wtorek, 31 marca 2015

My milky way...


Od zawsze wiedziałam, że chcę karmić piersią.
To było takie moje prywatne marzenie.

Całą ciążę nosiłam w sobie mocną obawę, że być może nie będę miała mleka i co wtedy.
Na duchu mocno podniosło mnie stwierdzenie pani ze szkoły rodzenia, że każda kobieta po porodzie ma mleko i że nie ma znaczenia, czy cesarka czy poród naturalny - mleko będzie.

Pamiętam, że jedne z moich ostatnich słów przed cesarką do słynnej już położnej vel "nie dasz rady urodzić" brzmiały w dramatycznym geście trzymania rękami za cycki: "oby się tylko maluszki spisały po tej cesarce".
Stwierdziła wtedy, że to nie ma znaczenia "jak" i że mit o problemach z laktacją po cesarce wymyślił ktoś, komu bardzo zależało, żeby kobiety po CC nie karmiły piersią.
I miała rację - i ona i pani ze szkoły rodzenia. 

Jak wiecie, tuż po CC, jeszcze na sali pooperacyjnej położna przystawiła mi Melkę do piersi w kontakcie skóra do skóry. Byłam tak oszołomiona, tak wzruszona tym momentem, że ledwo to pamiętam. 
Melka załapała od razu. Jak magnez przyłożony do lodówki - wystarczy, że zbliżysz i nagle sam reaguje właściwie. 
Od tamtego momentu wisiała mi na cycku niemal bez przerwy. 

Jeszcze tego samego dnia wieczorem co CC, pewna bardzo miła położna zaproponowała mi dokarmienie dziecka butelką, żebyśmy obie mogły się wyspać. Zareagowałam bardzo nieufnie, ale ostatecznie oszołomiona wrażeniami dwóch ostatnich dni i niepewna, czy dziecko aby nie jest głodne (choć jak słowo daję - nie wyglądało - przecież dopiero co wyduldało siarę) - zgodziłam się. 

Kolejne dni były.. dziwne - jeśli chodzi o karmienie dziecka.
Mleka nie miałam od razu, ale podchodziłam do tematu z niesłychanym spokojem. Właściwie to ani się nie denerwowałam ani jakoś histerycznie nie czekałam. Może dlatego, że Melka była spokojna - nie wiem.
Wisiała non stop na cycku- mniej więcej jakieś 3x więcej niż dzieci moich 2 sąsiadek, które jakoś prędzej to mleko dostały (w ogóle o tym wtedy nie myślałam). Miała niesamowity odruch ssania. 
Potrafiłam siedzieć z nią przy cycku po około.. nie wiem ile dokładnie.. strzelam, że 7 godzin na dobę? Może więcej. Nie wiem. To był taki hormonalnie - narkotyczny czas, że pamiętam to jak przez mgłę.
Jedna sesja z cyckiem potrafiła trwać jakieś 3-4 godziny, aż położne patrzyły wręcz zaniepokojone i kazały ją odstawić, strasząc grożącym nawałem pokarmu i twierdząc, że cycek to nie smoczek. 
Ze 3-4 razy próbowałam podkarmić Młodą butelką, bo trochę marudziła, ale nie była specjalnie zainteresowana. Zjadała jakieś 10-15 ml i nara. 
Przy tym czułam się w miarę bezpiecznie, bo jej odruch ssania był tak niesamowicie mocny, że trudno mi było sobie wyobrazić, żeby ta marna butelczyna miała jej coś zaburzyć. 
Co prawda sąsiadka po mojej lewej nie miała tyle szczęścia. 

Ona tak wisiała na tym cycku, wisiała i wisiała, że schudła z 3300 do 3050. 
Pamiętam jak pierwszy raz się Melce ulało czymś białawym. Wpadłam w taką panikę, że zadzwoniłam natychmiast po położną! Pani z lekkim rozbawieniem stwierdziła, że wszystko gra, bo to to białe, to mleczko jest. No myślałam, że się posikam z radości ;) 
Ja wiem, że ulewanie jest normalne, ale byłam przekonana, że tak sobie ssiemy dla samego ssania i nic pożywnego z tego nie ma. 
Podobna radość dopadła mnie, kiedy jedna z położnych bezlitośnie ścisnęła moje cycki a z nich popłynęło, dość nieśmiało ale jednak - mleko. 

Pewnej nocy, była to bodajże trzecia doba po porodzie, siedziałyśmy sobie w środku nocy u cycka, aż nagle poczułam jak przez moją pierś przechodzi coś chłodnego i usłyszałam przeraźliwie głośne przełykanie Melanki, aż echo niosło po sali. 

Rano obudziłam się z nawałem pokarmowym, w mokrej koszuli. 
Położna oczywiście była zaniepokojona plamami na koszuli a ja byłam dumna, jak Pamela w Słonecznym Patrolu. 
I to był moment, kiedy dziękowałam samej sobie, że zakupiłam wygodny stanik do karmienia.

Wychodząc do domu byłam o tyle spokojniejsza, że wiedziałam, że mam mleko.
Młoda z 3050 przybrała niemal natychmiastowo do 3200.
Modyfikowanego miałam tylko jedną saszetkę, na wszelki wypadek, który, póki co, nie nadszedł. 

I do tego momentu wydawało mi się, że "mleczny dar" jest najtrudniejszym momentem w laktacji.
Bożesz, jaka byłam durna.

Od czasu powrotu do domu sprawy zaczęły robić się coraz trudniejsze. 
Najpierw nawał. 
Wypożyczyłam zajebisty laktator - Medela Lactina - taki szpitalny traktor. Dlatego nie żałuję, że nie kupiłam sobie wcześniej swojego. 
Przejście na dość ścisłą dietę, bo wydawało mi się, że Melka ma coś z brzuszkiem. To było strasznie kłopotliwe a dieta podobno zbędna, więc się z niej elegancko wycofałam. 
Karmienia skróciły się do 10-15 minut - zdaniem lekarza Melka po prostu bardzo efektywnie je. Faktycznie, czasem tak efektywnie, że ledwo oddech łapie. 
Wizyty położnej, straszące, że grudy! że źle skończę! olałam i się.. doigrałam. 

Od soboty rano zmagam się z zatorem w lewej piersi. 
Ból piersi, wysoka gorączka, dreszcze, ból głowy, siódme poty i, co najgorsze- brak wypływu pokarmu. 
Całą sobotę i niedzielę walczyłam w schemacie: 
ciepły okład - odciąganie lub dostawienie ssaka na 40 min - zimny okład z kapusty + Ibuprom co 8-10 h. 
I tak kilka razy dziennie. 
(schemat potwierdzony z 3ma położnymi, 2ma lekarzami i doradczynią laktacyjną...)

Wczoraj udałam się do lekarza, żeby się skonsultować, czy już antybiotyk potrzebny, czy jeszcze nie. Lekarka obejrzała pierś do spółki z położną, orzekły, że nie jest źle, że walczyć z laktatorem i jak do piątku się nie uda, to w piątek po antybiotyk. 

I to był by jeszcze nie najgorszy scenariusz, ale karmienie Melki jedną piersią i drugą sprawną na jakieś 20% jest dość męczące. Momentami wydaje mi się, że w tej "zdrowej" już nic nie ma. Melka wkurwia się strasznie, musiałam jej kilka razy podać butelkę z moim mlekiem z mrożonych zapasów. Problem w tym, że ona nie za bardzo umie ssać butelkę - albo nie chce, nie jest głodna... nie wiem.

Dziś miałam już ochotę się poryczeć razem z nią, bo większość dnia cyrkowała a ja ni cholery nie wiedziałam o cóż jej, do cholery, chodzi. 
W dodatku coś mnie zaczyna kłuć w tej zdrowej piersi i nie wiem, czy to "w głowie" mnie kłuje, czy w piersi faktycznie.

Boję się, żeby mi się laktacja nie zepsuła przez ten cały zastój. 
Żeby mi nie wysiadł ten zdrowy cycek.
Teraz mam takie wrażenie, że ten zdrowy produkuje za mało mleka. 
Może to przez to, że karmienia są takie krótkie, 10 min i po sprawie?
A może on wcale nie produkuje za mało mleka? Może mleka jest w sam raz?
Ah jooo...

Dziś wydumałam taki plan, że nie będę czekać na piątek. Trzeba działać. 
Jutro spróbuję się wbić do bardzo zacnej i certyfikowanej międzynarodowo doradczyni laktacyjnej. Może ona pomoże, powie co i jak i... jakoś uspokoi. 

Tak bardzo mi zależy.
Misja "Milky way" musi się udać.
Uda się. Uda się.
Dam radę. 

PS. Ja i moje cycki będziemy wdzięczni za słowo wsparcia.
Proszę o nie przekonywanie mnie do mleka modyfikowanego.
Nie jestem reprezentantką terroru laktacyjnego. Szanuję prawo wyboru każdego rodzica do własnej drogi. Moją drogą jest karmienie piersią i będę wdzięczna, jeśli ten szacunek będzie obustronny.



czwartek, 26 marca 2015

Pierwsze doświadczenia macierzyństwa

Jak już pisałam, praktyczne zajęcia z opieki nad noworodkiem zaczęły się już tuż po cesarskim cięciu. Co dziwne: nie było strachu. Potwierdzam istnienie zjawiska jakim jest instynkt, że człowiek po prostu wie. Najdobitniej było to widać po moim S., któremu jakby ktoś włączył jakąś funkcję "baby care". Nie miał i nadal nie ma w sobie za grosz strachu, ma pewną rękę w której dzierży dziecię bez mrugnięcia okiem. Póki co to On Ją trzyma do kąpieli.
Jest to cudowne i zaskakujące zjawisko.

W szpitalu zostaliśmy do wtorku (17.03).
Mieliśmy wyjść już w niedzielę, co było dla mnie troszkę przerażające, ale ze względu na konflikt serologiczny zostaliśmy dłużej. Okazało się, że Młoda odziedziczyła dodatnią grupę krwi ojca a ja zaczęłam wytwarzać przeciwciała. Nie wiem czy to ma coś do rzeczy, ale jest to dla mnie kolejny argument przemawiający za szybkim i sprawnym rozwiązaniem ciąży, jakie nastąpiło.
Potem skoczyły trochę wskaźniki żółtaczkowe, ale wszystko się ustabilizowało.

Oczywiście, życie jak zwykle dorzuciło nam kilka ziaren gorczycy do naszego pucharka miodu.
Już na sali operacyjnej okazało się, że znaczna część buzi Melki pokryta jest naczyniakami (takie czerwone placki). Obie powieki, między brwiami, czoło, obok i pod noskiem oraz obszar lędźwiowy i potylica.
Znamiona ma niemal w tych samych miejscach co ja po urodzeniu. Mnie pozostały jedynie nad pośladkami i na karku oraz odrobinka między brwiami - na tyle odrobinka, że nawet mąż nie wie, że to tam jest.
Zdania na temat naczyniaków są podzielone - jedni mówią (mam na myśli personel medyczny), że to się wchłonie i nie ma się czym martwić. Lekarze jednak skierowali nas na konsultacje i pod opiekę przychodni chirurgiczno-onkologicznej. Znaleźliśmy już świetnego, tytułowanego lekarza a ja po raz kolejny cieszę się, że mieszkam w mieście ze znakomitym zapleczem medycznym.
Jestem pełna wiary, że to zejdzie - podobnie jak w moim przypadku - jednak nie ukrywam, że jest w nas wiele lęku. O Jej zdrowie i o Jej wygląd w przyszłości.
Bo dla nas i tak jest przepiękna.

Jeśli chodzi o Nią samą, to póki co można wnioskować, że trafił nam się mały aniołek.
Jest grzeczna, nie wpada w histerię, daje trochę pospać.
I co ważne - pięknie ssie.
Póki co, chwała Bogu i odpukać - karmię piersią. Spełniło się moje marzenie.
Początek nie był najgorszy. Mała non stop kolor wisiała na cycku - potrafiłam z Nią siedzieć przy piersi po kilka godzin dziennie. Aż położne kazały odstawić. A Mała tak ciumała zachłannie, że aż echo niosło po sali. Ciumkała nawet przez sen.
Pamiętam ten moment, kiedy popłynęło mleko pełnym strumieniem - siedziałyśmy w środku nocy u cyca i nagle rozległ się dźwięk przeraźliwie głośnego łykania Melki ;) Aż echo niosło.
A rano obudziłam się w mokrej koszuli.
W międzyczasie kilka razy dokarmiłam ją trochę butelką - na początku nieufnie podchodziłam do propozycji położnej, która padła już pierwszego wieczora.  Podchodziłam do butli jak do ognia piekielnego, który na bank coś nam zaburzy na linii Melka -> cyc. Na szczęście Melka była średnio zainteresowana butelką, coś tam szamnęła, żeby zaspokoić głód, ale po fakcie następował natychmiastowy powrót do cycusia.
Efekt był taki, że Młoda najpierw zjechała z wagi z 3300 do 3050 a w dniu wypisu ważyła już 3200.
Ile waży teraz - nie wiem, nie mam wagi, ale pod ręką czuję, że jest coraz ciężej. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Niemniej jednak operacja "karmienie cyckiem" nie jest taka łatwa i różowa jak mogło by się wydawać.
Po powrocie do domu i zjedzeniu, wydawało by się, lekkostrawnych potraw, najpierw ja nabawiłam się lekkiego rozstroju brzuszka a następnie Melka. Zaliczyliśmy już pierwszą, w cholerę drogą, prywatną wizytę domową, żeby się dowiedzieć, że kupy Młodej są wzorcowe ;)
Niemniej jednak ja jestem na dość ścisłej diecie i jak tak dalej pójdzie, to nie tyle schudnę, co zniknę. Musieliśmy ściągnąć moją mamę do nas na kilka dni, żeby gotowała i doprowadziła mnie jakoś do pionu, bo ja w pewnym momencie: po operacji, wygłodzona, niewyspana i spanikowana rzekomym rozwolnieniem dziecka byłam już skrajnie wyczerpana i dosłownie leciałam przez ręce.

Z ciekawostek historycznych: zdążyłam już pokłócić się z teściową, która przyjechała do nas ugotować mi jakiś lekkostrawny obiad. Kobita oczywiście czuje się namaszczona, żeby udzielać mi nieustających rad i się mądrzyć. I gdyby to były rady podyktowane dobrymi chęciami, to jakoś bym zagryzła zęby i zniosła. Ale, wybaczcie, nieustająca mantra pod tytułem "wiedziałam", "a nie mówiłam", "tak czułam, ale już nic nie chciałam mówić", "ona jest na pewno głodna, bo ssie" (kuźwa, to jest ssak do jasnej cholery, to co ma robić?), "trzeba kontrolować ciemiączko. poczytaj sobie o tym", po prostu wyzwalają we mnie demona. Zmęczonego, niewyspanego, lekko zestresowanego demona w hormonalnym szoku. Więc zareagowałam adekwatnie do stanu i się kobita obraziła. Nie odzywa się od piątku.

Poza restrykcyjną dietą, radzenie sobie z nawałem pokarmu i ewentualnymi zastojami to zupełnie inna, też niełatwa bajka.
Małż zaliczył już wieczorny, nerwowy kurs po mieście, w celu wypożyczenia laktatora. Obecnie korzystam z wielkiej, elektrycznej krowy, która ściąga 100 ml w 20 minut. Cudo, ale niebawem będę musiała je oddać i zakupić coś swojego. Dajcie znać, Mamuśki, co polecacie. Chodzi o jakiś elektryczny.
Oczywiście była u nas położna, która obmacała moje cycki i nastraszyła, że grudy! natychmiast ciągnąć, bo skonam w mękach!
Także nie ukrywam, że mam za sobą pierwsze łzy i słabsze momenty - związane nie tyle z samą opieką nad dzieckiem, co właśnie ogarnianiem laktacji.
Marzyłam o karmieniu piersią i uwielbiam to, że karmię. I karmić chcę i mam nadzieję - będę.
Ale fakt faktem, że nie jest to łatwa operacja i mimo, że mleko modyfikowane trzeba podgrzewać, obecnie jawi mi się, jako znacznie łatwiejsza droga do ogarniania dziecka.

To, co zaskoczyło mnie w pierwszych dniach macierzyństwa (Mój Boże, a co mnie nie zaskoczyło?) to fakt, że taki nowo narodzony człowiek, niby całkowicie nie kumaty, a ma tak ogromną potrzebę bliskości. Zanim zostałam mamą, miałam plan konsekwentnego odkładania do łóżeczka, nie spania z nami w łóżku itd.  Nawet zaczęłam go wdrażać, ale szybko okazało się, że trzeba znaleźć złoty środek, bo odkładanie jej do łóżeczka skutkuje moim permanentnym niewyspaniem. Potrzeba sporo samozaparcia, żeby odmówić temu Smrodowi spania wtulonej w cycusia. No więc tak sobie balansuję pomiędzy "ooo nie, wracasz do łóżeczka" a " no dobrze, przytul się do mamusi" ;)
I instynkt mi podpowiada, że tak jest dobrze, a ja mu wierzę.

Czy jest tak, jak sobie wyobrażałam?
Trudno powiedzieć, bo chyba nie miałam zbyt wielu wyobrażeń w temacie tych pierwszych dni.
Na pewno przechodzę przez coś w rodzaju szoku, bo wszystko jest tak diametralnie inne, nowe i ja na prawdę nie żartowałam, że stara Pink gdzieś się rozpłynęła na porodówce. Powiem więcej - TataPink też się diametralnie zmienił, nawet koty mi się zmieniły.
Są piękne chwile, pełne wzruszenia, ale bywają też chwile, kiedy patrzę w lustro blada, z zapadniętymi oczami, oblana mlekiem i zarzygana, z bolącymi plecami i głodna a z za ściany słyszę Jej płacz i mam ochotę, może nie tyle strzelić sobie w łeb, ale wcisnąć PAUZĘ na pilocie życia, to na pewno. 
Mijają dzień za dniem, odmierzane rytmem od kąpieli do kąpieli. 
Dni lekko zlewają mi się w jedno, zauważyłam, że mam lekkie luki w pamięci. 

Ale biorę to wszystko, co przynoszą dni, ze spokojem.
Wiem, że te słabsze momenty też muszą być, wiem że to jest normalnie i to minie.
Choć zaznaczam, że i tak chyba trafiło nam się spokojne, złote dziecko. /odpukać/

Na dziś tyle.
Nie będzie poetyckiego zakończenia ani ładnego zdjęcia do postu. 
Idę zamrozić 150 ml mleka, które właśnie wydoiłam :)
Post pisałam 2 dni, czasem jednym palcem. 
Trochę chaotycznie wyszło, pewnie przez jakiś czas tak będzie.


Idę się wykąpać i odkleić od siebie mokrą, słodką z mleka pidżamę zanim Ahmed (tak nazwaliśmy naszego małego terrorystę) się obudzi. 

sobota, 21 marca 2015

"Jaki cudny czas by zaczynać. Niebo aż pęka z nadmiaru piękna." A. Lipnicka

To ja, w trakcie cięcia. 
Proszę o nie wykorzystywanie zdjęcia bez mojej pisemnej zgody. 

Nie wiem, czy jestem emocjonalnie gotowa, żeby opisać TEN DZIEŃ (a raczej: te DWA dni), bo moje nastroje, sterowane hormonami, zachowują się dziwnie.
Muszę to jednak zrobić, żeby zachować od zapomnienia każdy szczegół.


***
Chapter 1: Przygotowanie

Po strasznym "Panic day" udało mi się jakoś pozbierać do kupy i stawiłam się w szpitalu w czwartek ok 10:00 w całkiem niezłym nastroju, skupiona, podekscytowana i zmobilizowana. I obolała do granic, bo jak wiecie, dziwne, mocne bóle trzymały mnie już od około 2 tygodni.
I zdeterminowana, żeby rodzić naturalnie.
Zbadał mnie przemiły pan doktor, orzekł, że jest nieźle i że zapodajemy Perpidil żel na rozmiękczenie szyjki i rozpoczęcie akcji porodowej. Dodał, że "ostatnio bardzo ładnie idzie na tym żelu" i lekko przeraził, że właściwie to wszystko może się rozpocząć w ciągu godziny.

Zanim się obejrzałam, S. zdążył wykupić receptę, ja zostałam przyjęta do szpitala i mknęliśmy windą na blok porodowy.
Wysiadłam z windy z zatkanymi palcami uszami :) a S. profilaktycznie zapytał położnej, czy może ktoś aktualnie rodzi i krzyczy? :) W sumie bez sensu, bo co? Gdyby ktoś rodził, to zmienili byśmy piętro? No, raczej nie :)

Fik myk i ani się spostrzegłam a leżałam na łóżku w jednej z porodowych sal, podłączona do ktg i wenflonu, wysmarowana Perpidilem i marzyłam autentycznie o tym, żeby ten poród nareszcie się rozpoczął - tak mnie wszystko bolało i ... ja autentycznie chciałam już rodzić.

Po jakiś 40 minutach zaczęłam czuć bóle krzyżowe i mocniejsze skurcze, ale ostatecznie skończyło się na mocnych skurczach, ale... jelit. Nie mogłam wstawać i szczerze mówiąc, excuse moi, o mało nie narobiłam do łóżka.

Trzęsąc się od przypływu adrenaliny, podpisałam całą stertę oświadczeń i pojawiła się nasza Położna. Zbadała mnie (w badaniu dotykała główki dziecka!) i zagadała na jakieś 40 minut.
I ta rozmowa niezbyt mi pomogła, jeśli mam być szczera..
Ciągle mnie zapewniała o tej możliwości cesarskiego cięcia, że spoookojnieee, że w razie czego zrobimy cięcie.
W końcu nie wytrzymałam:

- Hm, ciągle Pani wspomina o tym cesarskim cięciu. Uważa Pani, że się nie nadaję do porodu naturalnego? Że nie dam rady?

- Szczerze? Y-y-m (tu znaczące kiwnięcie głową i zmarszczenie nosa)
Nie. 
Widzę, że jesteś za delikatna. Wrażliwa na bodźce dotykowe i dźwiękowe. Cała się spinasz przy badaniu. A to boli, to trzeba wytrzymać. Te skurcze trwają po minutę i trzeba wytrzymać. (...)

I tu się zaczęły wywody na temat tego, że mi znieczulenie nic nie da, że ono jest tylko przerwą w bólu, że i tak schodzi przed końcem, że albo się rodzi albo się ma znieczulenie i taaaak dalejjj.
I, że jak się do rana nic nie wydarzy, to rano wrócimy do rozmowy czy podajemy tą oksytocynę, czy robimy cięcie.

Moja pierwsza reakcja była taka, że oooo nie, ja się nie dam zniechęcić. W końcu jestem góralką z krwi i kości i nie takie delikatniuchne już rodziły przecież i żyją. I bez przesady, aż taką mimozą znowu nie jestem. Wkurzyłam się trochę. Poczułam lekki bunt.
Że chodzę z bólem już co najmniej 2 tygodnie i nie po to tyle się męczyłam, żeby teraz skapitulować.
Położna widząc moje zacięcie odzyskała chyba odrobinkę wiary we mnie, stwierdziła, że ok, że jeśli do rana nic się nie zadzieje, to podłączymy okso a jak się zacznie i stwierdzę, że "to zabawa nie dla mnie" to tniemy. I widać było, że dla niej to jest pewny scenariusz. Kuźwa, tego się nie dało ukryć.

Czy muszę dodawać, że po tej rozmowie moje morale poszybowały szybkim lotem w dół i z każdą godziną czekania było coraz gorzej?
Część z Was zna moje rozterki, bo dzieliłam się z nimi wprost z porodówki niemal live, w komentarzach pod postem "Panic day".

Przeniesiono mnie z sali porodowej do sali "zwykłej", ale na tym samym piętrze (czyli jakby ktoś zaczął rodzić i wrzeszczeć, to już w ogóle miała bym przesrane. Na szczęście tak się nie stało).
Podpięto pod niemal permanentne KTG i kazano czekać: albo na rozpoczęcie akcji porodowej albo na rano, na dalszą indukcję, już oksytocyną.

I w mojej głowie rozpoczęła się gonitwa myśli.
Emocje kompletnie wymknęły mi się już spod kontroli.
Szarpałam się, jak w życiu, ale stety - niestety, każda kolejna upływająca godzina zbliżała mnie do decyzji o cięciu.

Bo przecież, skoro doświadczona położna uważa, że nie dam rady.. to jak mam dać, do cholery.
I byłam już tak zmęczona bólem..
Co ciekawe - im bliżej byłam decyzji o CC, tym bardziej nasilały się skurcze brzuszne i krzyżowe.
Z przerażeniem obserwowałam KTG, które kilkakrotnie skoczyło sobie blisko 100.

W międzyczasie postanowiłam odwiedzić koleżankę, która zrządzeniem losu urodziła SN tydzień przed terminem w tym samym szpitalu dzień wcześniej. I to był kolejny krok oddalający mnie od SN...
Koleżanka leżała na sali wraz z dziewczyną po cesarce. Próbowała mnie nie nastraszyć i ukryć swoje koszmarne odczucia względem swoich przeżyć, ale... nie udało jej się.
Oznajmiła, że zaczęła przeć jak szalona przy 3 centymetrach rozwarcia, bo myślała, że zwariuje z bólu. I darła się jak zarzynana.
Nie mogła siedzieć na czterech literach ani nawet wstać, podczas kiedy pani po CC (również dzień wcześniej) skalała jak młoda koza. U koleżanki dało się wyczuć mocną nutę wahania, że gdyby mogła cofnąć czas, to decyzja o sposobie rodzenia nie była by dla niej taka oczywista.

Miałam wrażenie, że wszystkie siły kosmosu sprzysięgły się, żeby mnie złamać... albo może pokierować na właściwą drogę?
Któż to wie.

Ok. 21:00 podjęliśmy z mężem decyzję o CC.
Poinformowałam sms'owo położną i pozostało mi zaciskać nogi i trzymać kciuki, żeby skurcze się do rana nie rozkręciły.

Noc była straszna, wiłam się spocona w pościeli.
Brzuch bolał i napierał tak, że z trudem szłam do toalety.
Nie wiedziałam przecież, czy położna przypadkiem nie zmieni zdania.
Co ciekawe - nad ranem wszystko przestało mnie boleć. Adrenalina przekroczyła chyba poziom krytyczny i zatrzymała wszystko.

Rano Małżon i Położna stawili się koło 8:00.
Położna nawet nie próbowała dyskutować, skwitowała tylko, coś w stylu:
"Noo takk, to było wiadomeee, przecież ja widzę, że nie dasz rady" 

ale postanowiła mnie jeszcze profilaktycznie zbadać, żeby sprawdzić, czy nie nastało jakieś wspaniałe oświecenie mojej szyjki macicy i na przykład są wspaniałe warunki do porodu.
I co się okazało?
Że wszystko mi się pozamykało na mur beton. I to się dało odczuć w bolesności badania - w czwartek nie bolało nic, w piątek natomiast - o masakra.
Szyjka się skróciła, stwardniała, wygięła i generalnie odmówiła współpracy na amen.

I wtedy właściwie było jasne, że ta oksytocyna nawet jakby zadziałała (co pewne oczywiście nie jest) to.. hm... skurcze na zamkniętą szyjkę? Well... obawiam się, że łaziła bym po sufitach.
Klamka zapadła i nie było odwrotu.
A ja poczułam taką ulgę, że nawet specjalnie nie bałam się CC. Jawiło mi się ono jako wybawienie absolutne.
Co prawda moja moralna kapitulacja - ale wybawienie.
Nie miałam już siły walczyć.
Widziałam dziś swoje zdjęcia ze szpitala... Jezus... ja się nie dziwię, że ta Położna stwierdziła, że nie dam rady. Byłam spuchnięta z przerażenia. Na mojej twarzy malował się fizyczny ból.  Młoda była głową już tak nisko, że ruszać się nie mogłam.

Co ciekawe, tuż przed CC pozostały personel wyczuł chyba, że moja "kapitulacja" (dokładnie tak nazywałam swoją sytuację) jednak trochę mnie boli i zaczęli mnie przekonywać, że nic się nie dzieje bez przyczyny i mam być spokojna: jeszcze się nacierpię ;)
Było to dla mnie dość zaskakujące, ale jednak krzepiące, że nie zostałam potraktowana przez pozostały personel jak tchórz.
Sama siebie potraktowałam w sumie najsurowiej.
Małżon był cały czas i wspierał - zachowywał się wspaniale, nie tracił animuszu ani na moment.

***
Chapter 2: Poród

Przygotowanie do CC potoczyło się dość szybko.
Podano mi jakieś dziwne kroplówki, po których czułam się już skrajnie źle - było mi niedobrze, kręciło się w głowie, zaczęłam się cała trząść.
Na nogach jak z waty wtoczyłam się na blok porodowy.
Aby anestezjolog mógł wkłuć się w kręgosłup jakaś pani położyła się na moich plecach, żebym została w bezruchu. Wkłucie nie bolało wcale.
Poczułam przyjemne, ciepłe mrowienie w nogach.
Była piękna pogoda (na sali były okna) a w tle dźwięczało włączone radio.
Atmosfera była... luźna. Miła. Fajna. Nie spięta. Lekarze i personel zagadywali do mnie w różnych tematach.
Tylko ja się trzęsłam jak osika, ale nie powiem - trzymałam fason.
Kiedy leżałam już podłączona pod wszystkie pikadła, obsmarowana i gotowa, na salę wkroczył S. - ubrany w ubranie operacyjne, w maseczce, z aparatem przewieszonym przez ramię.
Zasiadł za moją głową, patrzył mi w oczy i tak trwaliśmy w oczekiwaniu - patrząc sobie w oczy, połączeni doniosłością tej chwili i strachem.

Lekarze zaczęli.
A my tak trwaliśmy - oko w oko.
Mówiłam do Niego - jesteś? patrz na mnie. nie patrz tam. dobrze się czujesz? wszystko ok?
/ w sumie zabawnie, bo to mnie kroili a ja się Jego pytałam, czy wszystko ok ;) /
Doniosłość tej chwili była niezwykła.
Chce mi się płakać w każdym momencie kiedy o tym myślę.
Byliśmy wtedy tak blisko.
Łączyło nas wszystko.
Całe emocje świata.

Przemówił lekarz:
- A Pani już miała chyba jakieś skurcze, prawda?
- Yy, tak, chyba tak. Nie wiem.

(to pytanie lekarza i sposób w jaki ją wyciągali upewniło mnie w przekonaniu, że chyba jednak miało prawo mnie boleć przez te 2 tygodnie...)

Nagle poczułam mocne szarpanie.
Ktoś położył mi się na żebrach, żeby mnie przytrzymać a ja aż cała latałam.
Zaczęli mnie zagadywać.
Nie miałam czasu się solidnie wystraszyć, bo nagle ktoś powiedział:
"JEST!"

/ i tu ryczę /

I zobaczyłam to ciałko- mokre.
Twarz wykrzywioną w grymasie niezadowolenia.
Wydawała mi się ogromna.

Powtórzyłam tylko za lekarzami:
"Jest, jest!"
i zaczęłam płakać.
Wzięli ją do otarcia, założyli czapkę i pampersiaka i dali do pocałowania i pogłaskania.
Pachniała tak pudrowo, owocowymi żelkami.
Małż pstryknął kilka fotek i poszedł kangurować Małą na gołą klatę na czas doprowadzenia mnie do porządku.

Po jakiś 30 minutach przynieśli mi ją na salę pooperacyjną i przystawili do piersi w kontakcie skóra do skóry.
I zostałyśmy razem już na zawsze. 

***
Chapter 3: Po porodzie

Po przewiezieniu na zwykłą salę leżałyśmy razem nie pamiętam jak długo. Niewiele pamiętam z tych pierwszych godzin. Byłam otumaniona lekami i hormonami. Nie wiem czym bardziej. 
Wokół krzątał się Małżon, teściowa i moja przyjaciółka.
Ok. godziny 19:00 zostałam sama z Małą. Małżon mdlał ze zmęczenia, więc pojechał do domu. 
Wtedy też zeszło znieczulenie i mocno czekałam na kolejną dawkę substancji przeciwbólowej. Jednak bez przesady - nie jest to jakiś nieziemski ból udręki. Właściwie to chyba bardziej bolała mnie obkurczająca się macica, niż rana po cesarce. A ta macica boli z tego co się zorientowałam przy porodach naturalnych tak samo. Macica bolała tym bardziej, że Mela non stop wisiała mi na piersi, co pobudza skurcze. 
O 22:00 przybyła pielęgniarka z propozycją wycieczki pod prysznic. W pierwszym momencie nie wiedziałam, czy sobie kpi czy o drogę pyta :) ale postawiłam się do pionu i SAMA udałam pod ten prysznic. Nie, ból i słabość nie były najgorsze. Najgorsze były odchody poporodowe. Jakoś w moich przygotowaniach do porodu zupełnie pominęłam ten temat. Niby wiedziałam po co są podkłady ginekologiczne i na łóżko, ale wiedzieć a widzieć to są zupełnie różne sprawy. 
Tak czy inaczej po prysznicu rzeczywiście poczułam się znacznie lepiej, wróciła mi sprawność i całą noc sama zajmowałam się Dzieckiem. Tą noc działałam na autopilocie - zupełnie nie wiem jak, nagle doznałam jakiegoś instynktownego olśnienia w temacie przewijania, podnoszenia dziecka, karmienia i ogólnej pielęgnacji. W tym aspekcie Matka Natura nie zawiodła. 
Spałam czujna jak ważka i na każde Jej sapnięcie zrywałam się jak oparzona nie bacząc na mięśnie brzucha, które - rozprute - mocno dawały o sobie znać. 
Po-cesarkowe niewygody jednak zostały tak mocno zepchnięte na drugi plan, przez cały ten natłok wrażeń i hormonów, że na prawdę, nie mogę narzekać.
A dziś, ponad tydzień po operacji, nie pamiętam za bardzo, że ją miałam. 


***
Epilog

I tak zaczęła się nasza wielka przygoda. 
Nasze wspólne życie. 
Ten czas przedporodowy, to był bardzo trudny czas. Pełen stresu, nerwów, rozterek i decyzji.
Myślę, że ani my z Małżem, ani najbliższa rodzina, nie zapomną go jeszcze dłuuugo, dłuuugo. 
Niemniej jednak niczego nie żałuję, uważam, że próbowałam na tyle na ile tylko było mnie stać. Serio.
Powiem więcej: nie spodziewałam się, że poród przez cięcie może być tak wzruszający, dostarczyć takich doniosłych emocji. 
Mam takie nieprzemożone poczucie, że stało się to, co stać się miało.
Że tak po prostu miało być, że nic się nie dzieje bez przyczyny. 

Starej PinkThink już nie ma. 
Zniknęła, rozpłynęła się gdzieś między salą porodową a blokiem operacyjnym. 
O 11:25 13 marca 2015 narodziła się zupełnie nowa osoba 
PinkMama
której ziemia przestała się kręcić wokół słońca.
Teraz ziemia, słońce i cała reszta kręcą się wokół Meli.
Meli, bo jedno spojrzenie wystarczyło, żeby mieć pewność, że Ona to właśnie Melania. 
I zalała mnie ta legendarna, bezgraniczna fala miłości.
Tsunami. 

Pewna koleżanka powiedziała mi kiedyś:
dopiero mając dziecko dowiesz się, co to jest miłość i co to jest strach.

I wiecie co?
Miała świętą rację.


***

Cdn.





piątek, 13 marca 2015

Melka wita na świecie! :)

Pojawiła się tuż przed południem witając nas gromkim krzykiem :)

3300 kg szczęścia
54 cm radości
10 punktów w skali miłości

I wieeele łez szczęścia.
Wisi u cycka a ojciec normalnie oszalał :)

Reszta relacji jak się ogarniemy.
Dziękuję Wam za wsparcie w tych nerwowych chwilach!

środa, 11 marca 2015

Panic day



Mija 11 marca - nasza wymarzona data na sprowadzenie Dziecka na świat, jako, że jest to nasza rocznica dnia, w którym się poznaliśmy.
Mija a dzień począwszy od samego rana jest absolutnie beznadziejny i rozwalił mnie na łopatki.
Do tej pory jako tako się trzymałam, nawet nie najgorzej. 

Zaczęło się porannym telefonem od teściowej, której koleżanka-położna zrobiła awanturę, że niby nie może się ze mną skontaktować. Powstał jakiś totalny burdel komunikacyjny, któremu nie czuję się specjalnie winna.
Zadzwoniłam, wyjaśniłam, ale niesmak pozostał. 
Nie chce mi się dziś nawet tego opisywać. 

Pojechaliśmy do szpitala na KTG i badanie lekarskie.
Lekarz bardzo sympatyczny, wykonał badanie szyjki tak delikatnie, że nic nie czułam i było delikatniejsze nawet, niż każde inne badanie ginekologiczne. 
Szyjka się szykuje, ale trzeba jej pomóc żelem prostaglandynowym. 
Jutro koło 10:00 mam się zgłosić na badanie i zapadnie ostateczna decyzja, czy żel, czy nie. I z tego co rozumiem, zostaję już w szpitalu. 
Czyli wychodzi na to, że urodzę jutro lub w piątek. 

W czym więc problem, skoro teoretycznie wszystko w porządku?

Niestety, na wejściu na KTG na porodówce usłyszałam krzyk rodzącej. 
TO BYŁO STRASZNE.

W momencie jak to usłyszałam, jedyne co byłam w stanie zrobić to zatkać uszy i zaczęłam ryczeć. 
Dodam, że nie jestem płaczliwa. Panikara - a i owszem. Ale doprowadzić mnie do płaczu nie jest tak łatwo, nawet w ciąży. 
Położna stwierdziła, że mam się nie mazać, zrobiła ekspresowe KTG i odesłała na badanie do lekarza. Spieprzałam w takim tempie z tego bloku porodowego, że mąż musiał zbierać za mną wszystkie rzeczy, ustalić z położną gdzie właściwie mamy dalej iść i jeszcze uważać, żebym się w tych ochraniaczach na buty nie zabiła, bo zamiast czekania na windę obok wydzierającej się rodzącej, wybrałam bieg schodami, jakby mnie ta wrzeszcząca-rodząca goniła. 
Nie pamiętam, ale chyba się nawet nie pożegnałam z panią położną. 

Od powrotu do domu leżę w łóżku przykryta kołdrą, blada jak ściana i staram się odzyskać jakiś balans i nie histeryzować. Z marnym skutkiem. 
Przeklinam świat i naturę, że nie stworzył jakiegoś bardziej ergonomicznego sposobu na wydawanie dzieci na ten świat.

Małżon za to zamienił się w rycerza na białym koniu. 
Albo udaje, albo ten krzyk i stęki nie zrobiły na nim żadnego wrażenia.
Zaczął się śmiać, zachował 100% hartu ducha i roztoczył nade mną jakieś takie fajne skrzydła opieki.
Ogarnął zakupy, gotuje obiad i donosi mi prowiant do łóżka. 
Zobaczymy co będzie dalej, ale chyba go nie doceniłam.
Nagle zrozumiałam, że cały dramatyzm obecności faceta przy porodzie nie polega na fakcie, że nie daj Boże zobaczy wystające z krocza dziecko, ale o sam fakt przebiegu tego wydarzenia, tych odgłosów, braku kontroli nad ciałem partnerki, krzyków i wrzasków etc. 

Kuźwa, jak mi osłabły morale. O ja pierdzielę. 
Se wymyśliłam poród naturalny, durnowata..

Błagam Was o kciuki, modlitwę, pozytywną energię i co tam jeszcze komu się uda..

Następny wpis już ze szpitala. 



sobota, 7 marca 2015

7 marca czyli... teoretyczny koniec ciąży



Teoretyczny, bo porodu ani widu ani słychu.

Na dziś miałam wyznaczony tzw. "termin".
Dziś rozpoczynam 41 tydzień ciąży.

Wczoraj wieczorem udaliśmy się do szpitala na schadzkę z naszą położną. Ktg w porządku.
Mała okej.
Macica za to w nosie ma mój termin porodu i wykazuje mininalną czynność skurczową, o ile w ogóle.

Za to złe wieści z mojej dolnej kanalizacji.
Zdaniem położnej wcale nie ma 3 cm rozwarcia- jest 1 cm.
A jeśli chodzi o szyjkę, to jesteśmy w lesie- szyjka jest w ciąży i ani jej się widzi szykować się do porodu.
Jej zdaniem warunki są takie, jakby poród miał zacząć się za tydzień.
Potwierdzenie jej tezy jest takie, że mam przecież 31-32 dniowe cykle, a lekarze obliczają termin porodu zazwyczaj dla klasycznych cykli 28 dni. 
Położna stwierdziła, że w takich okolicznościach to naturalny poród może się zacząć nawet i 15tego..

Teoretycznie tydzień możemy chyba poczekać, ale Ona nie rekomenduje czekania dłużej niż jeszcze kilka dni, czyli tak do środy mniej więcej. Stwierdziła, że w przypadku ciąży po in vitro ona by nie ryzykowała. Zresztą Doktorek, jak mu powiedziałam, że idę w opór, nie chce indukcji i czekamy, też miał minę nie tęgą.
A ja nie będę z nimi dyskutować, bo najważniejsze jest bezpieczeństwo Dziecka a nie moje chciejstwo i zapędy w stronę natury (która już raz pokazała, gdzie nas ma).

Plan położnej jest jest taki i potwierdzę go dziś lub w poniedziałek z Doktorkiem:

  • Wdrażamy permanentną inwigilację KTG: niedziela + poniedziałek
  • jeśli tak do wtorku, środy nic się nie zadzieje to mnie położą na test oksytocynowy
  • jeśli test wyjdzie okej (i nie zacznę od niego rodzić) to następnego dnia jedziemy z normalną kroplówką z oksytocyny i jeśli skurcze się rozkręcą to rodzę. Jeśli nie- cesarskie cięcie.
  • po raz kolejny zapewniono mnie o dostępności cesarki na jedno moje skinienie. Z jednej strony podnosi mnie to na duchu, z drugiej zaś paradoksalnie obniża morale, bo od razu się zatanawiam, cóż oni nagle wszyscy w moim przypadku tacy pro-cesarkowi. Mam wrażenie, że jeśli w szpitalu wypowiem cichuteńko pod nosem słowa "ce ce" to z automatu włączy się muzyka rodem ze spa i wjadą nosze całe w kwiatach, aby mnie zawieźć na blok operacyjny, w radosnej asyście lekarzy, położnych i anestezjologów, śpiewających "na głowiee kwietnyy ma wiaanek, a przed nią bieży baaaraaanek, a nad nią lataaa motyleeek".

Rzeczywiście przekonuje się, że na finishu ciąża z in vitro jest traktowana jak specjalnej troski.
Chwilami czuję się jak jedyna post in vitrowa matka-wariatka, która sobie wymyśliła, że oto będzie rodzić siłami natury.
Błagam- jeśli czyta mnie ktoś, kto jest po IVF i rodził naturalnie - niech da znać. 

Inna kwestia jest taka, że po wczorajszym badaniu szyjki czuję się, jakby mnie potrącił czołg a jego lufa wlazła- wiadomo gdzie.
Pani Położna była delikatna- to w ogóle taka anielska kobieta. Natomiast ja zobaczyłam wszystkie gwiazdozbiory naszej galaktyki. Jak mi potem wytłumaczyła, to musiało być bolesne, bo szyjka jest wygięta jeszcze, a ona musiała się tam jakoś dostać. 
Po jakiś 2h od powrotu do domu (ok 22-23 wczoraj) dosałam takich bóli w okolicach szyjki, że tego się nie da opisać. Ciepły prysznic nic nie dawał a oddychanie ze szkoły rodzenia poszło w.. piz*u. Właściwie to boli mnie nadal, tak falami i to jest ból na kształt mega mocnego menstruacyjnego. Nie odnotowałam natomiast twardnienia brzucha ani nic podobnego oraz żadnej regularności.
Fakt faktem, że gdyby nie opinia położnej, że do porodu jeszcze daleko, to ostatniej nocy prawdopodobnie udali byśmy się grzecznie na porodówkę.

Na dodatek, wczoraj podczas dnia postanowiłam wyszorować ze szczotką na kolanach X metrów kwadratowych naszej mozajki pod prysznicem. Na tą radosną okoliczność pożegnałam się z moim czopem śluzowym, co było dla mnie kolejnym światełkiem w tunelu, że może za raz się zacznie.

Na koniec dajcie pomarudzić:
Jestem wykończona i psychicznie i niestety również fizycznie (to bardziej), bo odczuwam ciągły ból w drogach rodnych a teraz jeszcze dodatkowo w dolnej części pleców. Jestem już tak zbolała, że boje się, że jak przyjdzie właściwy czas rodzenia to nie będę miała siły już.

Miałam nadzieję, że ten permanentny ból chociaż ma sens, ale słowa Położnej odebrały mi tą nadzieję.
Ktoś tu się pomylił - albo Ona albo Doktorek. 
Wolała bym tą pierwszą opcję.

Czekamy.


czwartek, 5 marca 2015

Krótki raport




... z końcówki 40 tygodnia ciąży.

Od zeszłego czwartku, kiedy to Doktorek radośnie skomplementował moją szyjkę i obwieścił rozwarcie, staram się żyć normalnie - zakupy, długi spacer, wyjście do knajpy i nawet małą imprezkę dla znajomych w domu zrobiłam.

Przez ten cały czas pobolewa w mnie podbrzuszu - czasami ból jest lekki- takie ćmienie- a czasami dość mocny, że aż na uda promieniuje.
W większości jest to znajomy ból menstruacyjny, tylko że odczuwając go od około tygodnia, zaczyna się to robić lekko męczące.
Kiedy chodzę to czuję niesamowity nacisk Dziecinny na drogi rodne.

To wszystko skutkuje już lekkim zmęczeniem materiału.
Czuję się jakby mi ktoś parasol wsadził tam gdzie nie trzeba i radośnie otworzył.

Z nadzieją w sercu udałam się dziś na KTG - tak bardzo chciałam, żeby wykazało jakąś czynność skurczową.
I co? I dupa, że się tak wyrażę.

Tętno Młodej w porządku a wykres czynności skurczowej macicy prosty jak drut.
Były momenty skaczące, gdzie z nadzieją oczekiwałam, że może chociaż cień skurczy - niestety pani od KTG poinformowała, że te skurcze to od ruchów Młodej.

Wizyta u Doktorka nie była planowana, ale na szczęście zechciał mnie obejrzeć.
Na fotelu orzekł, co następuje:

szyjka się zkiepściła - w zeszłym tygodniu była lepsza, ale za to:
3 cm rozwarcia
"warunki do porodu są".

Dalszą opiekę nade mną przejmuje położna i szpital i generalnie może się zacząć any time. Czyli - może być za raz a może być za tydzień ;)
Doszliśmy do wspólnego konsensusu, że do indukcji porodu mi się nie spieszy - wszak termin mam dopiero na sobotę a od tego czasu mam jeszcze tydzień, żeby spokojnie poczekać.

O 20:00 dziś mam się zdzwonić z moją położną w celu złożenia meldunku z placu boju i wyznaczenia next stepsów. Na pewno będzie chciała w najbliższych dniach się zapoznać z sytuacją meteorologiczną w moich drogach rodnych i prawdopodobnie sprawdzić przepływy Dziecinny.

Żartujemy sobie z Małżem, że z tymi moimi 3 centymetrami to trochę tak, jakbym rodziła zaocznie ;)
Jeszcze tydzień i będzie 6 cm - i zgubię dziecko gdzieś w marszu :)

Dziś kolejna koleżanka urodziła. Termin miała na dzień po moim, czyli na najbliższą niedzielę.
A ja?
Sama już nie wiem, czy bardziej bym chciała JUŻ czy bardziej boje się.

Chyba powoli dobiłam do punktu:
ej, Córko, noooo wyłaź żeeee.