wtorek, 21 października 2014

Surprise! Surprise! Niespodziewajka! :))

Źródło: http://lifeoncasslane.blogspot.com/2014/09/boy-or-girl.html

Dziś odbyło się wyczekane USG tzw. połówkowe.
Noc miałam z głowy, od śniadania nic nie jadłam i porą popołudniową nerwy zdecydowanie zaczęły mi puszczać.

Na wizytę stawiliśmy się, wyjątkowo, 20 minut wcześniej. To niezwykłe jak na nas.
Zazwyczaj stawiamy się 20 minut, ale później.

Widzenie z miłym Doktorkiem Prowadzącym, ciśnienie, pogadanka ("Ej, gaduła, dasz mi zanotować?"- rzekł doktorek), ważenie (fajnie, że od początku ciąży przytyłam jedynie ok 4 kg- to chyba całkiem przyzwoicie jak na 21 tydzień).

Na USG pobiegłam w podskokach, jak mała dziewczynka, która po zjedzeniu waty cukrowej ma zaraz wejść na diabelski młyn. S. z błyszczącymi oczami i różowymi polikami poczłapał za mną.

Podobnie jak ostatnio - obraz USG tak bardzo mnie nie interesował.
Patrzyłam na twarz Doktorka, który skrzętnie mierzył i notował.
Zauważył to i stwierdził, że niestety będąc w szpitalu się naoglądałam i teraz mam trochę "spaczony" obraz - mam się uspokoić, bo dziecko jest zdrowe.

- No a płeć, jak tam, widać coś? - zapytał S.
- No zobaczmy, zobaczmy - doktorek
- Na pewno będzie chłopak. Roboczo nazywamy go Zygmunt  (oczywiście na żarty)
- No wiecie Państwo...
- Ha, Zygmunt, wiedziałeeeem - oznajmił S. bez cienia wątpliwości
- No, ja tu raczej widzę Zygmusię..
- No, mówiłem, że Zygmunt - S. bąknął, prężąc się, jakby wydrapał właśnie auto w zdrapce Biedronki
- Ej, S. , ale pan doktor mówi, że dziewczynka przecież - sprostowałam

I w tym momencie wpadliśmy z S. w histeryczny śmiech, w moim wypadku przez łzy wzruszenia :))
S. aż przysiadł na kozetce, na której leżałam obsmarowana żelem.

- Ale jaja, ale jaja...

Byliśmy w SZOKU :)) 
Wszak przez ok. 18 tygodni byliśmy przekonani, że oto będzie chłopak. Wróżyli nam to wszyscy z otoczenia, absolutnie wszyscy. Nawet lekarz w 11 tygodniu, podczas USG genetycznego powiedział wprost, że prawdopodobnie chłopak (ale żebyśmy się nie przywiązywali zbytnio do tej myśli). Ja tam wtedy w kroku ni cholery nie widziałam farfocla, ale nie będę dyskutować.

Także tak oto nabrałam przeczucia graniczącego z pewnością, że będzie to chłopak.
Jedynie S. czasem przebąknął coś, że możemy się mocno zdziwić, że znając przewrotność losu, będzie dziewczynka.

On przed ciążą zawsze chciał chłopaka.
Ja dziewczynkę.
W ciąży wszystko nam się pomieszało i mam wrażenie, że On częściej gadał o dziewczynce, niż ja.
Ja oczami wyobraźni widziałam synka, tak się jakoś porobiło.

Jesteśmy prze szczęśliwi.
Pewnie tak samo byśmy się cieszyli, gdyby to był chłopak, a tu... taki psikus :)

Cała rodzina obsrana z radości.

Moją radość tłumi jedynie kwestia mojego łożyska, które jest jakoś dziwnie ułożone.
Nie zapamiętałam szczegółów, ale jest za blisko szyjki (łożysko przodujące?).
Dodatkowo, dziecko ułożyło się dziwnie - niemal poprzecznie.
Jeśli to się nie zmieni, to mam z głowy dylematy CC vs SN. Bo pozostanie mi tylko CC. I chyba się wcale nie cieszę z tego powodu.
I trochę się martwię, choć Doktorek stwierdził, że nie ma o co.

Anyway, dzisiejszy dzień rzucił nowe światło na nasze życie.
Oto będziemy mieli niuńkę - córeczkę :)) Już zawsze będzie częścią naszego życia - a może wręcz i naszym życiem.
Widzę, jak Jemu świecą się oczy :) Radość mojego introwertyka zdradza rumieniec na policzkach :)

Na ten moment wszystkie demony niepłodności i IVF, które gdzieś za mną człapały, pogubiły się.
Mam wrażenie, że to dziecko mojego przeznaczenia. Nie ważne, w jakim kierunku poszła by ręka pani embriolog. To zawsze było by TO dziecko. To, a nie żadne inne i basta.

Boże, jaka jestem szczęśliwa!



sobota, 18 października 2014

Favourite Blog Nomination - część druga, ostatnia ;)



Zabawa w Liebster Blog Award się rozkręciła i zostałam wywołana do tablicy raz jeszcze, przez Melkę oraz Magdę z "Para do życia" :)

Oto odpowiedzi na pytania Magdy (która dziś odebrała wynik pozytywnej bety! Hip hip, hurra!):

  1. Co lubisz robić w wolnym czasie?
    Uwielbiam spędzać go aktywnie, z przyjaciółmi.
    Kocham po prostu wszelakie wypady nad wodę, na działkę, do lasu itd.

  2. Gdybyś nie była ograniczona finansami, jakie miejsce do życia byś wybrała?
    Hm, chyba nie zmieniła bym obecnego miejsca.
    Początkowo myślałam, że wróciła bym w rodzinne strony, ale chyba jednak nie.
    Tutaj teraz mam całe swoje życie, które przecież lubię: znajomych, część rodziny, ulubione miejsca.

    Owszem, Azja też jest przepiękna, ale co mi po tym pięknie, skoro to nie jest "moje miejsce" i "moi ludzie"?
    Mój S. często dostaje propozycje wyjazdów na różne kontrakty, na dobrych warunkach, na określony okres czasu. A ja, jak słyszę o tych propozycjach, to dostaję spazmów. Malezja? Owszem, jest super. Ale kurde... nie kupię karnetu na weekendowe przeloty wszystkim moim znajomym i rodzinie.

  3. Twój ulubiony film?
    Nie mam jednego.
    Taki wybór top of mind:
    Dziewczyna na moście
    Co się wydarzyło w Madison County
    Sex w wielkim mieście (ukochany serial ever)

  4. Ulubiona książka?
    Też nie mam jednego typu. Bardzo lubię literaturę historyczną, osadzoną w starych czasach, najlepiej z jakimś romansem w tle :)
    Pamiętam, że nie mogłam, no nie mogłam się oderwać od Hrabiego Monte Christo A. Dumas :) Coś fe-no-me-nal-ne-go!
    "Dama kameliowa", "Duma i uprzedzenie", "Wichrowe wzgórza"... :) Te klimaty :)

    Z bardziej współczesnych: "Świat wg Garpa".

  5. Co Ci daje pisanie bloga?
    Zaczęłam pisać jakoś 2 miesiące po odebraniu fatalnych wyników nasienia męża, które nie pozostawały wielkich nadziei na naturalne poczęcie dziecka. Ale co ciekawe: było mi strasznie źle i wtedy wydawało mi się, że powodem mojej "źladzi" są nie najlepsze relacje w moim związku. W ogóle nie łączyłam tego z niepłodnością. To pierwotnie w ogóle nie był blog o niepłodności. Podtytuł brzmiał: "Samotność nie ma nic wspólnego z brakiem towarzystwa" (link do starego bloga).
    Dopiero w trakcie pisania sama doszłam do tego, że powodem mojego zapadania się w Mordor jest niepłodność. I ona jest powodem kłopotów w związku.

    Co mi daje? Jestem ekstrowertyczna, więc daje mi mega ulgę, zrozumienie, poczucie więzi z ludźmi, którzy mnie rozumieją, zawsze zostanę wysłuchana - o każdej porze dnia i nocy.
    Dodatkowo daje mi perspektywę i wiedzę.

  6. Bez czego nie wyobrażasz sobie życia?
    Rodziny i rodzinnego domu.

  7. Co w macierzyństwie wydaje Ci się największym wyzwaniem?
    Hehe... do tej pory samo zajście w ciążę było hiper mega uber wyzwaniem :)
    Ale jak już, że tam powiem, ciąża stanie się ciałem:

    - cierpliwość
    - organizacja życia i ogarnięcie codzienności
    - zachowanie obiektywności

    chyba to.

  8. Twój idol z młodości?
    Chyba nie miałam takowego.
    Podkochiwałam się jako podlotek w różnych takich dziwnych panach, jak Kevin z Backstreet Boys czy... o jeju... ten z Kelly Family (shame shame shame ;))

  9. Dlaczego mój mąż jest moim mężem?
    No - często zadaję sobie to samo pytanie, heh... :))

    Po pierwsze, bo chemia.
    U nas w pierwszym odruchu zadziałała taka chemia, takie feromony, że masakra.

    Po drugie - dlatego, że jest moim najlepszym przyjacielem.

***
Tera od Melki:


  1. Twoje ulubione miejsce na Ziemi?
    Taaak, wieeem, jestem nudna.
    The winner is: mój dom rodzinny w górach :)

  2. Z jakiego swojego osiągnięcia jesteś najbardziej dumna?
    Strasznie trudne pytanie. Nie wiem.

    Prywatnie:
    z tego, że udało nam się z S. póki co, pokonać wspólnie niepłodność. Że nic się złego naszemu związkowi nie przydarzyło. Że nie okazałam się egoistką - bo przecież przyczyna niepłodności leżała po tej drugiej stronie.
    Gdzieś na jakimś innym blogu w komentarzach jakaś Anonimowa nadała mi, że nie mam z czego być dumna (sugestia była taka, że powinnam się raczej wstydzić), bo dla niej to jest naturalne i "ona nigdy nie pomyślała nawet, żeby zostawić męża".
    Nie twierdzę, że ja pomyślałam. I nie twierdzę, że dla mnie to nie jest naturalne.
    Ale osobiście, owszem, jestem z siebie dumna. I założę się, że S. również.

    Zawodowo:
    że umiem zaskarbić sobie ogromną sympatię i szacunek zespołu z którym pracuje.
    Ludzie lubią ze mną pracować: zarówno kiedy byłam juniorem jak i wtedy, kiedy zostałam (początkującym) managerem.

  3. Co jest tą glinką, która scala Wasz związek?
    Przyjaźń - On jest moim najlepszym przyjacielem.

    I uwaga: przyzwyczajenie (czego nie zaliczam do słabych stron).
    Po prostu jesteśmy z sobą połowę swojego życia. Trudno mi sobie wyobrazić, że mogła bym być z kimś innym. Zawsze byliśmy razem. Tyle nas łączy.

  4. Czego nauczyła Cię niepłodność?
    Przede wszystkim tego, żebym się nie wypowiadała na tematy, o których nie mam pojęcia.
    Jak sobie przypomnę swoje wypowiedzi sprzed kilku lat, dotyczące zarówno IVF jak i samej niepłodności, to wstyd mi przed samą sobą.
    Dlatego, dziś RADYKALNIE i z CAŁĄ STANOWCZOŚCIĄ stwierdzam, że ludzie, którzy nie stanęli nigdy, nie tyle w obliczu niepłodności, co decyzji pomiędzy IVF a ewentualnym nie posiadaniem dzieci wcale, nie mają prawa się wypowiadać. I kropka.

    Dodatkowo:
    Że nie mam takiej władzy nad własnym życiem i losami, jak mi się wcześniej wydawało - czyli pokory.
    Cierpliwości i wytrwałości w dążeniu do celu.

    I pewnie długo można by jeszcze wymieniać.

  5. Co Ci daje blogowanie?Patrz punkt 5 powyżej.

  6. Z czego ostatnio śmiałaś się na głos?Generalnie codziennie śmieję się w głos.
    Zazwyczaj z akrobacji i wyczynów moich ukochanych kotów, sztuk: dwa :)

  7. Czemu musisz spróbować / przeżyć / doświadczyć zanim upłynie dni życia Twojego kres?
    Na banji już skakałam, a więc przywalę z grubej rury:
    Trójkąta w sypialni :)
    Taaaaa daaam! :)

Uf :)
Do dalszej zabawy zapraszam każdego, kto tylko ma ochotę :)
Moje pytania w poprzednim poście.

Ja się już wypisuję, bo ileż można pisać o sobie < szydera ;) >.



czwartek, 16 października 2014

Zwierzenia z Liebster Blog Award



Taka sytuacja jest, że zostałam nominowana w zabawie Liebster Blog Award.
Bardzo mi miło a za wyróżnienie dziękuję Iwonie z bloga "W Pogoni Za Szczęściem" ;)

I tak bardzo mocno i w sumie bezkompromisowo dla moich własnych wyborów uzewnętrzniam i obnażam się na blogu, że poniższe pytania mają raczej charakter "uzupełniający" :)

A więc lecim:


  1. Jaką mamą chciała bym być?
    Bardzo trudne pytanie. Wszak jestem dopiero w połowie ciąży! :)
    Chciałabym być mamą podobną do mojej.
    Tak na gorąco:

    - ciepłą i kochającą, której ramiona dają ukojenie
    - najlepszą przyjaciółką swojego dziecka
    - potrafiącą zaakceptować wybory dziecka
    - uczącą pracowitości i odpowiedzialności za swoje decyzje i czyny, od najmłodszych lat
    - uczącą samodzielności, pewności siebie i wiary we własne możliwości
    - nie obarczającą dziecka swoimi problemami
    - taką, której dziecko będzie umiało efektywnie opuścić rodzinne gniazdo, kiedy przyjdzie na to czas i będzie miało mocne podstawy moralne, emocjonalne, etyczne itd.
    - obiektywną, a nie zapatrzoną, krzywdzącą dziecko "ślepa miłością" ( na zasadzie: nie kop pana, bo się spocisz)
    - szczęśliwą i spełnioną, niezależną, mającą swoje pasje i pracę - bo szczęśliwa matka, to szczęśliwe dziecko.

    Ot, tak na w telegraficznym skrócie - taką właśnie.

  2. Miejsce, do którego lubię wracać?

    Pisałam o nim wielokrotnie na tym blogu.
    Jest jedno. Moja mała ojczyzna.
    Mój rodzinny dom na południu Polski, w górach.
    Mury wypełnione wspomnieniami - czasami trudnymi.
    Wielopokoleniowy, w którym się wychowałam, karmiąc kury i jeżdżąc z dziadkiem na wykopki.
    Dom, którego - mimo wielu trudnych historii jakie się w nim rozegrały - życzę każdemu.
    Przystań, do której zawszę mogę wrócić, na której zawsze czekają Ci wspaniali, najukochańsi, najbliżsi mi ludzie.

    Jest jedno "ale".
    Tak bardzo kocham ich i ten dom, że nie umiem do końca przeciąć pępowiny. I może dlatego właśnie, w puncie 1 powyżej wpisałam, że chcę być taką matką "której dziecko będzie umiało efektywnie opuścić rodzinne gniazdo, kiedy przyjdzie na to czas".Bo czasami trudno żyć w emocjonalnym rozkroku, na 300 km.

  3. Z jaką fikcyjną postacią utożsamiasz się?
    Po chwili zastanowienia - z żadną.

  4. Czego w sobie nie lubisz?
    To pytanie wydaje mi się bardzo proste :)

    - choleryzmu - tego, że mam skłonności do wyżywania się na najbliższych mi ludziach. Kiedy pojawi się dziecko, to będzie na prawdę duże wyzwanie, żeby się tego pozbyć
    - braku pewności siebie i dość chwiejnego poczucia własnej wartości (zbyt duża zewnątrz sterowność)
    - lenistwa
    - braku satysfakcjonującego poziomu inteligencji - często czuję się... po prostu głupia
    - czasami nieumiejętności trzymania języka za zębami
    - zazdrości
    - kształtu łydek, cellulitu, niskiego wzrostu, zbyt szerokich bioder.

  5. Gdybym mogła cofnąć czas, to...
    Ha! Ci co czytają bloga mogą domyślić się, co napiszę. Znowu, dość bezkompromisowo dla siebie samej...

    Podczas przeprowadzenia procedury IVF zlimitowała bym ilość zarodków do 4.

    Chyba jeszcze nigdy, aż tak jak w ostatnich miesiącach, nie marzyłam o tym, aby cofnąć czas.
    Ale jak wiemy, tego, co wiem teraz, nie mogłam wiedzieć wtedy...

  6. Największy życiowy sukces?
    Moja rodzina.
    Jestem dumna z tego, jaką jestem córką, wnuczką, siostrą oraz jakie jest moje małżeństwo.
    Tu ukłon w stronę mojej mamy, bo wychowała mnie na człowieka z odpowiednio ustawionymi priorytetami i z przeogromnymi pokładami miłości.

  7. Gdybym wygrała w Totka to...?
    Wybudowała bym dom - dla mnie, Małżona i dzieci. Taki, do którego mogła by swobodnie przyjeżdżać cała moja rodzina.
    Wyremontowała bym mój rodzinny dom w górach, bo bardzo tego potrzebuje.
    Dofinansowała biznes męża.
    Kupiła bratu samochód.
    Wysłała mamę na super wakacje a babcie (obie) do sanatorium.
    Założyła sobie jakiś biznes, który pozwoli mi być spełnioną zarówno zawodowo jak i macierzyńsko.
    A resztę zainwestowała, na bezpieczną przyszłość naszych dzieci, naszej rodziny i naszą.

    Ehh, ale fajnie jest pomarzyć :))

  8. Jak poznałam się z mężem?
    Looong story :)
    Miałam wtedy 15 lat, on 16.
    Poznaliśmy się na pierwszym polskim chacie internetowym.
    Ale wtedy, te 15 lat temu, to był zupełnie inny "internet" niż jest teraz. Wtedy, to było coś zupełnie nowego. Na tym chacie, co wieczór, spotykało się stałe grono - strzelam, że około 100 stałych osób. Do dziś pozostały z tego chatu przyjaźnie na całe życie, małżeństwa, dzieci, znajomości zawodowe. Fantastycznie to wspominam.
    Najpierw chatowaliśmy, dzwoniliśmy do siebie. Któregoś razu ojciec zawiózł mnie na spotkanie do Warszawy, tzw. "zlot" tych ludzi, którzy siedzieli na chacie.
    Wtedy po raz pierwszy się zobaczyliśmy.

    Nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy chwycił mnie za rękę, po raz pierwszy.
    Wtedy, mając 15 lat, przysięgam, że pomyślałam: Tak już będzie zawsze. On mnie już zawsze będzie za tą rękę trzymał. 

    To było jak grom z jasnego nieba.
    Nie pomyliłam się.

    Oczywiście droga, którą musieliśmy pokonać, żeby założyć rodzinę, była dość długa i kręta - głównie przez to, że byliśmy oboje bardzo niepełnoletni, dzieliło nas 300 km, więc spotkania były problemem (bo co z noclegiem itd), cała rodzina walcząca przeciwko nam.
    Nasz ślub był pewnym triumfem (25 lat) - bo szczęśliwi, pokazaliśmy wszystkim malkontentom, którzy nie dawali szans szczeniackiej miłości środkowy palec.
    I kilka osób z rodziny przeprosiło i przyznało, że się mylili. 


  9. Za co kocham życie?
    Po pierwsze, za to, że hojnie mnie obdarowało.
    Mam cudowną rodzinę, wspaniałego męża, jestem zdrowa,  mam pracę, rozum, mieszkanie, samochód i oczekuję na wymarzone, wymodlone, upragnione dziecko, poczęte z ogromnej miłości.

    Po drugie, za drobne przyjemności.
    Bo tak, jak w którymś z wywiadów powiedziała Ś.P. Ania Przybylska - jeśli nie będziemy umieli cieszyć się z drobnych przyjemności, to z niczego w życiu nie będziemy umieli się cieszyć.
     
  10. Moje największe marzenie?
    Jestem leciwą staruszką.
    Jest wigilia.
    Siedzę przy stole szczęśliwa z moim jedynym mężem, który nadal trzyma mnie za rękę, z trójką naszych szczęśliwych, zdrowych, spełnionych dzieci (i wszystkie zarodki zostały wykorzystane), z wnukami, które rozpieszczamy wspólnie z S. , z bratem i jego rodziną.
    Panuje atmosfera pełna miłości i radości - taka, jak zawsze podczas wigilii w moim rodzinnym domu.
    Śpiewamy kolędy - niezmiennie, odkąd pamiętam, zawsze je śpiewamy.
    Pod choinką leżą prezenty - znak, że niczego nam nie brakuje.
    O 23:30 idziemy wszyscy razem na Pasterkę, dzieciaki wywijają zimnymi ogniami a śnieg chrupie nam pod nogami.
    Słychać śmiech.

    I tak jak zawsze, niezmiennie, jesteśmy wdzięczni i szczęśliwi, że mamy to, co mamy.

***


Do dalszych zwierzeń, jeśli mają ochotę, nominuję:

Carrie z http://tamtaramtamtam.blogspot.com/ 
Magdę z http://paradozycia.wordpress.com/  (trzeba Ją czymś zająć, czeka na wynik transferu :)
Melkę z http://uwalnianie.blogspot.com/  ( o ile znajdzie chwilę między pieluchą a karmieniem )
Mamę Czupurków z http://www.czupurki.pl/ (póki ma jeszcze czas :)

powinno być 11 osób, ale to lista otwarta.. kto chce, pytania poniżej.
Dajcie tylko znać w komentarzu. 

Jeśli macie ochotę wziąć udział w zabawie, to pytam o:
  1. Pamiętasz moment, w którym podjęliście decyzję o dziecku? 
  2. Jakie są Twoje wyobrażenia odnośnie tego, jakie będzie Twoje dziecko?
    [ Wersja dla Melki: jak się mają wyobrażenia do rzeczywistości? ]
  3.  Dlaczego zaczęłaś pisać bloga?
  4. Jeśli nie musiała byś martwić się o pieniądze, to czym zajmowała byś się w życiu?
  5. Twoje ulubione wspomnienie z dzieciństwa?
  6. Za co lubisz siebie?
  7. 5 małych rzeczy, które Cię cieszą, to?

sobota, 11 października 2014

Fajnie jak jest fajnie

Źródło: http://www.polishculture.org.uk/news/article/recapturing-post-communist-reluctant-radicals-2005.html by Mariusz Cieszewski

Zadowolona, choć jeszcze z katarem i kaszląca, rozpoczynam 20ty tydzień ciąży, czyli jakby takie połowinki :)

Mocno odżyłam, powodów jest kilka.
Jestem trochę jak dynamo - musi być jakiś ruch w interesie, żebym miała z czego czerpać energię. To pewne.

Po pierwsze primo:
koleżanka z poprzedniego posta jest w ciąży, w 6tym tygodniu, także bomba.
Cieszę się za nią, ale ona jest hardą babą - dała by sobie radę.
Z ogromnym rozrzewnieniem myślę natomiast o jej partnerze, świetnym facecie, który jest w nią wpatrzony jak w święty obrazek i mocno jako facet przeżywał temat swojej niemocy płodnej.
Koleżanka oznajmiła mi przez telefon, za raz po tym jak uświadomiła przyszłego tatę,  poszedł się przewietrzyć, bo jest w szoku. No, domyślam się, że skoro nagle mu wyskoczyła w wydrukiem 6 milimetrowej dzieciny z USG to mógł ten niepłodny teoretycznie chłopina przez chwilę poczuć się zagubiony :))

Gdzieś tam tylko czasami zaświta taka myśl, że mojemu Małżonowi nie była dana taka radość naturalnego spełnienia jako mężczyzna i mam ochotę na tą myśl wyć. Bo to już nie chodzi o naturalsa, ale o Jego samcze instynkty. Co też ten mój S. sobie tam w głowie kmini? Nie wiem.

Drugie primo:
ruch się zaczął w robocie ;)
Koniec roku jest nierozerwalnie związany z rozdawaniem najróżniejszych nagród w branży reklamowej, a w tejże właśnie pracuję.
Odezwali się do mnie z pracy, żebym jechała na galę wręczenia jednej z najważniejszych nagród branżowych, ze swoim zespołem projektowym, bo jesteśmy nominowani i są przecieki, że tężę nagrodę dostaniemy. Dodatkowo, kiedy spojrzałam w program gali to okazało się, że w trakcie wystąpi mój prezes razem z brand managerem marki, dla której kampanię prowadzę od kilku lat - i będą opisywać właśnie ten mój ostatni projekt.

Jestem uber dumna.
Że mamy dostać nagrodę - to jedno. Ale ja ten projekt realizowałam, Moi Drodzy, śmigając między kliniką a pracą, między jednym zastrzykiem a drugim, między jednym usg a drugim i ostatecznie: właściwie w całości w trakcie przygotowań  oraz obu prób IVF.
I fajnie, że w pracy miałam wsparcie mentalne. Ale robota musiała być zrobiona i nie miałam backupu.
I wygląda na to, że została zrobiona dobrze.

Bardzo potrzebuję takich impulsów, żeby budować swoją wiarę w siebie, bo jestem bardzo zewnątrz sterowna, jeśli chodzi pracę.
A poza tym przyznaję, że po 4 miesiącach siedzenia na czterech literach miło będzie się skiknąć na galę  i posłuchać o swoim projekcie :) Nawet, jeśli tej nagrody nie dostaniemy.
[ będzie też okazja, żeby się klientom wytłumaczyć ze swojego rychłego zniknięcia i pochwalić brzuchem ]. 

Trzecie primo:
Towarzystwo nam się też jakoś uaktywniło.
Wczoraj do 3 w nocy zabawiliśmy w centrum miasta w ramach odbywającego się Festiwalu.
Widząc te ożywcze tłumy pijanych hipsterów (i innych, normalnych), widząc naocznie jakiś design, sztukę jakąś - odżyłam. Zapierdzielałam wśród tych tłumów jak mały motorek, obiema rękami chroniąc brzuch, czujna, żeby mnie ktoś przypadkiem nie szturchnął.
Czyli życie nadal się toczy, mimo że chwilowo jestem z niego "wykluczona".

Za chwilę, jak tylko wywinę się z pościeli (tja, jest 12:36 ale kto mi zabroni? :) uderzam na Targ Rzeczy Ładnych :) Może uda mi się coś upolować ładnego, designerskiego na ścianę w salonie albo przedpokoju.

Na jutro zaplanowane popołudnie. Znajomi przychodzą i będziemy robić home-made-sushi.
Ja udostępniam dużą kuchnię a oni niech kręcą ;))) Wiem, że muszę uważać na surową rybę, ale jak kilka świeżych kawałków zjem to chyba nic się nie stanie.

I tak, z werwą, wchodzę w tydzień, który zwany jest połówkowym :)
Czy wspominałam już, że fajnie jak jest fajnie ?! :))


sobota, 4 października 2014

Coffee & friend make the perfect blend

Źródło: http://marla.22.pinger.pl/m/21598032 

Spotkałam się dziś ze znajomą, o której pisałam w styczniu tego roku w tym wpisie. W skrócie: kiedyś baaardzo się przyjaźniłyśmy a potem z różnych powodów nasze drogi się rozeszły i widujemy się raz na pół roku. Podczas spotkania w styczniu przyznała się, że mają z partnerem ten sam problem co my: słabe nasienie, ale że ona nie będzie się badać "bo przecież ona ma okres i jest zdrowa" a do IVF nie podejdzie, bo dlaczego miała by się skazywać na taki koszmar (dla Niej koszmar w rozumieniu wyłącznie medycznym, absolutnie nie etycznym. To nie ten typ.). Pisałam o tym, że stawiała przyszłość ich związku pod znakiem zapytania.
Pod wpisem padło kilka opinii czytelników, na temat takiego podejścia i stawiania sprawy.

O mojej ciąży powiedziałam jej przez telefon jakoś w sierpniu, pomiędzy gadką o wakacjach a plotkami dotyczącymi znajomych. Jakoś niezręcznie to wyszło z mojej strony.
Niby się cieszyła, ale słychać byłą TĄ nutę w głosie. Niepłodne wiedzą jaką.

Dziś się widziałyśmy i oznajmiła mi, że prawdopodobnie jest w ciąży. Naturalnie.
Prawdopodobnie - bo wizytę u lekarza ma zaplanowaną dopiero na przyszły tydzień. Teraz póki co, okres spóźnia się jej 2 tygodnie, zrobiła 2 testy ciążowe - pozytywne - i bardzo bolą ją piersi. Objawy co jak co, nie pozostawiają wiele do domysłów, szczególnie te 2 pozytywne testy ciążowe.
Na razie trzyma temat w ścisłej tajemnicy i nawet przyszły ojciec jeszcze nie wie, że będzie ojcem. Ona czeka na finalną opinię lekarską.

A mną znowu targają podwójne emocje, ale tym razem już ze zdecydowaną przewagą tych pozytywnych.
Cieszę się, na prawdę się cieszę, że zdarzył im się naturalny cud (choć ona ostrożnie jeszcze do tego podchodzi).
Są mi oboje bardzo bliscy i troszkę się martwiłam, szczególnie o niego, co by było, gdyby się rozstali. A poza tym wiem, jak to jest chcieć a nie móc.
Jest to dla mnie świetna wiadomość.
Kiedyś,  przed laty, będąc "ryczącymi", imprezującymi studentkami, tak sobie snułyśmy plany, że w tym samym czasie zajdziemy w ciążę i tym razem zamiast chlać i imprezować, będziemy gadać o kupach i pieluchach.
Oczywiście, jak wszyscy wiemy, życie i los pokazały nam środkowy palec. A jednak... wygląda na to, że jakoś to się jednak udało.

Z drugiej strony, znowu pojawiło się to ukłucie, dlaczego nam się nie udało au naturell... Przecież Małż też brał tabletki, też się leczył, z tym, że Jemu / Nam to nie pomogło. Nie było naturalnego cudu.
Może byliśmy zbyt niecierpliwi?
Może nie daliśmy zbyt wielu szans temu naturalnemu cudowi?

Jest trochę żalu, ale coraz lepiej radzę sobie z post-invitrową goryczką.
W mojej głowie ilość pytań znacznie się uszczupliła a i serce i rozum wydają się być wyciszone.
Postanowiłam, że dla własnego dobra dopuszczę do siebie większą dawkę egoizmu i nie będę się zadręczać jakbym nie wiadomo co i komu uczyniła.
Nie ukrywam, że gimnastyka artystyczna, która odbywa się w moim brzuchu, ułatwia mi skierowanie serca i rozumu na takie właśnie tory :) Pozwala mi "odpuścić" :)

I tu przechodzę do kolejnej części mojej wypowiedzi :)))
Aaaaaaale się Bebik rusza :)) O Dżizas :))
Z całą pewnością stwierdzam, że dostaję kopniaki od swojego dziecka! :)
Do dzisiejszego spotkania zamówiłam, wyjątkowo, cappuccino (generalnie staram się raczej unikać kawy i pierwszy raz podczas ciąży zamówiłam do plotek ten właśnie napój). Poprosiłam, żeby było słabsze a mimo to, po dosłownie kilku łykach dostałam taką serię kopów od środka, że zaniemówiłam i chwilowo nie byłam w stanie kontynuować rozmowy. Nawet koleżanka po mojej minie się zorientowała, co jest grane :) Pewnie zdradziło mnie moje "łooojej!" :)
Cappuccino jej oddałam i po wypiciu szklaneczki wody Młode postanowiło nie dręczyć "biednej" matki :)

Dziwne to uczucie :) Cudowne, bo do tej pory musiałam wierzyć lekarzom na słowo, że faktycznie jestem w ciąży (no, może zdradzał mnie zaokrąglony brzuch). Teraz co chwila dostaję fizyczny dowód mojego stanu :) Czuję te ruchy z coraz większą intensywnością każdego dnia.
Z drugiej strony jest to trochę dziwne i przy mocniejszych kopach czuję się odrobinkę nieswojo i ta "nieswojość" miesza się z radością :)
Bo jak to tak...? :)
Ktoś tam mieszka w moim brzuchu, ma jakieś kilkanaście centymetrów, zeżarł mi cellulit i jeszcze się rusza?
Przyznajcie, że poza tym, że jest to cudowne, jest to również trochę... dziwne? :))

I tak oto minął mi dzień, który rozpoczął 19ty tydzień ciąży.


PS. Mam nadzieję, że lekarz potwierdzi ciążę mojej kumpeli.
Szczerze trzymam za to kciuki.