czwartek, 31 grudnia 2015

Żegnaj 2015. Będę tęsknić.



Ostatnie godziny 2015' spędzam z rozrzewnieniem i nostalgią.
To był wspaniały rok. Chyba zaryzykuję stwierdzenie, że najlepszy w moim życiu.
Na pewno najbardziej obfity w kaskadę pozytywnych, ciepłych uczuć.
Mam wrażenie, że w tym samym czasie zgubiłam i odnalazłam siebie.
Dziecko i odcięcie od pracy i wszystkiego, co się z nią wiąże, pozwoliło wypłynąć na wierzch wszystkim moim najlepszym cechom.
Wyciszyłam się, przestałam miotać i walczyć.

Tulę do serca wspomnienia ostatnich tygodni ciąży - trudnych, ale jakże tęsknię.
Tulę wspomnienie koszmarnego strachu przed porodem, przeciągającego się oczekiwania na poród.
Tulę wspomnienie tego szczęśliwego piątku trzynastego, tegoż marca cudownego, kiedy oboje zobaczyliśmy i przytuliliśmy to ciepłe, małe, cudowne ciałko.
Tulę wspomnienie pierwszego kontaktu skóra do skóry i słodko-owocowo-pudrowego zapachu Jej główki tuż po pojawieniu się na świecie.
Tulę wspomnienie pierwszego karmienia i tej dumy, że jest! mogę nakarmić sama własne dziecko.
Tulę pierwsze uśmiechy.
Tulę te wszystkie cudowne chwile, kiedy kurczowo przyciskając Ją do siebie, wdychając mocno Jej zapach odkryłam prawdziwą definicję słowa "miłość".
Tulę te wszystkie chwile, kiedy budzę się nad ranem i widzę nas wszystkich śpiących w jednym łóżku: Ją, wtuloną w plecy chrapiącego ojca i mnie, wymiętą i niewyspaną, gdzieś na brzegu łóżka, w nogach ciepłe, rozlazłe koty.

Mogłabym tak tulić jeszcze długo.
Z żalem żegnam ten rok. Rok, w którym przyszła na świat nasza Córka. Że mija. Że to się "ne vrati".
Ten rok, który Ona będzie setki tysięcy razy wypisywać na druczkach do urzędów, banków. Który za niecałe 18 lat zamieszka na Jej dowodzie osobistym.

Żegnaj 2015.
Tulę Cię bardzo, bardzo mocno. I dziękuję.
I z nadzieją witam 2016.

Życzę Wam wszystkim spełnienia marzeń.
I znalezienia u siebie, tam w środeczku, takiego generatorka szczęścia, którego sami sobie będziecie napędzać. Nie inni. Nie kasa. Wy sami.

Tulę Was wszystkich!


piątek, 11 grudnia 2015

Wstrzymanie refundacji in vitro

Autor: (genialny) Andrzej Rysuje Milewski, źródło: http://www.andrzejrysuje.pl/koniec-in-vitro/

No dobszzzz... czas to wreszcie powiedzieć.
Ukisiłam sobie tego posta kiiilka ładnych dni, czas wreszcie chlapnąć.
Nie do końca kulturalnie będzie, ale chociaż rzeczowo.

Wstrzymali, to było wiadome, prawda?
Aż mi się wyć chce, kiedy pomyślę o tych wszystkich parach, których pozbawili szansy, radości, doznań macierzyństwa. Którzy nigdy nie zasmakują tego szczęścia, które ja codziennie kurczowo ściskam w ramionach, od marca.
Może będę suką, I don't care, ale życzę tym, którzy tą decyzję przeforsowali, żeby posmakowali niepłodności i wtedy pogadamy.
Wtedy to będą, jak ten ksiądz czy biskup, zwał jak zwał, co pisał do dyrektora jednej z klinik, żeby siostrzenicę wpisali na listę refundacyjną IVF.
Bo pierdolić, excuse my french, o czymś, o czym się nie ma pojęcia, to sobie każdy może. Do czasu.
Karma is a bitch.

OK, wdech, wydech.
Nie wchodzę w polemikę, czy in vitro jest dobre czy złe.
Moralne czy nie.
Jak wiemy i jak wyczytać można na łamach mojego bloga, jest to spór nierozstrzygalny.
Prawda ma wiele oblicz.
Zostawmy to.

Dla mnie jednak, decyzja o wstrzymaniu refundacji nie jest decyzją, że tak to nazwę, finansowo-logiczną a ideologiczną.
Argumenty ZA wstrzymaniem finansowania trzęsą mną w posadach i przyprawiają o istny wkurw. Bo są bzdurne.
Czas się z nimi rozprawić.

#1 In vitro to nie metoda leczenia niepłodności
choćby się zesrali ze świętego oburzenia, to jest metoda leczenia niepłodności i koniec.
Tak orzekło WHO i nie ma z tym co dyskutować.
Mogą sobie mieć inną opinię, ale fakty są i będą.
Niepłodność z definicji to stan, w którym zachodzi niemożność zajścia w ciążę. In vitro ten stan zmienia a przynajmniej daje dużą szansę.
Żeby zobrazować: insulina też cukrzycy nie leczy jako takiej, ale nikt jakoś specjalnie nie dyskutuje z zasadnością jej użycia.

IVF nie leczy natomiast PRZYCZYN niepłodności, żeby było jasne.
Tzn. zdarza się, że czasami leczy, bo się okazuje, że po IVF para normalnie zachodzi w ciążę, ale to jest, nazwijmy to, skutek uboczny.

Mam nieodparte wrażenie, że całe to zamieszanie z nomenklaturą, czy IVF jest metodą leczenia czy nie, jest spowodowane obawami, że niepłodni, zamiast szukać przyczyn, od razu lecą po "dziecko z taśmy". O to cały ten ambaras. Zamiast "się leczyć" to bezczelnie idą od razu "leczyć się in vitro".
Otóż nie, moi drodzy. Znam mnóstwo par korzystających z IVF i każda z tych par przeszła dramatyczny proces diagnozowania, poszukiwania przyczyn, leczenia i mniejszych lub większych jazd psychicznych i moralnych. Dla każdej z nich IVF było i jest ostatnią deską ratunku.
I tu przechodzimy do punktu drugiego...

#2 Naprotechnologia jest lepsza
i jest alternatywą dla in vitro.
Prawdziwą, moralną metodą leczenia.

Hell yeah, buuulllshiiit.
Naprotechnologia z encyklopedycznej definicji:

Naprotechnologia (NaProTechnologia) − metoda, mająca monitorować i utrzymywać zdrowie układu rozrodczego kobiet, stworzona przez Thomasa W. Hilgersa w 1991 roku[1]. Oparta jest głównie na naturalnych sposobach planowania rodziny, które są dopuszczane m.in. przez Kościół katolicki[2]. Metoda stawia nacisk na naukę umiejętności rozpoznawania własnej płodności przez małżonków starających się o potomstwo[3]. Jest adresowana do pacjentów, których niepłodność jest uleczalna i daje się korygować medycznie, czyli do ok. 40% niepłodnych par[4] (nie będą to więc kobiety z niewydolnością jajników, niedrożnością jajowodów czy mężczyźni[5]).

Na miły Bóg, czy ktoś nadal chce mi powiedzieć, że miałam iść do naprotechnologa zamiast na in vitro?
Kiedy mój Mąż miał fatalne wyniki nasienia, nie dość że mało sprawnych, bo 4 mln zamiast min 15 mln, to dodatkowo 10% wiązania z kwasem hialuronowym zamiast min. 80% (co jest konieczne do połączenia się komórki jajowej z plemnikiem)?
Zanim rozpoczęliśmy in vitro stoczyliśmy dość dramatyczną (i bardzo kosztowną) walkę z diagnozami, poszukiwaniem przyczyn, leczeniem, dietami i... modlitwami. Wyczerpaliśmy pakiet.
Dobrnęliśmy do momentu, w którym nasze życie kręciło się jedynie wokół płodności i prokreacji. Bo taka jest ludzka natura.

Podsumowując, naprotechnologia to nic innego, jak diagnozowanie, poszukiwanie przyczyn niepłodności i próby jej wyeliminowania. Robią to wszystkie kliniki in vitro i nie trzeba do tego zmawiać Koronki Do Miłosierdzia Bożego (choć osobiście nie mam nic przeciwko).
Być może napro jest bardziej skuteczna i cierpliwa w monitorowaniu cyklów kobiety - nie wiem.
W niektórych przypadkach jednak, tak jak naszym, naprotechnologia niewiele może zdziałać.

Więc argument, że naprotechnologia jest alternatywą dla in vitro jest błędny.

Tutaj przeczytałam trafne sformułowanie:
Niedopuszczalne jest promowanie NaProTechnologii kosztem deprecjonowania metod rozrodu wspomaganego. Niedopuszczalne jest przyzwolenie, aby nauka służyła ideologii. 

Btw. niesprawność prokreacyjna jest podstawą do uzyskania rozwodu kościelnego :)
Czyli - ślubujemy sobie na dobre i na złe, z tym, że jeśli nie możesz dać mi dziecka, to narka? :)
Czyli wychodzi na to, że lepiej zostawić człowieka i iść się bzyknąć po bożemu z kimś innym, niż stworzyć szczęśliwą rodzinę z dzieckiem z in vitro :)
Eh, taka mała dygresja. 

#3 Brakuje pieniędzy na leczenie "prawdziwych" chorób
Nie wątpię, ale szukajmy oszczędności mniejszym kosztem, nie deprecjonując niepłodności jako choroby.
Słychać głosy, że "z tym można żyć".
Jasne, że można.
Ale w takim razie odeślijmy z kwitkiem większość pryszczatych spod gabinetów dermatologicznych - od trądziku chyba jeszcze nikt nie umarł, prawda?
Endoprotezy? Po co to komu? Bez tego też można żyć.
Do lekarza z gorączką i przeziębieniem? Bez przesady, dasz sobie radę człowieku, z anginą czy grypą nawet.
Dentysta, plomba itd? Weź sobie rąbnij porządnie szczęką o ścianę, ząb wyleci i po sprawie. Są poważniejsze choroby, serio.
Moja teściowa pojechała sobie, tak jak kordon jej koleżanek, na 14 dni nad morze do sanatorium, refundowane z NFZu rzecz jasna. Kuźwa, słowo daję, bez tego sanatorium też by pożyła. I to wcale nie krócej.

Cierpienie na jakie narażeni są niepłodni jest realne i namacalne (wystarczy poczytać sobie kilka blogów, pogadać z ludźmi, otworzyć głowę). Poszukajmy więc może oszczędności rozsądniej. JESTEM PEWNA, że można to zrobić.

Btw. na 500 zł na każde dziecko nas stać?
To może po prostu jak kogoś nie stać na dziecko, to niech go nie płodzi?
Co to za sprawiedliwość?
Jesteś płodny - zajebiście, masz tu 500 zł.
Akurat pan Zdzisiu wziął od tyłu, po pijaku, na stole panią Jolę, wybiwszy jej przy tym ostatnią czwórkę. Pani Jola zaciążyła no a czy pan Zdzisiu wyda to na wódeczkę czy na dziecko, to whatever.
Natomiast jeśli jesteś niepłodny - well, deal with it. Taki los. Radź se sam. Shit happends.


#4 Adoptuj sobie
to jest argument świadczący o ignorancji, braku taktu, empatii i zrozumienia.
I uważania na biologii, jak mówili o instynktach homo sapiens, o przekazywaniu genów itd.
I, uważam, że to dopiero jest właśnie traktowanie dzieci przedmiotowo. Dzieci to nie jest łatka, to nie jest "zastępstwo" za coś.
Adoptować powinno się z chęci a nie jako zamiennik.
No nie wiem, tu może by się wypowiedziały wspaniałe mamy adopcyjne, które znam. Na kursach przygotowawczych może coś o tym mówią.
(btw. nie uważam adopcji za coś gorszego - Boże broń.
Ale nie można jej używać w takim kontekście!).

Anyway, taki jesteś mądry filantrop, to zrezygnuj z posiadania biologicznych dzieci i sam adoptuj.
Co z tego, że jesteś płodny, że możesz.
Dlaczego mam płacić za Twoje prowadzenie ciąży, poród na NFZ i za edukację potem, skoro domy dziecka są pełne sierotek (tych z uregulowaną sytuacją prawną to aż tak wiele chyba znowu nie ma, skoro dziewczyny czekają całymi miesiącami i latami).
Dalsze tłumaczenia uważam, za zbędne.
Jak nie rozumiesz, to weź, usiądź i pomyśl.
Kapujesz?
Nie?
To usiądź i myśl do skutku.
Jestem przekonana, że w końcu Ci się uda.

#5 Ostatecznie nie wszyscy muszą mieć dzieci. Get use to it!
Natura jest mądrzejsza.
Aha, no to tych chorych na raka też nie leczmy, bo widocznie natura i Bozia tak chcieli.
Fakty są takie, że niepłodność to choroba zataczająca coraz większe kręgi a nie jakieś tam nieszczęścia jednostek. WHO regularnie obniża normy męskiego nasienia, dostosowując je do realiów. Między rokiem 1980 a 2010 zrobili to aż 4 razy (oczywiście czynnik męski to jedna z wielu możliwych przyczyn niepłodności). Pobawię się we wróżkę i obstawię, że kiedyś, może już całkiem niedługo, naturalne poczęcie będzie dane nielicznym.
Łatwo mielić jęzorem, ale nie spotkałam jeszcze nikogo niepłodnego, kto rzucił by stwierdzeniem "no okej, no nie mogę, ale nie wszyscy muszą, luzik arbuzik".
Tu odwołam się jeszcze raz do naszych pierwotnych instynktów ludzkich - przekazania genów.
Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, bo jak wiemy, wielu adoptuje i chwała im za to.
Ale, do cholery, trochę empatii.

***


Niech więc, miłościwie nam panujący, nie mydlą nam oczu jakąś pokrętną logiką- to raz.
Dwa, niech nie używają bzdurnych i nie merytorycznych argumentów w debacie publicznej (jak te o "metodzie leczenia" czy naprotechnologii jako alternatywie),  bo społeczeństwo, jak młode foki, łyka to wszystko, bierze za pewnik i potem rozsiewa dalej.
I zionie hejtem w efekcie.

Aha, za swoje in vitro zapłaciłam sama.
Z własnej kieszeni.
I za wszystkie badania, diagnozowanie (czyli naprotechnologię de facto) i całą wcześniejszą walkę (którą można nazwać naprotechnologią) - również.
I kosztowało mnie to zdrowo ponad 20 koła.
Pozdrawiam.




                                 
Autor: (genialny) Andrzej Rysuje Milewski, źródło: http://www.andrzejrysuje.pl


poniedziałek, 7 grudnia 2015

Jestem mamą i... co dalej?



Przez ostatnie lata intensywnie pracowałam zawodowo, ale byłam przy tym na maksa sfocusowana na ciąży. Planowałam ją i planowałam. Ciągle powtarzałam, że mam plan na ciążę a co będzie dalej to nie mam pojęcia. Bałam się przyszłości po ciąży - od dnia porodu włącznie.
Pojawiło się Dziecko - zadziałał ten osławiony instynkt i wiedziałam, co mam robić.
Zatopiłam się w macierzyństwie, zanurzyłam po uszy, z błogością oddałam i popłynęłam z prądem.

I pogubiłam się w tym wszystkim.
Z dnia na dzień, kiedy to we wczesnej ciąży trafiłam do szpitala, moje życie wywróciło się do góry nogami. Krwawy ślad, jedno szybkie cięcie i moje dotychczasowe życie się zmieniło na amen. Ja je zmieniłam. Bo chciałam. Bo musiałam.

W marcu kończy się mój macierzyński.
Jeśli chodzi o finanse potrzebne na życie na w miarę nie zmienionym poziomie to nie ma musu jeśli chodzi o powrót do pracy. Ale żeby odkładać na dom - mus jest.

Abstrahując od finansów, próbuję sama siebie zdiagnozować i wybadać, czego właściwie chcę.
Chcę wracać do pracy czy nie jestem jeszcze na to gotowa?

Co zrobię z dzieckiem?
Nie mamy żadnej pomocy. Żadna z babć nie jest na miejscu.
W rachubę wchodzą wyłącznie opiekunka albo żłobek.
Ona jest taka malutka. Myśl o tym, że miała bym ją zostawić na kilka godzin doprowadza mnie do istnego szału. Choć mniejszego, niż chociażby 2 miesiące temu...

Co miała bym robić?
I gdzie?
Od niemal początku ciąży nie pracowałam wcale. Zero.
Stanowisko, które obejmowałam w momencie odejścia na zwolnienie, już nie istnieje.
Zaproponowano mi inne, w ograniczonym wymiarze godzin - do mojej decyzji kiedy bym chciała wrócić i na jaki wymiar godzin, plus osoba pode mną, do pomocy. Brzmi super.
Ale minus tego rozwiązania jest taki, że działała bym w ramach zespołu dziewczyny, której nie znoszę, z którą zawszę po trochu rywalizowałam, która pomiata ludźmi i jest partnerką wice-szefa.
Podczas mojej nieobecności ona została szefową całego działu więc i ja musiała bym działać "pod" nią.
A na to się nie zgodzę, bo nikomu to na zdrowie nie wyjdzie.
Czyli musiała bym szukać nowej pracy, i już samo myślenie o tym wprowadza u mnie stresik.

Czasami gdzieś tam między wierszami pojawia się temat drugiego dziecka.
Nie chcę w to "iść" z kilku powodów.
Nie chcę, żeby dziecko było łatką, to raz (choć nie jest to jedyna motywacja).
Dwa - nie odzyskam przez to zgubionej tożsamości, tylko odwlekę moment powrotu do rzeczywistości i odnalezienia siebie.

Gdzieś w tym wszystkim pałęta się małżon, który w oczywisty sposób tego nie wypowie, ale chciały mnie widzieć znowu aktywną zawodowo, zajmującą się czymś więcej niż domem i dzieckiem.
Abstrahując od miesięcznych wpływów na konto.

I tak, utknęłam w tym swoim macierzyństwie.
Nie mam pomysłu, planu, odwagi jak by tu zmodernizować swoje życie.
Bo trzeba je jakoś na nowo ułożyć. Macierzyński dla mnie osobiście jest super, ale to nie jest stan, który może trwać wiecznie.
A ja jak nie mam planu, to jest niedobrze.
Boje się.

A Wy, mamy - jak ułożyłyście swoją codzienność po zakończeniu macierzyńskiego?
Wróciłyście do pracy?
Zostałyście z dziećmi?
Jak Wam z tymi decyzjami?

wtorek, 24 listopada 2015

Boom!



Tak się szczęśliwie złożyło, że w ciągu ostatniego roku powiło dzieci kilka moich koleżanek, w tym dwie moje przyjaciółki.
I tak: Teo jest z listopada, Tymek ze stycznia, moja Melli z marca (wiadomooo :), Jasio z kwietnia, Pola z czerwca i Julek z lipca. Także mamy niezły harem.
Spotykamy się z dziewczynami i dzieciakami często-gęsto, plotkujemy a dzieci podejmują pierwsze próby wspólnych zabaw i interakcji. Nie wyobrażam sobie "macierzyńskiego" bez takiej grupy wsparcia.
Dzięki takiemu zrządzeniu zawsze mam z kim się spotkać, nie czuję się samotną planetą we wszechświecie, nie ma problemu z wychodzeniem z "niedzieciatymi". Wszystkie mamy podobne problemy, wątpliwości, zaliczamy podobne etapy rozwoju.

W tym gronie trzy wiedzą o moim in vitro a dwie nie.
Tak wyszło.
Nie ma drugiego dna. Po prostu.


Tego dnia spotkałyśmy się w trójkę, dwie pozostałe nie mogły dołączyć.
Dzieci fikały a my oddawałyśmy się ploteczkom.
Tryskałam energią, bo uwielbiam te nasze spotkania.

Mama A: Byliśmy z Teo na basenie. Strasznie mnie boli głowa... bo, no, oczekujemy :) Jestem w ciąży. Trzeci miesiąc ;)

My: O ja, jesteś w ciąży? Ale super!

Bardzo się ucieszyłam. Szczególnie, że ta koleżanka ma na koncie nieprzyjemną historię ze stratą ciąży, byłam wtedy wtajemniczona, także moje gratulacje były wyjątkowo szczere. 

Mama B: No dobra, skoro jesteśmy już w temacie, to ja też mam coś do powiedzenia... ja też jestem w ciąży! Bardzo wczesna, zobaczymy, jak to będzie.

My: Ooooo, nooo nieee, ale seriooooo? Super! Gratulacje!

Tu już zrobiło mi się dziwnie. Dwie ciąże w tym naszym wąskim gronie, wyskakujące spod dywanu na pełnym synchronie. Spooroo..

I gadamy. O drugiej ciąży, o tym jak to będzie, o podnoszeniu pierwszych dzieci będąc w ciąży z drugim, o lekarzach prowadzących, o porodach i nagle.... bum!

Mama A, do mnie: Ej, a Wy przecież możecie normalnie, no nie? Często się zdarza, że po in vitro normalnie się w ciąże zachodzi, także wiesz!

zapadła konsternacja
cisza
cegła w powietrzu

Ja, z wymuszonym uśmiechem: Em, dzięęęęki! Dziewczyny nie wiedziały, no, ale już wiedząąą! :)

Mama A: O Jezus, Pink, przepraszam... o matko.. przepraszam..

Ja (zmieszana): Nie no, luz... Jakoś nie było okazji..
No właśnie, dziewczyny, bo Mesia jest z in vitro..także, ten. Jakoś nie było okazji. 

Wierzcie lub nie, ale ja rzadko bywam zmieszana. 

Mama B i C: Ej, spoko przecież, normalne. Jedni tacy znajomi też... (i tak dalej i tak dalej).

Czułam jak cała moja energia i animusz tego dnia opuszczają moje ciało, i - trzymając się za rączki- znikają za rogiem.
Czułam, że trzęsę się w środku, że robię się czerwona a następnie blada.
Posiedziałam jeszcze chwilę, udając, że to wszystko nie zrobiło na mnie wrażenia, czując palące spojrzenia - to na mnie, to na Mesi.
Po czym wsiadłam do samochodu i uroniłam łzę na pierwszych światłach.

Dwie ciąże wyskakujące spod dywanu plus nieoczekiwany coming-out zbiły mnie z tropu i uderzyły w nieodpowiednie struny.
Dlatego właśnie niepłodność jest chorobą.

Zastanawiam się, czy przed kolejnym transferem będę musiała odstawić Mel od piersi?
Przez leki?

środa, 11 listopada 2015

Blaski i cienie rozszerzania diety metodą BLW

Źródło: fotolia.com / Autor: Paul Hakimata

Mało mnie tu ostatnio, bo, pardon - sprzątam!
Marchewkę z podłogi, jajko z fotelika do karmienia, krupnik ze swoich spodni, brokuła wydłubuje spod fałdek pod szyją, kawałki dyni wyjmuję z nosa. 

Rozszerzanie diety rozpoczęliśmy z momentem wybicia 6ciu miesięcy- czyli po "Bożemu", jak przykazuje WHO dzieciakom wyłącznie piersiowym.
W ruch poszły gotowane (głównie na parze) marchew, brokuły, ziemniak, dobre gatunkowo mięsko and still counting.
Byłam w szoku, jak to możliwe, że tak mały bąk potrafi tak pięknie trafiać do buzi i memłać te kawałeczki swoimi łysymi dziąsłami.

Gdyby ktoś był niewtajemniczony: metoda BLW (Baby Lead Weaning = Bobas Lubi Wybór) zakłada, że dziecko od samego początku dostaje do wyboru kilka pokarmów stałych, w formie nie zmiksowanej i samo obsługuje się rękami. Dziecko samo decyduje czy i ile zje. I do tego je to samo, co rodzice (z tym, że rodzice jedzą zdrowo), posiłki są wspólne, w miarę możliwości. Tak w telegraficznym skrócie.

Poszłam tą drogą, choć nie uważam jej za jedyną słuszną.
Osobiście byłam ogromnym niejadkiem, cierpiałam na dziecięce zaburzenia odżywiania, więc jakoś intuicja mi podpowiedziała, żeby dać dziecku fun z jedzenia.
Jest to o tyle trudne, bo dziecię moje jest chuderlawe - w piątek kończy 8 mcy i waży 7100 kg (10ty centyl książeczkowy). Przy tym jest dziewczyna długa - 50-75 centyl, więc wizualnie smukła jest jak Naomi Campbel :) Z tym, że umówmy się - nie tego babcie i ciotki oczekują od kilkumiesięcznego niemowlaka :)

Jedzenie idzie nam fajnie - Młoda wybiera sobie, co tam chce (w różne dni są rzeczywiście odmienne produkty). Pije z kubeczka, z moją pomocą oczywiście, z wielkim zapałem - i wodę i zupy.
Raz zjada więcej, raz mniej. Za każdym razem jest ogromny bajzel i cyrk na kółkach.
To, że trafia do buzi, nie oznacza, że tony jedzenia nie lądują na podłodze, za kołnierzem, na ścianie, na foteliku...

Są takie dni, że mam wrażenie, że nic innego nie robię, tylko sprzątam.
Ratuje się, jak mogę: rozkładam folię malarską pod fotelikiem, dziecko rozbrajam z ubranek do niezbędnego minimum. Niemniej jednak zawsze są straty w meblach, podłogach i ludziach.

Zaczęliśmy od pojedynczych produktów, takich jak marchew, brokuł, ziemniak.
Teraz lecimy po całości i Młoda je niemal wszystko.
Hitem jest awokado (potrafi zjeść całe na jedno posiedzenie), biała pietruszka, seler, brokuł, krupnik i... chleb.
Młoda ma bardzo dziwne upodobania: jadła z wielkim zapałem kurczaka curry z mlekiem kokosowym, trawą cytrynową, chilli i innymi dobrociami, wprost z mojego talerza.
Wczoraj: zjadła co najmniej 10 łyżeczek zsiadłego mleka.
Mam plan serwować jej curry z kurczakiem i mlekiem kokosowym częściej - bo skoro Jej wchodzi, to nie widzę przeciwwskazań :) Muszę tylko albo sama zrobić mleko kokosowe, albo znaleźć dobrej jakości, bo większość tych dostępnych na ryku zawiera sporo syfu: konserwanty, E i inne cuda.

Trochę zmęczona wiecznym bajzlem próbuję Jej serwować niektóre produkty łyżeczką - takie jak przetarte owoce (np. morela z Hippa) albo kaszki (jaglana), ale strasznie Ją wkurza, że coś jej wpycham. Niestety, żeby coś zjadła muszę Ją zabawiać - czyli niezbyt edukacyjnie - a bajzel i tak jest ogromny.

Zjada sporo stałych pokarmów - nie jestem w stanie tego zmierzyć, ale sporo (czasem strach otworzyć pieluchę). Oznacza to, że je coraz mniej piersi, co mnie niepokoi, bo mleko jest najlepszym tucznikiem i podstawą diety, rzecz jasna. Oczywiście, staram się dawać Jej pierś przed posiłkiem, ale przy karmieniu "na żądanie", kiedy dzień mija w stanie permanentnego dziubania "po trochu", ciężko jest trafić. Czasami przed posiłkiem Ona po prostu nie chce mleka i koniec.
Staram się Jej ufać i podążać za Nią. BLW zakłada, że dziecko wie, co robi- choć czasem trudno w to wierzyć.

Tutaj na arenę wkracza całe starsze pokolenie, które na wieść o "dziwacznym" sposobie karmienia wpadło w istny popłoch - znowu coś wymyśliła ta dziwna, przemądrzała matka.
Nie dość, że biedne dziecko jest głodzone "na piersi", to jeszcze w dodatku z "porządnego" jedzenia też nic nie zje, bo przecież, Bożesz Ty mój, nie podniesie przecież. A jak podniesie, to nie trafi do buzi. A jak trafi, to przecież zębów nie ma. A jak będą - to się przecież zadławi. Et cetera, et cetera, et cetera.
Staram się nie wkurwiać, ale słabo mi to wychodzi.

Dławienie- odpukać, brak!
Niesamowite, jak Ona uczy się radzić sobie z jedzeniem, z połykaniem, z rozdrabnianiem.
Czasami zakaszle trochę i po sprawie.
Większe kawałki wypluwa.
Czasem wodą zapije (uwielbia!) i spokój.
Mam nadzieję, że tak już zostanie.

Mamy sporo frajdy z takiego sposobu jedzenia.
Dla Niej to niesamowita przygoda - siedzi cała wymazana, ryż we włosach, dynia w nosie - ale za to jaka szczęśliwa!
A Ja? Cieszę się, że mogę towarzyszyć Jej w tej niesamowitej, kulinarnej przygodzie. I sama zaczęłam zdrowiej nas karmić, bo nigdy nie wiadomo, kiedy Melka zechce sięgnąć do mojego talerza.

A teraz żegnam, pędzę wyczyścić krzesełko do karmienia, zanim banan zaschnie na dobre.


#BEFORE...





#AFTER ;)
(tu to i tak jeszcze lajt..wyobraźcie sobie, jak wygląda dziecko... :)






niedziela, 18 października 2015

Kryzysy Matki Polki



Kryzys podobno jest integralną częścią życia młodej mamy, postanowiłam się przyjrzeć, jak też u mnie na stanie z tymi kryzysami.
No więc sprawy mają się jak następuje.

#Kryzys: opcja standard
Póki co, nie dopadł mnie chyba taki standardowy kryzys"młodej mamy" pt: jestem zmęczona, ograniczono mi wolność.
Spodziewałam się go, ale póki co - ani widu, ani słychu.

A mógłby mnie dopaść, jak słowo daję, mógłby.
Czytam na zaprzyjaźnionych blogach młodych mam, jak wychodzą, robią coś poza dzieckiem, pracują trochę lub trochę więcej, jakoś tam się realizują - bo mają z kim zostawić dziecko.
Ja nie mam.
Ani zapasowej "opiekunki" (w postaci chociażby babci) ani możliwości, bo Mesia nie chce pić z butelki. Mało tego - w związku z tym, że Małżon pracuje w tym roku nieprzeciętnie dużo, jestem córki niemalże jedyną opiekunką. Obecnie zaskutkowało to mega przyzwyczajeniem i jakimś kwiczącym lękiem separacyjnym: mama musi być blisko, co najmniej w zasięgu wzroku a najlepiej w odległości maks 1 metr. Powiem szczerze, że nawet gdybym ją podczas dnia zostawiła z Małżem na te, powiedzmy, 2 godziny między karmieniami, to nie wiem jak by to znieśli.
Jasne, że to nie jest dobre ani zdrowe, ale cóż począć, kiedy innego wyboru nie ma.
Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Pocieszające jest to, że niedawno teściowa zabrała Młodą na jakieś 2h na spacer i dały radę super, także nie jestem taka absolutnie niezastąpiona na krótką metę.

Oczywiście, zdarzały się takie nerwowe dni, kiedy miałam ochotę wystawić marudzącą Meśkę gdzieś na balkon a sama zwiać, gdzie raki zimują. Jasne.
Ale generalnie, póki co, nie dopadł mnie ten taki popularny kryzys pt. jestem zmęczona, nie mam życia, oddajcie mi je.

Życie jako takie mam, nawet i towarzyskie - ale to wszystko "baby attached".
Wszędzie z Nią.

Wyjątkami są takie wieczory jak wczoraj, kiedy po uspaniu dziecka wypindrowana udałam się do znajomych na małą imprezkę. Udało się pobrykać do 21:00 do 24 z hakiem, co uważam za wyczyn i jestem usatysfakcjonowana.

Wiecie za czym tęsknię najbardziej?
Za alkoholem i perfumami :)
Obu lubiłam czasem nadużyć.

Anyway, pardon, ale póki co jakiś wielki kryzys w opcji "standard" albo przeszedł bokiem, albo się czai, żeby wyskoczyć z szafy w odpowiednim momencie.

Niemniej jednak pojawiło się kilka innych tworów kryzysowych, które mnie dopadły:

#Kryzys tożsamości
w opcji medium -> hard

Tak, tu jest zdecydowanie najgorzej.
Żeby się nie rozwlekać:
przed ciążą prowadziłam bardzo intensywne wielkomiejskie życie zawodowo-towarzyskie.
Bardzo.
Dom był dla mnie raczej noclegownią i miejscem na dospanie po pracy lub wyleczeniem kaca (oczywiście lekko koloryzując, żeby nie było..) a dywizą gospodyni: clean house is a sign of wasted life. Żarcie do domu docierało najczęściej w ciepłych pudełkach.

Ktoś to wszystko przeciął wielkim sekatorem w momencie, kiedy w kibelku w pracy zaskoczyło mnie czerwone kapanie. W tamtym momencie, w jednej sekundzie, wszystko to się skończyło i moje życie podryfowało fjuuuuuuuuuuuuuuu: 180 stopni.

Aktualnie jestem TYPOWĄ matką polką.
W domu z doczepionym do cycka dzieckiem, wszędzie z dzieckiem, ZERO pracy, codziennie ciepłe posiłki, pranko, jako-tako sprzątanko i różowe klapki domowe, bo takie najwygodniejsze.
Wygodne trampki zastąpiły bardziej wyrafinowany obuw.
Ulubionym tematem stały się sprawy odpieluszkowo - dzieciowe i najlepsze porady laktacyjne u cioci PinkThink.

Mało tego - nie jest mi z tym źle.
Jest fajnie. Potrzebowałam tego.
Ale do końca mojego macierzyńskiego zostało jakieś 5 miesięcy, małż coś tam pobrzdąkuje o naszym domowym budżecie a ja zaczynam panikować, bo zupełnie nie wiem, jak mam teraz ułożyć swoje życie.
Nie mam ochoty na powrót do pracy a myśl o tym, że miałabym zostawić z kimkolwiek moje dziecko przyprawia mnie o istny atak paniki.
Dodatkowo, na pełny wymiar i tryb pracy nie wrócę, bo to oznaczało by nieobecność w godzinach średnio 8:30 - 18:00 czyli równie dobrze mogę oddać dziecko do sierocińca.
A że moje stanowisko nie bardzo będzie dało się realizować w innym zakresie, trzeba będzie wymyślić coś innego.

Anyway, już zaczynam kombinować, żeby w marcu do pracy jeszcze nie wracać.
Nie mam ochoty. Ona jest za mała.
Nie chcę Jej odstawiać od piersi.

Tak czy inaczej - obecnie jestem szczęśliwa, ale pogubiona.
Nie wiem już, kim jestem.
Nie wiem, co dalej.
Trochę się boję.


#Kryzys laktacyjny
zaliczyłam dwa.
Jeden podczas pobytu z Melą w szpitalu, jak miała 11 tygodni - definitywnie potrzebowała więcej mleka, niż produkowałam. Był stres, pot i łzy.
Ale wygrałyśmy.
(bo po prostu miałam wiedzę - wiedziałam, co robić. Bez tego były byśmy stracone.)

Drugi, we wrześniu, po powrocie z wakacji, kiedy to postanowiłam pójść do doradczyni laktacyjnej, w sumie bez większego powodu. Nasłuchałam się, że dziecko ma za małe przyrosty, że mam podawać kleik, odciągać, cudować a tak w ogóle pójść do psychologa z Nią, bo nadpobudliwa jakaś, i do logopedy, bo ta buzia otwarta... i tak dalej.
Po wyjściu z gabinetu rozpłakałam się.
Stres i cuda-wianki w mojej głowie wywołały nam kolejny, nerwowy kryzys laktacyjny.
Minął po ok. tygodniu, kiedy odzyskałam balans.


#Kryzys poporodowy
czyli tzw. labor-blues
wiadomo jaki. Wałkowałam tu.
Nadal daje o sobie znać.


#Kryzys małżeński
opcja light.
Wiele o nim słyszałam przed porodem i spodziewałam się jakiejś małżeńskiej masakry.
Takowa nie nadeszła póki co i nawet kilkakrotnie pochwaliłam Małża tutaj na blogu, jak fajnie radzi sobie z Młodą. Na początku.
Nie oznacza to jednak, że po naszym domu pomyka tęcza. Oj nie.
Nie jest źle, ale musimy się jakoś odnaleźć w nowej rzeczywistości (tzn. ta rzeczywistość ma już 7 miesięcy...).
Najgorzej było podczas 3 tygodniowego urlopu, kiedy On nie miał już alibi, że przecież ma pracę więc to ja muszę zająć się dzieckiem. Wychodził wieczorami na piwo z kolegą i wracał o 3-4 - i okej - ale ten kolega wstawał o 7 rano, żeby zająć się swoją marudzącą córeczką, żeby jego partnerka mogła się wyspać. A ja, zostawiwszy Małżowi marudzącą Meśkę, bo chciałam zrobić wszystkim śniadanie, słyszałam zaspany, sfochowany tekst spod kołdry: "możesz ją zabrać? chciałem się wyspać." Wtedy rozstąpywało się niebo i trafiał mnie szlag jasny i świetlisty.
Tenże sam kolega szedł skacowany na plażę specjalnie tylko po to jeno, aby swoim dziewczynom zanieść rzeczy, rozłożyć parawan, robić namiocik, zrobić grajdołek - po czym z powrotem wracał spać.
Ja natomiast z dzieckiem na ręku robiłam śniadanie, z dzieckiem w bujaczku postawionym przed kabiną prysznicową ogarniałam siebie a potem zapierniczałam na plażę z dzieckiem w chuście, namiotem na ramieniu, pchając przed sobą wózek pełen plażowych klamotów. Na plaży, rozkładając wszystkie sprzęty jedną ręką z niezbyt zadowolonym dzieckiem w drugiej, szczerze zazdrościłam koleżance.
Bo Małż przecież musi się wyspać.

Jest różnie między nami.
Najlepiej, kiedy ja nie mam żadnych oczekiwań - wtedy nie ma problemu.
Ogarniam wszystko sama - zakupy, z dzieckiem oczywiście, gotuję i sprzątam, również z dzieckiem.
Odpoczywam - kiedy już ogarnęłam dziecko.

Także odtrąbiam, że kryzys małżeński jakiś tam jest i liczę, że to się jakoś ułoży.
O tyle o ile, bo my zdecydowanie jesteśmy partnerami mocno ścierającymi się.
W tym punkcie pewnie mogła bym napisać o wiele więcej, ale nie napiszę.

***

I taka oto klasyfikacja kryzysowa.
A z powyższych najgorzej wypada kryzys tożsamości, który drąży mnie jak robak jabłko.
Ostro trzymam się jednak zasady:
jakoś to będzie!

niedziela, 11 października 2015

Luźne historie o niepłodności



Chapter #1


Jedni z moich najulubieńszych znajomych. Bliskich znajomych.
Filigranowa i Pan Zabawny.
Ona ciepła, mądra, niska i świetnie mi się z Nią rozmawia. Umie słuchać. Bardzo Ją lubię.
On - z kamienną twarzą, jak rzuci żartem to sikam ze śmiechu. Wszyscy sikają. Masowo.
Rok temu we wrześniu zaczęli się starać o dziecko, po jakimś czasie stało się jasne, że coś nie idzie.
Diagnoza - niedrożny jajowód, więc płodność co drugi cykl.
HSG, leczenie, zastrzyki na podkręcenie, monitoring cyklu.

Wczoraj, godzina 14:00
Jedziemy z małżem i Melą do Ikei.
Cisza.

Ja, z nienacka: Ciekawe, czy Filigranowej i Zabawnemu uda się uniknąć in vitro. Nieciekawa sprawa z tym jajowodem.
Małż, jak zwykle wygadany: No. Ciekawe.  

Wczoraj, godzina 24:00
Małż ma wychodne.
Leżę w łóżku.
Przysypiam.

Piiikk piiik.
Sms.

Małż: Filigranowa jest w ciąży :)
Ja: Super.
cisza
cisza
Ja: Ciekawe, czy kiedyś pozbędę się "tego" uczucia...
Małż: Mam tak samo. 

Fuj.
Ciekawe, czy kiedyś się pozbędziemy tego śmierdziela.
Filigranowej i Panu Zabawnemu życzę z całego serca i serdecznie wszystkiego wspaniałego.


Chapter #2

Dawna Przyjaciółka i Poszukiwacz.
Pisałam o nich kiedyś TU.
Czekają na dziecko już co najmniej 7 lat, skacząc od lekarza do lekarza, programując podświadomość i popijając ziółka z dna Morza Martwego. Pierdu pierdu.
Nasze relacje od czasu zamieszczenia tamtego postu uległy znacznej poprawie i Dawna Przyjaciółka została mamą chrzestną Mesi.
Dotychczas poza motywowaniem i wspieraniem nie starałam się jej ukierunkować ani przyspieszyć Jej działań, ale jadąc na południe na chrzciny (odbyły się w górach a nie tu u nas, w Polsce centralnej, co przyprawiło część rodziny o zawał) postanowiłam sobie, że z Nią pogadam.
Mamy 31 lat and still counting a Oni nadal czekają na mannę z nieba tudzież na przemianę wody w wino. Cierpi, przeżywa, ale tkwi jak kołek w miejscu. Postanowiłam, że przysłowiowo "kopnę ją w dupę".
Stwierdziłam, że wolę coś palnąć i potem ewentualnie żałować, niż NIC NIE POWIEDZIEĆ a potem być świadkiem jej życia bez dziecka i żałować, że nic nie powiedziałam.
No więc powiedziałam.
Zapytałam, czy czeka na rozstąpienie się Morza Martwego czy na niepokalane poczęcie?
Powiedziałam, że wszystko Jej w życiu minie - praca, pieniądze, kariera, namiętność, podróże - a dziecko - dziecko zostanie na zawsze.
Powiedziałam, że Pan Poszukiwacz może mieć dzieci nawet mając i 60 lat natomiast Ona - no Ona nie ma już tyle czasu. Jakieś 4 lata.
I ten ostatni argument trafił w samo sedno. Dotarł.
Okazało się, że moje gadanie było tylko zwieńczeniem Jej ostatnich przemyśleń, bo tuż przed chrzcinami podjęła decyzję o przystąpieniu do IVFu.
Jak Jej słuchałam ostatnio przez telefon: o problemach w pracy, o problemach z mężem, o problemach z samą sobą, to tak dobitnie widziałam, jak ją ten smród niepłodności omotał. Co ciekawe - ona nie do końca widzi związek swojego stanu z niepłodnością.
Z dystansu jednak sporo więcej widać.
Tak czy siak, tak bardzo trzymam za nich kciuki.
7 lat czekali. Cierpliwość to mają żelazną, nie ma co.


Chapter #3

Lipiec 2015.
Rehabilitacja Meśki (nieprawidłowe wzorce ruchowe - asymetria i słaby podpór przodem)
Pierwsze zajęcia.

Pani rehabilitantka: A jakieś leki pani brała w ciąży?
Ja: Tak, sporo. Wie pani, my jesteśmy po in vitro, także na początku sporo leków brałam. 
Pani r. : Aha. Rozumiem. 
cisza
cisza
cisza
Pani r.: No właśnie, bo my też się staramy, coś nam nie idzie. A w jakiej klinice.. (...)

Październik 2015
Koniec zajęć, pakuję manaty, ubieram wyjącą Meśkę.

Pani R: No właśnie..yy.. bo my będziemy podchodzili do IVF. Novum. Niech mi Pani powie, jak tam z tą refundacją..

Powiedziałam co i jak.
I nie omieszkałam uświadomić jej w temacie podejmowania decyzji co do ilości zapładnianych komórek.
Powiedziałam, jak to wygląda u mnie.
Ale powiedziałam też, jak to wygląda u tych, co nie mają czego mrozić.
Niech będzie świadoma. Bardziej świadoma niż ja, w każdym razie.


#Epilog

Pod ostatnim postem rozwinęła się ognista dyskusja - co było do przewidzenia.
Cieszę się, że takowa zaistniała i że udało się ją utrzymać w ryzach, mimo mnóstwa osób z odmiennymi opiniami w tak drażliwym temacie. 

Ustalone zostało, że mając zamrożone zarodki należy się zabezpieczać.
Mnie się niestety kilka razy nie udało. 
Zachowaliśmy się jak nieodpowiedzialne nastolatki idące na spontan. 
Hulaj dusza- piekła nie ma (?). 

Okres, który wrócił pod koniec sierpnia, miał się pojawić jakoś na koniec września.
Coś się zagubił, biedaczek. Nie ma. 
No więc wczoraj, z mieszanymi uczuciami, udałam się na stronę obsikać test, choć rano to nie było. 
Zostało kilka w szufladzie, z dnia, w którym odebraliśmy dodatnią betę "na Melę" i sikaliśmy radośnie i masowo, podziwiając wyczekane, wymarzone, wyśnione dwie czerwone kreski. 

Pierwszy raz od lat, sikałam bez histerii. 
Nie wiem, czy określenie "na luzie" było by odpowiednie, ale "bez histerii" - na pewno. 
Małż czekał bawiąc się z zadowoloną Meśką.

Jedna kreska.
Wyszłam z miną taką, że niby ulga. Że niby "uf".
Nie wiem, jak nazwać nasze uczucia.
Wydaje mi się, że jest coś takiego, jakoś tam głęboko, wbrew logice, wbrew zasadom, wbrew powinności. Że niby możemy. 
Wydaje mi się, że On zrobił to specjalnie. Wiecie co. 
Bo to nie był raz, chociaż prosiłam. Wiecie, w trakcie jakoś nie miałam siły protestować. 
Może dla Niego by to było jakieś udowodnienie, bo to przecież chodzi o sprawność armii.
A wiecie jak to jest u facetów z tym budowaniem domu, sadzeniem drzewa.. 

Obsikałam, obejrzałam, odłożyłam. 
Niby "uf", niby "what the fuck". 
Pojechaliśmy do IKEI.
Wróciliśmy po jakiś 2-3 godzinach.
Myję ręce.
O, jest. Leży. Nie wyrzuciłam. 
Patrzę. 
Są dwie.
Jakoś krzywo, nie tam gdzie powinno, ale są dwie. 

Eeee, nie ważny.
Buch, w kosz. 



***



PS. Drogi Czytelniku- płodny i niepłodny. 
Ala z "Bocianie Czekamy" machnęła ostatnimi czasy dość trudny wpis o tym, jak ma się macierzyństwo adopcyjne do macierzyństwa biologicznego. TUTAJ jest. 
U mnie na blogu znajdziesz mnóstwo informacji ... hm.. a może raczej - w większości subiektywnych odczuć osoby korzystającej z metody zapłodnienia in vitro. 
Zobacz, co Ala ma do powiedzenia o adopcji w kontekście ciąży (tudzież ciąży w kontekście adopcji). 
Chociażby z ciekawości. 
Bo #adopcjaTOnieTABU



niedziela, 4 października 2015

Dlaczego nie cieszę się z ustawy o leczeniu niepłodności



Jak wszyscy wiemy, po kilku tygodniach medialnej burzy czyli wakacyjnego plucia jadem w temacie in vitro podpisana została ustawa o leczeniu niepłodności.
Następnie temat został zdetronizowany przez uchodźców z Syrii i z całym szacunkiem dla ich sytuacji - cieszę się, że medialna gadka wskoczyła na inny tor. 

Niby fajnie, że w końcu ktoś usystematyzował to, co dotychczas było wolną Amerykanką.
Chodzi też chyba o taki aspekt psychologiczny - jest ustawa, czyli in vitro przestaje być jakimś tajemniczym obrządkiem voodoo i wchodzi oficjalnie w kanony polskiego prawa i na polskie salony. 

Fajnie, że reguluje pewne sprawy i rozstrzyga spory, które mogły by się pojawić.
Blokuje dziwne praktyki w temacie hybryd i innych cudów. 

Agnieszka Ziółkowska płacze z radości w sejmie, środowisko "niepłodne" odtrąbia tryumfy... a ja mam mieszane uczucia i w ostatecznym rozrachunku nie cieszę się. 
Wcale.

Ustawa wprowadziła całkowity zakaz niszczenia zarodków.
Na pierwszy rzut oka - alleluja, to wspaniale!
Cóż, powiedzmy to głośno - dla mnie osobiście to kwestia dyskusyjna. 
Tu pewnie 90ciu procentom czytelników podniesie się ciśnienie - ale jak to, wszak obrona życia!

Ano tak to, że punkt widzenia tak bardzo zależy od punktu siedzenia. 
Myślę, że najprędzej zrozumieją mnie Ci, którzy mają w laboratorium zamrożone zarodki, gromadę dzieci śpiących w swoich łóżeczkach i więcej łóżeczek nie planują. 

W tym wypadku pozostają wyłącznie dwa wyjścia:
przyjąć wszystkie zarodki lub oddać je do adopcji prenatalnej.
Innej drogi nie ma. Ustawa nie przewiduje. Pozamykała wszystkie inne wyjścia, których przed jej podpisaniem tak czy inaczej kliniki nie praktykowały - przynajmniej moja nie przewidywała zniszczenia zarodków i podpisywało się odpowiednie papiery.
Choć strzelam, że pary decydujące się na takie wyjście miały takie pole manewru, żeby jednak owy proceder uskutecznić. 

Nie twierdzę, że niszczenie zarodków jest dobrą opcją. 
Wiem, że jest to bardzo kontrowersyjne rozwiązanie, dla niektórych nie do przyjęcia moralnie, porównywalne z morderstwem czy aborcją. 
Dla mnie też, jeszcze całkiem niedawno było nie do przyjęcia. Ale tak jak pisałam - punkt siedzenia bardzo mocno determinuje punkt widzenia. 
Ci, co śledzili moją historię wiedzą, że mam w laboratorium kilka zarodków i że bardzo, bardzo mocno przeżyłam ten fakt. Płacę za moje in vitro, płaciłam jeszcze zanim zaszłam w ciążę i pewnie płacić będę jeszcze długo, o ile nie już zawsze. 
Ta myśl towarzyszy mojemu każdemu dniu i ciągle mam ją z tyłu głowy. 

Bywa tak, że adopcja prenatalna jest nie do przeskoczenia dla zwykłego śmiertelnika.
Trzeba być takiej decyzji pewnym, bo raz podjętej - nie da się cofnąć i trzeba będzie z tym jakoś żyć.
Ta sama zasada ma zastosowanie w przypadku ewentualnego zniszczenia zarodków.

Podsumowując, po bardzo, ale to na prawdę bardzo długich godzinach przemyśleń i analizowania sytuacji uważam, że decyzja o dalszych losach zarodków powinna należeć do pary. 
Myślę, że czasami to trzecie wyjście, może okazać się najmniejszym złem.
Dlatego nie cieszę się z tej ustawy. 

Tym bardziej, że ja póki co, na adopcję prenatalną nie jestem gotowa. Daleko mi do gotowości, choć bardzo bym chciała. 
Pocieszeniem jest fakt, że zarodki powstałe przed wejściem w życie ustawy, mogą być przechowywane przez 20 lat od momentu jej wejścia w życie. Czyli mam 20 lat, żeby jakoś się ogarnąć. Choć jak wszyscy wiemy przy IVF nigdy nic nie wiadomo i może się okazać, że te wszystkie nieprzespane noce były zbędne - oby!


Drugi wynalazek ustawy:
odnotowywanie faktu poczęcia dziecka przez in vitro podczas jego rejestracji w Urzędzie Stanu Cywilnego. 
Tutaj moja opinia jest zdecydowanie mniej stonowana:
czy, kogoś za przeproszeniem popie***ło do reszty w tym kraju?

Powodem takiej operacji rzekomo jest ochrona przed dostępem do IVF dla samotnych, par homoseksualnych i chęć zapewnienia dzieciom obojga rodziców. Niemniej jednak uważam, że absurdalność i szkodliwość takiego rozwiązania znacznie przewyższa korzyści z niego płynące.

Nie wiem jak oni mają zamiar to sprawdzać, ale na pewno zanim zgłoszę swoje kolejne, daj Boże, dziecko w USC dowiem się dokładnie jak można to prawo złamać i oszukać system.
Kiedy pomyślę sobie, że mam się spowiadać z tak prywatnych spraw urzędnikowi a on to sobie skrzętnie zakreśli z jakimś formularzu to szlag mnie jasny trafia i krew się we mnie gotuje.
Proponuję od razu znakować dzieci jak bydło, żeby było wiadomo co i jak. 
Jestem na prawdę zszokowana, że ktoś mógł wpaść na tak debilny pomysł a jeszcze kto inny się na to zgodził. 
I tyle w temacie bo szkoda lać wody.

Pożytek z ustawy taki, że z jej podpisaniem procedura IVF jakoby wyszła z podziemia. 
Kliniki pewno też cieszą się, że nie będą musiały same wedle uznania rozstrzygać pewnych sytuacji zarodkowych i organizacyjnych typu rozwody, śmierci, czy "babcia jest mamą swojej wnuczki". 
Fajnie, że powstała Rada Do Spraw Leczenia niepłodności (czy jakoś tak). 

Bardzo dobrze, że zlimitowano ilość zapładnianych komórek do 6 - moim zdaniem, mając jako takie doświadczenie w temacie IVF (i swoje i czytając innych), to jest bardzo dobra decyzja. Żałuję, że kiedy ja podchodziłam do IVF takiego limitu nie było. Niemniej jednak myślę, że i tak znamienitej ilości podchodzących par zostaną nadliczbowe zarodki i te pary, kiedy już opadnie kurz walki,  kiedy wyschną łzy radości z ciąży, kiedy minie pierwsza dzika euforia z posiadania biologicznego dziecka, kiedy zapełnią się wszystkie dostępne łóżeczka w domu - te pary będą musiały usiąść i wspólnie zastanowić się, co dalej i jak wybrnąć z tej sytuacji.
A nie ukrywajmy - w temacie nadliczbowych zarodków zazwyczaj nie ma dobrej drogi.
Jest tylko mniejsze zło. 

Na koniec dodam jeszcze, że kilka razy rzucono mi stwierdzeniem:
in vitro tak, ale nie za wszelką cenę!

Powiem tak:
mając cały bagaż doświadczeń jaki posiadam - z jego dobrodziejstwem i przekleństwem. 
Będąc mamą półrocznej, cudownej, kochanej dziewczynki, która właśnie zaczęła ząbkować (!!!).
Zapłaciła bym chyba każdą cenę i podeszła bym do IVF jeszcze raz, gdybym musiała.
Taka prawda. 

***

I słowo wyjaśnienia, zanim wybrani czytelnicy zaczną rzucać piorunami i nakładać ekskomunikę:
Nie próbuję nikogo przekonywać do swoich racji. 
To temat uber drażliwy i uber emocjonalny.
Jeśli nie zgadzasz się z moją opinią - jasne, rozumiem to.
Proszę o nie rzucanie gównem w komentarzach.
Dzięki!


czwartek, 24 września 2015

Rodzajowe scenki spożywcze

rys. Matka Po Godzinach


#CHAPTER 1

Piękne środowe popołudnie.
Prowadzę.
Teściowa z tyłu w samochodzie. Obok w foteliku - Meśka.
Zadowolona - jak zwykle. Wielkimi, niebieskimi gałami obserwuje świat. I teściową.

Teściowa: Co tam, Melusia, co tam? Pić się chce?
Meś: <nic, gapi się>
Teściowa: Pić chce, bieeeedne dziecko. 
Ja, w myślach: "Bi**ch, please.."




#CHAPTER 2

Wizyta u prababci.
Siedzimy. Nic się nie dzieje. Nagle.

Prab.:- A dajecie Jej już coś do jedzenia?
Ja w myślach: Nie, kur**a. Ona żyje miłością i fotosyntezą. 







#CHAPTER 3

Telefon.
Teściowa.

T: A zupki kiedy jej podasz?
Ja: Mamo, mówiłam Ci, że jedzenie raczej w kawałkach do rączki, ta metoda BLW - pamiętasz?
T: <cisza>. 
<cisza>
<cisza>
Ale takie zupki, no wiesz, ja Ci powiem jakie: marcheweczka, mięsko i miksujesz.. (...)





#CHAPTER 4

Chrzciny (tak, tak, ochrzciłam moje dziecko z in vitro).
Zdjęcia zbiorowe przed ołtarzem.

Ktoś: Oh, Boziu, jaka Meśka jest rozkoszna.
Teściowa: No, ładna, tylko te nóżki ma takie chude..




#CHAPTER 5

Chrzciny.
Obiad w lokalu.
Zamknęłam się w małym pomieszczeniu gospodarczym i karmię Melę.
Teściowa koczuje pod drzwiami. Po ch**j tam stała, to nie wiem. Pilnowała.
Wychodzę, po krótkiej chwili, bo dziecko nie chciało jeść.

Teściowa: Nie chciała więcej? Hmmm.. słuchaj, a może być tak, że ona odrzuca cyca?
Ja: Nie.  [w myślach: ta, chciała byś. Trzymasz kciuki od 2 doby jej życia za ten moment. ]

Będę karmić to dziecko piersią aż do matury. Przysięgam.
Tylko po to, żeby zrobić na złość teściowej.



#CHAPTER 6

Teściowa przyszła z wizytą i bawi się z małą.
Ja sprzątam.

16:00
Teściowa: I co, mamusia pije a Ty, biedne dziecko, Tobie nie dadzą. 

16:15
Teściowa: Biedne dziecko, babcia by dała butle i by dziecko spało, babcia by dałaaaa. Ale mama nie poźwala. Nie poźwala mamia.. No, jeście tlośke, jeście tlośke. 







***

Wydawało mi się wcześniej, że już bardziej nie można być na cenzurowanym niż podczas wyłącznego karmienia piersią.

Myliłam się.

Pierś po 6tym miesiącu + BLW + dziecko 3-10 centyl wygrywa wszystko.

wtorek, 8 września 2015

Te pierwsze wspólne wakacje ;)


Były!
Dwa ostatnie tygodnie sierpnia i pierwszy września - ciurem.

Najpierw nad morzem.
Nasze kochane Dębki, do których jeździliśmy najpierw jako gówniarze, dzieciaki popijające winko w namiocie, z zapałem zapoznające się z instrukcją na ulotce opakowania Durexów.  Pełni wściekłości, kiedy rano po polu biegały krzyczące dzieci, budząc nas zaspanych, z lekko bolącą głową.

Potem, wiele lat potem, starsi. Z obrączką na palcu, bogatsi o pewne doświadczenia.
Pojechaliśmy tam na kilka dni tuż po odebraniu fatalnych wyników nasienia.
To był zły, zły czas. Pamiętam, jak przechadzałam się, blada, z moją mamą rozmawiając o in vitro, że ja chyba nie mogę, że jak to tak,  że musi nam się przecież udać "normalnie". Że adopcja może.
Pamiętam pachnący starym drewnem zabytkowy kościół, w którym klęczałam pełna wściekłości, miłości i błagania, wznosząc zuchwałe, załzawione i opętane pragnieniem oczy w stronę ołtarza. Pamiętam łóżeczko turystyczne stojące w naszym pokoju - ot, taka ironia losu. Śmiało mi się w oczy, to przeklęte, niebieskie, puste łóżeczko turystyczne.

We wrześniu ubiegłego roku byliśmy tam znowu, w tych samych domkach od niebieskiego łóżeczka.
Stało tam znowu, ale tym razem zerkało na mnie z nadzieją. Na mnie i na mój leciusieńko wystający spod swetra brzuszek. Tam pierwszy raz, będąc bardzo cicho, poczułam w brzuchu coś na kształt bąbelka lub małego motylka. Byłam wtedy mocno skołowana, jeszcze z siniakami i resztkami krwiaków na brzuchu, targana emocjami, z poranionym sumieniem, ale i szczęśliwa, bo poniżej pępka mieszkał, jak nam się wtedy wydawało, malutki... Leon? :) Nie, jak wiemy nie Leon. Ona.

I teraz. Sierpień 2015.
Cała ferajna: ja, On i Ona.
Grzeczna, cudowna, uśmiechnięta i cichutka malusieńka dziewczynka, która pierwszy raz zamoczyła nogi w wodzie, pierwszy raz pomerdała nimi w piachu, pierwszy raz zgrzytnęło między różowymi dziąsłami ziarenko piasku, którego tak próbowała uniknąć mama. Pierwszy raz zachłysnęła się nadmorskim wiatrem,  siedząc w chuście, przytulona do mamy całym ciałkiem.
Z tatą było różnie, były kłótnie, bo chyba zaczął nam się kryzysik. Na razie kryzysik, zobaczymy co z tego będzie. Tatuś czasem zachowuje się jak egoistyczny bęcwał. A czasem nie. Różnie.









Potem pojechaliśmy na Mazury.
O losie, niemal w to samo miejsce,w którym byliśmy 2 lata temu.
2 miesiące po odebraniu wyroku w postaci wyników badania nasienia.
Wtedy byłam w Mordorze. Wtedy zaczynałam pisać bloga, pikając na komórce pierwsze wpisy, wyrzucając z siebie rozpacz i a z głowy dziwne myśli, napędzane niepłodnością.
Jeśli chcesz wiedzieć jak niepłodność miesza w głowie i rozwala związek to kliknij w link 2 linijki wyżej. W związku COŚ się psuje, ale w sumie to nie do końca wiadomo o co chodzi.
Widać to dopiero z perspektywy czasu.

W tym roku było inaczej.
Jedliśmy razem posiłki, spacerowaliśmy razem po pięknych mazurskich trasach, Mela latała z mamą po mleko i jajka do pobliskiego gospodarstwa, moczyła nóżki w stawie, bujała się z mamą w hamaku i pierwszy raz "ciućkała" jakbłko zerwane przez mamę wprost z mazurskiego drzewa. Oglądała owce, koniki i krowy, choć niespecjalnie były interesujące.
W ubiegłą środę dostała kataru, wystraszyła rodziców i skróciwszy wakacje o 2 dni popędziliśmy z powrotem do domu, troszkę już stęsknieni.

Takie to były te nasze pierwsze wspólne wakacje.
A pierwsze razy mają to do siebie, że nawet jeśli troszkę boli, to i tak są wspaniałe i człowiek je pamięta do końca życia ;)










niedziela, 6 września 2015

Wyprawkowe kity

W uzupełnieniu do poprzedniego posta, kilka słów w temacie nieudanych gadżetów wyprawkowych :)

No to tak.. :)

#1 Termometr bezdotykowy



Kwestii wyboru termometru poświęciłam przed urodzeniem Meśki dużo czasu.
Jeden nawet odesłałam do apteki, bo coś mi nie pasowało.
Bardzo zależało mi na szybkim i precyzyjnym mierzeniu temperatury.
Po termometr sięgnęliśmy już w trzecim dniu po wyjściu ze szpitala, kiedy to spanikowani, bo dziecko płacze :)) heh.. i robi strzelające kupy.. heh.. :)) zmierzyliśmy tym wynalazkiem temperaturę Mesi. (Jezusie, o czym ja myślałam w tej szkole rodzenia.. ? :))
I co wskazał ten cud techniki? Ano 38.5
Yyyy.. wait! What?!
Jeszcze raz.. 38.5.
Czy muszę dodawać, że wpadłam w istną histerię, spanikowana, w hormonalnym szoku, z rozpłatanym brzuchem i obolałymi cyckami tryskającymi mlekiem? Obdzwoniłam połowę pediatrów w mieście i walnęłam focha mojej przychodni, że jak to lekarz nie przyjdzie do mnie do domu?! Przecież ja mam równiutko tygodniowe dziecko z gorączką!
Małż, wkurwiony, poleciał do apteki po zwykły termometr elektroniczny, który wylądował w.. pupie. I dopiero tam okazało się, że zamiast 38,5 mamy 36.6.
3 dni dochodziłam do siebie.
Teraz używam tego termometru od czasu do czasu i wiem, że jak pokazuje 36.9 to oznacza, że Mela ma tak na prawde 36.6 i jakoś sobie funkcjonujemy.
Plus: kiedy już mniej więcej obczaiłam jego "margines błędu" to używam go do szybkiej i bezszelestnej kontroli.
Z tym "do pupy" już tak łatwo i nieinwazyjnie nie jest (ale precyzyjnie za to!!).


#2 Materacyk Lifenest



To jest taki specjalny materacyk-klin, z siateczką - zapobiega uduszeniu, odkształceniu główki, zapewnia wentylację, pomaga przy ulewaniu i inne bajery.
Nie to, żebym miała jakieś wielkie życzenie go kupić. Ba, nawet nie wiedziałam o jego istnieniu, dopóki koleżanka  nie zaproponowała mi odsprzedania swojego, w pakiecie z fotelikiem i innymi w okazyjnej cenie.
Używałam mniej więcej do 3-4 miesiąca, aż znalazłam dziecko ryczące zupełnie poza materacykiem.
Wczesną wiosną materacyk zapewniał dziecku nadmierną wentylację - od spodu było po prostu zimno (latem sprawdził by się wyśmienicie, ale nie zdążyłam sprawdzić). Często musiałam pod dziecko podkładać jakiś kocyk - co tak de facto pozbawiało materacyk najważniejszej funkcji - ochrony oddechu dziecka. Podobny efekt był, kiedy kładłam Młodą spać w rożku.
Mela na początku bardzo dużo ulewała, więc tu był przydatny, ale na pewno można się bez niego obejść.
A cena oryginalnej nówki jest zabójcza, bo kosztuje jakoś ponad 400 zł.


#3 Śpiworki do spania i rożek








Tu mam trochę problem, bo nie do końca wiem, jak je sklasyfikować.
Nie do końca kity, ale nie sprawdziły się w sposób, w jaki tego oczekiwałam na starcie.
Rożek - kupiłam, przekonana, że nie będziemy mogli sobie poradzić z chwytaniem Młodej (w ogóle jak na wojnę się szykowałam..). Okazało się, że świetnie sobie radziliśmy z trzymaniem dziecka od samego początku. Mąż, o którego tak bardzo się bałam, robił to koncertowo.  Rożek jakoś specjalnie się nie przydawał, do czasu, aż zaczęłam go używać w zastępstwie śpiworków - zawijałam dziecko tak, że nogi wychodziły dołem a z wierzchu przykrywałam lekkim kocykiem. W ten sposób dziecko nie było przegrzane, ale nie odkopywało się.
Śpiworek natomiast w okresie wiosennym dla Meli był za cienki, tym bardziej, że spała na materacyku Lifenest. Dopiero teraz- latem - śpiworek sprawuje się sympatycznie.
Nie są to więc definitywne kity, choć trochę się rozczarowałam funkcją.




#4 Smoczek


Mela nie chce i basta.
Leży więc sztuk 5 i zdobią szufladę.
W sumie się cieszę, choć nie powiem - przydała by się czasem jakaś zatyczka do dzieciaka ;)





#5 Koszulki i kaftaniki

Podwijają się podczas leżenia i noszenia.
Wyglądają ładnie ale są kompletnie niepraktyczne.
Z bodziakami nie ma tego problemu + trzymają ładnie pieluszkę.
Koszulkom mówię stanowcze "nie".
(i z tego co się zdążyłam zorientować - nie jestem jedyna)



#6 Nosidło - wisidło



Dostałam.
W bladych początkach życia Mesi używałam w domu, żeby mieć wolne ręce.
Używałam, zanim się zorientowałam, że to jest wisidło a nie prawidłowe nosidełko.
W tego typu nosidłach dziecko wisi zawieszone na kroczu, jest w nieprawidłowej pozycji obciążającej kręgosłup, nie wspominając o bioderkach a już noszenie przodem w ogóle odpada.
Używałam, zanim się pokapowałam, że dziecko można nosić na zdrowie w nosidłach ergonomicznych- dziecko ma zupełnie inną pozycję.
Obecnie noszę w chuście kółkowej i bardzo sobie chwalę. Niebawem chyba szarpnę się na Tulę.


sobota, 5 września 2015

Wyprawkowe hity

Jako mama z niemal półrocznym stażem, chciałam się podzielić z Wami drobnymi refleksami na temat niemowlęcej wyprawki :)
Co ciekawe, pierwsza wersja tego posta powstała 20 kwietnia, czyli Mesia miała 5 tygodni... i od tamtego czasu poniższa lista jakoś dramatycznie się nie zmieniła :)
A więc...

Zacznę od tego, że większość wyprawki mieliśmy:

a/ darowaną w spadku
b/ zakupioną używkę

czyli tu minęliśmy się troszkę ze stereotypem, że rodzicie wyczekanych dzieci dostają przysłowiowego pierdolca i skupują jak leci, co popadnie, wszystko najlepsze i najdroższe.
Pojechaliśmy po bandzie jedynie z wózkiem, czego nie żałuję.



#1 Suszarka & szumy

Tak, ja wiem, że to nie jest stały element wyprawki, ale jest to urządzenie, które najbardziej nam się przysłużyło w pierwszym półroczu życia dziecka.
Działa fenomenalnie.
Co prawda nie mieliśmy wielkich problemów z kolkami, ale używamy do dziś. Młoda w 85% zasypia przy suszarce.
Chyba nie muszę dodawać, że przepłacam za prąd?

Dodatkowo wyposażeni jesteśmy w szumy z YouTube i Spotify (uwaga na reklamy w darmowej wersji!), aplikacje na telefonie Baby Sleep i ukochanego Misia Szumisia czyli Whisbear.
Wszystko super, tylko dźwięku "żywej" suszarki nie zastąpi nic :)
Szumiś jest pomocny poza domem oraz do podtrzymania fazy snu, rozpoczętej przez suszarkę.
Wada: jest drogi. Moim zdaniem: 135 zł to za dużo jak na taki gadżecik.







#2 Wózek Bugaboo Cameleon 3




Absolutny hit sezonu, choć jesteśmy jeszcze na finishu z gondolą.
Składa się i rozkłada kilkoma szybkimi ruchami.
Mieści się w bagażniku.
Jest meeega zwrotny (na tyle, że rzeczywiście warto podczas prowadzenia zawinąć sobie taki sznurek bezpieczeństwa na ręce).
Jedzie jak po maśle - po parkach i po fatalnie nierównych chodnikach w centrum miasta i w dość trudnym terenie, jak chociażby ścieżki leśne, również te na wydmach.
Ma specjalną opcję na plażę, która na serio daje radę.
Cały wózek waży 9 kilo!
Jest mega stabilny - miałam okazję wypróbować na mega wiatrzysku.
Ma extra budkę, którą można zamknąć niemal po samo podwozie - nie wyobrażam sobie bez niej życia, nie muszę kombinować z zasłanianiem dziecka chustkami czy pieluchami.
Gondola składa się jak harmonijka, na płasko, więc można łatwno zmieścić do bagażnika.
Plusy mogła bym wymieniać jeszcze długo.

Dwa zasadnicze minusy:
trudny dostęp do kosza przy gondoli (ze spacerówką będzie już lux, bo dostęp jest łatwy a kosz ma pojemność 40 litrów) i ... cena.






#3 Pluszowy kocyk no-name



Teściowa kupiła na rynku za jakieś 30 złotych.
Wydawało mi się, że straszny syf, że ja tym dziecka nie owinę, że jakiś badziew.
Ale... powędrował z nami na porodówkę i został naszym ulubieńcem.
Mela miała spać jeno w śpiworkach, bo dziecka nie powinno się przykrywać przez pierwsze 3 miesiące kołderkami itp. ale jednak śpi pod kocykiem co noc.
Mimo, że kocyków mamy z 7 to jednak kocyk kocykowi nie równy i trzeba trafić na swój ulubiony.
Moja mama kupiła Młodej koc z jakiejś hiszpańskiej bawełny za 100 zł i okazało się, że jest jakiś nieprzyjemny w dotyku. Więc leży i wyściela półkę komody. Może kiedyś wkradnie się do łask.





#4 Przewijak + kosze z IKEI

w komplecie z koszami do zawieszenia na brzegach




Cudo.
Mamy najtańszą wersję przewijaka za 79 złotych w komplecie z koszami.
Przewijak jest bardzo wygodny, na najniższej półce jest idealne miejsce na przechowywanie pak pampersów, zapasu kremów i gadżetów, które nie są potrzebne przy przewijaniu na bieżąco.
Zawieszane na bokach kosze natomiast, mieszczą wszystko to, co jest potrzebne podczas przewijania i bieżącej pielęgnacji - pieluszki, kremy, chusteczki.
W komplecie jest doczepiany do boku przewijaka kosz na brudne pampersy - świetna sprawa. Nie wyobrażam sobie życia bez niego.
Minusem przewijaka jest to, że na Melę zaczął być za krótki mniej więcej w 3 miesiącu :)
Nie zrażam się tym faktem, olałam ten fakt i po prostu nóżki Jej wystają poza, choć jest coraz mniej wygodnie. Jak z niego całkowicie wyrośnie to będę płakać.






#5 
Krem Linomag BOBO A+E



Krem poznałam najpierw na blogu Juti (seria "Wyprawkowe dylematy"), na blogu Sroki potwierdziło się, że krem ma niezły skład (choć nie idealny). Uwielbiam.
Używam do wszystkiego. Jeszcze moment i koty będę nim smarować.
W pierwszych tygodniach kremowałam pupę Melki (teraz nie smaruję niczym, bo nie ma potrzeby), suche miejsca na ciele (szczególnie w pierwszym tygodniu życia), Jej buźkę w razie konieczności, moje dłonie i twarz, suchą twarz małżona... zapewne znajdą się jeszcze jakieś zastosowania.







#6 Mydło marsylskie

Poszukiwanie idealnego preparatu do kąpieli zajęło nam ponad 4 miesiące.
Przerabialiśmy Hippa (za mocno pachnie), Linomag (nie dawał rady z suchością, przynajmniej tak było na początku), emolientowa pianka do mycia Atoperal (fatalna pompka) aż przypadkowo w zasadzie (przy okazji zakupu pieluch wielorazowych, których używam from time to time) zakupiłam mydło marsylskie.
Skóra Meśki po takiej kąpieli jest nawilżona i nie przesusza się!, mięciutka i przyjemnie, bardzo delikatnie pachnie, nie zabijając przy tym jej dzidziusiowego zapachu.
Cena jest dodatkowym atutem. 16 zł za 300 gram, które starczy mi chyba na rok :)
Super!

Minus: wielka, 300 gramowa kostka jest nieporęczna i trzeba wykombinować, jak ją przechowywać.






#7 Biustonosz do karmienia Alles 

Taak, wiem, że nie jest to element wyprawki dla dziecka, ale do dziecka w komplecie jest zawsze mama, która jeśli będzie karmić piersią, to takowy jej się przyda!
Tuż przed porodem zakupiłam 2 staniki w Alles: z miękkimi i twardszymi miseczkami.
W tym z twardym, mimo, że ładniejszy, trudniej jest odchylić miseczkę natomiast ten z miękkimi jest fantastyczny i nie wyobrażam sobie życia matki karmiącej bez niego.
Świętnie trzyma biust (a on teraz tego na prawdę potrzebuje solidnie), jest super wygodny, pięknie leży, ładnie wygląda i łatwo rozpiąć miseczkę jedną ręką. Po 6ciu miesiącach bardzo intensywnej eksploatacji wciąż wygląda dobrze i świeżo a ja czuję się ładnie, elegancko i seksi, mimo mlecznych baloników z przodu.
Warto zainwestować!





Niebawem kity ;)
Stay tuned!