czwartek, 22 stycznia 2015

Spowiedź po in vitro



I stało się.
Byłam u spowiedzi.

Jakiś czas temu już zapowiadałam, że mam potrzebę rozmowy z księdzem. Potrzebę spowiedzi pod kątem IVF.
I chciałam to załatwić przed porodem, żeby pewien etap mojego życia rozpocząć z... czystą kartą (?).
Czas leciał, mijały tygodnie i miesiące, brzuch coraz większy a ja w tym temacie zrobiłam niewiele, żeby nie powiedzieć - nic.

Myślałam o tym, owszem, ale moja relacja z Kościołem Katolickim w okresie post-in-vitrowym zaczęła się komplikować.
Z jednej strony czułam się odtrącona przez KK (chociaż sama się z niego na dobrą sprawę wykluczyłam, karząc samą siebie), z drugiej strony zaczęłam się niebezpiecznie od Kościoła oddalać, dając się ponieść fali hejtu wymierzonego w tą instytucję (wcześniej byłam stosunkowo dość odporna).
Nie chcę tu wchodzić w debatę, czy różne słowa krytyki w stronę tej instytucji są moim zdaniem uzasadnione czy nie. Jak wiemy debata na temat KK bywa bardzo gorąca, każdy ma swoje sympatie i antypatie, każdy ma swoje zdanie, więc zostawmy to.
Nie chcę też rozdłubywać na kawałki mojej motywacji, dlaczego akurat potrzebowałam spowiedzi po IVF.
Potrzebowałam. Zdecydowanie.

Ostatniej nocy nie mogłam spać.
Znowu odezwały się moje demony, że może nie byłam dość cierpliwa, że może nie dałam Bogu wystarczająco dużo czasu i szans na dokonanie cudu. Że może podeszłam do tematu zbyt zadaniowo. O zarodkach to już nawet nie wspominam, bo ten temat stał się już wręcz moją obsesją.
Obudziłam się (jak co dzień zresztą) o 6 rano. Chwyciłam za telefon i wygooglowałam temat spowiedzi indywidualnej.
Do telefonu do Jezuitów dojrzewałam kilka godzin.
W końcu dowiedziałam się od siostry zakonnej, po drugiej stronie "kabla", że od 17:00 w kościele Jezuitów spowiada pewien ksiądz, z którym można się umówić na spowiedź indywidualną.

Pojechałam.
Kościół prawie pusty.
Ksiądz dość młody, strzelam, że koło 40tki.
Kilka osób w kolejce.
Jednym uchem słyszałam, jak się spowiadają - bez regułek, po prostu gadają, ksiądz gada bez typowej "księdzowej maniery"  (nie słyszałam słów ani sensu, ot, przypadkowe strzępki).
W rogu kościoła trwały jakieś prace remontowe- panowie z ekipy coś tam smarowali po ścianie a  w tle słychać było przenośne radyjko z kawałkiem "Caaaan't liveee, can't liveee without You" Whitney. Dziwnie. Inaczej.

Czekając podjęłam decyzję, że atmosfera jest na tyle kameralna, nie ma kolejki (za mną była tylko 1 osoba), kościół pusty, że tak właściwie, to będzie spowiedź indywidualna. I ten moment - to był jakiś taki dziwny moment, odpowiedni.
Spokój i wzruszenie.

Po zadokowaniu w konfesjonale powiedziałam księdzu, że właściwie to przyszłam się tylko umówić, ale... oboje stwierdziliśmy, że "załatwimy to na miejscu".
No i wystartowałam.

Trwało to.. nie wiem ile.. jakieś 45 minut?
Zdążyła się uformować niezła kolejka.

Odpowiedziałam wszystko od początku - całą naszą historię niepłodnościową.
Od strony technicznej, przez najważniejsze badania, daty, cierpienie, emocje, poczucie niesprawiedliwości, problemy w małżeństwie, jazdy psychiczne po IVF, moją relację z Bogiem i KK. Opowiedziałam chyba więcej, niż trzeba było, ale miałam taką potrzebę. Cała ta folijka dzieląca nasze twarze była zaparowana. Było mi gorąco. Gestykulowałam, aż się upociłam cała.
Ksiądz słuchał.
I zadawał pytania, które świadczyły o tym, że ma wiedzę na temat IVF (przed spowiedzią nie byłam pewna, czy aby każdy ksiądz zna temat dokładniej).
Z pewnością jednak ja byłam stroną, która mówiła najwięcej.

Nie sposób opisać tutaj przebiegu tej spowiedzi.
I zresztą, jest to zbyt intymny temat, nawet jak na mój ekshibicjonizm.

Chciałam się podzielić z Wami kilkoma najważniejszymi punktami z tej spowiedzi, które są dla mnie bardzo istotne a może będą interesujące również dla osób, które przymierzają się / rozważają przystąpienie do tego sakramentu, po IVF (a wiem, że są takie):

Hejt KK w stronę osób korzystających z IVF
powiedziałam, że trudno jest słuchać stwierdzeń pod moim / naszym adresem, że jesteśmy "mordercami", że "kupiliśmy dzieci z taśmy", że je "wyprodukowaliśmy", że jesteśmy "ofiarami przemysłu in vitro"i że, nie daj Boże, dzieci mają "bruzdy dotykowe". Że czuję się "napiętnowana".
Ksiądz zapytał, od kogo słyszałam takie słowa. Od kogo konkretnie.
Trudno mi było wskazać kogoś konkretniejszego, niż "opinia publiczna" czy Fronda.
Tu mi ksiądz zwrócił uwagę, że Kościół ani tak nie myśli, ani nie używa, a przynajmniej nie powinien używać, takich stwierdzeń w tym temacie.
Że takie padają zazwyczaj ze strony fanatyków, którzy mogli by sobie darować, ale tego nie robią.

IVF jako niegodna metoda poczęcia
sama zaczęłam. Że wiem, że KK uważa metodę za niegodną, że ja to przyjmuję do wiadomości, ale nie powiem księdzu, że się zgadzam z tym stwierdzeniem, bo się z nim po prostu nie zgadzam. Że ja tej niegodziwości nie widzę, ale OK, przyjmuję do wiadomości, że takie jest stanowisko KK.
Nie jestem w stanie powtórzyć Wam, co ksiądz powiedział dokładnie, ale doskonale rozumiałam, że tu mamy zgodność.
Stwierdził, że w kościele póki co jest takie stanowisko, jak mówię, ale jego zdaniem kościół od tego odejdzie za jakiś czas. Że to jest kwestia dyskusyjna i jego zdaniem to się zmieni.

Kwestia nadliczbowych zarodków
czyli mój temat-obsesja. W moim przypadku zresztą, jak wiemy, uzasadniona.
Sam zapytał, czy mamy mrozaki i ile.
Powiedziałam.
Wyjaśniłam, że to jest wszystko takie nieprzewidywalne, że wtedy byliśmy absolutnie w amoku niepłodności, że klinika nie ułatwiła nam decyzji w temacie limitu i że teraz jestem mądrzejsza o pewne doświadczenia i przemyślenia, ale czasu, niestety, nie cofnę.
Jest to temat bez wątpienia najbardziej dyskusyjny podczas spowiedzi.
Ksiądz polecił, abyśmy wzięli odpowiedzialność za wszystkie zarodki. Powiedział, że wie, że liczba naszych mrozaków może być zdecydowanie za duża, żeby je wszystkie przyjąć, ale może równie dobrze być zbyt mała (w sensie, że nigdy nie wiadomo, czy wszystkie się rozwiną, przyjmą i tak dalej).
Poruszył też, bardzo wrażliwą kwestię, początku życia człowieka.
Powiedział, że nikt nie wie, kiedy właściwie mamy do czynienia z tym początkiem - kiedy powstaje człowiek. Ani naukowcy, ani kościół. Nikt.
Że jest to temat dyskusyjny wewnątrz KK.
Że były takie głosy, że wtedy, kiedy powstaje system nerwowy, czyli jakoś mniej więcej w trzecim tygodniu rozwoju. Ale, jako, że NIKT tego nie wie i nie ma pewności, KK podchodzi do tego bardzo zachowawczo, przyjmując najbezpieczniejszą wersję, jako że w grę wchodzi najwyższa wartość.
Stwierdził, że w tym wszystkim najważniejsza jest nasza odpowiedzialność za mrozaki, czekające w laboratorium.
(O samej istocie mrożenia nie rozmawialiśmy).

Żal za grzechy
oczywiście znowu sama zaczęłam. Że znam zasady, że warunkiem spowiedzi jest żal.
Powiedziałam, że nie powiem, że żałuję dziecka, bo oczywiste jest, że nigdy nie będę żałować mojego dziecka, które kocham najbardziej na świecie, mimo że jeszcze się nie urodziło. I że, moim zdaniem, nikt ode mnie tego nie wymaga.
Sama sobie zadałam pytanie, czy "żałuję samej procedury" - zaznaczam, że ksiądz mnie o to nie pytał. Odpowiedziałam, że żałuję, że w ogóle zostałam postawiona w obliczu takiej decyzji, że wolałabym nic nie wiedzieć o tym całym IVF i nadal się mądrować w tematach, o których nie mam pojęcia. I że jest we mnie jakiś żal - ale trudno mi go na ten moment skwalifikować. Że chyba za mało czasu minęło, że nie jestem w stanie spojrzeć na to wszystko z odpowiedniego dystansu. Że moja niepłodność nie skończyła się z momentem zajścia w ciążę, że ciągnie się za mną jakiś bliżej nieokreślony smród. I że nie chcę zrywać, ani z KK, ani tym bardziej - z Bogiem.

Rozgrzeszenie
dostałam.
Choć mam wrażenie, że w pewnym momencie nie było to takie oczywiste.
Byłam gotowa na "brak" rozgrzeszenia. Najważniejsze, że ksiądz mnie wysłuchał, nie potępił, nie zbrukał i podszedł jak do człowieka, który potrzebuje rozmowy, ukojenia, zrozumienia dla trudnej ścieżki, jaką się pokonało. Dla mnie to już było wiele.
Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że spore znaczenie miał fakt, że nie zlekceważyłam tematu mrozaków, że wykazałam chęć wzięcia za nie odpowiedzialności.
Chociaż mam wrażenie, że oboje, po dwóch stronach konfesjonału, zdawaliśmy sobie sprawę, że życie jest nieprzewidywalne.
Ksiądz mówiąc o odpowiedzialności używał słowa "spróbujcie".
A tego, że "spróbujemy" - tego akurat jestem pewna.
Dodał jeszcze na koniec, że gdybym się kiedyś w przyszłości z tego spowiadała i zdarzyło się tak, że nie dostanę rozgrzeszenia, to on mi to rozgrzeszenie teraz daje i nikt mi tego nie może cofnąć.
Zapytałam z przerażeniem, czy powinnam teraz w każdej spowiedzi o tym mówić? Nie. Jestem wyspowiadana. Ale przy kolejnych transferach być może powinnam - nie wiadomo do końca, bo to są wszystko "nowe sytuacje".


Podsumowując:
Bardzo się cieszę, że się zdobyłam na ten krok.
Czuję spokój. Może nie absolutny, wiadomo - ale jednak jest dużo lepiej.
Zachęcam tych, którzy się zastanawiają nad spowiedzią, żeby się odważyli (będąc jednak gotowym na każdy scenariusz).

W kwestii wyjaśnienia:
wybaczcie, że wyłączyłam możliwość komentowania tego postu.
Zrobiłam to po raz pierwszy w historii tego bloga.
Zdaje sobie sprawę, że w temacie poruszonych powyżej kwestii każdy może mieć odmienne zdanie. Zdanie księdza w poszczególnych tematach również może budzić kontrowersje, a nie chciałabym oberwać rykoszetem.
Odnotowałam wszystko w punktach, żeby zainteresowanym nakreślić obraz, jak taka spowiedź może wyglądać. Sama wcześniej szukałam takich info w sieci i nie udało mi się trafić, więc może komuś to się przyda.

Zależy mi na względnym spokoju na finishu mojej ciąży (34 tydzień).
Chciałabym uniknąć potyczek ideologicznych, dla dobra swojego i dziecka - bo te potyczki bardzo mnie emocjonalnie dotykają.
Jeśli ktoś ma jakieś dodatkowe pytania w temacie spowiedzi czy chociażby miejsca w jakim ta spowiedź się odbyła to zachęcam do kontaktu mailowego pinkthinkblog@gmail.com
Zresztą polecam to miejsce nie tylko ze względu na tą ostatnią spowiedź, ale również ze względu na wyjątkowe msze i świetną atmosferę.

Cieszę się, że Bóg mnie wysłuchał i postawił na mojej drodze tego a nie innego księdza.
Pozdrawiamy razem z Panną Wiercipiętką ;)