niedziela, 30 listopada 2014

From 27 tydzień ciąży with love


Obiecywałam, obiecywałam, aż w końcu się zebrałam i pstryknęłam fotę.
Tak oto prezentuje się bęben z rozkoszną zawartością naszej skocznej panny :)

Zdaniem większości artykułów / poradników- w  sobotę rozpoczęłam trzeci trymestr ciąży.
Zabrałam się więc z większym zaangażowaniem za kompletowanie wyprawki i domowe "wicie gniazda". 
Poczyniłam pierwsze, skromne zakupy dzieciowe - skromne, bo ceny mnie zabiły. 
Po opuszczeniu ogromnego sklepu dziecięcego udałam się wprost do ciucholandu, gdzie zakupiłam paczuszkę super-szmatek dla dziecka w porażająco niskich cenach (np. świetny pajac z "Mamas & Papas" za 5 zł"). 
Zakupowo uaktywniła się również teściowa, znajomi co rusz dostarczają nowe paki z ciuszkami. Suma summarum stwierdzam, że mamy już całkiem sporo, bardzo małym kosztem. 

Syndrom wicia gniazda hula pełną parą - w naszym domu nigdy nie było tak domowo, nigdy aż tak nie pachniało ciastem. Nigdy dotychczas nie było tutaj tyle dobrej karmy i domowego ciepła. 
Zaczęłam ostro mierzyć i planować rozkład sypialni, aby ten pokój jakoś zgrabnie zorganizować. 

Przy okazji kompletowania wyprawki mam do doświadczonych mam kila pytań, które pewnie od dziś, będę zamieszczać przy każdym wpisie:

  1. Jaki rozmiar ciuszków na początek? 50-56 będzie ok?
  2. Jakie ciuszki i ile zabrać do szpitala i jaki sprzęt dla dziecka w ogóle (biorąc pod uwagę, że prawdopodobnie będę miała CC)
  3. Czy do spania wystarczy śpiworek dla dziecka, czy powinnam do tego dokupić również kołdrę? (termin mam na marzec) 
  4. W czym prałyście ciuszki? Kupiłam póki co proszek do prania Jelp. 

Na razie tyle, ale na pewno kolejne pytania będę dołączała do kolejnych postów. 

Pozdrawiamy ;)

Proszę o nie kopiowanie ani wykorzystywanie zdjęć bez mojej pisemnej zgody. Dziękuję. 



poniedziałek, 24 listopada 2014

Na przełomie drugiego i trzeciego trymestru

Źródło: http://danyacheskisgold.com/2011/03/27/forget-the-quarter-life-crisis-this-is-the-26-year-hump/ 

26 tydzień in progress.

Od zeszłego wtorku jestem chora - znowu :(
Zaczęło się niewinnym bólem gardła, który w 24 h rozpętał istny koszmar w górnych drogach oddechowych. Obyło się bez gorączki, bólu kości i tym podobnych objawów,  co nie zmienia faktu, że dostałam ostro w kość.
Udało się uniknąć antybiotyku i stanęło na cudownych, domowych sposobach (i kilku nieinwazyjnych, aptecznych preparatach):

- syrop z cebuli (uważam, że uratował mnie przed antybiotykiem)
- mleko z miodem, czosnkiem i masłem
- siemię lniane z mlekiem
- mamine jeżyny w cukrze
- babciny sok z agrestu w ciepłej herbacie
+
- Prenalen syrop + tabletki do ssania (uważam, że świetnie się te preparaty spisały i polecam chorym ciężarówkom)
- Rutinoscorbin 3 x dziennie po 2 tabletki
- HascoSept spray na gardło na przemian z Tantum Verde

Może się komuś przyda powyższa litania, ale uwaga - zawsze należy się skontaktować ze swoim lekarzem.
Zaliczyłam w ciągu ostatnich kilku dni już 2 wizyty lekarskie, dzisiejszy osłuch nie był jakiś hura-optymistyczny, ale ma się ku lepszemu.

Został się jeno gigantyczny katar i gigantyczny mokry kaszel.
I gigantyczne pragnienie, żeby w końcu wyjść z domu, do ludzi (co lekarz mi odradza, w związku z sezonem na wirusy).

Zakończenie drugiego trymestru niesie ze sobą również pewne niedogodności ciążowe, których wcześniej albo nie odczuwałam w ogóle, albo nie dawały się specjalnie we znaki.

Żołądek jest okupowany przez macicę, albo nie wiadomo przez co konkretnie. Ale okupacja trwa i jest zaborcza.
To jest bardzo męczące, bo muszę jeść małymi porcjami (coraz mniejszymi) a i tak po zjedzeniu mam refluks (Matko w Niebiosach, co to jest za cholerstwo), gniecie mnie w środku jakbym połknęła balon z helem i, uwaga hit: gniecie mnie lewe żebro.
Atrakcje potęgują gigantyczne problemy z wypełnieniem "misji kibelek" w wersji "2" - i tu robi się dość niebezpiecznie, bo misja ma jakąś dwutygodniową zaległość... także tego.

O bólach pleców i całkiem sporych trudnościach z oddychaniem, przez przyzwoitość, nie wspomnę.

Doszło do tego, że przerażają mnie moje własne cycki (i to od dość dawna).
Ich kształt, kolor (!!!), rozstępy, orientacja w różne kierunki świata, rozmiar, siatka limfatyczna, rozmiar brodawki (a raczej: brodawiska) doprowadzają mnie do podziwu pomieszanego z, jak słowo daję - przerażeniem.
I tak oto, ze skromnego, dziewczęcego, niewinnego jak lilijka 75B przeskoczyłam sobie do świata 80C (co najmniej). I daj Boże, żeby to było apetyczne 80C. Ale nie. Skąd. Not for me.

Ostatnio w przymierzalni w centrum handlowym, po obnażeniu górnych partii ciała, w celu odziania wielkich, bawełnianych misek, zwanych nadal kurtuazyjnie 'biustonoszem', wpadłam w panikę, czy nad przymierzalnią nie ma przypadkiem kamery.
Wcale nie chodziło o dziewczęcy wstyd.
Obawiałam się, że jak pan ochroniarz zobaczy moje cycki, to albo zmieni orientację, albo sobie podwiąże nasieniowód.
Próba zakupu pojemnego stanika zakończyła się fiaskiem.

Za to brzuch, Moje Drogie - brzuch mam piękny :)
Mogłabym tańczyć w klubie go-go machając jeno brzuchem :)
Idąc po centrum handlowym prężę go tak, że muszę uważać, żeby przypadkiem nie zanieczyścić powietrza :)
Widzę, że ludzie go widzą - a ja jestem taka dumna :)

To wspaniałe uczucie - móc obnosić się z ciążą :)

niedziela, 16 listopada 2014

Spotkania z niepłodnością

Źródło: http://www.sheknows.com/living/articles/1036485/graduation-speeches-that-even-post-grads-will-be-inspired-by 

Podczas wizyty na południu spotkałam się z przyjaciółką ze szkolnej, licealnej ławy.
W LO byłyśmy nierozłączne, podczas studiów więzy jakoś tak naturalnie się rozluźniły.

Zawsze wiele nas różniło, ale trzymałyśmy się razem:
Ona - ułożona,wzorowa uczennica, bardzo mocno zakompleksiona i trochę samotna.
Ja - strasznie roztrzepana, rozedrgana emocjonalnie, uczennica średnia, ale zazwyczaj otoczona znajomymi.

Podczas czasów naszej bliskiej przyjaźni moi najbliżsi zarzucali jej i ostrzegali mnie, że ona jest strasznie zazdrosna, dosłownie o wszystko. Nawet o to, że mi się rodzice rozwiedli.  Że nie jest do końca szczera.
Ja wtedy tego nie widziałam, dopiero teraz z perspektywy czasu, widzę, że faktycznie tak było i co dziwne.. często mam wrażenie, że nadal tak jest.
Widujemy się rzadko, nie mamy jakiegoś mocnego kontaktu. Ona ma teraz wszystko, co, wydawało by się, jest człowiekowi potrzebne do szczęścia - wykształcenie, męża, wybudowali dom, rodzinę na miejscu, dobrą pracę, perspektywy, pieniądze na ciuchy i uciechy, których tak brakowało jej w liceum.
Na prawdę, nie ma mi czego zazdrościć.
Mam wrażenie, że teraz to ja mogła bym jej pozazdrościć kilku rzeczy.
A mam wrażenie, że nadal gdzieś to uczucie się pałęta, w naszej relacji.

Ma wszystko, poza jednym.
Zgadujcie.

Dzieckiem. 

Zaczęli się starać o dziecko jeszcze przed ślubem- ponad 6 lat temu.
Ja jeszcze wtedy nawet nie byłam mężatką, a myśl o dziecku była mi tak obca jak wyobrażenie lotu w kosmos.
Po jakimś bodajże roku ich starań stało się jasne, że coś jest nie tak. Zaczęli marsze po lekarzach, sterty badań. Podejrzenie padło od razu na niego, ponieważ miał w przeszłości usunięte jedno jądro (i zamrożone nasienie). Ostatecznie po X czasu okazało się, że u niego właściwie wszystko w porządku i tak bujali się przez 5 lat, starając się, przechodząc kolejne inseminacje, pijąc kolejne ziółka z Morza Martwego i wdrażając w życie kolejne techniki pozytywnego myślenia.
W tych wszystkich staraniach brakowało im moim zdaniem jednego: konsekwencji i planu.
Bo latali po różnych lekarzach a konkretów właściwie nie było.

Przed laty było mi ich bardzo szkoda: "co za nieszczęście, biedni, ja bym chyba zwariowała..".
Jak wiemy los dał mi szansę poczuć, co czują i oni. I nie zwariowałam.
Pamiętam, jak oznajmiłam jej przed 3ma laty, że zaczynamy się starać o dziecko. Myślę, że ona wtedy mocno to przeżyła. Założę się, że bała się, że zajdę w ciążę. (i absolutnie nie mam o to pretensji)

Wiedzieli, że my podeszliśmy do IVF.
W moim odczuciu kibicowali nam, ale wiem, że on uznał kiedyś, że on nie chce IVF bo to "nie są dzieci poczęte z miłości". Wtedy, kiedy to usłyszałam (1,5 roku temu) to był jeszcze czas, kiedy myślałam, że "IVF, co za nieszczęście, ale mnie to nie dotyczy".

Zawsze jak się spotykałyśmy, jak gadałyśmy o niepłodności, to ona mówiła o tym tak bez emocji, tak na zimo, z takim opanowaniem, że nie mogłam wyjść z podziwu. Zastanawiałam się, czy ona udaje, czy faktycznie tak wspaniale i dzielnie znosi trudny niepłodności. Ja za to, przy każdej nadarzającej się okazji, gadałam o tym i kawa na ławę: jestem z tym faktem, ku**a, nieszczęśliwa, jest mi źle, nie radzę sobie. 

Nasze pierwsze IVF - nieudane.
Drugie - jeszcze w dniu odebrania pozytywnej bety zadzwoniłam do niej, powiedzieć, że się udało. Radość tak mi przesłoniła cały świat, że nie poświęciłam zbyt wiele refleksji faktowi, że ją to może zaboleć.
Ucieszyła się- no ale nie ukrywajmy, co miała powiedzieć.

Niedługo potem wylądowałam w szpitalu.
Pamiętam, jak rozmawiałyśmy przez telefon po moim USG "serduszkowym".
Po wypowiedzianych słowach:
"... i widziałam już bijące serduszko!"
w jej krótkim "aha" zawarła się chyba cała rozpacz tego świata.
Słyszałam to i czułam.

Potem widziałam się z nią raz, ale nie dawała po sobie nic poznać. Zresztą wtedy było to w większym gronie, ciąża nie była widoczna, więc łatwo było udawać, że tematu nie ma i nie dawać żadnych oznak żalu.
Aż do naszego ostatniego spotkania.

Jeszcze będąc w drodze na południe, następnego dnia po połówkowym, wysłałam jej smsa z info, że jadę, że chętnie się spotkam. Na pytanie, jakie padło w odpowiedzi (jak się czujesz?) odpisałam, że super, i że zamiast chłopaka będzie jednak dziewczynka. Jeszcze dodatkowo, kretynka ze mnie, operowałam imionami.
Jej odpowiedź na tego smsa dotarła po godzinie.
Po naciśnięciu guzika OK na telefonie, żałowałam, że i tym razem nie wykazałam się większą powściągliwością. A przedłużająca się cisza tylko potęgowała to uczucie.

Odezwała się z propozycją konkretnego terminu spotkania po prawie tygodniu mojego pobytu na południu.
Ja się nie przypominałam. Czułam instynktownie, żeby czekać.
Uznałam, że jeśli "nagle coś jej wyskoczy" i nie będzie chciała, to spoko. Ja to wszystko rozumiem. Byłam "tam".

Na początku spotkania świergoliła jak skowronek, dotykała brzucha i witała się z Hanią.
Jak słowo daję, nie wiedziałam jak tą dziewczynę rozgryźć.
Specjalnie ubrałam się w luźne poncho, żeby nie było widać brzucha. Skutecznie go zamaskowałam.

Na temat leczenia niepłodności zeszła sama i balonik pękł, kiedy w miłej kafejce na starówce padło z mojej strony pytanie:
"A Ty jak się czujesz? Jak sobie z tym wszystkim radzisz?"

Moją filozofią życiową jest dewiza, że o problemach i emocjach należy rozmawiać - tak jest łatwiej. Tak jest zdrowiej. Tak jest lepiej.

Polały się łzy.
Poszło wyznanie, że ona się cieszy z mojej ciąży, ale że temu wszystkiemu towarzyszy taka ogromna zazdrość, że aż ją to wszystko rozszarpuje w środku.
Że od czasu jak dałam znać, że będę z wizytą, ona nie może sobie znaleźć miejsca.
Że specjalnie odwlekała spotkanie, że ma za to pretensję do siebie.
Że dzień wcześniej przepłakała.
I tak dalej.

Ja ze zdziwieniem odnotowałam fakt, że ona chyba miała jakieś opory o tej zazdrości opowiedzieć, o tych "złych" niepłodnościowych emocjach - wiecie jakich. Znamy je chyba wszystkie.

Spokojnie ją uświadomiłam, że ja to wszystko rozumiem.
Że nie ma w tym nic ani złego, ani dziwnego.
Że ja tam byłam.
Że trochę nadal tam jestem i pewnie jeszcze długo będę.
Że dla mnie to jest oczywiste.
Że niech nie ma do siebie pretensji.
Że moim zdaniem, każda z niepłodnościówek tak ma, zna i rozumie.

To był bardzo oczyszczający moment dla obu stron.
Dla mnie - bo ona w końcu była szczera.
Dla niej - bo w końcu to z siebie wyrzuciła i spotkała się ze zrozumieniem i empatią.

Odpowiedziałam jej jeszcze, żeby mi tak strasznie znowu nie zazdrościła, bo ja ciężko płacę za to moje podejście do IVF - moralnie i etycznie. Ale jeszcze nie byłam gotowa jej opowiadać o mojej laboratoryjnej spuściźnie (a jeśli ja nie jestem gotowa CZEGOKOLWIEK opowiadać, to wiedzcie, że jest nie najlepiej).
Przyznałam się, że nawet będąc w ciąży zazdroszczę innym naturalnych ciąż.
Że jest trochę żal za "straconym welonem".
I że ten smród się ciągnie.
I... że zazdroszczę im, że mają tyle cierpliwości i wiary, żeby czekać na naturalny cud, bo ja / my tej cierpliwości i wiary aż tyle nie mieliśmy. I ja im autentycznie tego zazdroszczę i podziwiam.
I że jeśli im się uda bez IVF, to ja po prostu będę im zazdrościć po stokroć.

Po tym spotkaniu udało mi się podnieść koleżankę na duchu, co było widać gołym okiem.
Podziękowała mi potem, że taka rozmowa była jej bardzo potrzebna.

Sama zapłaciłam trochę rozgrzebaniem po raz kolejny "zarodkowych wyrzutów".
Tej nocy obudziłam się zlana potem z dramatycznym okrzykiem: "Boże, przecież to dzieci są!".
Znowu nastało kilka dni, podczas których zapadałam się w otchłań, ze wzrokiem wbitym w nicość.
Rozdrapując troszkę zagojone rany, roztrząsając, czy nie za krótko czekaliśmy na ten cud, czy może nie dość cierpliwie, że może zbyt zadaniowo do tego podeszłam, że mam za swoje i tak dalej.
Poszłam również do kościoła, pierwszy raz od IVF, i czułam ogromną złość. Na księdza, na instytucję i niestety, ze smutkiem stwierdzam, że do Boga odczuwam jednak, mimowolnie, coś na kształt pretensji (nie zdawałam sobie z tego sprawy wcześniej). Że dlaczego większość par z tego kościoła mogła, a nam jednak nie było dane i teraz jeszcze dodatkowo ciągnę tak straszliwy balast.
Powoli jednak, kroczek po kroczku, uczę się jakoś radzić z tym tematem, a przynajmniej nie histeryzować. Moja malusieńka Hania fikająca w brzuszku mi w tym pomaga.

Omawiana koleżanka dzwoniła do mnie już kilkakrotnie od czasu spotkania, poinformować, że wrócili na ścieżkę leczenia, że mają wreszcie DIAGNOZĘ! (jej komórki jajowe), że mają plan kilku pod rząd podejść do inseminacji, że już bierze Clo, że małżon się przebadał po raz kolejny (i ma super armię) i że jeśli to wszystko zawiedzie, to podejdą do IVF (do którego, przysięgam, że jej nie namawiałam).
I dziękowała mi, że ją zmotywowałam i dałam impuls do dalszych działań.  Do wzięcia byka za rogi.

Cieszę się, że mogłam ją zmotywować, cieszę się, że mogła się oczyścić z tego wstydu przed zazdrością ciąży.
Trzymam za nich kciuki z całych sił chociaż wiem, że jeśli uda im się bez IVF to ja będę tą zazdrosną.
Bo do dziś dnia zazdroszczę każdemu, komu naturalnie udało się zajść w ciążę.
I tak samo jak daję takie prawo zazdrości koleżance, tak samo daje je sobie.

I tak oto wygląda ta moja dość przydługa historia spotkań z niepłodnością.
  

piątek, 14 listopada 2014

Ciążowy haj

Źródło: http://hellogiggles.com/why-im-a-feminist/we-can-do-it-2 

Od jakiegoś czasu odczuwam intensywny przypływ energii życiowej :)
Mniej więcej od 21 tygodnia, czyli tygodnia, w którym odbyło się słynne USG połówkowe. 

Chyba odczuwam ten słynny haj drugiego trymestru (choć niebawem zaczynam trzeci) i bez wątpienia, do kompletu - syndrom wicia gniazda :)

Dodam jeszcze, że chyba po raz pierwszy, odkąd zamieszkałam w Polsce centralnej, będąc w domu w górach, zatęskniłam za ... domem (tym w centralnej). Już kiedyś o tym pisałam, że mam problem z przecięciem pępowiny i jakiś taki wieczny rozkrok emocjonalny na 300 km. 
Jest więc światełko w tunelu. 

Czuję, że moje życie się zmienia... nie. Wróć.
To ja się zmieniam.

Czuję się jak lwica. 
Jestem gotowa walczyć z całym światem o dobro i byt mojego stada, z moim dzieckiem na czele. 
Nagle poczułam się silna jak nigdy dotąd. 

Czuję, jak hierarchia moich priorytetów przewartościowuje się. 
Czuję to całą sobą, każdą komórką. 

O dziwo, po kilkunastu tygodniach stękania nad tym, że nie pracuję, że siedzę w domu, że ble i fe, czuję, że ogarnianie domowych spraw sprawia mi przyjemność. 
Przestawiam więc, piorę, myję, porządkuję, mebluję, optymalizuję, gotuję, gromadzę.
I robię to z niespotykaną jak dotąd dokładnością. 

Czuję, że mocno się wyciszyłam. 
Zawsze byłam uber -emocjonalna a moja intensywna praca jeszcze podkręcała ten stan. 
Obecnie, odłączenie od zawodowych stresów i zapewne również hormony, doprowadziły do tego, że jestem po prostu jakaś inna. 
(Oczywiście nie oznacza to, że nie wybucham - oj, wybucham... na ten przykład dziś na poczcie zrobiłam taką awanturę, że głowa boli - ale miałam rację, wiadomo, jak zwykle :)

Poza tym mam całkiem sporo energii. 
To, co mocno hamuje moje energiczne zapędy to ograniczenia fizyczne, jak koszmarny ból nóg i lędźwiowego odcinka kręgosłupa. 
Nogi bolą mnie właściwie non stop kolor - pierwsze co czuję po przebudzeniu, to ból nóg (śpie na ogromnej poduszce ciążowej). Lekarz zalecił kupić jakiś preparat na nogi, ale muszę jakoś w głowie przepracować temat łykania kolejnych tabletek. 

I z taką dodatkową parą skrzydeł, jutro wkroczymy sobie w 25 tydzień ciąży :)





poniedziałek, 10 listopada 2014

Za górami, za lasami...

Źródło: http://farfaraway.netboarder.com/

Mało mnie tutaj ostatnio.
W komentarzach na Waszych blogach, również - zapewniam jednak, że czytam Was regularnie i kilka razy dziennie sprawdzam, czy jest coś nowego.
Po prostu sporo się działo - tuż po badaniu połówkowym wyjechałam na południe do domu rodzinnego na ponad 2 tygodnie.
Aż się boję, co wyświetli się na wyświetlaczu wagi u lekarza podczas najbliższej wizyty, po tych 2 tygodniach opcji all-inclusive by mama & babcia.

Wróciłam i miałam 2 dni na ogarnięcie jakiegoś ubrania na galę wręczenia nagród branżowych, którą dostaliśmy. Ubrania to ostatnio sprawa dość trudna.
To był świetny dzień - entuzjastyczne przyjęcie przez znajomych z pracy, wyjazd do Wawki, fajny wieczór z odbiorem nagrody, pogadanką z klientem i innymi partnerami. Było mi podwójnie miło, bo nie dość że dostaliśmy nagrodę za projekt, który prowadziłam (w trakcie IVF), to jeszcze przyjęłam mnóstwo gratulacji i atencji z powodu oczywiście widocznej już ciąży.
Bardzo mnie zaskoczył moment tego wieczora, kiedy pewna znajoma z zaprzyjaźnionej agencji oznajmiła, że "wie, że wyczekane, że doszły ją słuchy". Oniemiałam. Pewności nie mam, ale wyszło na to, że wie o IVF. Nie drążyłam tematu. Nie mam pretensji, ale mooocno mnie zaskoczyła. Nie mam pojęcia skąd wie. Z osób z którymi ona ma kontakt, wie tylko mój szef. Nie chce mi się wierzyć jednak, żeby on puścił parę. Ale ja zawsze naiwne dziewczę byłam.
Niemniej jednak ona, ta poinformowana, w ciągu ostatniego roku urodziła bliźniaki i.. to mi daje do myślenia.

Obecnie ogarniam gości w domu na kilka dni, także znowu się dzieje.

Dziś rano zaliczyłam badania, w tym test na tolerancję glukozy. Faktycznie, do przyjemności nie należy. Wypicie ulepka jakoś poszło, ale po ok 70 minutach nadeszła kryzysowa fala mdłości i cudem udało mi się powstrzymać pawia, nerwowo łykając ślinę dreptając przed drzwiami ośrodka. Udało się to tylko i wyłącznie dzięki moim specjalnym skillsom powstrzymywania pawia, które rozwinęłam przez lata chyba do perfekcji.

Im więcej się dzieje, tym bardziej czas biegnie nieubłaganie. Zapiernicza jak gepard.
Jeszcze niedawno się z tego cieszyłam, a obecnie zaczyna ogarniać mnie strach. A nawet panika.
Bo do tej pory wszystko kręciło się wokół wymarzonej, wyczekanej ciąży - takiej trochę wirtualnej, bo ani brzucha nie było widać a rozwiązanie było hen hen za górami, za lasami.
Aż tu nagle czytam na zaprzyjaźnionym blogu, że zostały 3 tygodnie do porodu.
A brzuch zaczyna wystawać coraz bardziej, Bobik w brzuchu wywija gimnastykę, że aż dziw.
Szybka wizualizacja w głowie osi czasu mojej ciąży - z początkiem grudnia zostaną mi 3 miesiące. W tym Święta, Sylwester i inne takie, czyli kurde - minie, jak z bicza strzelił.

A my w lesie.
E tam, w lesie. W lesie to jest Kubuś Puchatek.
My jesteśmy... w dupie raczej.
Z wyprawki coś tam mamy, ale szału nie ma.
Domowe poprawki zupełnie nie ruszone.
Edukacja w temacie dzieci leży i kwiczy.

Mam tak, że im więcej wiem, tym mniej się boję.
Wszystko powinno być zaplanowane a na razie jest jeden wielki nieład.
Po pożegnaniu gości i ogarnięciu bieżących tematów zabieram się za sporządzenie timeline'u co my musimy zrobić / kupić, już tak konkretniej.

I tak leci sobie 24ty tydzień ciąży.