niedziela, 16 listopada 2014

Spotkania z niepłodnością

Źródło: http://www.sheknows.com/living/articles/1036485/graduation-speeches-that-even-post-grads-will-be-inspired-by 

Podczas wizyty na południu spotkałam się z przyjaciółką ze szkolnej, licealnej ławy.
W LO byłyśmy nierozłączne, podczas studiów więzy jakoś tak naturalnie się rozluźniły.

Zawsze wiele nas różniło, ale trzymałyśmy się razem:
Ona - ułożona,wzorowa uczennica, bardzo mocno zakompleksiona i trochę samotna.
Ja - strasznie roztrzepana, rozedrgana emocjonalnie, uczennica średnia, ale zazwyczaj otoczona znajomymi.

Podczas czasów naszej bliskiej przyjaźni moi najbliżsi zarzucali jej i ostrzegali mnie, że ona jest strasznie zazdrosna, dosłownie o wszystko. Nawet o to, że mi się rodzice rozwiedli.  Że nie jest do końca szczera.
Ja wtedy tego nie widziałam, dopiero teraz z perspektywy czasu, widzę, że faktycznie tak było i co dziwne.. często mam wrażenie, że nadal tak jest.
Widujemy się rzadko, nie mamy jakiegoś mocnego kontaktu. Ona ma teraz wszystko, co, wydawało by się, jest człowiekowi potrzebne do szczęścia - wykształcenie, męża, wybudowali dom, rodzinę na miejscu, dobrą pracę, perspektywy, pieniądze na ciuchy i uciechy, których tak brakowało jej w liceum.
Na prawdę, nie ma mi czego zazdrościć.
Mam wrażenie, że teraz to ja mogła bym jej pozazdrościć kilku rzeczy.
A mam wrażenie, że nadal gdzieś to uczucie się pałęta, w naszej relacji.

Ma wszystko, poza jednym.
Zgadujcie.

Dzieckiem. 

Zaczęli się starać o dziecko jeszcze przed ślubem- ponad 6 lat temu.
Ja jeszcze wtedy nawet nie byłam mężatką, a myśl o dziecku była mi tak obca jak wyobrażenie lotu w kosmos.
Po jakimś bodajże roku ich starań stało się jasne, że coś jest nie tak. Zaczęli marsze po lekarzach, sterty badań. Podejrzenie padło od razu na niego, ponieważ miał w przeszłości usunięte jedno jądro (i zamrożone nasienie). Ostatecznie po X czasu okazało się, że u niego właściwie wszystko w porządku i tak bujali się przez 5 lat, starając się, przechodząc kolejne inseminacje, pijąc kolejne ziółka z Morza Martwego i wdrażając w życie kolejne techniki pozytywnego myślenia.
W tych wszystkich staraniach brakowało im moim zdaniem jednego: konsekwencji i planu.
Bo latali po różnych lekarzach a konkretów właściwie nie było.

Przed laty było mi ich bardzo szkoda: "co za nieszczęście, biedni, ja bym chyba zwariowała..".
Jak wiemy los dał mi szansę poczuć, co czują i oni. I nie zwariowałam.
Pamiętam, jak oznajmiłam jej przed 3ma laty, że zaczynamy się starać o dziecko. Myślę, że ona wtedy mocno to przeżyła. Założę się, że bała się, że zajdę w ciążę. (i absolutnie nie mam o to pretensji)

Wiedzieli, że my podeszliśmy do IVF.
W moim odczuciu kibicowali nam, ale wiem, że on uznał kiedyś, że on nie chce IVF bo to "nie są dzieci poczęte z miłości". Wtedy, kiedy to usłyszałam (1,5 roku temu) to był jeszcze czas, kiedy myślałam, że "IVF, co za nieszczęście, ale mnie to nie dotyczy".

Zawsze jak się spotykałyśmy, jak gadałyśmy o niepłodności, to ona mówiła o tym tak bez emocji, tak na zimo, z takim opanowaniem, że nie mogłam wyjść z podziwu. Zastanawiałam się, czy ona udaje, czy faktycznie tak wspaniale i dzielnie znosi trudny niepłodności. Ja za to, przy każdej nadarzającej się okazji, gadałam o tym i kawa na ławę: jestem z tym faktem, ku**a, nieszczęśliwa, jest mi źle, nie radzę sobie. 

Nasze pierwsze IVF - nieudane.
Drugie - jeszcze w dniu odebrania pozytywnej bety zadzwoniłam do niej, powiedzieć, że się udało. Radość tak mi przesłoniła cały świat, że nie poświęciłam zbyt wiele refleksji faktowi, że ją to może zaboleć.
Ucieszyła się- no ale nie ukrywajmy, co miała powiedzieć.

Niedługo potem wylądowałam w szpitalu.
Pamiętam, jak rozmawiałyśmy przez telefon po moim USG "serduszkowym".
Po wypowiedzianych słowach:
"... i widziałam już bijące serduszko!"
w jej krótkim "aha" zawarła się chyba cała rozpacz tego świata.
Słyszałam to i czułam.

Potem widziałam się z nią raz, ale nie dawała po sobie nic poznać. Zresztą wtedy było to w większym gronie, ciąża nie była widoczna, więc łatwo było udawać, że tematu nie ma i nie dawać żadnych oznak żalu.
Aż do naszego ostatniego spotkania.

Jeszcze będąc w drodze na południe, następnego dnia po połówkowym, wysłałam jej smsa z info, że jadę, że chętnie się spotkam. Na pytanie, jakie padło w odpowiedzi (jak się czujesz?) odpisałam, że super, i że zamiast chłopaka będzie jednak dziewczynka. Jeszcze dodatkowo, kretynka ze mnie, operowałam imionami.
Jej odpowiedź na tego smsa dotarła po godzinie.
Po naciśnięciu guzika OK na telefonie, żałowałam, że i tym razem nie wykazałam się większą powściągliwością. A przedłużająca się cisza tylko potęgowała to uczucie.

Odezwała się z propozycją konkretnego terminu spotkania po prawie tygodniu mojego pobytu na południu.
Ja się nie przypominałam. Czułam instynktownie, żeby czekać.
Uznałam, że jeśli "nagle coś jej wyskoczy" i nie będzie chciała, to spoko. Ja to wszystko rozumiem. Byłam "tam".

Na początku spotkania świergoliła jak skowronek, dotykała brzucha i witała się z Hanią.
Jak słowo daję, nie wiedziałam jak tą dziewczynę rozgryźć.
Specjalnie ubrałam się w luźne poncho, żeby nie było widać brzucha. Skutecznie go zamaskowałam.

Na temat leczenia niepłodności zeszła sama i balonik pękł, kiedy w miłej kafejce na starówce padło z mojej strony pytanie:
"A Ty jak się czujesz? Jak sobie z tym wszystkim radzisz?"

Moją filozofią życiową jest dewiza, że o problemach i emocjach należy rozmawiać - tak jest łatwiej. Tak jest zdrowiej. Tak jest lepiej.

Polały się łzy.
Poszło wyznanie, że ona się cieszy z mojej ciąży, ale że temu wszystkiemu towarzyszy taka ogromna zazdrość, że aż ją to wszystko rozszarpuje w środku.
Że od czasu jak dałam znać, że będę z wizytą, ona nie może sobie znaleźć miejsca.
Że specjalnie odwlekała spotkanie, że ma za to pretensję do siebie.
Że dzień wcześniej przepłakała.
I tak dalej.

Ja ze zdziwieniem odnotowałam fakt, że ona chyba miała jakieś opory o tej zazdrości opowiedzieć, o tych "złych" niepłodnościowych emocjach - wiecie jakich. Znamy je chyba wszystkie.

Spokojnie ją uświadomiłam, że ja to wszystko rozumiem.
Że nie ma w tym nic ani złego, ani dziwnego.
Że ja tam byłam.
Że trochę nadal tam jestem i pewnie jeszcze długo będę.
Że dla mnie to jest oczywiste.
Że niech nie ma do siebie pretensji.
Że moim zdaniem, każda z niepłodnościówek tak ma, zna i rozumie.

To był bardzo oczyszczający moment dla obu stron.
Dla mnie - bo ona w końcu była szczera.
Dla niej - bo w końcu to z siebie wyrzuciła i spotkała się ze zrozumieniem i empatią.

Odpowiedziałam jej jeszcze, żeby mi tak strasznie znowu nie zazdrościła, bo ja ciężko płacę za to moje podejście do IVF - moralnie i etycznie. Ale jeszcze nie byłam gotowa jej opowiadać o mojej laboratoryjnej spuściźnie (a jeśli ja nie jestem gotowa CZEGOKOLWIEK opowiadać, to wiedzcie, że jest nie najlepiej).
Przyznałam się, że nawet będąc w ciąży zazdroszczę innym naturalnych ciąż.
Że jest trochę żal za "straconym welonem".
I że ten smród się ciągnie.
I... że zazdroszczę im, że mają tyle cierpliwości i wiary, żeby czekać na naturalny cud, bo ja / my tej cierpliwości i wiary aż tyle nie mieliśmy. I ja im autentycznie tego zazdroszczę i podziwiam.
I że jeśli im się uda bez IVF, to ja po prostu będę im zazdrościć po stokroć.

Po tym spotkaniu udało mi się podnieść koleżankę na duchu, co było widać gołym okiem.
Podziękowała mi potem, że taka rozmowa była jej bardzo potrzebna.

Sama zapłaciłam trochę rozgrzebaniem po raz kolejny "zarodkowych wyrzutów".
Tej nocy obudziłam się zlana potem z dramatycznym okrzykiem: "Boże, przecież to dzieci są!".
Znowu nastało kilka dni, podczas których zapadałam się w otchłań, ze wzrokiem wbitym w nicość.
Rozdrapując troszkę zagojone rany, roztrząsając, czy nie za krótko czekaliśmy na ten cud, czy może nie dość cierpliwie, że może zbyt zadaniowo do tego podeszłam, że mam za swoje i tak dalej.
Poszłam również do kościoła, pierwszy raz od IVF, i czułam ogromną złość. Na księdza, na instytucję i niestety, ze smutkiem stwierdzam, że do Boga odczuwam jednak, mimowolnie, coś na kształt pretensji (nie zdawałam sobie z tego sprawy wcześniej). Że dlaczego większość par z tego kościoła mogła, a nam jednak nie było dane i teraz jeszcze dodatkowo ciągnę tak straszliwy balast.
Powoli jednak, kroczek po kroczku, uczę się jakoś radzić z tym tematem, a przynajmniej nie histeryzować. Moja malusieńka Hania fikająca w brzuszku mi w tym pomaga.

Omawiana koleżanka dzwoniła do mnie już kilkakrotnie od czasu spotkania, poinformować, że wrócili na ścieżkę leczenia, że mają wreszcie DIAGNOZĘ! (jej komórki jajowe), że mają plan kilku pod rząd podejść do inseminacji, że już bierze Clo, że małżon się przebadał po raz kolejny (i ma super armię) i że jeśli to wszystko zawiedzie, to podejdą do IVF (do którego, przysięgam, że jej nie namawiałam).
I dziękowała mi, że ją zmotywowałam i dałam impuls do dalszych działań.  Do wzięcia byka za rogi.

Cieszę się, że mogłam ją zmotywować, cieszę się, że mogła się oczyścić z tego wstydu przed zazdrością ciąży.
Trzymam za nich kciuki z całych sił chociaż wiem, że jeśli uda im się bez IVF to ja będę tą zazdrosną.
Bo do dziś dnia zazdroszczę każdemu, komu naturalnie udało się zajść w ciążę.
I tak samo jak daję takie prawo zazdrości koleżance, tak samo daje je sobie.

I tak oto wygląda ta moja dość przydługa historia spotkań z niepłodnością.
  

40 komentarzy:

  1. Jesteś naprawdę fajną babką;) O, tyle chciałam Ci zakomunikować;)

    A Hanusia niech rośnie tam sobie zdrowo w brzuszku!

    OdpowiedzUsuń
  2. Są też tacy, którzy zazdroszczą nawet tego zajścia poprzez udane IVF.... Bo kiedy zaliczasz kolejne procedury, kolejne transfery i po raz kolejny zostajesz z niczym zazdrościsz wszystkim i wszystkiego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem..
      Punkt widzenia tak bardzo zależy od punktu siedzenia.

      Takich komentarzy jak Twój, a wiele z nich w ostrym tonie, otrzymałam sporo - szczególnie pod postem "Smród niepłodności".
      I ja to wszystko rozumiem, akceptuje, biorę.

      Ku pokrzepieniu:
      pewna dziewczyna o pseudonimie Aanaa napisała mi, że nie będzie mi współczuć, bo mi zazdrości, bo ona jest po kilku nieudanych próbach, ze zrąbaną psychiką i kredytem.
      Po kilku miesiącach oznajmiła mi w komentarzu, że jest w ciąży - naturalny cud.
      I co? Teraz to ja jej zazdroszczę.

      Trzymam kciuki za Ciebie.

      Usuń
    2. Tak :) potwierdzam! Tak było!

      No a na powyższym wpisie się oczywiście poryczałam, Boże co ja mam ostatnio z tym płaczem. Piszesz o "złych" niepłodnościowych emocjach - wiecie jakich. Znamy je chyba wszystkie." Znamy oj aż za bardzo. Po pierwszym nieudanym ivf, 24h po negatywnej becie kiedy dzień wcześniej przeryczałam cały wieczór i pół nocy, dokładnie 24 h później kiedy próbowałam sobie poradzić z normalnym funkcjonowaniem, kiedy cały dzień nie uroniłam ani jednej łzy i byłam z tego faktu cholernie dumna napisała do mnie przyjaciółka na fb, między rozmową o nowych butach i wyprzedażach wyskoczyła z tekstem "wiesz... byłam wczoraj u ginekologa, jak się okazuje stosunek przerywany nie chroni przed ciążą..." Autentycznie zaczęłam wyć! Nie potrafiłam się powstrzymać, mąż nie wiedział o co chodzi, bo nagle patrząc w laptop moje spokojne zachowanie zmieniło się w histerię, dopiero po kilku minutach byłam w stanie powiedzieć co się stało. Później gratulowałam jej skacząc emotikonami z radości, a to co robiłam ja po drugiej stronie monitora wiem tylko ja i mój mąż. Myślałam: jak ona mogła mi to zrobić? Najlepsza przyjaciółka, dzień po mojej tragedii...
      Dlatego się teraz poryczałam... przypomniałam sobie jak wielki ból wtedy czułam i chyba nigdy go nie zapomnę...

      Ja nie zaliczam się do tych, o których piszesz, które czekały na swój naturalny cud. Robiłam wszystko, żeby się udawało, nie uważam, że za wcześnie, że za szybko, Ty też nie powinnaś tak myśleć... Pamiętam dni kiedy myślałam, że nie wytrzymam już ani jednego dnia dłużej, ani jednego miesiąca. Wytrzymywałam... Nie miałam wyjścia. Dlatego ciesz się, że nie dałaś za wygraną i co najważniejsze, że się udało. W przeciwnym wypadku tego cudu nie byłoby teraz pod Twoim sercem.

      Cieszy mnie fakt, że jestem tą, której historia jest opowiadana ku pokrzepieniu serc, ale powiem w tajemnicy, że kiedyś nie znosiłam tych historii ;) Wydawały mi się nierealne i wściekałam się, że dotyczą wszystkich tylko nie mnie ;)

      Pozdrawiam gorąco i przesyłam uściski dla całej trójki <3

      Usuń
    3. Cholera czytam i się zastanawiam, czy w ogóle jest możliwie dogadać się z przyjaciółkami w sytuacji, gdy jedna wciąż walczy, a druga już cieszy się wygraną walką z niepłodnością. I na jakich warunkach.

      Moja najbliżsiejsza, Piękna Przyjaciółka (pisałam o niej), znała moją historię, a jednak gdy zaszła w ciążę (przypadkowo, po 6 miesiącach nowego, namiętnego romansu; temat niepłodności był jej obcy), w czasie, gdy my jeszcze walczyliśmy, pisała do mnie emaile typu: „Powiedz mi szczerze Mela, czy mogę Ci przesłać zdjęcia z USG? Młoda jest tak podobna do mojej Mamy, ma te same wydatne kości policzkowe. Nie chcę Ci jednak sprawiać przykrości. Ale bardzo bym chciała, abyś uczestniczyła w moim szczęściu. Więc powiedz mi, jaka jest Twoja decyzja, a ja ją uszanuję.” Albo przesyłała opowiastki buddystyczne, o tym, że wszystko ma swój ukryty sens i trzeba życie akceptować takim, jakie jest.

      I co zrobić na takie dictum? Czy to była prawdziwa empatia? Czy właśnie jej brak? Tymczasem ja nie miałam odwagi wykazać się empatią w o b e c s i e b i e i powiedzieć: „nie, nie przesyłaj, to za bardzo mnie boli”. Więc ona je słała, a ja wyłam w niebogłosy, wstrząsana wewnętrznym konfliktem, odpisując jej zdawkowo i dwu-zdaniowo, że super, że fajnie i ojej jak się cieszę, a jednocześnie wkurwiając się na siebie, że nie mam odwagi powiedzieć jak jest i że nasza relacja się rozsypuje – w końcu ona, po tylu latach bliskości, powinna się była domyślić, że tak nie można! Ja byłam przy jej b. trudnych życiowych rewolucjach, a ona mnie opuściła. W końcu pękłam (po wizycie u terapeutki) i jej wszystko wygarnęłam z nawiązką, bardzo gwałtownie, z czego nie jestem dumna. Zajęło nam pół roku chłodno-grzecznych stosunków, by naszą relację naprawić. Teraz obie jesteśmy mamami i nadal jesteśmy blisko, ale jednak blisko inaczej.

      No i nie wiem, czy można się z kimś dogadać, gdy przebywa się na przeciwległych biegunach. Syty głodnego i tak dalej… Co byłoby idealnym rozwiązaniem? Te zaciążone z uwagą nie trajkoczą o swoim szczęściu, a te wciąż walczące mówią wprost i krótko: „my jeszcze walczymy, to dla nas trudny temat, nie mówmy o tym?” Hmm…. No to o czym gadać, jeśli oba tematy – ciąża i niepłodność – akurat przysłaniają wszystko inne? I jest to bezsensowna, miałka gadanina? Bo zgrywanie bohaterek, jak to robiłam ja, czy Aaana, zdecydowanie nie jest dobre.

      I jeszcze krótko – Kożuchowskiej też zazdraszczam - miała więcej siły i wiary tak upieprzyć się po pachy z tą naprotechnologią w jej wieku ;) O zarodkach pamiętam i myślę non-stop. Z perspektywy posiadania Koszałka nabrały one realnego kształtu… Ale to dłuższy temat..
      PS. Ty wiesz, że ja teraz do śmierci będę musiała się zabezpieczać? 

      Usuń
    4. O, o wilku mowa :)
      Tak, mnie też takie historie jak Twoja denerwowały i w sumie denerwują do dzisiaj, o ile ktoś bezpośrednio zainteresowany nie opowie mi ich bezpośrednio. Tzn wiesz - cieszę się, że uśmiechęło się do Ciebie szczęście, ale moralizatorski ton tych historii mnie wkurzał.
      To był odwieczny argument mojej teściowej, że "ja histeryzuję a innym zdarzają sie cuda" i że "jej koleżanka zaszła w ciążę w wieku 40 lat" - SO WHAT? :) Zawsze mnie to wkurzało :) więc w sumie nie wiem, dlaczego teraz to robię..
      Może dlatego, że sama mi kiedyś napisałaś coś podobnego a potem los się do Ciebie uśmiechnął.
      Może Anonimowej da ta historia chociaż cień nadziei. A może nie.
      Na prawdę strasznie mi zależy, żeby jakoś podnieść na duchu współtowarzyszki niedoli.

      Nie zapomnę nigdy dnia, jak wróciliśmy z kliniki, z wizyty od androloga, gdzie właściwie odebrano nam niemal wszelaką nadzieję na naturalsa, pękłam jak bańka mydlana. Po powrocie do domu mąż spotkał sąsiada-kumpla na podwórku - okazało się, że zostanie tatą.
      Tego dnia otworzyliśmy whisky i rąbneliśmy sobie po solidnym drinku w domu - co nam się nigdy nie zdarza w normalnych okolicznościach.

      Dodam jeszcze tylko na koniec, żeby nie było zbyt dramatycznie i żeby trochę sprostować mojego posta:
      JESTEM SZCZĘŚLIWA i UWIELBIAM MOJE DZIECKO.

      A że jakieś tam smrodki mi się w głowie, sercu i duszy plątają, to cóż.
      Z miesiąca na miesiąc, z każdym centymetrem brzucha jest coraz lepiej.

      Buziaki!

      Usuń
    5. Jezu, hallo! Pink! ja pierwszego akapitu W OGÓLE nie zrozumiałam. cholera, tracę łączność!!!

      Usuń
    6. Nie nie, Mela, ta powyższa odpowiedź była skierowana do Aaany!!! :))))
      Po prostu pisałyśmy w tym samym czasie - Ty komenta do wpisu na blogu a ja odpowiedź do Aaany :))
      Twojego posta zobaczyłam dopiero po opublikowaniu :)
      Za raz Ci odpiszę w osobnej odpowiedzi :))

      Usuń
    7. @Mela (odpowiedź właściwa :)

      Nie znam odpowiedzi na pytanie, czy w ogóle jest możliwe dogadanie się w takiej relacji.

      Mam też w rękawie drugą historię, dotyczącą tej mojej koleżanki, o której kiedyś pisałam, że się starają, że czynnik męski, że ona się nawet nie przebadała i stwierdziła, że ona jest zdrowa i do IVF nie podejdzie i że chyba się rozstaną.
      Jej w ogóle nie dałam znać, że jestem w ciąży. Dopiero jakoś pod koniec sierpnia (czyli na koniec mojego pierwszego trymestru) zadzwoniła, gadka-szmatka przez chyba 15 minut o pierdołach i dopiero jak zapytała, czy normalnie pracuję, to jej powiedziałam że yyyy no taka sytuacja jest, że nie, bo jestem w ciąży. I szczerze powiedziawszy trochę to żenująco wyszło - bo tu pierdolimy o dupie maryni ja pominęłam taki drobny szczegół jak to, że jestem w ciąży.
      Inna sprawa, że ta koleżanka za raz po tym telefonie zaszła w ciążę... naturalnie (pisałam o tym).

      Co do tej Twojej koleżanki... hm... egoizm czy chęć pomocy?
      Mnie to wygląda, że ta koleżanka ma ze mną trochę wspólnego - często gęsto chce dobrze, ciumkaniem by zalała świat, ale przy okazji może człowieka zadusić.

      Na swoje usprawiedliwienie dodam, że tej mojej koleżance nawet mi do głowy nie wpadło pokazywać USG, nawet do niej nie dzwonie jak w ciąży jestem. Jak się widzimy o ciąży nie gadam niepytana, a pytana - streszczam się bez zbędnego pitu pitu.
      Ale CZEGOKOLWIEK bym nie zrobiła, jestem w ciąży i ten fakt ją boli niezależnie. No i tego już, pardon, nie zmienię.
      Więc chyba jedyne co nam pozostaje, to szczerość?

      Kożuchowska - ha! Miałam o niej napisać i w tym i w kilku innych wpisach.
      Tja... baba mnie wkurza - zapewne wyłącznie dlatego, że jestem zazdrosna o jej naturalny cud.
      Akurat ta jej błogosławiona-niepokalana ciąża wypłynęła w mediach, kiedy ja podchodziłam do IVF :) Może dlatego ten temat mnie denerwuje, to be honest :)
      My sobie mogliśmy naprotechnologią dupę podetrzeć w przypadku tak słabych jak nasze wyników nasienia (a tak właściwie to przeszliśmy przez napro, ale w klinice: androlog -> diagnozowanie -> badanie -> leczenie -> dupa).

      Ciekawa jestem Twojego punktu widzenia na sprawę "laboratoryjnej spuścizny", ale jak zauważyłaś, to temat rzeka. Ja na razie próbuję tą "rzekę" kijem zawrócić, żeby z mojej głowy sobie popłynęła gdzie indziej i nawet nawet mi idzie.

      No i owszem - musimy się zabezpieczać już aż do menopauzy, chyba że chcemy mieć jeszcze większe dylematy, niż już mamy.. (tzn. nic nie "musimy" ale mnie już wystarczy..)

      Usuń
    8. Juz spie, ale napisze jeszcze ze się poszczalam z tych Twoich szczalek, jak od androloga przeszliście do... Proktologa :) no moze na tym problem polegał, ze to wszystko od dupy strony było? :D jessu jak fajnie jest moc się wreszcie z tych rzeczy śmiać!

      Usuń
    9. Od androloga przez proktologa do... urlologa? :)
      Dobranocka!

      Usuń
  3. Kiedys już zostawiłam komentarz na Twoim blogu, po przeczytaniu całego jednym tchem ;) dziś znów piszę, bo czułam coś podobnego, ale... Kiedy przytuliłam mojego synka pierwszy raz, kiedy patrzę, jak śpi, nagrywam jego pierwszy obrót na plecy...nie ma żadnego znaczenia, że nie zaszłam w tę ciążę w czasie romantycznego weekendu nad morzem, a leżąc rozkraczona na fotelu ginekologicznym z brzuchem obolałym od zastrzyków. Czy wolałabym naturalnie? Oczywiście. O ile byłoby łatwiej! Ale czy zazdroszczę innym? Teraz już nie, ale Jeszcze będąc w ciąży czasem czulam zazdrość, że my tyle musieliśmy przejść, a innym udaje się ot tak... ale odkąd Młody jest na świecie...nic nie ma znaczenia. Dla Niego i dla nas.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pink, należą Ci się słowa uznania! Poważnie! Bo wiele dziewczyn, gdy już zajdzie w tą długo wyczekiwaną i upragniona ciąże, zapomina o "tamtej" stronie. Ja wiem, że one mają prawo się cieszyć, ale nie rozumiem braku wyczucia. Cieszę się, że udało Ci się szczerze i otwarcie porozmawiać z koleżanką! Dałaś mi kopniaka! Mnie też czeka taka rozmowa. Zbieram się do niej od dłuższego czasu. I strasznie boję się, czy moja rozmówczyni też okaże się tak empatyczną osobą, jak Ty. Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Ewa, muszę Ci powiedzieć, że kiedy jeszcze nie byłam w ciąży i przyznawałam się do swoich emocji, to spotykałam się z różnymi reakcjami - nie zawsze było tak empatycznie :/ Ale może dlatego, że ta druga strona, której się przyznawałam, nie przeszła tego, co my przeszłyśmy.
      W każdym razie życzę Ci, żebyś spotkała się ze zrozumieniem!
      Mnie na obecnym etapie mojego życia, po moich doświadczeniach, trudno sobie wyobrazić, jak można tego nie rozumieć. To na prawdę.. sorry.. ale trzeba być trepem.
      Buźka!

      Usuń
  5. Pink... post przy którym na zmianę mam łzy w oczach i się śmieję ;) (to ostatnie bardziej przy komentarzach).
    Od siebie mogę dodać, że Wasze spotkanie na pewno pomogło wiele Twojej koleżance. Widzisz... ja miałam trochę podobną sytuację w zeszłym roku. Z ciążą... Nie moją oczywiście wiec patrzę od drugiej strony. W ciążę zaszła moja sis. Przypadkowo. Z chłopakiem, którego znała "długo". Od rodziców słyszałam, że trzeba ją wspierać, bo to dla nich trudne. (tja... my w tym momencie od roku się staraliśmy a z powodu różnych okoliczności już samo staranie było obciążone psychicznie). Nie potrafiłam jej pomóc. Niby trochę staram się z nią pisać, bo na żywo było raczej zimniej niż cieplej między nami. Nie powiedziałam jej o naszych staraniach, o podchodzeniu do IVF. Była jedyną osobą w najbliższej rodzinie, która nie wiedziała, mimo iż jak by ktoś spojrzał na nas jeszcze z rok, dwa wcześniej to byłyśmy nierozłączne. Bolało mnie to wszystko. Zarówno to, że jej się udało ot tak, jak i to że nie potrafię z nią pogadać o tym co u nas i zniszczyć ten mur milczenia. Urodziła. Po dwóch miesiącach były chrzciny, które były pomiędzy moją punkcją a transferem. Nadal nic nie powiedziałam. Starałam się nic nie pokazywać. Małego na ręce nie potrafiłam wziąć. I tak się ciągnęło jeszcze ze dwa, trzy miesiące. Dopiero po drugiej stracie, zebrałam się w sobie i wybrałam z nią na spacer. Z nią i jej małym synkiem. Szłyśmy i gadałyśmy chyba z godzinę, jak nie dłużej. I dopiero wtedy jej o wszystkim opowiedziałam. O tym co się działo u nas, dlaczego wyszło jak wyszło. Pomogło mi... Oczyściło atmosferę. I w którymś momencie się przełamałam i nawet małego wzięłam na ręce :) Jeden raz, drugi, trzeci... Zaakceptowałam to, że jest jak jest, mimo iż tak często tego losu nie wybieramy...
    Ups... rozpisałam się... ale może i ten kolejny raz było mi to potrzebne... Mam nadzieję, że wybaczysz, że o sobie, a mnie o Twoim wpisie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja droga, cieszę się, że czytelnicy w komentarzach zostawiają swoje historie :)
      Bo tak jak napisałam - gadanie o emocjach/problemach nas moim zdaniem oczyszcza a poza tym... te historie są ciekawe :)

      Z siostrą takie historie są chyba jeszcze trudniejsze.
      I jeszcze chrzciny między punkcją i transferem - damn it... moim zdaniem to jest chyba najtrudniejszy czas w całej procedurze IVF.
      Najważniejsze, że doszłyście do porozumienia, że Tobie udało się otworzyć a siostrze zaakceptować prawdę i empatycznie podejść do tematu.

      Trzymam kciuki za najbliższy transfer ;)

      Usuń
    2. uff... :)
      a swoją drogą masz rację - one nas oczyszczają... no i pozwalają wierzyć, że w końcu... że jak nie teraz, to później... ale gdzieś tam jest ten upragniony moment :)

      Usuń
  6. To swietnie, ze udalo Ci sie kolezanke i podeprzec na duchu i zmotywowac.

    Mi sie nie udalo... :( Z kuzynka meza poznalysmy sie kiedy i my z mezem i ona wraz z jej "polowka" ostro staralismy sie o dziecko. Ona miala wtedy za soba dwie ciaze pozamaciczne (po jednej stracila jajowod) oraz jedno nieudane podejscie do IVF. Pamietam jeszcze jak mowilam ponuro mojemu M., ze zazdroszcze jej (!!!), bo ona przynajmniej wie, ze moze zajsc w ciaze, a u nas po ponad dwoch latach staran (wtedy) nic nie "zaskoczylo". Teraz wiem, ze glupoty gadalam i ze to o niczym nie swiadczy. Rok pozniej oni mieli za soba kolejne nieudane IVF, a ja zaszlam w ciaze z Bi. Naturalnie. Na poczatku oni trzymali fason, a my staralismy sie nie afiszowac z naszym szczesciem. Poprosilismy ja nawet na chrzestna dla corki (znajac ich sytuacje nie bardzo chcialam, ale nie mielismy nikogo innego). Ale potem oni podeszli do IVF poraz koleiny. Znow sie nie udalo, a skonczyly im sie oszczednosci przeznaczone na ten cel. Kilka miesiecy pozniej zerwali znami kontakty, wlasciwie bez zadnej przyczyny... Najpierw nie odbierali telefonow, potem zmienili numery... Dowiadywalismy sie poczta pantoflowa, ze wszystko u nich ok, prosilismy rodzine o przekazanie im pozdrowien i prosbe o kontakt, bez rezultatu. Potem okazalo sie, ze jestem znow w ciazy i sami przestalismy zabiegac o kontakt. Zwyczajnie glupio nam bylo, wiedzac od rodziny ze oni sa nadal bezdzietni...
    W ten wlasnie sposob, przez pieprzona nieplodnosc, stracilismy jedyna kuzynke, ktora tutaj mamy... :( Ale nie mam do nich wiekszego zalu, bo sama mam podobny charakter... Kiedy dowiedzialam sie, ze moja siostra zaszla w ciaze w pierwszym miesiacu "prob" (my wtedy staralismy sie juz dobre dwa lata), przeplakalam caly wieczor. Potem przyjechala moja mama, ktora wiedziala o naszej sytuacji, a mimo wszystko na sile ciagala mnie po "dzieciowych" sklepach, podniecona kupujac wyprawke dla pierwszego wnuka. Po tych zakupach plakalam wieczorem mezowi w ramie. W koncu powiedzial dosc i rozmowil sie z swoja tesciowa, ktora strasznie sie obrazila, ale przynajmniej przestala mnie ciagac na dzialy ze smoczkami, butelkami i malusienkimi ubrankami... :)

    I wiesz co? My kobiety jestesmy smieszne. :) Bo ja nadal zazdroszcze (tak leciutko, ale jednak) dziewczynom, ktore zachodza sobie w ciaze kiedy tylko zaplanuja, dobierajac daty poczecia do pory roku, a nawet miesiaca w ktorym chcialyby urodzic (znam takie!). ;) Po prostu czasem nie moge uwierzyc, ze cos, co powinno przychodzic naturalnie i bez problemu, co dostajemy jakby "w pakiecie" wraz z plcia, czyli zdolnosc poczecia i wydania na swiat pootmstwa, niektorym przychodzi ot tak, jak natura chciala, a inne z nas musza o to tak bardzo walczyc... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz - zaszłaś naturalnie i to dwa razy (!) a nadal ta zazdrość gdzieś tam się plącze w stosunku do innych.
      Tak sobie myślę, że te, co zaszły przez IVF zazdroszczą podwójnie - szczególnie te, które mają dylematy moralne, tak jak ja.

      Ale dla mnie to nie jest śmieszne, ja to uważam za normalne i nie warte wstydu - tak jak pisałam - rozumiem innych i sama sobie daje prawo przed samą sobą do tej zazdrości.
      I mówię o niej otwarcie - chociaż tak jak pisałam - no cóż, nie zawsze spotykam się ze zrozumieniem w oczach rozmówcy, szczególnie tego sprawnego rozrodczo :)

      Co do historii z kuzynką - przykre, że straciliście kontakt, ale jestem w stanie zrozumieć ich motywy.
      Wykazali się asertywnością, której brak było Meli i Aaanie powyżej (chociaż może nie AŻ TAKĄ asertywność miały na myśli). Może kiedy i im się uda, to dacie rade odbudować relacje?
      Mamy Twojej ni chujenki, za przeproszeniem, nie jestem w stanie zrozumieć - ale tak to już jest, że niepłodności nie da się do końca zrozumieć, nie przeżywszy jej, bez próbowania, jak to smakuje.

      Moja przyjaciółka, na ten przykład, która ma pięknego syneczka, którego spłodziła za pierwszym strzałem, zaczęła się niedawno starać o drugie dziecko (pod wpływem mojej ciąży). Generalnie ona była powierniczą moich smutków od startu starań o dziecko, aż do ciąży i jej bezpiecznego rozwoju.
      I nawet ona, mimo tego, że słuchała moich żali setki razy, nie raz płakała przez moją niedolę, potrafi czasem wykazać się takim brakiem zrozumienia problemu, że to się w bańce nie mieści i ręce i cycki opadają.
      Np. po pierwszym cyklu ich starań o drugie, gdzie niedbale podjęli jedną próbę, była wielce zaskoczona i przeżywała, że im się nie udało - "no bo przecież skoro za pierwszym razem się udało od strzału - dosłownie - to liczyła, że teraz też tak będzie" i "że jej mąż tak się chwalił że jest takim strzelcem wyborowym, tak się chwalił - a jednak nie jest!".
      Jak to usłyszałam to, jak słowo daję, zgubiłam trop.
      Jak można, kurna, komuś, kto Ci blisko 3 lata miesiąc w miesiąc wyje w rękaw, z powodu słabych wyników nasienia męża, powiedzieć coś takiego?!
      I w ogóle, mając do głowy i serca wpompowaną taką ilość emocji i informacji o niepłodności, wykazać się wielkim zdziwieniem, że się za pierwszym razem nie udało.
      Nie wiem. Jak słowo daję - ludzie mnie nie przestają zaskakiwać :)

      Usuń
    2. Hmm... widzisz... faktycznie jesteśmy dziwne/śmieszne... bo ja np po cichu liczyłam na to, że moja sis poprosi mnie na chrzestną dla synka biorąc pod uwagę że myślimy dziecku... traktowałabym to na zasadzie "będzie to i Twój synek"... nie poprosiła... i to też na przykład mnie zabolało...
      czyli nie ma na nas - niepłodne - gotowej recepty... ;)

      swoją drogą współczuję, że mimo iż żadna ze strone nie zrobiła umyślnie nic złego, to nie udało się utrzymać kontaktu... ale potrafię zrozumieć, że mógł on być ciężki do utrzymania...

      Usuń
    3. Dziewczyny, ta pieprzona niepłodność jest jakimś kompletnym syfem, naprawdę. I mam tym razem na myśli właśnie to, co robi z naszą psychą. Mam dwoje dzieci. Właśnie się dowiedziałam, że przyjaciółka zaszła w ciążę za pierwszym razem. Sama jej kibicowałam przed staraniami, poleciłam acard na lepsze zagnieżdżanie (o pierwsze dziecko starała się 2 lata i zaszła w pierwszym cyklu z poleconym przeze mnie acardem). Jestem zła i załamana. Sobą. Bo choć w jakimś stopniu się ucieszyłam, wciąż po głowie mi tłucze: to niesprawiedliwe! dlaczego w pierwszym cyklu? dlaczego ludzie mają takie szczęście? dlaczego wszystkim wokół się po prostu udaje? naturalnie - prędzej czy później? dlaczego nie zaszła - choćby dla "przyzwoitości" w trzecim czy szóstym cyklu?
      Mam dzieci, doczekałam się, mam szczęście, na które inni czekają. Wiem to.
      Nie chcę być taka :( Chcę, żeby mi to z głowy wyszło :( Naprawdę :(
      Nie chcę, by mnie bolały takie wiadomości. Chcę się jakoś od tego uwolnić, ale nie umiem.
      Prawda jest taka, że cieszą mnie ciąże innych, ale te wyczekane. Po walce. Najlepiej medycznej :(
      Nie chcę tak :(

      Usuń
    4. Juti, no właśnie, znam to uczucie DOSKONALE.
      Daje sobie prawo do tych emocji, staram się siebie nie karcić za nie ale faktu, że one są, nie da się potraktować zupełnie naturalnie i przejść nad nimi do porządku dziennego.
      Bo - nawet jeśli zapomnieć o wstydzie przed samym sobą, to to są jednak jakieś negatywne emocje, które się zakradają do naszego życia.

      W moim otoczeniu jest kilka par, które się starają:
      - moja przyjaciółka, ta od "pierwszego strzału" - od jakiegoś czasu nie mamy kontaktu, ja wiem, że oni się starają i nie jestem pewna czy nie jest już ciąży. I tu jest ta śmierdząca część: chciałabym, żeby dla przyzwoitości trochę im to zajęło.
      Wstyd trochę tak myśleć.

      - inna para bliskich znajomych - ja im dobrze życzę, ale jak powyżej. Chociaż niech kurna się trochę postarają.

      Podczas sobotniej imprezy dwie moje kumpele (jedna zna moją historię o IVF a znając jej długi ozór: druga też zna) popijając sobie winko, planowały sobie ciążę i urodzenie dziecka w 2015 roku. Powiedziałam im tylko: "żebyście się kurna nie zdziwiły".
      Zadziwiające jest, że nawet jak ludzie znają trudną historię niepłodności, to i tak zakładają jawnie i na 100%, że ich to nie dotyczy. Wkurza mnie to.

      Ale podobnie tak jak i Ty, ja też nie chcę tych odczuć, choć je toleruje.
      I gdybym miała wybór, to won :/

      Usuń
    5. Pink z jednej strony to udało Wam się bardzo szybko zajść w zdrową ciążę bo za drugim transferem przy 1 procedurze więc nie rozumiem też do końca takiego "dramatyzowania"... No chyba że się mylę, nie miałam nic złego na myśli, ale czuję że trochę tak na siłę próbujesz zrobić z siebie cierpiętnicę...

      Usuń
    6. Kiedyś koleżanka poprosiła mnie, żebym kupiła dla jej synka buciki przed wizytą u nich, bo u niej w mieście nie ma tego sklepu, kupiłam, zawiozłam, po czym ona mi mówi, że zrobiło jej się później głupio, bo zmusiła mnie do chodzenia po dziale dziecięcym, kiedy ja pewnie tego nie lubię z powodu długich starań. Z jednej strony trochę zrobiło mi się przykro, że traktuje mnie jak taką sfiksowaną bezdzietną, ale z drugiej miło, że chociaż przeszło jej to przez myśl. I wtedy zdałam sobie sprawę, że mnie nie boli fakt istnienia dzieci, nie bolały mnie ciuszi, wózki, mogłam chodzić tam godzinami. Bolały mnie ciąże! Najbardziej te z wpadek, te z 'pierwszego strzału' miałam doła przez tydzień jak dowiedziałam się o kolejnej ciąży. Nie miałam problemu z odwiedzaniem koleżanek, które mają dzieci, miałam problem z odwiedzaniem ludzi tuż po ślubie, ze strachu żeby mi przypadkiem nie oświadczyli, że spodziewają się dziecka.

      A jeszcze jedna historia dotycząca tego, że "ludzi to nie dotyczy". Mam kuzynkę, która od dwóch lat stara się o dziecko i niby leczy się u lokalnego gina, który o niepłodności przypuszczam niewiele wie patrząc na sposoby jej leczenia, więc z dobrego serca poleciłam jej klinikę niepłodności do której chodziłam i co usłyszałam? Zdanie wypowiedziane z ogromnym oburzeniem: "KLINIKĘ NIEPŁODNOŚCI? Cośty! Przecież ja nie jestem niepłodna!". Oczywiście tylko zacisnęłam zęby i pomyślałam - tak, TY NIE, tylko JA... :/ No ale ja kwiecie historia ta ma happy end, a kuzynka nadal 'nie jest niepłodna' i nadal nie jest ciąży :)

      Usuń
    7. No niestety, czy się to kuzynce podoba czy nie, należą razem z mężem do grona "niepłodnych" (nie mylić z "bezpłodnych"!). Zgodnie z definicją WHO z niepłodnością mamy do czynienia w przypadku roku regularnych, bezowocnych starań.
      Ale rozumiem ją... pamiętam naszą pierwszą wizytę w klinice. Pamiętam, jak się czułam stojąc w kolejce do rejestracji. Pamiętam, jak wypowiedziałam te słowa "na konsultację niepłodnościową".
      To było trudne.
      Chociaż czasem mam wrażenie, że trudniejsze było dopuszczenie do świadomości naszym najbliższym, że mamy problem, niż nam samym z mężem.
      Moja mama wiecznie powtarzała "Wam na pewno się uda" a teściowa, jak jej oznajmiliśmy, że podchodzimy do IVF wybuchnęła płaczem. Mam wrażenie, że do dziś ma do mnie pretensję, że "zaciągnęłam" nas do tego procederu. Że nie wierzyłam i czekałam na "naturalny cud". Dlatego teraz wiecznie mnie raczy jakimiś cudownymi ciążami w wieku lat 40-tu.

      Usuń
    8. Aaana - ja tez mam tak. Bolą mnie przede wszystkim ciąze innych kobiet, to że one są w tym błogosławionym stanie,a ja nie mam pojęcia jakie to uczucie i nie wiadomo czy kiedyś się dowiem... Zazdroszczę im nawet mdłości i opuchniętych kostek, WSZYSTKIEGO. Kiedy u moich kuzynek urodziły się dzieci nie miałam juz aż takiego problemu. A moją malutką bratanicę (nota bene - Hanię ;) ) po prostu uwielbiam!!!

      Usuń
    9. Rety, toz to cala dyskusja rozgorzala pod moim komentarzem! :)
      Wiecie dziewczyny, po przeanalizowaniu, wlasciwie to co czuje na wiesci o przypadkowych i bezproblemowych zajsciach w ciaze, to nie tyle zazdrosc, ile po prostu cholerne poczucie niesprawiedliwosci. Ze jedni sobie planuja dzien, miesiac i znak zodiaku i smieja sie, ze co to takiego - zajsc w ciaze! A inni oplacaja to latami staran, liczenia dni plodnych, placzu i czesto medycznych procedur...
      I wiecie co, macie racje. Podczas naszych staran, mnie nie ruszaly inne dzieci. To na wiesc o ciazach ryczalam jak bobr. Tak bylo kiedy moja siostra oglosila, ze oczekuje. I tak bylo z jedna z moich kolezanek. Staralysmy sie o dziecko w tym samym czasie, razem sie pocieszalysmy, z tym ze oni juz mieli synka, a my bylismy bezdzietni. W koncu ona zaszla w ciaze z blizniakami. Pamietam te depreche, w ktora wtedy wpadlam myslac, ze oni beda mieli trojke, a ja nadal ani jednego!
      Do Rownowazni - mnie siostra poprosila na chrzestna swojej coreczki. Ale wtedy w ogole mnie to nie pocieszalo. Pierwsza mysl to bylo: no tak, tylko to mi pozostalo - trzymac do chrztu obce dzieci i udawac, ze kocham je jak wlasne. Wiem, ze to wredne, ale takie mysli wtedy mi sie po glowie krecily...
      Pink, podobna sytuacje do Twojej kolezanki, mam z wlasna siostra. Oni tez "strzelili" corke za pierwszym razem. Teraz jest w ciazy z drugim i jakos tak wyszlo w rozmowie, ze wspomniala cos w stylu "tym razem troche nam zeszlo". Obudzilo sie we mnie wspolczucie i zrozumienie, bo wiem jak to jest czekac i czekac. Wiec spytalam ile sie starali (w koncu mogla mi nie mowic), spodziewajac sie uslyszec rok czy cos w tych okolicach. A ona wypala, ze 4 (slownie: CZTERY) miesiace! I ona uwaza, ze to dlugo???
      Wiecie, te 3 lata, kiedy staralismy sie o Bi, nauczyly mnie, zeby nie pytac innych par o dzieci. Pamietam jak mi bylo przykro slyszec "a wy kiedy?", albo co Wigilie dostawac zyczenia dzidziusia... Teraz w pracy mam dwie dziewczyny, ktore wyszly za maz jakis czas temu i narazie zadnego oficjalnego ogloszenia nie bylo. Jestem bardzo ciekawa czy w ogole planuja dzieci, bo obie sa juz po 30-stce. Ale trzymam jezyk za zebami, bo pamietam jeszcze jak takie pytania bola...
      A co do mojej mamy, Pink, to ona nigdy nie byla wzorem cnot czy taktu. ;)

      Usuń
    10. Agata - ja kiedyś straciłam "łączność" z koleżanką (no dobra, sama ją trochę ograniczyłam, bo było mi ciężko bardzo z okazji tego, że miała dziecko...), a jakiś czas później dostałam smsa, że urodziła synka (nie wiedziałam o tej drugiej ciąży). Zebrałam się w sobie i po smsie z gratulacjami, napisałam, że cieszę się i zazdroszczę jednocześnie, bo staramy się już tak długo i nic (wtedy to były jakieś dwa lata), że boję się, że nigdy nie będę mamą.
      Ona mi odpisała: "nie przejmuj się, nam też dopiero się teraz udało za drugim razem".

      Ręce mi opadły. Cycki też....

      Usuń
    11. Heeheheh.... sorry Juti :)))
      Ale odpowiedź koleżanki jest tak... naiwniutka, że aż śmieszna :)

      Może miała na myśli drugie IVF czy coś? :))

      Usuń
  7. Ale z drugiej strony - to do Agaty - tak jest i z innymi sprawami: jednym łatwo przychodzi poczęcie dziecka, innym zdobycie świetnej pracy, jeszcze inni mogą podróżować, a inni tylko o tym pomarzyć:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby jest. Ale jakoś łepetynie ciężko to wytłumaczyć...

      Usuń
    2. Niby tak. Ale mam wrazenie, ze przy zdobywaniu pracy czy decyzji o podrozach, mam na to chociaz malenki wplyw... Natomiast w plodnosci dziala po prostu biologia, natura, tu ja sama nie mam zadnego wlywu. To tak jak powiedziec swojemu cialu, zeby nie chorowalo...

      Usuń
  8. Hej, przeczytałam i jestem bardzo w temacie.
    Odezwała się do mnie przyjaciółka z dzieciństwa.
    Ma 12-stoletniego synka i długo starała się o drugie dziecko.
    Wiedziała, że my staraliśmy się o pierwsze. Nawet była raz u mojego lekarza.
    Potem ucichła.
    Od jej mamy się dowiedziałam, że postanowili, że koniec walki i "więcej dzieci mieć nie będzie".
    Wiedziała, że urodziło się nam drugie.
    Napisała przedwczoraj. Że może warto się kiedyś spotkać.
    Odpisałam, że jasne. Krótko napisałam, że o walka o drugie dziecko była jeszcze trudniejsza.
    Chociaż nie pytała.
    Jakoś czułam, że muszę.
    Na razie nie odpisała.
    Sama nie wiem, jak się zachować.
    Ale chyba - jak piszesz - szczerość jest najlepsza.

    czekam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. .. ciekawa jestem, czy odpisze.
      Niesamowite jak niepłodność potrafi namieszać w międzyludzkich relacjach..

      Usuń
  9. Hej, My cały czas walczymy - jesteśmy na etapie czekania na rozpoczęcie procedury (skończyły się środki na ten rok :() Kiedy 2 lata temu zaczynały się nasze starania, w najbliższej rodzinie nie było małych dzieci - od tamtego czasu pojawiła się czwórka!!! Każda wiadomość o kolejnej ciąży to był cios. Czułam zadrość, złość i bezsilność. Dodatkowo wszyscy wokół epatowali tą radością i nie mam pretensji, bo my nikomu nie mówiliśmy o naszych problemach - wie tylko moja mamai od niej mój tata. Wiem, że nie powiem nikomu, jestem bardzo skryta i nienawidzę litości (to moja wielka wada, bo może mylę współczucie z litością?) Powiem Wam, że uodorniłam się na to wszystko i gdy spotykamy się wszyscy razem bawię się z dziećmi, ale tylko ja wiem ile mnie to kosztuje... Niepłodność nauczyła mnie przede wszyskim pokory, której nie miałam wcześniej za grosz, wypowiadałam swoje sądy na prawo i lewo - bardzo się tego wstydzę!!! Ale nawet wcześniej, jak nie wiedziałam że ten problem mnie dotknie podskórnie czułam że nie wolno pytać bezdzietnych par o palny rodzicielskie, bo nie wiadomo jaką kto nosi historię... Reaguję alergicznie jak sama słysze takie pytania czy żarty, ale uśmiecham się tylko i mówię, że wszystko w swoim czasie.
    p.s. Niepłodnośc nauczyła mnie też cierpliwości, tego czekania z miesiąca na miesiąc - wyczekiwania dni płodnych, nadziei i doszukiwania się symptomów a potem rozpaczy i żałoby - doskonale wiecie o czym mówię. A propos Kożuchowskiej - pamiętam był początek 2013, ja zaczynałam się wtedy delikatnie niepokoić, ale jeszcze nie za bardzo. Przeczytałam jakiś głupi horoskop na interii i małą "informację", że wróżka przepowiedziala Kożuchowskiej, że zostanie mamą w 2014 roku!!! Pamiętam co sobie wtedy pomyślałam - ja bym nie mogła tyle czekać i na pewno nie będę tyle czekać, to niemożliwe... i co kolejna lekcja pokory :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, każda z nas chyba myślała kiedyś, że "Boże, co za nieszczęście, ale mnie to nie dotyczy".
      I każda się nauczyła dużo podobnych rzeczy..
      Cierpliwości, pokory, zrozumienia dla nieprzewidywalnego biegu zdarzeń.
      Ja co sylwestra, powtarzałam sobie: w przyszłym roku będę w ciaży. I tak w koło.
      Dopiero w zeszłym roku okazało się to prawdą.

      Trzymam kciuki, żebyście jak najszybciej rozpoczęli procedurę i żeby był happy end.
      Buźka.

      Usuń
  10. Chyba nikt nie jest w stanie zrozumieć kobiety borykającą się z niepłodnością, niż kobieta z tą samą dolegliwością. Dużo też zależy od naszych bliskich... Nie ukrywam, że był czas (kiedy już nie miałam żadnej nadziei), że każda ciąża w najbliższej rodzinie była dla mnie trudna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dokładnie. Tylko niepłodny niepłodnego ogarnie.
      A odczucia w przeżywaniu ciąż innych to nasz wspólny mianownik.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  11. Natrafiłam na tego bloga przypadkiem (sama nie wiem jak, myślę że była w tym ręka Boża). Czytam i czytam i z każdym postem robi mi się lżej na sercu. A ten konkretny był mi chyba dzisiaj najbardziej potrzebny. Dziękuję za ten post i wszystkie komentarze. Powodują, że poczucie bycia samej jak palec w tym wszystkim gdzieś się ulatnia. Do tej pory często "biczowałam" się za takie emocje i reakcje. Jaka to ULGA wiedzieć, że nie jestem jakimś porąbanym, społecznym wyrzutkiem:)

    OdpowiedzUsuń