sobota, 17 stycznia 2015

Spotkania & rozmowy

Graphic: lavitrei / shutterstock


***

Stenograf #1

Spotykamy z Małżem w centrum handlowym znajomych nie widzianych od czerwca.
Kiedyś byliśmy w bardzo bliskich relacjach, potem nasze drogi i więzy się rozluźniły.
Wiedzieli, że staramy się bezskutecznie o dziecko od lat.
O mojej ciąży dowiedzieli się z smsa ze Świątecznymi życzeniami.
Przypadkowe spotkanie zaowocowało uściskami, głaskaniem brzucha i śmiechami.
Było bardzo miło.
Przy wspólnym posiłku gadałyśmy o porodach, niemowlętach, laktacji i ciąży.

Ona: Mam takie niedyskretne pytanie... udało się Wam wstrzelić czy musieliście, no wiesz, pokombinować z lekarzem?

Ja: Kombinowaliśmy z lekarzami, leczyliśmy się i ostatecznie udało się wstrzelić. 

Ona: Aha, to super!

I opowiedziała po krótce historie swojej znajomej, która skorzystała z IVF.
A ja skłamałam, bez mrugnięcia okiem (a może raczej: wyraziłam się mocno nieprecyzyjnie).
Dlaczego? Nie wiem.
Moja potrzeba rozmawiania o tym ze wszystkimi w okół minęła (wtedy potrzebowałam wsparcia) i teraz nie mam już ochoty odpowiadać na niedyskretne pytania.
Nie mam do niej pretensji, że zapytała.
Ale nie mam też wyrzutów, że skłamałam.



***

Stenograf #2

Wyjście na "piwo" ze znajomymi z pracy.
Pojawiła się koleżanka, która wróciła z macierzyńskiego.
Wiedziała, że długo się staraliśmy, że było pod górkę.

Ona: Mogę mieć niedyskretne pytanie?
(i weź, człowieku, odpowiedz na takie pytanie retoryczne)

Ja: Uhum.

Ona (z mega skonsternowaną miną): Ale zdiagnozowali u Was przyczynę, co było nie tak?

Ja: Tak. Znaleźli. Mieliśmy na papierze czarno na białym, co jest nie tak.

Ona: Aha. I pewnie dali Ci jakieś leki i zaskoczyło?

Ja: Tak - leków było dużo :)

Ona spojrzała na mnie zdezorientowana i dalej nie drążyła tematu. Czułam, że chciała zapytać o więcej, że moja odpowiedź nie zaspokoiła jej ciekawości, że w sumie nie dowiedziała się niczego konkretnego.

***

Stenograf #3

Ta sama koleżanka, co powyżej.
Zwierzyła się, że ma parę bliskich znajomych, którzy walczą z niepłodnością - zachodzą w ciążę, ale organizm koleżanki zwalcza zarodek. 

Ona: Wiesz, ta koleżanka ma z nami spoko relację. Robi prezenty mojemu dziecku i jest generalnie super ciocią. Ale on - masakra. Od czasu jak urodziło się nasze dziecko, widział się z nami raz, przeżywa. Strasznie słabe to jest. 

Ja (podjęłam próbę wyjaśnienia, że podejście kolegi nie jest "słabe"): Ja wiem, co oni czują. Wiem, co czuje on. Ja też tam byłam. To jest straszne, Kasia. Wyobraź sobie, że wracasz z wizyty lekarskiej w klinice niepłodności, gdzie otrzymujesz kolejne ze złych wieści, jesteś w psychicznej rozwałce i na parkingu pod domem spotykasz sąsiada, który z radością Ci oznajmia, że zostanie ojcem. To nie są emocje wymierzone przeciwko drugiemu człowiekowi. Jego emocje nie są wymierzone przeciwko Wam. To jest ogromne cierpienie tych ludzi. To jest skomplikowane, ale nie "słabe".

Ona: Taaak, ja wiem. Co nie zmienia faktu, że to jest takie słabe...

Ja: No nie wiem. Dla mnie to nie jest "słabe", tak bym tego nie nazwała. Trudno zdrowym zrozumieć chorych, sytym - głodnych.

Ona: Nie no ja rozumiem, ale słabo jakoś... tak czy inaczej.

Tu odpuściłam. 
Strzeliłam jej blaszkę w myślach i zaczęłam rozmowę z drugą stroną stolika. 
Miałam ją za inteligentną, oświeconą osobę, ale muszę przyznać, że po tej krótkiej rozmowie moooocno zmalała w moich oczach. 
Empatia jest, moim zdaniem, jedną z podstawowych zalet - której jej zdecydowanie brakuje. 

***

Podsumowując:
nie wkurzają mnie pytania badające, czy IVF, czy nie. Rozumiem ludzką ciekawość, ale przy tym daje sobie prawo do kłamstwa, tudzież zamącenia przekazu tak, żeby druga strona nic z tego nie rozumiała.
Ale braku empatii, sorry, ale osobiście nie rozumiem za grosz. I wkurza mnie to niemiłosiernie.


46 komentarzy:

  1. Od jakiego czasu czytam Twojego bloga,ale dopiero teraz odważyłam się napisać. Dzięki Tobie wierzę, że i namsię uda. Od 2 lat walczę z prolaktyną (mam jej nad stan mogłabym się z kim podzielić), a wcześniej z tarczycą bo okazało się, że jest guz. I powiem, że mnie wkurzają ciągłe pytania, że za chwile 30-te urodziny najwyższy czas coś zaplanować itp. No eureka - mam wtedy na myśli. I masz rację ciężko to zrozumieć komuś to takich a innych problemów nie miał. Zauważyłam też, że gorzej jest gdy sytuacja się odwraca i taka osoba ma jakieś problemy. Przepraszam chyba musiałam to siebie wyrzucić. Życzę zdrowia i szczęścia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, bardzo miło powitać! :)
      Cieszę się, że poza moją paplaniną blog ma jakąkolwiek funkcję wspierającą innych w tej walce. Cieszę się ogromnie!

      U mnie teraz są pytania o IVF a wcześniej były "kiedy? kiedy?".
      Nawet pani ekspedientka-sąsiadka, potrafiła wyjechać z tekstem, że już czas na dzieci a nie tylko kariera i kariera.

      Trzymam za Ciebie kciuki!
      Nie masz za co przepraszać i pisz jak tylko będziesz miała potrzebę.

      Usuń
    2. Dzięki:) Mam nadzieje, że się uda, ale przyznam szczerze nie wiem jak to robiłaś, że byłaś taka dzielna bo moja psychika już wysiada:(. A ludzi pomału już nie słucham, ale kiedyś może się stać tak, że wybuchnę. Chciałabym mieć choć jedną osobę która by wysłuchała doradziła, ale nie prawiła morałów i banałów.Powodzenia życzę.

      Usuń
    3. Miałam swoje słabsze i mocniejsze momenty. Najbardziej wykańczało mnie czekanie na IVF. Sama procedura poszła całkiem przyzwoicie.
      A kiedy podchodzisz? Jesteś już w trakcie stymulacji?

      Usuń
    4. Mi lekarze zalecają dalsze staranie, bo u mnie problem tkwi w prolaktynie ciągle z nią walczę o ona raz tak raz inaczej...Póki co plątam się od jednego uczonego do drugie i trzeciego bo do tego dochodzi tarczyca. Czasem myślę, że odstawie to wszystko na bok i zdam się całkowicie na naturę i odpocznę psychicznie bo im więcej słyszę co u mnie szwankuje tym bardziej się zastanawiam czy to ma sens, a najbardziej boje się o zdrowie przyszłego maleństwa.

      Usuń
  2. Co za kobieta... no ludzie drodzy! Słabooo to ja się poczułam, jak to przeczytałam... Tak naprawdę to ona nic nie rozumiem, ale cóż... takiej nie przegada.

    Pozdrawiam ciepło :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie.
      Najdziwniejsze jest to, że dotychczas lubiłam ją bardzo, wydawała mi się na prawdę światłą, konkretną, inteligentną laską. Tzn... brak empatii nie oznacza braku inteligencji :) ale w moich oczach meeeeega dziewczyna straciła.
      Cóż. Współczuć tylko tym ich przyjaciołom, że nie mogą liczyć na wsparcie.

      Usuń
  3. No niektórym brak taktu... W dzisiejszych czasach gdy wiele par ma trudność z zajściem w ciążę nie powinno się zadawać pewnych pytań. Zobaczysz, że urodzisz jedno będą się Ciebie pytali no to kiedy drugie... i usłyszysz wiele złotych rad że najlepiej jedno po drugim bo to bo tamto bo sramto :) Ja jestem przekonana że to że my się zdecydowaliśmy dość szybko na drugie teściowa myśli że to zasługa jej dobrych rad :) hehe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe coś w tym jest.
      Jestem w 8mym miesiącu ciąży i powoli oduczyłam się rozmawiania z innymi matkami o wyprawkach, wychowywaniu dzieci, pielęgnacji itd.
      Dlaczego? Dlatego, że szlag mnie trafia, że często rozmowa toczy się nie w sposób po prostu przedstawiający swoje poglądy, ale koniecznie z zamiarem imputowania mi i przekonania, że nie mam racji albo robie coś źle albo na pewno będzie inaczej niż mi się wydaje albo że muszę coś kupić albo że w ogóle nie powinnam czegoś tam kupować, bo to fanaberia jest.

      I tak, siedząc na imprezie między dwoma matkami dowiaduje się

      z lewej strony: że muszę kupić urządzenia X i Y, bo one są konieczne i generalnie jak ja sobie wyobrażam życie bez tych urządzeń? no i oczywiście rodzicielstwo bliskości. koniecznie.

      z prawej zaś, wywijając oczami pod niebiosa: yyy, generalnie za jej czasów nie było takich mecyji i fanaberii. że cyrkuję, bo kupiłam termometr bezdotykowy. no ale że generalnie ludzie teraz tak wydziwiają, szczególnie przy pierwszym dziecku.
      i że sama zobaczę, ale ja na pewno nie będę robiła tak i tak, bo to teraz mi się tylko wydaje....

      i taaak dalej :))))
      Myślę, że muszę się szybciutko uodpornić, bo jak pójdę z dzieckiem na plac zabaw i dopadną mnie inne matki-agitatorki to zapadnę na jakąś nerwicę :)

      Usuń
    2. Tu akurat trochę Cię podenerwuję, bo trochę racji mają w kwestii ogólnej te mamy, o których piszesz. Osobiście przekonałm się o tym, że RODZICIELSTWO (macierzyństwo) jest jedną z dziedzin, gdzie bardzo wyraźnie teoria nijak ma się do praktyki :D Jak ja się kiedyś mądrowałam, dawałam rady, wszystko wydawało się takie oczywiste, a tak naprawdę dyskutowałam o rzeczach, o któych nie miałam pojecia...Wiadomo, każdy ma swój pogląd na dany temat, często nie ma jednej "racji", ale czasami trzeba coś przeżyć, żeby mieć o tym pojęcie, jak wspominam swoją pewność siebie nt. macierzyństwa, z czasów kiedy byłam jeszcze w ciązy, to zalewam się rumieńcem, na te moje 'mądrości".

      Usuń
    3. Hehe, coś w tym jest, bo śmieje się sama z siebie w koleżankami, że jestem obecnie "wysoce wyedukowana" bo kilka książek przeczytałam :)) Także raczej się nie mądruję, podchodzę z dystansem do własnej wiedzy i przekonań a kompletowanie wyprawki i przygotowania do dziecka zaczęłam od czerpania wiedzy i know-how innych mam :)

      Ale już mi przechodzi powolutku :)
      Bo to nie chodzi o to, że ja mam inne zdanie, one inne i jest konflikt. Nie.
      Tylko jak mi laska wyjeżdża z tekstem i porównuje nie karmienie dziecka piersią do bicia i znęcania się a cesarskie cięcie do oddania dziecka na wychowanie opiekunce to cycki mi opadają. Na argument "ale niektóre kobiety mają problemy z laktacją... nie mogą" odpowiedź brzmi "to niech się, kurwa, zmusi" no to..cóż. Albo zaczyna mi imputować, że ja na pewno będę robiła tak czy śmak, że na 100% powinnam cośtam.
      W międzyczasie dowiedziałam się też, że czytanie książek o dzieciach to jest bzdura, bo "kiedyś tego nie było i ona od razu wiedziała co ma robić" i taaaak dalej.

      Więc nie chodzi mi o przekazywanie wiedzy merytorycznej ale raczej takie pierdolenie w efekcie odpieluszkowego zapalenia mózgu chyba :)
      Powoli uczę się, że rodzicielstwo to jest temat podobnie sensytywny co religia czy polityka i lepiej tej dyskusji nie zaczynać, jak sie nie chce popsuć atmosfery :)

      Sensowną wiedzę zaś i doświadczenie, jeśli tylko ktoś mi na siłę nie imputuje swoich racji, łykam jak głodny bułkę (całą moją wyprawkę skompletowałam starając się bazować na doświadczeniach mam - jak chociażby Juti w serii "wyprawkowe dylematy").

      Usuń
    4. o jak ja bym chciała aby mi się ktoś pomądrował w kwestii termometru :) nasz bezdotykowy za każdym razem mierzy inną temperaturę i jest jednym wielkim niewypałem. w szpitalu jak byliśmy polecały nam pielęgniarki do ucha ale sama już nie wiem. Póki co najlepiej mierzy się w tyłku ale i najtrudniej bo Młody się baaardzo buntuje. A co do gadżetów to dzisiaj widziałam podgrzewacz do pieluch i chusteczek i oczy przecierałam ze zdumienia :D Dopiero by babcie padły gdybym sobie kupiła :) hihihihi na bank by pomyślały że zwariowałam :)

      Usuń
    5. Trzeba przyznać, że ten termometr bezdotykowy to istny niewypał :) Zrobiłam kilka testów i za każdym razem pokazuje inną temp - tak jak piszesz. Zapłaciłam za niego 150 zł i już złożyłam reklamację.

      Z tym, że to mądrowanie się mam nie polega na merytorycznych informacjach zazwyczaj, tylko wywracaniu oczami :)
      A podgrzewacz do pieluch i chusteczek - wychodzę z takiego założenia, że jeśli ktoś ma ochotę kupić i ma na to kasę to nic nikomu do tego :))
      Ale już widzę minę swojej teściowej i kilku koleżanek... :)))))
      Jedna to mnie zjechała normalnie, że termometr do wanienki kupiłam (za całe 4 zł!) - że łokciem mam przecież sprawdzać, przecież mi mówiła !!! ;))))

      Usuń
    6. Daj znać czy reklamacja coś pomoże bo ja już jestem prawie zdecydowana ten nasz sprzedać, my mamy microlife i jakby co nie polecam :) Muszę się zainteresować tym do ucha, może rzeczywiście są lepsze. Młody nam chorował prawie dwa miesiące więc miałam okazję z niego dużo korzystać. Nawet jak go miałam w szpitalu jak byliśmy z zapaleniem płuc i pokazywało powyżej 37,5 to dostawałam taki zwykły do pupy aby potwierdzić temperaturę.

      Usuń
  4. Czytam i kibicuje od poczatku :-) I chyle czolo uznania dla Twojej empatii. Bo czesto tym ktorym sie udalo zapominaja i torturuja innych. Wkurzaja mnie te wyimaginowane konkursy na super, seksi matke ekspertke. A do tego zmiana profili spolecznosciowych na albumy rodzinne z wielkimi , filozoficznymi haslami o istocie macierzynstwa. Zeby wszyscy widzieli ze matki przezywaja swiat glebiej, bardziej. To jest slabe!
    Pozdrawiam wszystkie walczace! Jest swiatlo w tym tunelu. Uwierzcie.
    Ta kolezanka uwaza sie za lepsza i pokrzywdzona postawa znajomego?! Rece opadaja...

    PS. Tez mi sie wydaje ze nie ma co sie wdawac w szczegoly. Ale to Twoja decyzja. Wasza.
    Zdrowka dla Malenstwa i Mamy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy - bo nie wiem, jakie Twe imię :) - dobrze piszesz. Ja się czasem oglądam wzdłuż i wszerz, bo nie chcę się zatracić. Nie w macierzyństwie bynajmniej (choć w tym też tak do końca nie chcę, bo to przecież może (a nawet dla mnie jest!) najważniejsze, ale nie może być wszystkim), ale właśnie w tym konkursie - jak piszesz. A łatwo jest, bo w sumie nie wiem, kiedy jest za dużo, za bardzo, za często. Co jest normalne, a co jest mądrzeniem. Co jest filozoficznym hasłem na temat rodzicielstwa, a co nie jest. Trudno to uchwycić. Czy jak wrzucę da zdjęcia na fb mojego dziecka to za dużo? Kurczę, niełatwe to...
      Dla mnie najważniejsze jest, że ZAWSZE pamiętam, że starałam się w bólach o dzieci. NIGDY tego nie zapomnę. NIGDY nie zapytam nikogo "kiedy dziecko?", "kiedy drugie?". I kiedy zaszłam w ciążę, powiedziałam od razu starającej się kumpeli, że zrozumiem, jeśli nie będzie chciała się ze mną widzieć itd.
      A światło w tunelu jest! Bardzo wierzę w medycynę! Dzięki niej mam dzieci!

      Pink - widać taki czas. Czujesz, że tak lepiej (zapewne i dla dziecka) i tak robisz. Ja co prawda z tych głoszących niemal wszystkim, ale też w dużej mierze w niedomówieniu. "Nie udałoby się bez lekarza", "natura zawiodła". Pracuję w specyficznym, choć przemiłym miejscu. O poronieniu głosiłam wprost, o in vitro nie do końca mogę. Mimo wszystko nie będę stygmatyzować dzieci. Jeszcze nie czas.
      Każdy wie, co ma robić i to czuje. Wierzę w to.

      Usuń
    2. Juti dla Ciebie tez wyrazy szacunku! Bardzo madra wypowiedz! Dziekuje za zrozumienie tego co chcialam przekazac w swoim komentarzu. Ty doskonale uchwycasz granice i jestem pewna ze jestes normalna a przez to bardzo dobra Mama. Pozdrawiam serdecznie! -Anonimowy ;-)

      Usuń
    3. A ja nie rozumiem, uważam źe pewne tematy są zbyt osobiste bo o nie tak po prostu zapytać. Co im ta wiedza da? Przyjdą może potem Waszą córrcię oglądać pod tym kątem? Nie cierpię takiego wścibstwa.

      Usuń
    4. Mia masz racje. Ja mam takie samo stanowisko ale to indywidualna decyzja czy ktos sie chce dzielic szczegolami. Ktos kiedys na tym blogu napisal w komentarzu ze gdy jakas wscipska osoba pyta o in vitro trzeba sie jej zapytac w jakiej pozycji jej dziecko zostalo splodzone i gdzie? Czy w kuchni na stole czy w sypialni? :-)

      Usuń
    5. Każdy pewnie jakoś inaczej odbiera takie pytania.
      Jednych wkurzają, jedni mają jakiś tam margines tolerancji.
      Ja w sumie powinnam napisać, że mój poziom zrozumienia i emocji zależy od tego, kto pyta.
      Niektórym o IVF mówię, niektórym nie. Robię to wg własnego "widzi mi się" w zasadzie.

      Usuń
  5. A ja napiszę tak: co do rozmowy pierwszej, bo te kolejne to bez komentarza zostawię - w sumie skoro tamci wiedzieli, że się długo staracie, to pytanie chyba nie było aż tak niedyskretne. Za to odpowiedź mnie dziwi:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie nie dziwi... Wiem, że naprawdę trudno w to uwierzyć, ale dla niektórych ludzi in vitro nadal stanowi coś nie do ogarnięcia rozumem, i tworzą na jego temat tak niestworzone historie, że głowa mała. I na temat dzieci urodzonych z in vitro również. Nie każdy ma ochotę uświadamiać ciemną masę naszego społeczeństwa, a tym bardziej przyglądać się później temu, jak dziecko jest bacznie obserwowane, czy spełnia wymogi "normalności".

      Słabe, słabe... Słabo to jest wtedy, kiedy ktoś nie zada sobie minimum trudu, aby zrozumieć drugiego człowieka.

      Usuń
    2. No niestety dużo prawdy w tym, co pisze Marta. Ja pracuję w szkole i naprawdę mam tam życzliwych, bardzo wykształconych, rzekłabym nawet światłych ludzi. Fajna mi się ta szkołą trafiła. Ale i tak na temat in vitro usłyszałam wiele "ciekawych rzeczy". I kiedyś koleżanka chwyciła mnie za rękaw, pokazała dziecko i mówi: "wiesz, ono podobno jest z in vitro!".

      I żyje! ;)

      Dla większości ludzi in vitro to kosmos. Nie spotkali się z tym w swoim otoczeniu, tylko o nim coś tam (zwykle bzdury) słyszeli. Plus dochodzi kościół, który dokłada swoją niefajną cegiełkę. I należałoby pewnie szerzyć w tym celu oświatę, ujawniać się, mówić, dementować bzdury, tylko nie każdy chce i może. I ma siły. No i jakby nie patrzeć, dostaje się też dzieciom - więc rodzi się pytanie; czy warto?

      Usuń
    3. No i właśnie chyba o te dzieci chodzi tu najbardziej, bo jeśli masz przed sobą wizję tego, że za rok, dwa, trzy będziesz musiała przekonywać, że Twoje dziecko naprawdę nie świeci, nie ma trzech rąk, i nie szczeka, to... zwyczajnie się odechciewa. Nawet jeśli całym sercem jesteś za tym, żeby ludzie, którzy nigdy nie będą musieli "uciekać" się do tej metody, zrozumieli z czym się to je... Z drugiej strony myślę, i tu zwracam się do osoby Anonimowej, od której zaczęła się ta "dyskusja w dyskusji", że jeśli ktoś sam nie musiał korzystać z pomocy medycyny, ani Jego bliscy czy znajomi również, to ma prawo oczywiście nie wiedzieć. Choć tu może należałoby napisać "teoretycznie nie wiedzieć", bo serio, mam wrażenie, że niektóre nastolatki są bardziej obeznane w temacie, niż tzw. ludzie dorośli. Tyle, że tu się nasuwa myśl kolejna- jeśli się nie znam, to się nie wypowiadam, a już na pewno- nie powtarzam bzdur. Ja mam tak na przykład z fizyką kwantową, albo tym, co jest pod maską samochodu :)

      Usuń
    4. Marta W., Juti - ja nie spotkałam się z takimi ludźmi o jakich piszecie. Myślę, że niektóre rzeczy celowo są przejaskrawiane, żeby zagłuszyć te prawdziwe rzeczy. Że niby trzy ręce, świeci, szczeka... - no bez przesady. Jeśli ktoś ma odmienne zdanie to od razu ciemnogród? Nie trzeba być polonistą, by nie popełniać błędów ortograficznych, nie trzeba być pilotem, by znać się na budowie samolotu...Również uważam, że ludzie powinni dokładnie wiedzieć na ten temat dużo więcej - konkretów, nie rzucanych przez "entuzjastów" bzdur.

      Usuń
    5. Anonimowy - tu nie chodzi (przynajmniej mnie) o odmienne zdanie. Odmienne zdanie można sobie mieć, ale nie powinno się wiązać z piętnowaniem czy nawet "nawracaniem" innych. Moim zdaniem. Przykłady?
      1) Już wspominałam kiedyś: moja bardzo dobra koleżanka po związaniu się z grupą katolicką i wsiąknięciu w ich klimat, zerwała kontakty ze swoim przyjacielem gejem - bo "kościół tego nie akceptuje i ona nie chce mieć takich znajomych".
      2) Ta sama koleżanka potrafiła do mnie zadzwonić w pewną niedzielę, gdy moja Ł miała 4 lata, by mnie pouczyć, że in vitro jest grzechem (ja uczciwie jej 5 lat wcześniej powiedziałam o sposobie poczęcia córki, niestety jej się pomyliło, bo dla niej pojęcia inseminacja i in vitro niewiele się różniły - ale to na marginesie). I że ona wtedy nie wiedziała, a teraz wie i w związku z tym, musi mnie - cytuję; "sprowadzić ze złej drogi". Do tej pory nie wiem, jak to się miało odbyć, gdy dziecko już było na świecie, bo po wysłuchaniu wykładu o fenomenalnych sukcesach napro, powiedziałam jej, że L nie jest z in vitro przecież (co było prawdą), co jej skutecznie zamknęło usta. W sprawie F nie pytała już o sposób poczęcia, zresztą nie powiedziałabym jej już. Mamy zresztą obecnie niezwykle rzadkie kontakty.
      3) Przyjaciółka przygotowująca się do pierwszej inseminacji, która mówiła o tym wprost znajomym, w pracy, rodzinie, została potępiona przez swoje dwie bardzo bliskie przyjaciółki związane z kościołem. Nie było to w stylu: "będę się za ciebie modlić", ale z jawną, negatywną oceną ("jak możesz!" "i ty się nazywasz katoliczką!"). Były to bardzo bliskie jej osoby, z jedną z nich mieszkała wspólnie przez kilka lat. Obie wiedziały o wieloletnich staraniach, były wtajemniczone w rozpacz i ból.

      Usuń
    6. Nie do końca chyba rozumiem co masz na myśli pisząc, że niektóre rzeczy są celowo przejaskrawiane, żeby zagłuszyć rzeczy prawdziwe? Prawdziwe, czyli jakie? Podobnie jak Juti, nie mam najmniejszego problemu z tym, że ktoś może mieć odmienne zdanie od mojego. Jego prawo, i nie mnie to negować. Jak świat światem, nie tylko przy in vitro, będą zwolennicy i przeciwnicy. Przyznasz jednak, że jest różnica, kiedy jest się otwartym na argumenty (pod warunkiem, że są one rzeczowe), a kiedy ktoś "i tak wie lepiej"- mimo, że w danym temacie nie wie nic, i nie masz najmniejszych szans przytoczyć mu faktów.

      A co do przejaskrawień, to owszem- na szczęście w mojej rodzinie (choć nie wszyscy) i wśród znajomych termin in vitro jest oswojony, i nikt sobie cudów na kiju nie wyobraża, ale uwierz- naprawdę są tacy ludzie, dla których in vitro to nie tylko ZŁO, ale dzieci z in vitro to niemal kosmici. I to jest przykre. Bo to już rażąca niewiedza.

      Usuń
  6. ciemna masa?? a odpowiedź mnie dziwi, ale napiszę o tym kiedyś, na spokojnie:) i nie chodzi tu na pewno o to, że ktoś nie ma ochoty uświadamiać innych, oj na pewno nie o to:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Tak rozumiemy ludzką ciekawość, ale czasami nie zna ona granic. Jestem tu pierwszy raz, wiec muszę złożyć serdeczne gratulację!

    OdpowiedzUsuń
  8. Już sama nie wiem, czy takie głupie zachowanie ludzi wynika z głupoty, braku taktu czy złośliwości, chęci dogryzienia komuś i "dowartościowania się tym" tym samym...Sama , jak juz byłam w ciąży, skończyłam z męczącą mnie obłudą i przyznawałm się do walki z niepłodnością, ale nikomu nie mówiłam o tym, że korzystaliśmy z inseminacji, to tylko nasza sprawa, czy inni rozmawiają o tym, że poczeli dziecko na stole w kuchni albo pod kołderką w sypialni? ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Niektórych ludzi zrozumieć się nie da. A ciekawość ludzka nie zna granic. Szkoda nerwów ;)
    Ja dziś jestem podekscytowana po wizycie u pana doktora. W końcu coś się będzie dziać :)
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  10. Slabiutko to sie ta kolezanka popisala... Moze, tak jak piszesz, jest wyksztalcona i inteligentna, ale to nie zmienia faktu, ze empatii to ona nie ma za grosz. Ogolnie, zachowuje sie jak gdyby ona i jej dziecko byli pepkami swiata. Sama pewnie zaszla w ciaze po "jednym strzale" i nie ma pojecia jak to jest walczyc, czekac, cierpiec i plakac... Ale oczekuje, ze kazdy bedzie sie zachwycal jej dzieciatkiem. Pewnie, ze dla kazdego rodzica jego dziecko jest najwspanialsze na swiecie, ale do cholery nie potrzeba niezmierzonych pokladow zrozumienia, zeby dotarlo, ze ci ktorzy staraja sie latami, nie moga zniesc kolejnego niemowlaka w otoczeniu...
    Nie dziwie sie, ze nie mowisz wprost o in-vitro. Szczegolnie w Polsce, takie wyznanie moze zaowocowac licznymi atakami ludzi mniej lub lepiej Ci znanych, probujacych Cie "nawrocic". To jeszcze mozna przelknac, ale pietnowanie dziecka, o jakim pisze Juti? Nawet jesli jest to niewinne pokazywanie palcem ze scenicznym szeptem... Tez mi sensacja, ze dziecko poczete metoda in-vitro! Szczegolnie w dzisiejszych czasach. Dziecko to nie jest okaz w zoo, zeby je sobie pokazywac niczym ciekawostke albo wybryk natury...

    OdpowiedzUsuń
  11. Wielu ludzi ma tupet! Nigdy w zyciu nie wyskoczylabym z takim pytaniem a juz na pewno nie dociekalabym szczegolow. Jak ktos chce sie z kims podzielic informacja to ich sprawa, ale zeby byc wypytywanym o detale to juz przesada. Swietnie wybrnelas z sytuacji :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Hello, hello, znów smakowita dyskusja! Tak sobie gimnastykuję umysł i przypominam jak to było ze mną, zanim marzyłam o swoim bejbisiu... Otóż :) Zawsze w obiegu były jakieś historie niepłodnościowe, przekazywane w formie plotek. Potem wszystkie te historie miały swój happy-end, a my dopytywaliśmy się, tak dla ścisłości: "no i jak im się w końcu udało?" nie przykładając zbyt wiele uwagi co do tego, czy pytanie jest na miejscu, czy nie. To było takie mechaniczne, jerk-reaction pytanko. Dopiero po własnych przejściach odkryłam, że są one wysoce niedyskretne. I podobnie jak Ty, nie pytam znajomych par o planowanie dzieci.

    I jeszcze wracając do mnie - ja sama trochę byłam sobie winna, bo większość osób w kręgu moim wiedziało ode mnie, że nie możemy zajść w ciążę (z różnym stopniem wtajemniczenia w cierpienie i metody leczenia). I gdy już wreszcie zobaczyłam te dwie kreski na teście i wieść gminna się rozniosła, to oni, gratulując, dopytywali mnie, czy udało nam się wstrzelić :) i wtedy robiło się dosyć niezręcznie... A gdybym tak trzymała język za zębami, to nie musiałabym potem wymyślać wykrętnych odpowiedzi tam, gdzie nie chciałam dzielić się całą historią...

    Buźki Grubasko :)))

    OdpowiedzUsuń
  13. Melka, dyskusja na 102 ;)

    Zgadzam się z Tobą, w większości :)
    Ja nie czuję się "winna", przynajmniej tak bym tego nie określiła.
    U mnie sporo osób z otoczenia wiedziało o niepłodności, o staraniach, o tym że był problem - mniej lub więcej. Swojego czasu potrzebowałam o tym rozmawiać, potrzebowałam wsparcia. Taką mam naturę, że trudno mi dusić trudne tematy w sobie.
    I dlatego teraz nie mam pretensji, że czasem padnie takie pytanie o to w jaki sposób się udało - zresztą tak jak napisałam w poście. Rozumiem to. Rozumiem taką ludzką ciekawość.
    Nawet gdzieś w naszych dyskusjach w komentarzach na którymś z blogów pisałam, że zdziwiona jestem, że nikt nie pyta :)
    Stąd też mój post o tym - bo w końcu ktoś zapytał, więc postanowiłam to reportersko odnotować :)

    A moja odpowiedź to już zupełnie inna historia :)
    To, że skłamałam w pierwszej rozmowie - daje sobie do tego prawo, po prostu.
    I czy kogoś to dziwi czy nie, czy się podoba czy nie - nie mam najmniejszego zamiaru się z tego nikomu tłumaczyć :)

    Dziewczyny powyżej rozwinęły dyskusję w temacie czy mówić czy nie - wgłębiając się w różne trudne aspekty jak świadomość ludzi, poglądy lub przesądy i tak dalej (a ja się świadomie w tą dyskusję nie włączyłam, bo jakoś w kilka tygodni przed porodem nie chcę się wdawać w ideologiczne potyczki i rozprawki. I tak sobie ich sporo fundowałam w ciąży, na własne życzenie).

    Moje kłamstwo z pierwszej rozmowy nie ma aż tak głębokiego podłoża przemyśleń - po prostu nie miałam ochoty ich informować o tym.

    I tak jak napisałam: ja mam sporą tolerancję na pytania ludzi i osobiście daję im do tego prawo.
    Ale sobie daję prawo do odpowiedzi zgodnie z własną "ochotą", nawet jeśli miała bym kłamać.

    Grubaska pozdrawia Koszałkową Mamuśkę :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Słabe jest zdecydowanie podejście tej koleżanki...A Twoje odpowiedzi w dwóch pierwszych sytuacjach jak najbardziej rozumiem - bo skoro nie musimy się nikomu spowiadać z naszych ulubionych łóżkowych pozycji i innych osobistych, intymnych spraw, to dlaczego mamy spowiadać się w kwestii tego, w jaki sposób zaszłyśmy w ciążę? Tym bardziej, że niektórzy ludzie nadal mają w temacie in vitro poglądy nawet nie tyle konserwatywne, co podszyte głupotą, strachem i zabobonem...

    OdpowiedzUsuń
  15. Ludzie potrafią być bezczelni. Niestety i z takimi musimy życ. Wspaniale wybrnelas z tych sytuacji.
    Życzę szczesliwego rozwiazania :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Jakby to powiedzieli panowie w moich stronach na temat ostatniej rozmowy ' rozmowa ch# z butem- nie rozumiem dziewczyny, nie tylko nie czuje sytuacji, nie dociera tez do niej co się mówi...
    ale przypomniało mi się pewne wydarzenie z mojej sali poporodowej. Dziewczyna wyznała nam, że jej synek jest z in vitro, a ja bez zastanowienia powiedziałam ' o! To podwójnie gratulacje! " i do dziś się zastanawiam, czy ta reakcja była ok?
    Ściskamy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dla mnie Twoja reakcja była jak najbardziej OK :)) Bardzo miła :)
      Trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktoś mógł się do czegoś doczepić ;))
      Ściski.

      Usuń
  17. Pink - jak to mówią, jak się nie da drzwiami, to wchodzę oknem! ;)
    Nie gniewaj się, że skomentuję Twój wpis, gdzie nie da się komentować, ale to zrobię.
    Króciutko!
    "Dziękuję! :)"

    OdpowiedzUsuń
  18. To ta też oknem: podziwiam Cię i cieszę się że
    masz to za sobą. Nie dam sobie powiedzieć, że nie było Ręki Boskiej w tym, że spotkałeś takiego spowiednika...

    OdpowiedzUsuń
  19. Widzę, że nie tylko ja wchodzę tylnym wejściem. Dziękuję Pink.

    OdpowiedzUsuń
  20. O jak fajnie, że ja też mogę!!! Kochana, dużo dobrego zrobiłaś swoim postem. Ja dodaję swoje trzy grosze w temacie - najpierw rozmowa z tym mnichem w pociągu, potem spowiedź u Dominikanów - ŻADNEGO osądzania, kazań, po prostu wysłuchanie i rozgrzeszenie. I jeszcze dodam, że kiedyś przez bloga skontaktowała się ze mną jedna dziewczyna, co nie mogła sobie poradzić z ciążą z IVF, dałam jej namiar na jednego Jezuitę w Krakowie - i to samo ją spotkało. Uściskanie, utulenie i prośba: "nie katuj już się dziewczyno!" PS. Mój pociągowy mnich też mówił, że podejście do IVF się z czasem zmieni... Ciekawe, czy przyjdzie nam tego doświadczyć! Bucha!

    OdpowiedzUsuń