała wylądowała na intensywnej, tak?
      Ale teraz przecież prawidłowo się rozwija, right?
      Nie zawszę komentuję u Ciebie, ale czytam każdy post i nic nie wskazuje chyba, żeby coś było nie tak.

      Usuń
    2. Wielu rzeczy nie piszę, bo po nie potrafię. Koszmar intensywnej terapii nie daje mi spokoju. Wydaje mi się, że gdybym poczekała na naturalny poród to wszystko potoczyło by się inaczej. Położyli by mi od razu dziecko do piersi. Mała potrafiłaby ssać, nie było by katorgii z odebraniem dziecka i torturami z laktatorem. Wybrałam cc dla bezpieczeństwa małej, a tymczasem były komplikacje przy wyciąganiu, później rehabilitacja, u mnie ogromny ból kręgosłupa po znieczuleniu itp... Z drugiej strony lepsze to niż śmierć dziecka w 40 tygodniu, niedopełnienie itd... jak będziesz chciała się czegoś więcej dowiedzieć to pisz na maila, tylko daj znać, bo nie odbieram tam poczty ;) A myślałaś już nad sposobem porodu? ;D

      Usuń
    3. miało być niedotlenienie, nie niedopełnienie. głupi słownik ;)

      Usuń
    4. W moim przypadku akurat działa dość skutecznie wyrzucenie wszystkich demonów na blogu. Nawet tych najczarniejszych. Napisanie tego posta nie było łatwe i było ryzykowne - bo wystawiam się na strzał. Ale od czasu jego publikacji poczułam mega ulgę i mega oczyszczenie. Może i u Ciebie podziała taka terapia?

      A sposób porodu... well. Tak, myślałam. Mam wrażenie, że debata nad wyborem porodem SN czy CC jest niemalże tak samo kontrowersyjna i emocjonalna, jak ta dotycząca IVF :)

      Jeszcze zanim zaszłam w ciążę byłam niemal przekonana, że chcę rodzić przez CC.
      Teraz jestem w 15 tc i nie jestem już tego taka pewna. Powiem więcej: jest mi bliżej do porodu naturalnego.
      Nie kieruję się bynajmniej tą nagonką innych "matek-polek", że tylko poród SN. Uważam, że każda kobieta ma prawo wyboru (chociaż wiem, że prawnie nie ma takiej możliwości) i na prawdę, niczyja sprawa, jaki sobie poród wybierzemy. Nikt nie ma prawa tego oceniać - a oceniają w necie, kurde, na potęgę. Takie moje zdanie. Można się z nim zgadzać lub nie. Nie chciała bym tu teraz rozpętywać dyskusji, nad "jedynym słusznym porodem". Każdy z nich ma swoje plusy i minusy.

      Dobra, do rzeczy.
      Nie wiem sama czemu mi bliżej do porodu naturalnego. Nie idą za tym raczej żadne racjonalne przesłanki.
      Mam wrażenie, że poczułam jakiś dziwny... instynkt.
      Zafundowałam sobie ostatnio kilkugodzinną sesję na YouTube z porodami domowymi w wodzie i... stwierdziłam, że kurde. Skoro one dają radę, to czemu ja miała bym nie dać?
      I ogarnęło mnie jakieś takieś marzenie, żeby to przeżyć.

      Dodatkowo, jeśli chcemy mieć więcej dzieci niż dwójkę, to może lepiej wybrać SN, bo cesarek też chyba nie można robić zbyt wiele.

      Z drugiej strony boję się porodów naturalnych i chyba była bym spokojniejsza o dziecko, gdybym wybrała CC. Bo przy naturalnym wiadomo, że wiele może pójść nie tak.
      O bólu nie wspominam.

      Mój lekarz prowadzący dał mi furtkę wyboru: generalnie nie ma czegoś takiego jak "cesarka na życzenie", ale stwierdził, że jeśli się bardzo uprę to pogadamy i pomyślimy co wtedy.

      Także zobaczymy jak to będzie, ale takie mam przeczucie, że jeśli wszystko pójdzie dobrze i nie będę miała np. wskazania do CC, to chyba zdecyduję się na poród SN.
      Ale na podjęcie ostatecznej decyzji mam jeszcze czas.

      Usuń
    5. Pink, jeśli mogę coś leciutko zasugerować - postaraj się za bardzo nie nastawiać na którąś opcję porodu. Ja całą ciążę dojrzewałam psychicznie do porodu sn. Bałam się go, ale łeb sobie zaprogramowałam, że tak chcę rodzić. Być może gdzieś tam podświadomie sobie wykombinowałam, że jeśli nastawię się na taki poród, dam radę fizycznie i psychicznie. U mnie cięcie ostatecznie okazało się koniecznością ratującą moje dziecko i jestem wdzięczna współczesnej medycynie za to, że teraz mogę pisać te słowa, a moja córka posapuje sobie przez sen tuż obok mnie. Ale. Tak bardzo wryła mi się w psychę wizja porodu sn, że czuję się psychicznie poturbowana tym, co przeżyłam - tym, że matka natura pokazała mi środkowy palec. To trudne uczucia. A być może byłoby mi lżej, gdybym nie popełniła błędu wielomiesięcznego nastawiania się na jedyny dopuszczalny scenariusz...

      Usuń
    6. Leśna, najważniejsze, że Twoje dziecko jest całe i zdrowe. Nie masz o czym myśleć, skoro cc ratowała mu życie. Byłam (przed porodem) i jestem (po naturalnym porodzie dziecka 4100 g) zwolenniczką sn. Może miałam to szczęście, że wyszłam tego bez szwanku, a na myśl o porodzie czuję jedynie "motyle w brzuchu" i płakać mi się chce ze wzruszenia, ale nie każdy ma to szczęście i nie trzeba czuć się winną z tego powodu!

      Usuń
    7. leśna, no tak, masz rację.
      W pierwszym odruchu chciałam Ci napisać, że "nieee, ja się nie nastawiam". Ale. Masz rację.
      Nawet niepłodność nie oduczyła mnie planowania na wyrost.. Lubię sobie planować, być przygotowaną. Masz rację. Nie będę się nastawiać.

      Powinnam już wiedzieć o tym, że matka natura, to kapryśna panna.

      Usuń
  20. Hej :)
    Mój blog będzie tylko dla osób zaproszonych, więc jeśli masz ochotę napisz maila i wysyłam zaproszenie :)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  21. Pink CO TY SOBIE WYOBRAŻASZ???!!!! :P Miałaś pisać pozytywne notki i gdzie one są? :D Co? Pewnie niedługo kolejna wizyta i poznamy płeć :) Pozdrawiam i czekam na notki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bahati, hehe, będą, będą, obiecuję :)) I na pewno pozytywne, bo czuję się ostatnio świetnie. Przynajmniej psychicznie :) Siedzę, całymi dniami czytam o dzieciach, o wózkach, oglądam filmiki o karmieniu piersią.. :)) Wyczułaś, bo dziś kolejna wizyta :)) Ale płci nie poznamy, bo nie będzie USG. Ale notkę zamieszczę - obiecuję :)

      Usuń