czwartek, 29 stycznia 2015

Doniesienia z 35 tygodnia ciąży

Dużo się dzieje.

W zeszłym tygodniu miałam do czynienia z jakąś ciążową ekstazą energetyczną - praktycznie dzień w dzień latałam bez wytchnienia, to tu to tam.
Aż w końcu w niedzielę wieczorem padłam z wyczerpania, po sobotniej posiadówce ze znajomymi do 5 rano.
Ten tydzień obfituje za to w dość mocny spadek energii - odsypiam, pokładam się po kątach i jem słodycze jak opętana (dopiero teraz mi się włączyło, wcześniej nie miałam zachcianek).

Szaleńcza aktywność zeszłego tygodnia obfitowała w wizytę na porodówce szpitala w którym prawdopodobnie będę rodzić. Jak już kiedyś wspominałam, jest to szpital prywatny, w którym można rodzić na NFZ. Znajoma teściowej jest tam położną i zrobiła nam tournee po oddziale porodowym.
Lekki stresik został rozwiany poprzez miłą panią położną i miłą atmosferę szpitala.
To, co wyjątkowo mnie ujęło w tym miejscu to:
- przemiła pani położna;
- pojedyncze, przytulne pokoje porodowe;
- praktyka zostawiania dziecka na piersi matki bezpośrednio przez 2 godziny po porodzie (jeśli dziecko ma co najmniej 7 w skali Apgar), od razu danie cycka do pociumkania;
- odcięcie pępowiny dopiero kiedy przestanie tętnić;
- ocena stanu noworodka na piersi mamy;
- ckliwe podejście położnych do noworodków, które obserwowałam podczas wieczornych zabiegów pielęgnacyjnych.

Akurat była pora wieczornej kąpieli, więc położne zwoziły dzieciaki w okolice pokoju, w którym odbywają się zabiegi pielęgnacyjne. Nasza położna pokazała nam niemowlaczki.
Przyznam szczerze, że nigdy nie widziałam nic, a raczej nikogo - równie pięknego.
Coś bez nazwy.
Te usteczka, noski, te malusieńkie małżowinki uszne.
Byłam absolutnie zauroczona.
Trochę mi to zauroczenie mijało, jak pomyślałam, że mamy sami zostać w domu z takim bezbronnym cudeńkiem, ale to już rozważania na zupełnie inny post.


Jako, że wyprałam, złożyłam i ogarnęłam już zdecydowaną większość rzeczy dla dziecka, zabrałam się za pakowanie torby do szpitala.
Tak oto w kącie naszej sypialni zamieszkała sporych rozmiarów walizka, która czeka jeszcze na uzupełnienie. Póki co bagaż jest niepełny, ale daje mi poczucie jako takiego bezpieczeństwa.

No, i koty mają na czym leżeć ;)



Podczas ciążowej ekstazy energetycznej odbyła się również brzuszkowa sesja zdjęciowa, której efekty dostanę jakoś na koniec lutego - także jeszcze troszkę poczekamy.
Okazało się niespodziewanie, że dużo lepiej czuję się w samych majtach, niż w ubraniu, więc większość zdjęć zostanie raczej w naszym domowym albumie, aczkolwiek kilka naściennych na pewno się znajdzie :)
No, i "na blogowych" również ;)
Oto mała próbka - jedno z roboczych zdjęć, zupełnie bez żadnej obróbki (ale akurat pozwala zachować mi jako taką anonimowość, więc niech będzie).



Wyprawka też już niemal w całości skompletowana.
Wszystkie ciuszki otrzymaliśmy od znajomych, jak również kilka gadżetów.
Kocyki, ręczniczki i inne akcesoria zakupiłam sama.
Wczoraj w końcu przytaszczyliśmy do domu łóżeczko z materacem, takie oooo takie:


Zamówione isofix do samochodu (jestem słabym kierowcą) oraz wózek zamknęły właściwie listę najważniejszych rzeczy.
Został jeszcze przewijak z Ikei, ale to na spokojnie. Do Ikei mamy 15 min.

Wózek był tematem dramatycznej debaty trwającej kilka miesięcy, ale ostatecznie jednogłośnie wybraliśmy furę Bugaboo Cameleon 3. Wózek wielofunkcyjny 3 w 1.
Wersja z gondolą nie bardzo mi się podoba, za to spacerówka jest genialna - jak dla mnie.
Jeśli chodzi o funkcjonalność pojazdu, to jest to raczej Mercedes wśród wózków i ma mnóstwo cech, które nam odpowiadają. Chociażby to, że cały wózek waży 9 kg (a my mieszkamy na 3cim piętrze bez windy).
Także przedstawiam Wam pierwszy pojazd Panny Wiercipiętki i lepiej, żeby go polubiła, bo jak nie... ;))






Na koniec najmniej optymistyczny akcent: dzisiejsza wizyta kontrolna u Doktora Prowadzącego.
Wkurzył mnie nieziemsko i zburzył cały mój spokój i pozytywny feeling w kierunku porodu, jaki udało mi się zbudować ostatnimi czasy.
Zaczęło się od tego, że ewidentnie było widać, że chce się mnie jak najszybciej pozbyć z gabinetu, co już mi nie pasowało, bo akurat chciałam z nim pogawędzić o porodzie. Spisałam sobie nawet karteczkę z pytaniami.

Sprawa, która mnie ewidentnie rozwaliła i położyła na łopatki, to kwestia Acardu.
Do tej pory brałam, bo nic nie mówił, że mam przestać. Wyszłam z założenia, że w końcu ma w karcie zapisane, jakie leki biorę. Przecież jestem po IVF. Dziś zapytałam, kiedy mam odstawić, bo w końcu poród się zbliża wielkimi krokami. Okazało się, że miałam odstawić w 28 tc, ale on nic mi o tym nie powiedział.
Ręce mi opadły a wkurw dopadł dopiero w samochodzie, więc nawet go nie ochrzaniłam.
(I tu pytanie do dziewczyn po IVF biorących Acard: do kiedy brałyście?)

Kolejna kwestia: zapytałam o kwalifikację do porodu w tym szpitalu prywatnym. Dwie wizyty wcześniej Doktorek deklarował się, że tam wszystko załatwi.
Dziś usłyszałam, że zadzwoni do lekarza od nich i umówi mnie na cięcie.
Yyyyy, wait! whaaaaat?? Jakie cięcie??
- A, to pani chce naturalnie?
- No taki miałam plan.
- Aha, nie no, to ok. 

Na pytanie dlaczego akurat zakwalifikował mnie co CC stwierdził, że sama mówiłam kiedyś, że chce (fakt) + IVF (po czym sprostował, że IVF nie jest wskazaniem). Ale, że jeśli chce, to spoko. Że on mi po prostu wypisze skierowanie do szpitala i jak zacznę rodzić, to mam jechać z tym skierowaniem.
I tu mam trochę zgrzyt, bo standardowo w tym szpitalu tak się to odbywa, że zgłasza się na wizytę kwalifikacyjną w 36 tygodniu (czyli moim przyszłym). A on mi proponuje zupełnie inne wyjście.. a ja zupełnie jakoś nie mam zaufania po tej dzisiejszej wizycie.
Postanowiłam, że jutro zadzwonię do tej mojej położnej i wypytam, czy ufać planowi Doktorka, czy raczej uderzać na tą wizytę kwalifikacyjną.
Takie mam zboczenie, być może zawodowe, że na wszystko muszę mieć plan. A taki porodowy spontan jakoś niespecjalnie mi pasuje.

Niby nic strasznego się nie stało podczas tej wizyty, ale gość koncertowo zepsuł mi humor.
Ostatnio zaczęłam popadać w jakieś takie metafizyczne rozważania nad istotą porodu siłami natury i odczuwać bardzo silne pragnienie przeżycia SN (Dżizas... dacie wiarę dziewczyny? Co te hormony robią z ludźmi..) a on mi jakoś wyjeżdżając z tą cesarką zepsuł nastrój zupełnie.
(Tutaj link do projektu i zdjęć z SN, które mnie jakoś niezdrowo /zdrowo?/ fascynują ostatnio: http://cieplymokryaksamit.pl/ ).
Ale moje ciągoty porodowe zostawię dziś i zaparkuję na potem, bo już zupełne pomieszanie z poplątaniem w tym poście ;)

Żeby zakończyć jakimś optymistycznym akcentem:
w sobotę zaczynamy szkołę rodzenia i mam nadzieję, że tam ostatecznie umocnią mnie w pozytywnym feelingu ukierunkowanym na poród siłami natury.


PS. Zaczynając pisać ten post miałam parszywy humor po dzisiejszej wizycie u Doktorka. 
Kończąc - rzeczywistość nie wydaje się już taka straszna ;)
I love blogging ;)




czwartek, 22 stycznia 2015

Spowiedź po in vitro



I stało się.
Byłam u spowiedzi.

Jakiś czas temu już zapowiadałam, że mam potrzebę rozmowy z księdzem. Potrzebę spowiedzi pod kątem IVF.
I chciałam to załatwić przed porodem, żeby pewien etap mojego życia rozpocząć z... czystą kartą (?).
Czas leciał, mijały tygodnie i miesiące, brzuch coraz większy a ja w tym temacie zrobiłam niewiele, żeby nie powiedzieć - nic.

Myślałam o tym, owszem, ale moja relacja z Kościołem Katolickim w okresie post-in-vitrowym zaczęła się komplikować.
Z jednej strony czułam się odtrącona przez KK (chociaż sama się z niego na dobrą sprawę wykluczyłam, karząc samą siebie), z drugiej strony zaczęłam się niebezpiecznie od Kościoła oddalać, dając się ponieść fali hejtu wymierzonego w tą instytucję (wcześniej byłam stosunkowo dość odporna).
Nie chcę tu wchodzić w debatę, czy różne słowa krytyki w stronę tej instytucji są moim zdaniem uzasadnione czy nie. Jak wiemy debata na temat KK bywa bardzo gorąca, każdy ma swoje sympatie i antypatie, każdy ma swoje zdanie, więc zostawmy to.
Nie chcę też rozdłubywać na kawałki mojej motywacji, dlaczego akurat potrzebowałam spowiedzi po IVF.
Potrzebowałam. Zdecydowanie.

Ostatniej nocy nie mogłam spać.
Znowu odezwały się moje demony, że może nie byłam dość cierpliwa, że może nie dałam Bogu wystarczająco dużo czasu i szans na dokonanie cudu. Że może podeszłam do tematu zbyt zadaniowo. O zarodkach to już nawet nie wspominam, bo ten temat stał się już wręcz moją obsesją.
Obudziłam się (jak co dzień zresztą) o 6 rano. Chwyciłam za telefon i wygooglowałam temat spowiedzi indywidualnej.
Do telefonu do Jezuitów dojrzewałam kilka godzin.
W końcu dowiedziałam się od siostry zakonnej, po drugiej stronie "kabla", że od 17:00 w kościele Jezuitów spowiada pewien ksiądz, z którym można się umówić na spowiedź indywidualną.

Pojechałam.
Kościół prawie pusty.
Ksiądz dość młody, strzelam, że koło 40tki.
Kilka osób w kolejce.
Jednym uchem słyszałam, jak się spowiadają - bez regułek, po prostu gadają, ksiądz gada bez typowej "księdzowej maniery"  (nie słyszałam słów ani sensu, ot, przypadkowe strzępki).
W rogu kościoła trwały jakieś prace remontowe- panowie z ekipy coś tam smarowali po ścianie a  w tle słychać było przenośne radyjko z kawałkiem "Caaaan't liveee, can't liveee without You" Whitney. Dziwnie. Inaczej.

Czekając podjęłam decyzję, że atmosfera jest na tyle kameralna, nie ma kolejki (za mną była tylko 1 osoba), kościół pusty, że tak właściwie, to będzie spowiedź indywidualna. I ten moment - to był jakiś taki dziwny moment, odpowiedni.
Spokój i wzruszenie.

Po zadokowaniu w konfesjonale powiedziałam księdzu, że właściwie to przyszłam się tylko umówić, ale... oboje stwierdziliśmy, że "załatwimy to na miejscu".
No i wystartowałam.

Trwało to.. nie wiem ile.. jakieś 45 minut?
Zdążyła się uformować niezła kolejka.

Odpowiedziałam wszystko od początku - całą naszą historię niepłodnościową.
Od strony technicznej, przez najważniejsze badania, daty, cierpienie, emocje, poczucie niesprawiedliwości, problemy w małżeństwie, jazdy psychiczne po IVF, moją relację z Bogiem i KK. Opowiedziałam chyba więcej, niż trzeba było, ale miałam taką potrzebę. Cała ta folijka dzieląca nasze twarze była zaparowana. Było mi gorąco. Gestykulowałam, aż się upociłam cała.
Ksiądz słuchał.
I zadawał pytania, które świadczyły o tym, że ma wiedzę na temat IVF (przed spowiedzią nie byłam pewna, czy aby każdy ksiądz zna temat dokładniej).
Z pewnością jednak ja byłam stroną, która mówiła najwięcej.

Nie sposób opisać tutaj przebiegu tej spowiedzi.
I zresztą, jest to zbyt intymny temat, nawet jak na mój ekshibicjonizm.

Chciałam się podzielić z Wami kilkoma najważniejszymi punktami z tej spowiedzi, które są dla mnie bardzo istotne a może będą interesujące również dla osób, które przymierzają się / rozważają przystąpienie do tego sakramentu, po IVF (a wiem, że są takie):

Hejt KK w stronę osób korzystających z IVF
powiedziałam, że trudno jest słuchać stwierdzeń pod moim / naszym adresem, że jesteśmy "mordercami", że "kupiliśmy dzieci z taśmy", że je "wyprodukowaliśmy", że jesteśmy "ofiarami przemysłu in vitro"i że, nie daj Boże, dzieci mają "bruzdy dotykowe". Że czuję się "napiętnowana".
Ksiądz zapytał, od kogo słyszałam takie słowa. Od kogo konkretnie.
Trudno mi było wskazać kogoś konkretniejszego, niż "opinia publiczna" czy Fronda.
Tu mi ksiądz zwrócił uwagę, że Kościół ani tak nie myśli, ani nie używa, a przynajmniej nie powinien używać, takich stwierdzeń w tym temacie.
Że takie padają zazwyczaj ze strony fanatyków, którzy mogli by sobie darować, ale tego nie robią.

IVF jako niegodna metoda poczęcia
sama zaczęłam. Że wiem, że KK uważa metodę za niegodną, że ja to przyjmuję do wiadomości, ale nie powiem księdzu, że się zgadzam z tym stwierdzeniem, bo się z nim po prostu nie zgadzam. Że ja tej niegodziwości nie widzę, ale OK, przyjmuję do wiadomości, że takie jest stanowisko KK.
Nie jestem w stanie powtórzyć Wam, co ksiądz powiedział dokładnie, ale doskonale rozumiałam, że tu mamy zgodność.
Stwierdził, że w kościele póki co jest takie stanowisko, jak mówię, ale jego zdaniem kościół od tego odejdzie za jakiś czas. Że to jest kwestia dyskusyjna i jego zdaniem to się zmieni.

Kwestia nadliczbowych zarodków
czyli mój temat-obsesja. W moim przypadku zresztą, jak wiemy, uzasadniona.
Sam zapytał, czy mamy mrozaki i ile.
Powiedziałam.
Wyjaśniłam, że to jest wszystko takie nieprzewidywalne, że wtedy byliśmy absolutnie w amoku niepłodności, że klinika nie ułatwiła nam decyzji w temacie limitu i że teraz jestem mądrzejsza o pewne doświadczenia i przemyślenia, ale czasu, niestety, nie cofnę.
Jest to temat bez wątpienia najbardziej dyskusyjny podczas spowiedzi.
Ksiądz polecił, abyśmy wzięli odpowiedzialność za wszystkie zarodki. Powiedział, że wie, że liczba naszych mrozaków może być zdecydowanie za duża, żeby je wszystkie przyjąć, ale może równie dobrze być zbyt mała (w sensie, że nigdy nie wiadomo, czy wszystkie się rozwiną, przyjmą i tak dalej).
Poruszył też, bardzo wrażliwą kwestię, początku życia człowieka.
Powiedział, że nikt nie wie, kiedy właściwie mamy do czynienia z tym początkiem - kiedy powstaje człowiek. Ani naukowcy, ani kościół. Nikt.
Że jest to temat dyskusyjny wewnątrz KK.
Że były takie głosy, że wtedy, kiedy powstaje system nerwowy, czyli jakoś mniej więcej w trzecim tygodniu rozwoju. Ale, jako, że NIKT tego nie wie i nie ma pewności, KK podchodzi do tego bardzo zachowawczo, przyjmując najbezpieczniejszą wersję, jako że w grę wchodzi najwyższa wartość.
Stwierdził, że w tym wszystkim najważniejsza jest nasza odpowiedzialność za mrozaki, czekające w laboratorium.
(O samej istocie mrożenia nie rozmawialiśmy).

Żal za grzechy
oczywiście znowu sama zaczęłam. Że znam zasady, że warunkiem spowiedzi jest żal.
Powiedziałam, że nie powiem, że żałuję dziecka, bo oczywiste jest, że nigdy nie będę żałować mojego dziecka, które kocham najbardziej na świecie, mimo że jeszcze się nie urodziło. I że, moim zdaniem, nikt ode mnie tego nie wymaga.
Sama sobie zadałam pytanie, czy "żałuję samej procedury" - zaznaczam, że ksiądz mnie o to nie pytał. Odpowiedziałam, że żałuję, że w ogóle zostałam postawiona w obliczu takiej decyzji, że wolałabym nic nie wiedzieć o tym całym IVF i nadal się mądrować w tematach, o których nie mam pojęcia. I że jest we mnie jakiś żal - ale trudno mi go na ten moment skwalifikować. Że chyba za mało czasu minęło, że nie jestem w stanie spojrzeć na to wszystko z odpowiedniego dystansu. Że moja niepłodność nie skończyła się z momentem zajścia w ciążę, że ciągnie się za mną jakiś bliżej nieokreślony smród. I że nie chcę zrywać, ani z KK, ani tym bardziej - z Bogiem.

Rozgrzeszenie
dostałam.
Choć mam wrażenie, że w pewnym momencie nie było to takie oczywiste.
Byłam gotowa na "brak" rozgrzeszenia. Najważniejsze, że ksiądz mnie wysłuchał, nie potępił, nie zbrukał i podszedł jak do człowieka, który potrzebuje rozmowy, ukojenia, zrozumienia dla trudnej ścieżki, jaką się pokonało. Dla mnie to już było wiele.
Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że spore znaczenie miał fakt, że nie zlekceważyłam tematu mrozaków, że wykazałam chęć wzięcia za nie odpowiedzialności.
Chociaż mam wrażenie, że oboje, po dwóch stronach konfesjonału, zdawaliśmy sobie sprawę, że życie jest nieprzewidywalne.
Ksiądz mówiąc o odpowiedzialności używał słowa "spróbujcie".
A tego, że "spróbujemy" - tego akurat jestem pewna.
Dodał jeszcze na koniec, że gdybym się kiedyś w przyszłości z tego spowiadała i zdarzyło się tak, że nie dostanę rozgrzeszenia, to on mi to rozgrzeszenie teraz daje i nikt mi tego nie może cofnąć.
Zapytałam z przerażeniem, czy powinnam teraz w każdej spowiedzi o tym mówić? Nie. Jestem wyspowiadana. Ale przy kolejnych transferach być może powinnam - nie wiadomo do końca, bo to są wszystko "nowe sytuacje".


Podsumowując:
Bardzo się cieszę, że się zdobyłam na ten krok.
Czuję spokój. Może nie absolutny, wiadomo - ale jednak jest dużo lepiej.
Zachęcam tych, którzy się zastanawiają nad spowiedzią, żeby się odważyli (będąc jednak gotowym na każdy scenariusz).

W kwestii wyjaśnienia:
wybaczcie, że wyłączyłam możliwość komentowania tego postu.
Zrobiłam to po raz pierwszy w historii tego bloga.
Zdaje sobie sprawę, że w temacie poruszonych powyżej kwestii każdy może mieć odmienne zdanie. Zdanie księdza w poszczególnych tematach również może budzić kontrowersje, a nie chciałabym oberwać rykoszetem.
Odnotowałam wszystko w punktach, żeby zainteresowanym nakreślić obraz, jak taka spowiedź może wyglądać. Sama wcześniej szukałam takich info w sieci i nie udało mi się trafić, więc może komuś to się przyda.

Zależy mi na względnym spokoju na finishu mojej ciąży (34 tydzień).
Chciałabym uniknąć potyczek ideologicznych, dla dobra swojego i dziecka - bo te potyczki bardzo mnie emocjonalnie dotykają.
Jeśli ktoś ma jakieś dodatkowe pytania w temacie spowiedzi czy chociażby miejsca w jakim ta spowiedź się odbyła to zachęcam do kontaktu mailowego pinkthinkblog@gmail.com
Zresztą polecam to miejsce nie tylko ze względu na tą ostatnią spowiedź, ale również ze względu na wyjątkowe msze i świetną atmosferę.

Cieszę się, że Bóg mnie wysłuchał i postawił na mojej drodze tego a nie innego księdza.
Pozdrawiamy razem z Panną Wiercipiętką ;)



sobota, 17 stycznia 2015

Spotkania & rozmowy

Graphic: lavitrei / shutterstock


***

Stenograf #1

Spotykamy z Małżem w centrum handlowym znajomych nie widzianych od czerwca.
Kiedyś byliśmy w bardzo bliskich relacjach, potem nasze drogi i więzy się rozluźniły.
Wiedzieli, że staramy się bezskutecznie o dziecko od lat.
O mojej ciąży dowiedzieli się z smsa ze Świątecznymi życzeniami.
Przypadkowe spotkanie zaowocowało uściskami, głaskaniem brzucha i śmiechami.
Było bardzo miło.
Przy wspólnym posiłku gadałyśmy o porodach, niemowlętach, laktacji i ciąży.

Ona: Mam takie niedyskretne pytanie... udało się Wam wstrzelić czy musieliście, no wiesz, pokombinować z lekarzem?

Ja: Kombinowaliśmy z lekarzami, leczyliśmy się i ostatecznie udało się wstrzelić. 

Ona: Aha, to super!

I opowiedziała po krótce historie swojej znajomej, która skorzystała z IVF.
A ja skłamałam, bez mrugnięcia okiem (a może raczej: wyraziłam się mocno nieprecyzyjnie).
Dlaczego? Nie wiem.
Moja potrzeba rozmawiania o tym ze wszystkimi w okół minęła (wtedy potrzebowałam wsparcia) i teraz nie mam już ochoty odpowiadać na niedyskretne pytania.
Nie mam do niej pretensji, że zapytała.
Ale nie mam też wyrzutów, że skłamałam.



***

Stenograf #2

Wyjście na "piwo" ze znajomymi z pracy.
Pojawiła się koleżanka, która wróciła z macierzyńskiego.
Wiedziała, że długo się staraliśmy, że było pod górkę.

Ona: Mogę mieć niedyskretne pytanie?
(i weź, człowieku, odpowiedz na takie pytanie retoryczne)

Ja: Uhum.

Ona (z mega skonsternowaną miną): Ale zdiagnozowali u Was przyczynę, co było nie tak?

Ja: Tak. Znaleźli. Mieliśmy na papierze czarno na białym, co jest nie tak.

Ona: Aha. I pewnie dali Ci jakieś leki i zaskoczyło?

Ja: Tak - leków było dużo :)

Ona spojrzała na mnie zdezorientowana i dalej nie drążyła tematu. Czułam, że chciała zapytać o więcej, że moja odpowiedź nie zaspokoiła jej ciekawości, że w sumie nie dowiedziała się niczego konkretnego.

***

Stenograf #3

Ta sama koleżanka, co powyżej.
Zwierzyła się, że ma parę bliskich znajomych, którzy walczą z niepłodnością - zachodzą w ciążę, ale organizm koleżanki zwalcza zarodek. 

Ona: Wiesz, ta koleżanka ma z nami spoko relację. Robi prezenty mojemu dziecku i jest generalnie super ciocią. Ale on - masakra. Od czasu jak urodziło się nasze dziecko, widział się z nami raz, przeżywa. Strasznie słabe to jest. 

Ja (podjęłam próbę wyjaśnienia, że podejście kolegi nie jest "słabe"): Ja wiem, co oni czują. Wiem, co czuje on. Ja też tam byłam. To jest straszne, Kasia. Wyobraź sobie, że wracasz z wizyty lekarskiej w klinice niepłodności, gdzie otrzymujesz kolejne ze złych wieści, jesteś w psychicznej rozwałce i na parkingu pod domem spotykasz sąsiada, który z radością Ci oznajmia, że zostanie ojcem. To nie są emocje wymierzone przeciwko drugiemu człowiekowi. Jego emocje nie są wymierzone przeciwko Wam. To jest ogromne cierpienie tych ludzi. To jest skomplikowane, ale nie "słabe".

Ona: Taaak, ja wiem. Co nie zmienia faktu, że to jest takie słabe...

Ja: No nie wiem. Dla mnie to nie jest "słabe", tak bym tego nie nazwała. Trudno zdrowym zrozumieć chorych, sytym - głodnych.

Ona: Nie no ja rozumiem, ale słabo jakoś... tak czy inaczej.

Tu odpuściłam. 
Strzeliłam jej blaszkę w myślach i zaczęłam rozmowę z drugą stroną stolika. 
Miałam ją za inteligentną, oświeconą osobę, ale muszę przyznać, że po tej krótkiej rozmowie moooocno zmalała w moich oczach. 
Empatia jest, moim zdaniem, jedną z podstawowych zalet - której jej zdecydowanie brakuje. 

***

Podsumowując:
nie wkurzają mnie pytania badające, czy IVF, czy nie. Rozumiem ludzką ciekawość, ale przy tym daje sobie prawo do kłamstwa, tudzież zamącenia przekazu tak, żeby druga strona nic z tego nie rozumiała.
Ale braku empatii, sorry, ale osobiście nie rozumiem za grosz. I wkurza mnie to niemiłosiernie.


wtorek, 13 stycznia 2015

Syndrom wicia gniazda

Źródłó: http://matka-po-raz-pierwszy.blogspot.com/2014/01/syndrom-wicia-gniazda-pena-para.html 

To niesamowite jaką metamorfozę można zaliczyć w ciągu kilku miesięcy.

Jeszcze w lipcu byłam osobą wiecznie w ruchu, mocno skupioną na pracy. Trudno było mi spędzić w domu bezczynnie weekend, a co dopiero mówić o 9 miesiącach.
Aktualnie moją największą zajawką i frajdą jest segregowanie, pranie i składanie ciuszków niemowlęcych, chomikowanie akcesoriów, pogadanki o porodach i laktacji oraz szeroko pojęta organizacja domu. I nie - ja nie żartuję.
Robię to z takim zapałem i entuzjazmem, że nawet Małżowi się udzieliło. Btw - zażegnaliśmy wszelakie konflikty i jest aktualnie najlepszym Małżem po tej stronie globu. Kochający, troskliwy, uczynny jak jeszcze nigdy, niemal niepijący (symboliczne piwko kiedy gdzieś wychodzimy, za moim przyzwoleniem. Zawsze pyta teraz o zgode) i moooocno przestraszony wizją ogromnej ( acz cudownej i wyczekanej) zmiany w życiu :)
Mocno również duma nad swoją obecnością przy porodzie i widzę, że się chłopak niesamowicie miota. Nie należy raczej do twardzieli, co go hamuje w spełnieniu czegoś, czego definitywnie by chciał. Wydaje mi się, że i tak nie podejmie ostatecznej decyzji i po prostu zobaczymy co się wydarzy. Na początku będzie na pewno a potem.. się zobaczy. Raczej nie będę Go zmuszać - przynajmniej takie jest moje podejście na tą chwilę.

Czuję, że moje nasycenie tematem przygotowań na dziecko, zaczyna dobijać do poziomu "satisfied". 
Mamy już sporą część wyprawki a niebawem pojawią się brakujące elementy w postaci wózka, łóżeczka, przewijaka, isofixa i tym podobnych.

Wczoraj zapisałam się wreszcie do szkoły rodzenia i zaplanowałam sesję brzuszkową.
W najbliższą niedzielę jesteśmy umówieni z położną na zwiedzanie szpitala, w którym prawdopodobnie będziemy rodzić (prywatny szpital w którym można rodzić na nfz). Położna to dobra kumpela teściowej (zaliczam to do plusów :)) i zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, kiedy się poznałyśmy (jeszcze na początku mojej ciąży).

Planuję w przyszłym tygodniu spakować torbę do szpitala a potem ją ewentualnie uzupełniać. Wolę, żeby stała i się kurzyła niż zastanawianie się podczas każdego skurczu przepowiadającego "o-o, i co teraz".

Na koniec dodam, że stwierdzenie "życie jest ciężkie" nabrało dla mnie nowego wymiaru :) Zanim zaszłam w ciążę zawsze uważałam, że kobieta z brzuchem wygląda bosko i nie kryłam zachwytu. Nadal to podtrzymuję. Nie przewidziałam jednego:
Ten brzuch jest strasznie ciężki :) 
Może to kwestia mojego słabego kręgosłupa, może mojej niewielkiej postury ciała (165 cm) ale ledwo go dźwigam. Po większym posiłku nie jestem nawet w stanie siedzieć. Muszę się położyć.

Podobnie rzecz ma się z ruchami dziecka, o czym pisałam w ostatnim poście. STRASZNIE dają mi w kość. Wszystko było by super, gdyby nie fakt, że jestem fizycznie molestowana od środka. To boli, jest nieprzyjemne, momentami mam wrażenie, że mnie rozerwie od środka. Czasami tak mi Gwiazda wepchnie nogę w prawy bok, że bez problemu czuję to przez grubą kurtkę (dłonią). Wychodząc ze znajomymi na kolację, nie jestem w stanie prowadzić konwersacji bez przerywania co chwilę, zawieszania głosu i wydawania z siebie przeciągłego "pssss", "auć", "uhh", trzymając się przy tym bezustannie za prawy bok (to amortyzuje). Zaczynam się obawiać wsiadania za kierownicę, bo tak mnie kopie podczas jazdy, że wrzeszczę sama do siebie i jestem zdekoncentrowana.
Nie znałam dotychczas nikogo, kto by tak dotkliwie odczuwał ruchy dziecka a może nikt o tym głośno nie mówił. Nie wiem.
Być może znowu u mnie to kwestia budowy ciała i tego, że brzuch rośnie do przodu a nie na boki? Nie mam pojęcia.

A jak było u Was, jak czułyście ruchy?
Czy również były nieprzyjemne?


czwartek, 8 stycznia 2015

Trzeci trymestr in progress

Źródło: http://dzieci.pl/kalendarz-ciazy.html?smgputicaid=614209 

Sama nie wiem jak to się stało, że dobijam do finiszu 32 tygodnia ciąży i sprawy zaczynają nabierać tempa.

Samopoczucie
zacznijmy od tego, że jestem szczęśliwa.
Dziecko wypełnia mnie radością, psychicznie zerwałam z pracą, pogodziłam się z nowym rytmem życia- dużo spokojniejszym rytmem, odnalazłam się w tym. Znacznie udało się rozpędzić demony IVF.

Fizycznie natomiast zrobiło się dość ciężko.
Brzuch mooocnooo wysunął się na prowadzenie :) co powoduje bardzo mocne bóle kręgosłupa, uniemożliwiające wręcz pełną aktywność. Jedyną pozycją, w której nie bolą mnie plecy, jest leżąca - wtedy bolą mnie za to biodra.
Staram się nie człapać jak kaczka, ale słabo mi to wychodzi.

Bardzo dotkliwie odczuwam ruchy dziecka (od mniej więcej 3-4 tygodni).
Młoda straszliwie wierzga i kopie mnie w prawy bok - to nie jest przyjemne i boli.
Potrafi wypchać nogę czy rękę tak, że czuję je dość dobrze przez powłoki brzuszne.
Święta spędziłam niemal zgięta w pół - tak mnie lała.
Dziś wybrałam się na zakupy do centrum handlowego i jak słowo daję, dziewczyna chyba nie lubi wyprzedaży... lała mnie bez litości. Starałam się jak mogłam nie krzywić, ale chyba słabo mi to wyszło bo panie ekspedientki w sklepie były przerażone widząc moją krzywą minę i rękę nerwowo pocierającą bok wielkiego bebzola (btw. już mam coraz mniej siły na takie samotne wypady na 3 godzinne zakupy).
Pojawiają się też skurcze przepowiadające - dziwne uczucie, trochę jednak bolesne.

Oczywiście do pakietu dochodzą takie typowe dolegliwości jak zaparcia, duszności i mega-gigantyczny nacisk na pęcherz, ale już Wam oszczędzę.

Jeszcze kilka miesięcy temu trudno mi było uwierzyć, że można czekać i tęsknić do rozwiązania ciąży - teraz jednak taka postawa staje mi się coraz bliższa.
Mimo wszystko jednak, życzę każdemu takiej ciąży od strony fizycznej - póki co, odpukać, uniknęłam jakiś fatalnych dolegliwości.


Wizyta u Doktorka Prowadzącego
dziś odbyła się kolejna, która ujawniła wstrząsające fakty! :)
Otóż Młoda obróciła się główką w dół (i moim zdaniem stało się to mniej więcej w zeszłą sobotę) i zabrała ze sobą łożysko, które przestało zasłaniać ujście szyjki.
Czyli co to oznacza w praktyce? Ano to, że nie mam (póki co) przeciwwskazań do porodu siłami natury.
I co ja na to? Cieszę się. Boję, ale jednocześnie cieszę, bo włączyło mi się jakieś takie pierwotne pragnienie przeżycia SN (ze znieczuleniem rzecz jasna).
Generalnie postanowiłam zdać się na naturę tudzież na los i zobaczymy - jakkolwiek przyjdzie mi rodzić, wezmę to na klatę.
Staram się nie nastawiać.

Młoda Dama waży 2 kg 200 gr (to chyba zacnie jak na 32 tc) i ma dużą głowę, odpowiednią dla 35 a nie 32 tc (ale zdaniem Doktorka tak jest ok).
I bez wątpienia jest Młodą Damą, tu bez niespodzianek ;)


Wyprawka i przygotowania
czas zaiwania a ja mam już całkiem zacną część wyprawki.
Jestem w szale wicia gniazda.
Mnóstwo ciuszków darowanych lub kupionych od znajomych za bezcen czeka na sortowanie i pranie.
Mnóstwo rzeczy zakupiłam przez internet taniej.
W sypialni zamieszkała nowa komoda na rzeczy dla dziecka.
Zostały nam te "najcięższe" rzeczy, jak wózek (mam upatrzony model już od dawna), łóżeczko, isofix, przewijak i takie tam.

Na połowę stycznia zaplanowana jest sesja ciążowa.
Na luty - weekendowa szkoła rodzenia.
Chadzam na ciążowy aerobik.


Na koniec chciałam się pochwalić (tu lekki wstydzioch), że mój prawy cycek puścił dziś przed-laktacyjnego-kleksa.
Wooooo hooooo - radości nie było końca :)

I tak, Moi Drodzy, finał zbliża się wielkimi krokami a we mnie kotłują się emocje podobne do mieszanki radości i strachu. I sama nie wiem, co w tej mieszance dominuje.
Chyba jednak radość :)