sobota, 21 marca 2015

"Jaki cudny czas by zaczynać. Niebo aż pęka z nadmiaru piękna." A. Lipnicka

To ja, w trakcie cięcia. 
Proszę o nie wykorzystywanie zdjęcia bez mojej pisemnej zgody. 

Nie wiem, czy jestem emocjonalnie gotowa, żeby opisać TEN DZIEŃ (a raczej: te DWA dni), bo moje nastroje, sterowane hormonami, zachowują się dziwnie.
Muszę to jednak zrobić, żeby zachować od zapomnienia każdy szczegół.


***
Chapter 1: Przygotowanie

Po strasznym "Panic day" udało mi się jakoś pozbierać do kupy i stawiłam się w szpitalu w czwartek ok 10:00 w całkiem niezłym nastroju, skupiona, podekscytowana i zmobilizowana. I obolała do granic, bo jak wiecie, dziwne, mocne bóle trzymały mnie już od około 2 tygodni.
I zdeterminowana, żeby rodzić naturalnie.
Zbadał mnie przemiły pan doktor, orzekł, że jest nieźle i że zapodajemy Perpidil żel na rozmiękczenie szyjki i rozpoczęcie akcji porodowej. Dodał, że "ostatnio bardzo ładnie idzie na tym żelu" i lekko przeraził, że właściwie to wszystko może się rozpocząć w ciągu godziny.

Zanim się obejrzałam, S. zdążył wykupić receptę, ja zostałam przyjęta do szpitala i mknęliśmy windą na blok porodowy.
Wysiadłam z windy z zatkanymi palcami uszami :) a S. profilaktycznie zapytał położnej, czy może ktoś aktualnie rodzi i krzyczy? :) W sumie bez sensu, bo co? Gdyby ktoś rodził, to zmienili byśmy piętro? No, raczej nie :)

Fik myk i ani się spostrzegłam a leżałam na łóżku w jednej z porodowych sal, podłączona do ktg i wenflonu, wysmarowana Perpidilem i marzyłam autentycznie o tym, żeby ten poród nareszcie się rozpoczął - tak mnie wszystko bolało i ... ja autentycznie chciałam już rodzić.

Po jakiś 40 minutach zaczęłam czuć bóle krzyżowe i mocniejsze skurcze, ale ostatecznie skończyło się na mocnych skurczach, ale... jelit. Nie mogłam wstawać i szczerze mówiąc, excuse moi, o mało nie narobiłam do łóżka.

Trzęsąc się od przypływu adrenaliny, podpisałam całą stertę oświadczeń i pojawiła się nasza Położna. Zbadała mnie (w badaniu dotykała główki dziecka!) i zagadała na jakieś 40 minut.
I ta rozmowa niezbyt mi pomogła, jeśli mam być szczera..
Ciągle mnie zapewniała o tej możliwości cesarskiego cięcia, że spoookojnieee, że w razie czego zrobimy cięcie.
W końcu nie wytrzymałam:

- Hm, ciągle Pani wspomina o tym cesarskim cięciu. Uważa Pani, że się nie nadaję do porodu naturalnego? Że nie dam rady?

- Szczerze? Y-y-m (tu znaczące kiwnięcie głową i zmarszczenie nosa)
Nie. 
Widzę, że jesteś za delikatna. Wrażliwa na bodźce dotykowe i dźwiękowe. Cała się spinasz przy badaniu. A to boli, to trzeba wytrzymać. Te skurcze trwają po minutę i trzeba wytrzymać. (...)

I tu się zaczęły wywody na temat tego, że mi znieczulenie nic nie da, że ono jest tylko przerwą w bólu, że i tak schodzi przed końcem, że albo się rodzi albo się ma znieczulenie i taaaak dalejjj.
I, że jak się do rana nic nie wydarzy, to rano wrócimy do rozmowy czy podajemy tą oksytocynę, czy robimy cięcie.

Moja pierwsza reakcja była taka, że oooo nie, ja się nie dam zniechęcić. W końcu jestem góralką z krwi i kości i nie takie delikatniuchne już rodziły przecież i żyją. I bez przesady, aż taką mimozą znowu nie jestem. Wkurzyłam się trochę. Poczułam lekki bunt.
Że chodzę z bólem już co najmniej 2 tygodnie i nie po to tyle się męczyłam, żeby teraz skapitulować.
Położna widząc moje zacięcie odzyskała chyba odrobinkę wiary we mnie, stwierdziła, że ok, że jeśli do rana nic się nie zadzieje, to podłączymy okso a jak się zacznie i stwierdzę, że "to zabawa nie dla mnie" to tniemy. I widać było, że dla niej to jest pewny scenariusz. Kuźwa, tego się nie dało ukryć.

Czy muszę dodawać, że po tej rozmowie moje morale poszybowały szybkim lotem w dół i z każdą godziną czekania było coraz gorzej?
Część z Was zna moje rozterki, bo dzieliłam się z nimi wprost z porodówki niemal live, w komentarzach pod postem "Panic day".

Przeniesiono mnie z sali porodowej do sali "zwykłej", ale na tym samym piętrze (czyli jakby ktoś zaczął rodzić i wrzeszczeć, to już w ogóle miała bym przesrane. Na szczęście tak się nie stało).
Podpięto pod niemal permanentne KTG i kazano czekać: albo na rozpoczęcie akcji porodowej albo na rano, na dalszą indukcję, już oksytocyną.

I w mojej głowie rozpoczęła się gonitwa myśli.
Emocje kompletnie wymknęły mi się już spod kontroli.
Szarpałam się, jak w życiu, ale stety - niestety, każda kolejna upływająca godzina zbliżała mnie do decyzji o cięciu.

Bo przecież, skoro doświadczona położna uważa, że nie dam rady.. to jak mam dać, do cholery.
I byłam już tak zmęczona bólem..
Co ciekawe - im bliżej byłam decyzji o CC, tym bardziej nasilały się skurcze brzuszne i krzyżowe.
Z przerażeniem obserwowałam KTG, które kilkakrotnie skoczyło sobie blisko 100.

W międzyczasie postanowiłam odwiedzić koleżankę, która zrządzeniem losu urodziła SN tydzień przed terminem w tym samym szpitalu dzień wcześniej. I to był kolejny krok oddalający mnie od SN...
Koleżanka leżała na sali wraz z dziewczyną po cesarce. Próbowała mnie nie nastraszyć i ukryć swoje koszmarne odczucia względem swoich przeżyć, ale... nie udało jej się.
Oznajmiła, że zaczęła przeć jak szalona przy 3 centymetrach rozwarcia, bo myślała, że zwariuje z bólu. I darła się jak zarzynana.
Nie mogła siedzieć na czterech literach ani nawet wstać, podczas kiedy pani po CC (również dzień wcześniej) skalała jak młoda koza. U koleżanki dało się wyczuć mocną nutę wahania, że gdyby mogła cofnąć czas, to decyzja o sposobie rodzenia nie była by dla niej taka oczywista.

Miałam wrażenie, że wszystkie siły kosmosu sprzysięgły się, żeby mnie złamać... albo może pokierować na właściwą drogę?
Któż to wie.

Ok. 21:00 podjęliśmy z mężem decyzję o CC.
Poinformowałam sms'owo położną i pozostało mi zaciskać nogi i trzymać kciuki, żeby skurcze się do rana nie rozkręciły.

Noc była straszna, wiłam się spocona w pościeli.
Brzuch bolał i napierał tak, że z trudem szłam do toalety.
Nie wiedziałam przecież, czy położna przypadkiem nie zmieni zdania.
Co ciekawe - nad ranem wszystko przestało mnie boleć. Adrenalina przekroczyła chyba poziom krytyczny i zatrzymała wszystko.

Rano Małżon i Położna stawili się koło 8:00.
Położna nawet nie próbowała dyskutować, skwitowała tylko, coś w stylu:
"Noo takk, to było wiadomeee, przecież ja widzę, że nie dasz rady" 

ale postanowiła mnie jeszcze profilaktycznie zbadać, żeby sprawdzić, czy nie nastało jakieś wspaniałe oświecenie mojej szyjki macicy i na przykład są wspaniałe warunki do porodu.
I co się okazało?
Że wszystko mi się pozamykało na mur beton. I to się dało odczuć w bolesności badania - w czwartek nie bolało nic, w piątek natomiast - o masakra.
Szyjka się skróciła, stwardniała, wygięła i generalnie odmówiła współpracy na amen.

I wtedy właściwie było jasne, że ta oksytocyna nawet jakby zadziałała (co pewne oczywiście nie jest) to.. hm... skurcze na zamkniętą szyjkę? Well... obawiam się, że łaziła bym po sufitach.
Klamka zapadła i nie było odwrotu.
A ja poczułam taką ulgę, że nawet specjalnie nie bałam się CC. Jawiło mi się ono jako wybawienie absolutne.
Co prawda moja moralna kapitulacja - ale wybawienie.
Nie miałam już siły walczyć.
Widziałam dziś swoje zdjęcia ze szpitala... Jezus... ja się nie dziwię, że ta Położna stwierdziła, że nie dam rady. Byłam spuchnięta z przerażenia. Na mojej twarzy malował się fizyczny ból.  Młoda była głową już tak nisko, że ruszać się nie mogłam.

Co ciekawe, tuż przed CC pozostały personel wyczuł chyba, że moja "kapitulacja" (dokładnie tak nazywałam swoją sytuację) jednak trochę mnie boli i zaczęli mnie przekonywać, że nic się nie dzieje bez przyczyny i mam być spokojna: jeszcze się nacierpię ;)
Było to dla mnie dość zaskakujące, ale jednak krzepiące, że nie zostałam potraktowana przez pozostały personel jak tchórz.
Sama siebie potraktowałam w sumie najsurowiej.
Małżon był cały czas i wspierał - zachowywał się wspaniale, nie tracił animuszu ani na moment.

***
Chapter 2: Poród

Przygotowanie do CC potoczyło się dość szybko.
Podano mi jakieś dziwne kroplówki, po których czułam się już skrajnie źle - było mi niedobrze, kręciło się w głowie, zaczęłam się cała trząść.
Na nogach jak z waty wtoczyłam się na blok porodowy.
Aby anestezjolog mógł wkłuć się w kręgosłup jakaś pani położyła się na moich plecach, żebym została w bezruchu. Wkłucie nie bolało wcale.
Poczułam przyjemne, ciepłe mrowienie w nogach.
Była piękna pogoda (na sali były okna) a w tle dźwięczało włączone radio.
Atmosfera była... luźna. Miła. Fajna. Nie spięta. Lekarze i personel zagadywali do mnie w różnych tematach.
Tylko ja się trzęsłam jak osika, ale nie powiem - trzymałam fason.
Kiedy leżałam już podłączona pod wszystkie pikadła, obsmarowana i gotowa, na salę wkroczył S. - ubrany w ubranie operacyjne, w maseczce, z aparatem przewieszonym przez ramię.
Zasiadł za moją głową, patrzył mi w oczy i tak trwaliśmy w oczekiwaniu - patrząc sobie w oczy, połączeni doniosłością tej chwili i strachem.

Lekarze zaczęli.
A my tak trwaliśmy - oko w oko.
Mówiłam do Niego - jesteś? patrz na mnie. nie patrz tam. dobrze się czujesz? wszystko ok?
/ w sumie zabawnie, bo to mnie kroili a ja się Jego pytałam, czy wszystko ok ;) /
Doniosłość tej chwili była niezwykła.
Chce mi się płakać w każdym momencie kiedy o tym myślę.
Byliśmy wtedy tak blisko.
Łączyło nas wszystko.
Całe emocje świata.

Przemówił lekarz:
- A Pani już miała chyba jakieś skurcze, prawda?
- Yy, tak, chyba tak. Nie wiem.

(to pytanie lekarza i sposób w jaki ją wyciągali upewniło mnie w przekonaniu, że chyba jednak miało prawo mnie boleć przez te 2 tygodnie...)

Nagle poczułam mocne szarpanie.
Ktoś położył mi się na żebrach, żeby mnie przytrzymać a ja aż cała latałam.
Zaczęli mnie zagadywać.
Nie miałam czasu się solidnie wystraszyć, bo nagle ktoś powiedział:
"JEST!"

/ i tu ryczę /

I zobaczyłam to ciałko- mokre.
Twarz wykrzywioną w grymasie niezadowolenia.
Wydawała mi się ogromna.

Powtórzyłam tylko za lekarzami:
"Jest, jest!"
i zaczęłam płakać.
Wzięli ją do otarcia, założyli czapkę i pampersiaka i dali do pocałowania i pogłaskania.
Pachniała tak pudrowo, owocowymi żelkami.
Małż pstryknął kilka fotek i poszedł kangurować Małą na gołą klatę na czas doprowadzenia mnie do porządku.

Po jakiś 30 minutach przynieśli mi ją na salę pooperacyjną i przystawili do piersi w kontakcie skóra do skóry.
I zostałyśmy razem już na zawsze. 

***
Chapter 3: Po porodzie

Po przewiezieniu na zwykłą salę leżałyśmy razem nie pamiętam jak długo. Niewiele pamiętam z tych pierwszych godzin. Byłam otumaniona lekami i hormonami. Nie wiem czym bardziej. 
Wokół krzątał się Małżon, teściowa i moja przyjaciółka.
Ok. godziny 19:00 zostałam sama z Małą. Małżon mdlał ze zmęczenia, więc pojechał do domu. 
Wtedy też zeszło znieczulenie i mocno czekałam na kolejną dawkę substancji przeciwbólowej. Jednak bez przesady - nie jest to jakiś nieziemski ból udręki. Właściwie to chyba bardziej bolała mnie obkurczająca się macica, niż rana po cesarce. A ta macica boli z tego co się zorientowałam przy porodach naturalnych tak samo. Macica bolała tym bardziej, że Mela non stop wisiała mi na piersi, co pobudza skurcze. 
O 22:00 przybyła pielęgniarka z propozycją wycieczki pod prysznic. W pierwszym momencie nie wiedziałam, czy sobie kpi czy o drogę pyta :) ale postawiłam się do pionu i SAMA udałam pod ten prysznic. Nie, ból i słabość nie były najgorsze. Najgorsze były odchody poporodowe. Jakoś w moich przygotowaniach do porodu zupełnie pominęłam ten temat. Niby wiedziałam po co są podkłady ginekologiczne i na łóżko, ale wiedzieć a widzieć to są zupełnie różne sprawy. 
Tak czy inaczej po prysznicu rzeczywiście poczułam się znacznie lepiej, wróciła mi sprawność i całą noc sama zajmowałam się Dzieckiem. Tą noc działałam na autopilocie - zupełnie nie wiem jak, nagle doznałam jakiegoś instynktownego olśnienia w temacie przewijania, podnoszenia dziecka, karmienia i ogólnej pielęgnacji. W tym aspekcie Matka Natura nie zawiodła. 
Spałam czujna jak ważka i na każde Jej sapnięcie zrywałam się jak oparzona nie bacząc na mięśnie brzucha, które - rozprute - mocno dawały o sobie znać. 
Po-cesarkowe niewygody jednak zostały tak mocno zepchnięte na drugi plan, przez cały ten natłok wrażeń i hormonów, że na prawdę, nie mogę narzekać.
A dziś, ponad tydzień po operacji, nie pamiętam za bardzo, że ją miałam. 


***
Epilog

I tak zaczęła się nasza wielka przygoda. 
Nasze wspólne życie. 
Ten czas przedporodowy, to był bardzo trudny czas. Pełen stresu, nerwów, rozterek i decyzji.
Myślę, że ani my z Małżem, ani najbliższa rodzina, nie zapomną go jeszcze dłuuugo, dłuuugo. 
Niemniej jednak niczego nie żałuję, uważam, że próbowałam na tyle na ile tylko było mnie stać. Serio.
Powiem więcej: nie spodziewałam się, że poród przez cięcie może być tak wzruszający, dostarczyć takich doniosłych emocji. 
Mam takie nieprzemożone poczucie, że stało się to, co stać się miało.
Że tak po prostu miało być, że nic się nie dzieje bez przyczyny. 

Starej PinkThink już nie ma. 
Zniknęła, rozpłynęła się gdzieś między salą porodową a blokiem operacyjnym. 
O 11:25 13 marca 2015 narodziła się zupełnie nowa osoba 
PinkMama
której ziemia przestała się kręcić wokół słońca.
Teraz ziemia, słońce i cała reszta kręcą się wokół Meli.
Meli, bo jedno spojrzenie wystarczyło, żeby mieć pewność, że Ona to właśnie Melania. 
I zalała mnie ta legendarna, bezgraniczna fala miłości.
Tsunami. 

Pewna koleżanka powiedziała mi kiedyś:
dopiero mając dziecko dowiesz się, co to jest miłość i co to jest strach.

I wiecie co?
Miała świętą rację.


***

Cdn.





54 komentarze:

  1. Aż mi się włosy zjeżyły na głowie ze zruszenia:) No i łezka się zakręciła.
    Zazdroszczę męża na sali operacyjnej, ja głupia wysłałam mojego do domu bo miałam zaćmienie i pomyślałam "eeeee, tak szybko to nie pójdzie"....
    Ależ Ty uparciucha jesteś:))*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-)**
      Najważniejsze, że mamy to za sobą i zdrowie dzieci przed sobą ;))

      Usuń
  2. Piękny wpis, Pink... I odczucia co do cc i po cc niemal jak u mnie za 1 razem. No może poza cycem, bo to u nas nie poszło ;)
    Buziaki, Mamo! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Noo pięknie i stara matka sie popłakała. A ten zapach to bylo coś pięknego . Co do tych hm..odchodów to mniej ich jest po cesarce. Ależ bym sobie takie cudo popieściła,potrzymała i hm..powąchała hehe. Wszystkiego dobrego MamoPink

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten zapach to jest po prostu... coś bez nazwy :-D
      Szok :) Aż dziw, że nikt jeszcze takich perfum nie wyprodukował :)

      Co do "odchodów" to nie zapomnę tego wrażenia, jak mi położna kazała wstać z łóżka i trzymać w kroczu... ten podkład co się kładzie na łóżko. Nie kumałam dlaczego, do czasu aż... wstałam do pionu. Ło jeny :)
      Ale fakt że podczas CC pewnie coś tam ręcznie wyciągnęli a po SN musi samo wyjść.
      Ale, pfffff, o czym ja to rozprawiam.. ;))))

      Usuń
  4. Jeszcze raz gratulacje! :) To prawda z tą miłością i strachem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-)*
      No właśnie, ten strach natura mogła sobie odpuścić :)
      My już wczoraj postawiliśmy na nogi chyba wszystkich pediatrów w mieście, a dziś rano wybuliliśmy 180 zł na wizytę domową, żeby się dowiedzieć, że kupa naszego dziecka jest.... wzorcowa ;)
      No comments.

      Usuń
    2. Dużo jeszcze przed Tobą, przede mną z resztą też :) Nie wiem jak mój organizm zniesie ten strach z dwójką, bo jakoś nie sądzę abym w tej kwestii odpuściła :)

      Usuń
  5. Twój mąż był przy cc??? A gdzie jest taka możliwosć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szpital prywatny gdzie można rodzić na NFZ (ja tak właśnie rodziłam).
      Coś genialnego, fantastyczna opieka, świetne warunki, ludzkie traktowanie. I to wszystko w ramach ubezpieczenia na NFZ, czyli super.

      Usuń
  6. A, pewnie prywatna klinika:) To już wszystko jasne:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój mąż był przy cc w najzwyklejszym szpitalu. Wszystko zależy od tego, czy w danej placówce się to praktykuje czy nie. Drugą córkę rodziłam w innym szpitalu (nie w prywatnej klinice) i tam nie było z kolei mowy, aby był ze mną przy cc.

      Usuń
    2. Tak, z tego co wiem, to zależy od placówki.
      Możliwa obecność przy CC jest chyba nie tylko w prywatnych szpitalach.

      Usuń
    3. no, to zależy jak podchodzą do spraw bezpieczeństwa i higieny:)

      Usuń
    4. Yyy, nie wydaje mi się, żeby obecność męża zagrażała w jakiś sposób bezpieczeństwu i higienie.
      Był całkowicie przebrany w strój chirurgiczny razem z maseczką, i to nie jakiś tam zielony szlafrok, ale niemal identycznie jak chirurdzy. Dostał odpowiednie instrukcje.
      Myślę, że to jest kwestia dobrych chęci personelu placówki. W tych państwowych pewnie zazwyczaj traktują obecność jako "fanaberię".

      Usuń
    5. wg mnie nie jak fanaberię, tylko serio ze względu higieny; jak najmniej osób postronnych na sali - a takim jest też mąż - oznacza jak najlepiej; :)

      Usuń
    6. Hm.. niemniej jednak nie wdaje mi sie, ze obenisc meza szwiadczy o olaniu zasad operacyjnego bhp. Mysle, ze to kwestia standardu placowki i za kilka lat to bedzie norma wszedzie. Tak samo jak przy sn- tez kiedys nie bylo wolno a teraz- norma.

      Usuń
    7. no wiesz, siłami natury to jednak co innego:)) CC to operacja, a przy operacji pewne normy obowiązują:) ja myślę, że nie standard, tylko raczej chęć przymilenia się potencjalnym pacjentom:)

      Usuń
  7. Nie chciałam pisać PRZED, bo byłaś nastawiona na sn, ale ja miałam cc i było naprawde spoko. Gratki jeszcze raz! ::D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cacysia tak, póki co, odpukać, muszę przyznać, że ta cesarka to nic takiego strasznego.
      Fakt - swoje trzeba wycierpieć również, ale... to może i dobrze? :)
      Wtedy jak zeszło mi znieczulenie, zaciskałam pięści, patrzyłam w sufit i myślałam o tym, że teraz jest ten mój czas na cierpienie :)
      A emocje były, mimo, że operacja, na prawdę - mocarne ;)

      Usuń
    2. A ja nie rozumiem, dlaczego jeśli cierpienie, to dobrze. Facet nigdy by nie dał sobie tego wmówić :p

      Usuń
    3. odpukać - no z cc jednak jest różnie, ja mam za sobą dwie - i powiem tak - wychodzi dopiero po kilku latach niestety:( oby nie, na pewno nie u każdego

      Usuń
  8. Kurczę, aż nie wiem od czego zacząć. Może od końca :) Tak, posiadanie dziecka to tak samo zalewająca Cię fala miłości, jak i strachu... I ten strach nie mija. Tyle, że z czasem boisz się o coraz więcej rzeczy :)

    Czekałam, aż się odezwiesz- pewnie jak my wszystkie, które czekałyśmy z Wami na Melanią. Matko, jak mi się to imię podoba. Chyba zmienię męża, i trzecią córkę na bank już tak nazwę :)

    Co do położnej i Waszej decyzji o cc... Tak sobie myślę- ok, domyślam się, że Ona z racji wielu lat w zawodzie jest w stanie mieć jakieś przeczucie co do predyspozycji każdej rodzącej, no ale... To oczywiście nie jest nic osobistego, ani nie daj Boże żadna krytyka- Ty byłaś tam mimo wszystko na ciut lepsze pozycji, a gdybyś była zwykłą Kowalską? Też by Jej zaleciła cc, bo Jej się wydaje, że ta Kowalska nie da rady?

    Osobiście zupełnie przyzwoicie wspominam swoje cesarki, i cieszę się, że i dla Ciebie nie było to traumatyczne przeżycie.
    Wszystkiego dobrego dla Was! Niech Mała rośnie Wam zdrowo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marta jeśli ten strach o Nią ma rosnąć, to uhhh... ;) zwariuję :)
      Cieszę się, że to imię Ci się podoba :)
      Mnie się niezbyt w ciąży podobało, a kiedy Ona się urodziła to nagle mnie, literalnie - olśniło.
      I po prostu stało się oczywiste jak 2x2, że moja córeńka to Melanka :)

      Co do tego CC, nie wiem jak oni tam do tego podchodzą, czy są tak liberalni wobec wszystkich. Nie mam pojęcia.
      To fakt, że z jednej strony byłam na uprzywilejowanej pozycji.
      Z drugiej zaś, gdybym tego wyboru nie miała... to pewnie urodziła bym SN, bo wydaje mi się, że nie takie delikatesy rodziły i żyją i dobrze się mają..
      Ale nie ma co tego roztrząsać.

      Uzupełnie jeszcze wpis, bo przypomniało mi się, że w czwartek po nieudanej indukcji poszłam odwiedzić koleżankę, która urodziła w tym szpitalu dzień wcześniej, SN. I to był kolejny "gwóźdź" do cesarki..

      Usuń
    2. Ja namawiałam męża i za pierwszym i za drugim razem na Melanią, zwłaszcza, że oboje mamy przecież imię na "M", no ale... On twierdzi, że wszyscy wołaliby na Nią "Mela", a On by tego nie przeżył... Głupie tłumaczenia, bo niech sobie inni wołają, Jemu jeśli się "Mela" nie podoba, zawsze zostaje Melania.

      Co do położnej, to tak sobie kombinuję, że może z tymi mamami, które One określają jako "delikatne" jest może więcej... pracy? Może jest ciut ciężej. Sama nie wiem. Ja byłam w drugiej ciąży zdecydowana na sn, zależało mi na tym, ale gdzieś tam baaaaaaaardzo z tyłu głowy, miałam taką myśl, że ja się do tego nie nadaję. Stąd moja decyzja o prywatnej położnej, bo wykombinowałam sobie, że jak się zacznę w trakcie "mazać", to przynajmniej mi kazań nie będzie prawiła :p

      A tak z ciekawości- gdybyś się może kiedyś widziała z tą położną, to spytaj, czy kiedyś się pomyliła w swojej ocenie predyspozycji ku sn :) Byłabym wdzięczna, bo mnie to nurtuje mega bardzo, czy faktycznie, można tak ocenić i mieć pewność, co do swoich przekonań, że Ta to na pewno nie da rady.

      Pewnie, że nie ma co roztrząsać- najważniejsze, że Córcia jest zdrowa, Ty nie masz żadnej traumy, i normalnie funkcjonujesz. No i świetnie, że z produkcją mleka od razu ruszyło!

      Usuń
    3. Co ja z tą "MelaniĄ", kiedy trzeba napisać "MelaniĘ" :)

      Usuń
    4. Co do strachu- spokojnie, to nie tak, że codziennie będziesz z jego powodu umierała :) Tak dla wyobrażenia o czym mówię, to pomyśl sobie teraz tak- o co martwisz się teraz. I wyobraź sobie za chwilę na przykład Melanię u progu gimnazjum. Rozumiesz? :) Nie, ten strach nie mija :)

      Usuń
    5. Strach o dziecko jest wciąż taki sam jeśli chodzi o 'wielkość', tylko powody się zmieniają, czasem są duże, realne (np jak ci dziecko wywróci oczy do góry białkami bo się zadławi przy jedzeniu... albo przestanie rosnąć na prawie rok... ) czasem takie małe codzienne (jak się przewróci po raz enty i uderzy w głowę piąty raz w tym tygodniu) a czasem takie trochę na wyrost, trochę wymyślone 'co by było gdyby, co będzie gdy...'

      Usuń
  9. Pięknie to napisane! Aż mi się łezka zakręciła w oku,tyle emocji i wzruszeń.Niech mała księżniczka rośnie zdrowo.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. iwona, bardzo, bardzo dziękujemy :)))

      Usuń
  10. Post noworodkiem pachnący :-) się wzruszylam, Mamo Pink. Cudnie.
    A odchody ekhm ekhm o całym połogu się jakoś zapomina pomyśleć przed porodem. Pamiętam jak się martwilam czy to normalne że się tak poce w nocy - normalne.
    Cudownych chwil z Melką

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, czyli nie tylko ja się pocę w nocy?
      I mam dreszcze?
      Czyli to jest normalne?
      Bo się bałam, że zwiastuje jakieś zapalenie piersi czy coś.

      Ale i tak najlepsze są sny :)
      Cholewa, jakie głupoty mi się śnią :)
      Jak nie erotyki to jakieś strachy na lachy... strach zasnąć :-P

      Usuń
    2. Normalne, ja się budziłam noc w noc mokrusieńka cały połóg... A sny zawsze miałam poje... yyy... dziwne ;-)

      Usuń
    3. Pink, w okresie laktacji organizm popada w stan hormonalny podobny do menopauzy. Ja z Tosią półtora roku czyli cały okres karmienia miałam wybuchy gorąca, saharę w pochwie, zerowe libido i inne takie przyjemności... za to okres mi się zatrzymał kompletnie wtedy ;) teraz też, urodziłam 2 tygodnie temu i wiecznie mi gorąco... sahary jeszcze nie mam bo leci ze mnie poporodowy syf no i libido mnie nie obchodzi z powodu wyżej wymienionego syfu ;)

      Usuń
  11. Wczoraj pakowałam za małe rzeczy synka jedna z nich pachniała noworodkiem. Wróciły wspomnienie aż mi się płakać chciało. Ciesz się Pink tą chwilą ona tak szybko mija :) Teraz słysze mama am mama to mama tam i dziwię się że to już taki duży chłopak jest. Dziwny jest ten świat bo jak był malutki to nie mogłam sie doczekać kiedy będzie duży a teraz tęsknię za chłopaczkiem w rozmirze 56 ;) ściskam mocno ania

    OdpowiedzUsuń
  12. Pięknie napisane, z emocjami, chodz nigdy tego nie poczuję, nie przezyję, poczulam dreszcze i łzy kapiące ze szczęśćia waszego....
    Gratulacje jeszcze raz...Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  13. Och Ty mamo, pięknie i realnie to wszystko opisałaś i ja teź nie wiedziałam co to miłość do momentu dopóki nie zostałam mamą i choć nie rodziłam to emocje miałam największe i najmocniejsze w swoim życiu takźe jak widać to nie sposób pojawienia się dziecka a fakt tego, źe już jest czyni tę chwilę niezapomnianą.

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja z kolei miałam przeczucie, że będzie cc. Nie żebym myślała, że nie dasz rady, tylko o ile dobrze pamiętam z naszego blogowego "grona zaciążonych" (a było już ich trochę) jeszcze żadna nie urodziła sn - nawet jak bardzo chciała. Nie wiem czemu tak jest, ale czekałam czy będziesz pierwsza :-) Ale przeczucie było, że nie.
    Wspaniale, że mogliście być razem na sali. My nie mogliśmy i uważam, że dużo nas ominęło.... :-(
    Trzymajcie się cieplutko.
    Aha! I tez mi się bardzo podoba imię Melania.

    OdpowiedzUsuń
  15. Ryczę,zalewam się łzami ze wzruszenia,piękny to czas,każdy z tych etapów był po coś.
    Jeszcze raz gratuluję.
    Ps.My czekamy na Naszego uparciuszka, TP 01.04 i tak liczymy że się rozdwoimy do tego czasu.

    OdpowiedzUsuń
  16. Piękny wpis, oczywiście ryczę jak bóbr i tak bardzo pragnę, żeby nasza Maleńka już była z nami, jednocześnie niech się nie waży wychodzić przed majem ;)

    Gratuluję kochana jeszcze raz i życzę samych cudownych wspólnych dni!

    OdpowiedzUsuń
  17. Uśmiecham się pod nosem czytając Twój post :) Tyle w nic ciepła i miłości! W końcu się doczekałaś PinkMamo :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Nie było mnie jakiś czas i po prostu nie mogę sobie darować, że przegapiłam takie wiekopomne wydarzenie jak narodziny Melki ! :/ Gratulacje !!! - trochę spóźnione, ale szczere i płynące prosto z serducha :) Od teraz będziesz nie tylko PinkMamą - będziesz na pewno SuperMamą :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Cudownie PinkMamo! :)

    Bardzo sie ciesze (i ocupinke zazdroszcze), ze splynela na Ciebie ta legendarna fala milosci do dziecka! ;) Super tez, ze karmienie piersia i wszystkie inne aspekty opieki nad noworodkiem przyszly instynktownie!

    Ja z sali operacyjnej pamietam niewiele. Trzeslam sie jak galareta, bylam nieprzytomna ze stresu i powtarzalam tylko w kolko, ze mi tak strasznie, strasznie zimnooo... Oprzytomnialam dopiero kiedy uslyszalam gromkie "It's a boy!" i tez sie zwyczajnie rozryczalam... Minelo juz ponad 2 lata, a ja nadal chlipie jak to wspominam. :)

    A wiesz, ze tych "odchodow poporodowych" to za bardzo nie pamietam? Mnie lecialo jak troche obfitsza miesiaczka. :) Za to pierwsze kilka okresow po ciazy mialam wrazenie, ze przypominaja mini-krwotoki. To tak w ramach ostrzezenia! ;)

    Gratuluje jeszcze raz! Niech mala Mela rosnie zdrowo!

    OdpowiedzUsuń
  20. PinkMamo, dzielna kobieto! Bardzo, bardzo dużo emocji, niesamowite 2 dni, niesamowite zmiany.. Cudownie, że już jesteście razem:)
    Niesamowite, że wszystko się tak potoczyło.
    Niesamowite jest działanie autopilota i to, że dałaś radę... Czapki z głów, bez 2 zdań :)
    Podziwiam, gratuluję i odrobinę zazdroszczę.
    W moim przypadku ta relacja jest b. cenna jeszcze z jednego powodu-coraz bardziej myślę właśnie o tym szpitalu, wiele przemawia "za" i obstawiam, że właśnie tam urodzę.
    Czekam z niecierpliwością na cd :)
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  21. Jaki cudnie długi wpis! Jak zazdraszczam obecności męża na sali i tego, że od razu lezalyscie razem! To mega ważne i jeśli jeszcze kiedyś będzie mi dane, to będę walczyć o to jak lwica :)
    Super, że mimo tego koszmarnego początku, wahania, strachu, finisz okazał się taki piękny. Tak miało być. I nie biczuj się proszę nigdy, że cc a nie sn. Ważny jest efekt, czyli Mela :) usciski !

    OdpowiedzUsuń
  22. Aaaaa, jeszcze a propos ostatnich wersów - dokładnie tak!

    OdpowiedzUsuń
  23. Kochana cieszę się, że i u Was był wybuch miłości :) To najpiękniejsze przeżycie, którego się nie zapomina! I co, całkiem fajne to cc prawda? Byłaś bardzo dzielna :). Czekam na notkę o Meli, Waszym rytmie, Twoim samopoczuciu. (taaa połóg zaraz "po" potrafi zadziwić i... zemdlić hehe). Pozdrawiam dziewczynki, małą i dużą.

    OdpowiedzUsuń
  24. PinkMamo, jak pięknie. Dziękuję, wszystko skrzętnie opisałaś i mogłyśmy z Tobą być w tych wyjątkowych chwilach. Jak cudnie, że S. był z Wami na sali! Zazdraszczam! Myślę sobie, że mi to by dużo dało. A tak prywatnie to dodam jeszcze po raz drugi, że dzięki Tobie odkryłam że moja Cc to był dobry wybór. Wiem, że dla wielu kobiet poród sn to piękna rzecz i im tego zazdraszczam. Jednak mój poziom lęku i kruchości vel histerii... Wiadomo... Z zaskoczeniem odkryłam, że też bałam się o... Ciebie. Toteż cieszę się że w tak piękny sposób powitaliście Pink Melkę na świecie!!! Całusy dla Was!!! Ps. A jakbyś była BlueThink to zrodziłby się blogowy chłopczyk? :)))

    OdpowiedzUsuń
  25. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  26. Pisałam z komórki i widzę że zazdraszczam podwójnie haha. Jeszcze dodam że pięknie literacko ten post zakończyłaś. Nnnno. To kiedy pępkowe? Ew. Spacerek? :)))

    OdpowiedzUsuń
  27. Podgrzanie wody na mleko w podgrzewaczu zajmuje ok. 3 min, odmierzenie i rozmieszanie ok minutę. Bez diety, laktatora, wkładek, maści na brodawki, okładow z kapusty... MM pozwala ocalić resztki swobody i piersi przed zniszczeniem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedzenia też nie trzeba samemu robić. Można iść do wspaniałej restauracji McDonald.
      To jedzenie i to jedzenie.

      Usuń
  28. Jestes dzielna!!! Czytam Twoje wpisy z zapartym tchem :). Piekny finisz nie wazne czy SN czy przez CC. :)

    OdpowiedzUsuń