czwartek, 26 marca 2015

Pierwsze doświadczenia macierzyństwa

Jak już pisałam, praktyczne zajęcia z opieki nad noworodkiem zaczęły się już tuż po cesarskim cięciu. Co dziwne: nie było strachu. Potwierdzam istnienie zjawiska jakim jest instynkt, że człowiek po prostu wie. Najdobitniej było to widać po moim S., któremu jakby ktoś włączył jakąś funkcję "baby care". Nie miał i nadal nie ma w sobie za grosz strachu, ma pewną rękę w której dzierży dziecię bez mrugnięcia okiem. Póki co to On Ją trzyma do kąpieli.
Jest to cudowne i zaskakujące zjawisko.

W szpitalu zostaliśmy do wtorku (17.03).
Mieliśmy wyjść już w niedzielę, co było dla mnie troszkę przerażające, ale ze względu na konflikt serologiczny zostaliśmy dłużej. Okazało się, że Młoda odziedziczyła dodatnią grupę krwi ojca a ja zaczęłam wytwarzać przeciwciała. Nie wiem czy to ma coś do rzeczy, ale jest to dla mnie kolejny argument przemawiający za szybkim i sprawnym rozwiązaniem ciąży, jakie nastąpiło.
Potem skoczyły trochę wskaźniki żółtaczkowe, ale wszystko się ustabilizowało.

Oczywiście, życie jak zwykle dorzuciło nam kilka ziaren gorczycy do naszego pucharka miodu.
Już na sali operacyjnej okazało się, że znaczna część buzi Melki pokryta jest naczyniakami (takie czerwone placki). Obie powieki, między brwiami, czoło, obok i pod noskiem oraz obszar lędźwiowy i potylica.
Znamiona ma niemal w tych samych miejscach co ja po urodzeniu. Mnie pozostały jedynie nad pośladkami i na karku oraz odrobinka między brwiami - na tyle odrobinka, że nawet mąż nie wie, że to tam jest.
Zdania na temat naczyniaków są podzielone - jedni mówią (mam na myśli personel medyczny), że to się wchłonie i nie ma się czym martwić. Lekarze jednak skierowali nas na konsultacje i pod opiekę przychodni chirurgiczno-onkologicznej. Znaleźliśmy już świetnego, tytułowanego lekarza a ja po raz kolejny cieszę się, że mieszkam w mieście ze znakomitym zapleczem medycznym.
Jestem pełna wiary, że to zejdzie - podobnie jak w moim przypadku - jednak nie ukrywam, że jest w nas wiele lęku. O Jej zdrowie i o Jej wygląd w przyszłości.
Bo dla nas i tak jest przepiękna.

Jeśli chodzi o Nią samą, to póki co można wnioskować, że trafił nam się mały aniołek.
Jest grzeczna, nie wpada w histerię, daje trochę pospać.
I co ważne - pięknie ssie.
Póki co, chwała Bogu i odpukać - karmię piersią. Spełniło się moje marzenie.
Początek nie był najgorszy. Mała non stop kolor wisiała na cycku - potrafiłam z Nią siedzieć przy piersi po kilka godzin dziennie. Aż położne kazały odstawić. A Mała tak ciumała zachłannie, że aż echo niosło po sali. Ciumkała nawet przez sen.
Pamiętam ten moment, kiedy popłynęło mleko pełnym strumieniem - siedziałyśmy w środku nocy u cyca i nagle rozległ się dźwięk przeraźliwie głośnego łykania Melki ;) Aż echo niosło.
A rano obudziłam się w mokrej koszuli.
W międzyczasie kilka razy dokarmiłam ją trochę butelką - na początku nieufnie podchodziłam do propozycji położnej, która padła już pierwszego wieczora.  Podchodziłam do butli jak do ognia piekielnego, który na bank coś nam zaburzy na linii Melka -> cyc. Na szczęście Melka była średnio zainteresowana butelką, coś tam szamnęła, żeby zaspokoić głód, ale po fakcie następował natychmiastowy powrót do cycusia.
Efekt był taki, że Młoda najpierw zjechała z wagi z 3300 do 3050 a w dniu wypisu ważyła już 3200.
Ile waży teraz - nie wiem, nie mam wagi, ale pod ręką czuję, że jest coraz ciężej. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Niemniej jednak operacja "karmienie cyckiem" nie jest taka łatwa i różowa jak mogło by się wydawać.
Po powrocie do domu i zjedzeniu, wydawało by się, lekkostrawnych potraw, najpierw ja nabawiłam się lekkiego rozstroju brzuszka a następnie Melka. Zaliczyliśmy już pierwszą, w cholerę drogą, prywatną wizytę domową, żeby się dowiedzieć, że kupy Młodej są wzorcowe ;)
Niemniej jednak ja jestem na dość ścisłej diecie i jak tak dalej pójdzie, to nie tyle schudnę, co zniknę. Musieliśmy ściągnąć moją mamę do nas na kilka dni, żeby gotowała i doprowadziła mnie jakoś do pionu, bo ja w pewnym momencie: po operacji, wygłodzona, niewyspana i spanikowana rzekomym rozwolnieniem dziecka byłam już skrajnie wyczerpana i dosłownie leciałam przez ręce.

Z ciekawostek historycznych: zdążyłam już pokłócić się z teściową, która przyjechała do nas ugotować mi jakiś lekkostrawny obiad. Kobita oczywiście czuje się namaszczona, żeby udzielać mi nieustających rad i się mądrzyć. I gdyby to były rady podyktowane dobrymi chęciami, to jakoś bym zagryzła zęby i zniosła. Ale, wybaczcie, nieustająca mantra pod tytułem "wiedziałam", "a nie mówiłam", "tak czułam, ale już nic nie chciałam mówić", "ona jest na pewno głodna, bo ssie" (kuźwa, to jest ssak do jasnej cholery, to co ma robić?), "trzeba kontrolować ciemiączko. poczytaj sobie o tym", po prostu wyzwalają we mnie demona. Zmęczonego, niewyspanego, lekko zestresowanego demona w hormonalnym szoku. Więc zareagowałam adekwatnie do stanu i się kobita obraziła. Nie odzywa się od piątku.

Poza restrykcyjną dietą, radzenie sobie z nawałem pokarmu i ewentualnymi zastojami to zupełnie inna, też niełatwa bajka.
Małż zaliczył już wieczorny, nerwowy kurs po mieście, w celu wypożyczenia laktatora. Obecnie korzystam z wielkiej, elektrycznej krowy, która ściąga 100 ml w 20 minut. Cudo, ale niebawem będę musiała je oddać i zakupić coś swojego. Dajcie znać, Mamuśki, co polecacie. Chodzi o jakiś elektryczny.
Oczywiście była u nas położna, która obmacała moje cycki i nastraszyła, że grudy! natychmiast ciągnąć, bo skonam w mękach!
Także nie ukrywam, że mam za sobą pierwsze łzy i słabsze momenty - związane nie tyle z samą opieką nad dzieckiem, co właśnie ogarnianiem laktacji.
Marzyłam o karmieniu piersią i uwielbiam to, że karmię. I karmić chcę i mam nadzieję - będę.
Ale fakt faktem, że nie jest to łatwa operacja i mimo, że mleko modyfikowane trzeba podgrzewać, obecnie jawi mi się, jako znacznie łatwiejsza droga do ogarniania dziecka.

To, co zaskoczyło mnie w pierwszych dniach macierzyństwa (Mój Boże, a co mnie nie zaskoczyło?) to fakt, że taki nowo narodzony człowiek, niby całkowicie nie kumaty, a ma tak ogromną potrzebę bliskości. Zanim zostałam mamą, miałam plan konsekwentnego odkładania do łóżeczka, nie spania z nami w łóżku itd.  Nawet zaczęłam go wdrażać, ale szybko okazało się, że trzeba znaleźć złoty środek, bo odkładanie jej do łóżeczka skutkuje moim permanentnym niewyspaniem. Potrzeba sporo samozaparcia, żeby odmówić temu Smrodowi spania wtulonej w cycusia. No więc tak sobie balansuję pomiędzy "ooo nie, wracasz do łóżeczka" a " no dobrze, przytul się do mamusi" ;)
I instynkt mi podpowiada, że tak jest dobrze, a ja mu wierzę.

Czy jest tak, jak sobie wyobrażałam?
Trudno powiedzieć, bo chyba nie miałam zbyt wielu wyobrażeń w temacie tych pierwszych dni.
Na pewno przechodzę przez coś w rodzaju szoku, bo wszystko jest tak diametralnie inne, nowe i ja na prawdę nie żartowałam, że stara Pink gdzieś się rozpłynęła na porodówce. Powiem więcej - TataPink też się diametralnie zmienił, nawet koty mi się zmieniły.
Są piękne chwile, pełne wzruszenia, ale bywają też chwile, kiedy patrzę w lustro blada, z zapadniętymi oczami, oblana mlekiem i zarzygana, z bolącymi plecami i głodna a z za ściany słyszę Jej płacz i mam ochotę, może nie tyle strzelić sobie w łeb, ale wcisnąć PAUZĘ na pilocie życia, to na pewno. 
Mijają dzień za dniem, odmierzane rytmem od kąpieli do kąpieli. 
Dni lekko zlewają mi się w jedno, zauważyłam, że mam lekkie luki w pamięci. 

Ale biorę to wszystko, co przynoszą dni, ze spokojem.
Wiem, że te słabsze momenty też muszą być, wiem że to jest normalnie i to minie.
Choć zaznaczam, że i tak chyba trafiło nam się spokojne, złote dziecko. /odpukać/

Na dziś tyle.
Nie będzie poetyckiego zakończenia ani ładnego zdjęcia do postu. 
Idę zamrozić 150 ml mleka, które właśnie wydoiłam :)
Post pisałam 2 dni, czasem jednym palcem. 
Trochę chaotycznie wyszło, pewnie przez jakiś czas tak będzie.


Idę się wykąpać i odkleić od siebie mokrą, słodką z mleka pidżamę zanim Ahmed (tak nazwaliśmy naszego małego terrorystę) się obudzi. 

27 komentarzy:

  1. O, załapałam się jako pierwsza komentatorka :)
    Fajnie to wszystko opisujesz, wychodzi Wam to ładnie (mimo że zawsze są przecież ciężkie momenty a już z cycami to niemal coś zawsze ;) ) no i intuicja zawsze jest naj :)
    A co do naczyniaków - nie będę tu pisać, ale jakby co - napisz na mail. Przypomnę, że mam naczyniakową Łucję. I to z kolosem. Oczywiście obecnie ani śladu :)
    Buziaki dla Meli!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo Juti, nie wiedziałam, że Ł. naczyniakowa jest!
      W wolniejszej chwili (hmm.. ?) odezwę się na @ na pewno!

      Buziaki!

      Usuń
    2. Moja mała też miała kilka naczyniaków, ten który mnie najbardziej martwił to na czole między brwiami. Wszystkie zniknęły, został na pośladku. Moim zdaniem dobrze robisz lecąc w wolnym czasie z tym do naczyniowca, bo przecież to czy się wchłonie to loteria.

      Usuń
    3. Nasz Bąbelek też ma niewielkiego naczyniaka z tyłu główki,który zdaniem lekarzy nie wygląda niepokojąco i powinien sam się wchłonąć - ale Twój post zmotywował mnie do tego, żeby jednak skonsultować to z kimś, kto zna się lepiej niż zwykli pediatrzy.

      Widzę, że radzicie sobie świetnie w nowej, wymagającej roli, więc nie bądź taka skromna :) Zdecydowanie lepiej słuchać instynktu niż teściowej - może to nawet lepiej, że się na Ciebie sfochowała, bo przynajmniej będziesz miała święty spokój ;)

      A słabsze momenty jeszcze pewnie niejednokrotnie się zdarzą (zresztą jak każdej mamie - i tej świeżo upieczonej, i tej z wieloletnim stażem),ale przecież żaden z nich nie jest w stanie przyćmić ogromu szczęścia, jakie stało się Waszym udziałem :) Tak trzymać ! :*

      Usuń
    4. Generalnie naczyniaki są dość powszechne i nie ma co się martwić. Na 70% się wchłoną.
      Ale my mieliśmy jamistego - wielkiego. Jakby doszedł drugi policzek.
      Szukaliśmy specjalisty w Polsce, który się tym zajmie - a wtedy nie było łatwo.
      Nie chcę wchodzić w szczegóły - ale jeśli w jakikolwiek sposób się martwisz (z Twojego opisu raczej moim zdaniem wynika, że nie masz czym, a nawet mam podejrzenie, czy to faktycznie naczyniaki), to podam Ci maila do dra (on był pierwszy w Polsce, który się na tym znał, współpracował z fachowcami ze Stanów). Jemu można wysłać opis i zdjęcia, skonsultuje Was mailowo. Przynajmniej tak kiedyś było. Jest świetny. I na pewno nie starszy i nie przesadza. I ma aktualną wiedzę na temat, co warto z naczyniakami robić (albo nie robić).

      Usuń
    5. * nie straszy - miało być :)

      Usuń
  2. Pink, dlaczego jesteś na diecie? Jeśli ze względu na karmienie, to nie ma takiej potrzeby - mam nadzieję, że wiesz?
    Słuchaj instynktu, to potęga :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. isa no niestety, teoretycznie nie ma takiej potrzeby. Tak nas uczyli w szkole rodzenia i od razu po powrocie ze szpitala zjadłam trochę lepsze rzeczy. I niestety skończyło się rozwolnieniem u obu pań i wizytą lekarską. Wczoraj młoda urządziła nam niezły Mordor, wydaje mi się, że bolał ją brzuch albo jakieś wzdęcia miała. W każdym razie już wiem, że muszę mega uważać na to co jem - przynajmniej na razie. A startowałam z karmieniem z zupełnie innym podejściem.
      Jestem pełna wiary, że niebawem dieta wróci do normy. Chociaż kilogramy zrzucam jak szalona.

      Usuń
  3. Tak, te początki macierzyństwa to prawdziwa rewolucja, ale ten czas tak szybko ucieka
    . Ja przechodziłam to ok 20 mcy temu, a widzę to tak mgliście, aż się zastanawiam czy to przeżyłam czy oglądałam u kogoś ;) Ani się obejrzysz a to teraz wtulone w Ciebie Maleństwo będzie Ci uciekać ;)
    Jesteś w połogu, przy pierwszym dziecku ma się ten komfort, że nie ma nic ważniejszego niż dziecko i Ty ;) Malutką do piersi i pod kocyk! ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. A co do spania z dzieckiem, to kiedyś byłam przeciwna, po urodzeniu stopniowo miękłam, aż w momencie kiedy mały skończył 6cy a ja wróciłam do pracy, Oliś przeprowadził się do nas na dobre i niewyobrażam sobie tego zmieniać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, przed 2ma tygodniami taka mądralińska byłam i miałam mnóstwo teorii na wychowywanie dzieci :) Nie minęło 14 dni a rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej :) No, może nie zupełnie, ale na pewno znacznie inaczej.
      Ale właściwie nie chodzi tylko o moją wygodę i chęć wyspania się ale też o fakt, że Ona potrzebuje tak dużo bliskości, że hmmm jestem zaskoczona. I fajnie :) Bardzo to miłe widzieć i czuć, jak ona się uspokaja, kiedy pojawiam się blisko.
      W ogóle, fajnie jest ;)))

      Usuń
  5. Pink Kobieto! Ogromne gratulacje! :) Jestem tu nowa, ale zostaję, podoba mi się. :) Sama niedawno? yyy...no dobra 6mcy temu zostałam Mamą słodkiej Córeczki. Nasza ma też dużego naczyniaka tyle że na pleckach. Całe szczęście blednie. Trzymam kciuki aby Twojej Meli też dziadostwo odpuściło. Twoje początki są naprawdę lajtowe - ja ryczałam non stop - baby blues, którego się zupełnie nie spodziewałam. Z cycochami od początku mega problemy i niestety po 3 miesiącu musiałyśmy się przesiąść na butlę. Mam nadzieję, że Wam się uda i będziecie pięknie cycować. Razem z moją Lusią ślemy Wam moc buziaków - Marta

    OdpowiedzUsuń
  6. Kurczę Pink... a ja Ci zazdroszczę i tego mrocznego odbicia w lustrze, i śladów mleka na bluzce i... wszystkiego :) Te pierwsze dni, tygodnie z Maleństwem są takie piękne... Wszystko jest takie nowe, świeże... Potem też jest oczywiście cudownie, ale ten czas, który teraz przeżywacie ma w sobie to COŚ. Chociaż, aż za dobrze pamiętam, kiedy Lilka budziła mi się z drzemki po 15minutach, a ja nie wiedziałam czy przez ten czas mam się umyć, czy zjeść śniadanie. I jasne, że wtedy nie myślałam: "Ale jest pięknie", tylko po ludzku chciało mi się wyć! Mój Marcin i mój brat też nigdy nie mieli lęków przy dzieciach, raczej taką naturalną pewność jak Jej obsługiwać :) Czyli co? Tatowy instynkt też istnieje? :)

    Spanie z dzieckiem... Przybij piątkę :) Nawet chyba ostatnio pisałam u Juti, że ja przy każdym dziecku zaczęłam wysypiać się dopiero kiedy... lądowało u nas w łóżku na stałe. I nie dlatego, że tak mi było wygodniej karmić. Po prostu- kiedy były w łóżeczku/kołysce nie mogłam spać, bo musiałam kontrolować, czy są przykryte, czy oddychają, czy nie ulały... Lila ma 2lata i 5miesięcy i... nadal ze mną śpi, bo nadal w nocy Ją karmię, ale to już mam nadzieję kwestia czasu, bo trochę nam się to już przedłuża :p

    Syn mojego kuzyna ma naczyniaki, takie dość potężne głównie na twarzy i nóżce. Te z buzi ładnie zeszły, ale ten na nóżce nadal jest, dlatego myślę, że warto być pod kontrolą dobrego lekarza.

    Teściowa... No cóż- One (w większości) tak już mają... Twoja przynajmniej uzewnętrzniała się do Ciebie, także mogłaś od razu zareagować. Moja prowadziła wywiad środowiskowy przez Marcina i Jemu zadawała sto pytań do, najczęściej przez telefon, a zdarzało się, że ja siedziałam obok, i wszystko słyszałam. Wtedy tylko odchrząkiwałam, dziś wzięłabym ten telefon i "serdecznie" bym Ją pozdrowiła...
    trzymajcie się!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja myślę, że radzisz sobie świetnie! Nawet obrzygana i z podkrążonymi oczami ;-)
    Co do karmienia - wiesz, że zawsze na początku musi być masakra, ale później (wydaje mi się) już nigdy nie powiesz, że z butelką byłoby Ci wygodniej, bo tak będziesz miała wszystko obcykane.
    I jeszcze zabawię się w Twoją teściową jeśli chodzi o laktator: "A nie mówiłam?" :-)
    Buziaki dla całej trójki! (i brawo dla taty!)

    OdpowiedzUsuń
  8. I ja już mam wojnę z teściową na boku. Dosłownie wojnę. Szargana hormonami, niewyspana, obolała i zestresowana wpadłam do chałupy teściowej z elektroniczną nianią w ręku i zrobiłam taką burdę, że aż zachrypłam. Teściowa w ryk.
    No bo: "czy On nie jest za lekko ubrany?" "A On ma rączki zimne", "a kiedy pójdziesz z tym ropiejącym oczkiem do lekarza?", "a przykryłaś go aby?" - przy pierwszym naszym wyjściu a dwór, "a może starczy już tego dworu", "daj mu pić, bo ma czkawkę", "czkawkę ma, bo macha rączkami i sobie wiaterek robi".... Mogłabym tak wyliczać i wyliczać.
    Ale żeby obiad ugotować, to nie:/

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej, czytam Twojego bloga już od dłuższego czasu, ale nigdy nie komentowałam. Ja zostałam mamą w grudniu, po 4 latach starań dzięki pierwszemu podejściu do in vitro :) i jako, że moje dzieciątko ma już 3 miesiące mogę udzielić Ci paru rad(bo przeraziłam się jak napisałaś, że jesteś na ścisłej diecie). Mieszkam za granicą i wyobraź sobie, że tutaj parę godzin po cesarce podali mi na obiad brukselkę a na drugi dzień fasolę. I nie żebym polecała - w domu nie odważyłam się jeść produktów wzdymających, ale poza tym to jem wszystko od początku - żadna tam dieta. Unikam tylko kofeiny i produktów mlecznych, bo po nich moja mała ulewa (normalnie jej się nie zdarza) no i napojów gazowanych bo to sama chemia. Tobie też radzę jeść wszystko, może ten jeden raz to przypadek, po prostu się tak zdarzyło i może dlatego się zraziłaś i wolisz uważać. Ale uwierz, moje wszystkie koleżanki również jadły wszystko i dzieciom nic nie było, ba nawet kolek nie miały (my też dzięki Bogu unikneliśmy). A co do biegunki u dziecka - to nie wiem co Was dokładnie zaniepokoiło, ale dziecko karmione piersią ma kupki rzadkie, a czasem nawet bardzo wodniste i to jest norma, a spora ilość na poczatek jest również ok (my zmienialiśmy pieluszkę po każdym karmieniu czyli 8-9 na dobę). Pozdrawiam i życzę dużo snu i samych radości z macierzyństwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja uwazam ze Pink Mama powinna robic i jesc to co ona uwaza za sluszne. Chyba ze to Tesciowa pisze jako anonim ;-) Pozdro:-)

      Usuń
    2. Nie to nie teściowa... Oczywiście ze sama podejmie decyzje, ale będąc na ścisłej diecie i sypiając tak jak sie sypia przy małym dziecku to długo nie wytrzyma nie bedzie miała sił na to aby cieszyć sie maluszkiem. A zeby pokarm był to trzeba sie dobrze odżywiać a nie wszystkiego unikać - ostatnio ukazuje sie coraz wiecej artykułów pisanych przez specjalistów, ze podczas karmienia piersią należy jeść wszystko(wiadomo ze zdrowo i z rozsądkiem). Oczywiście decyzja należy do kobiety która karmi, ale z doświadczenia na razie krótkiego moge powiedzieć ze powinno sie normalnie odżywiać a problemy z brzuszkiem u maluszka najcześciej wynikają z niedojrzałości układu pokarmowego

      Usuń
    3. Popieram jak najbardziej... Wiele kobiet przestrzega ścisłych diet i sie katuje niepotrzebnie... A mozna przeciez jesc normalnie i wystarczy tylko dziecko obserwowac... :)
      U nas tez sa kupy, tez rzadkie i tez praktycznie co kazde karmienie... czasem nawet przed i po.

      Usuń
  10. Super ekstra gratulacje. Zgadzam się z Martą ze tę pierwsze dni mają w sobie to "cos". Ciesz się tym ile wejdzie. Ja jestem mama 3,5latka i 10 miesięcznego urwisa więc troszkę mogę doradzić i się pomadrzyc: ) początki z cycem zawsze są ciężkie. Mała jest mała i ma często ssać. Jej prawo. Laktator polecam Medele. Głośna trochę ale u mnie się sprawdziła. A z tym spaniem też byłam taka mądra przed porodem pierwszego. Z drugim od razu spałam z nim. Dopóki karmię będę z nim spać. To takie fajne: :) a z tą dietą nie zgadzam się ze można wszystko. Każde dziecko jest inne i trzeba powoli próbować co dziecku nie będzie szkodzić. Słuchaj intuicji ona Ci podpowie ❤ pozdrawiam Aszka

    OdpowiedzUsuń
  11. PinkMamo, ja mialam elektryczny laktator Philips Avent i bardzo go sobie chwale. Potrafil sciagnac 100 ml w 10 min. co bylo dla mnie kluczowe bo odciagalam dwa razy dziennie w pracy. :) W szpitalu dostalam reczny Medeli i kompletnie mi nie podpasowal.
    Kochana, malutka jest na swiecie dopiero niecale 2 tygodnie, laktacja dopiero sie normuje. Wiem, ze poczatki bywaja ciezkie (tez pamietam jak maz polecial poznym wieczorem po laktator, zostawiajac mnie obolala i zaplakana). Przystawiaj Mala tak czesto jak tego potrzebuje, a poza tym odciagaj nadmiar. Spokojnie, to sie wszystko unormuje. Na obolale sutki polecam lanoline, dziala cuda. Za 2-3 tygodnie wszystko sie pogoi. Musisz mi uwierzyc na slowo, jako matce, ktora karmila dwoje dzieci przez odpowiednio 15 i 20 miesiecy, ze potem to czysta przyjemnosc i niesamowita wygoda. Musisz tylko przetrzymac te kilka pierwszych tygodni.
    Musze sie tez zgodzic z Anonimowa komentatorka wyzej. Tutaj tez nie ma czegos takiego jak dieta karmiacej mamy. Ja przeszlam tylko na bezkofeinowa kawe, poza tym jadlam to, co zawsze. Pomalu wlaczaj do menu kolejne skladniki i obserwuj Melke. Pamietaj tylko o tym, ze jej uklad pokarmowy jest jeszcze lekko niedojrzaly, dlatego moze miec dolegliwosci brzuszkowe, ktore nie maja nic wspolnego z tym, co jesz. A na scislej diecie rzeczywiscie szybko mozna "zniknac", a w dodatku odechciewa sie karmic piersia.
    Kupki takiego malenstwa sa koloru musztardy i dosc wodniste. Odglos towarzyszacy wyproznianiu przypomina "wystrzal". Moje Potworki zalatwialy "grubsza sprawe" przy kazdym karmieniu, takze w nocy i to jest zupelnie normalne. :)
    Wydaje mi sie, ze swietnie sobie radzicie! Poczatki z noworodkiem nigdy nie sa idealne, zawsze sa jakies zmartwienia, szczegolnie przy pierwszym dziecku i powiem szczerze, ze do nich nie tesknie. Ale mijaja ekspresowo! Sama zobaczysz, ze ani sie obejrzysz, a minie pol roku i kto wie, moze zatesknisz? ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Oj te tesciowe - podobno po urodzeniu dziecka mieszaja sie jeszcze bardziej...:(. Gratuluje malej Córeczki!! Imie piekne!

    OdpowiedzUsuń
  13. Pink-Mamo radzicie sobie świetnie! Intuicja z odrobiną zdrowego rozsądku to najlepszy sposób :-)
    Co do diety - jak ja cię rozumiem! Mój po wyjściu ze szpitala płakał strasznie i przyszło mi do głowy, że to przez kalafior, który jadłam w szpitalu... I się zaczęło nie-jedzenie prawie niczego... Długo tak nie ujechałam i po malutku próbowałam nowych rzeczy i obserwowalam (jedne z pierwszych ryzykownych rzeczy to kawa i czekolada). teraz wiem, że tamten płacz raczej nie miał nic wspólnego z moim jedzeniem, a ze zmianą otoczenia. Czasami zdarzały mu się bóle brzuszka, ale ciepła pieluszka zazwyczaj pomagała. Teraz wiem, że muszę tylko uważać na paprykę i pieczarki. Pije tez herbatke dla karmiących, nie na laktacje, a na trawienie - skład mają na to świetny, a jak mama dobrze trawi to dzidzia też (tak sobie mowie ;-)) Anyway, 7,5 miesiąca dajemy radę i jest super. I u Was też tak będzie. A na zastoje polecam kapustę - serio pomaga.
    Tulcie się ile wlezie! Ściskamy mocno

    OdpowiedzUsuń
  14. 150ml mleka? O matko! Ja nigdy tyle nie odciągnęłam, ale może też dlatego, że nie miałam takiej potrzeby... Kochana uważaj, żebyś takim sporym odciąganiem nawału się nie nabawiła...
    My mamy pożyczony laktator Medela Electric Mini, jestem bardzo z niego zadowolona, uratował moje piersi w 3 dobie i teraz nie raz ratuje, jak Ola śpi po 5h ciągiem, a mi piersi eksplodują :D
    Bądź wytrwała, a skoro masz tyle mleczka i Mała tak pięknie ssie, to gwarantuję, że niedługo karmienie piersią się unormuje i będzie to dla Ciebie czysta przyjemność... nie poddawaj się, myślę że warto walczyć o tą bliskość ;)
    A co do spania w łóżku to cóż, miałam to samo podejście... nie i koniec, a tymczasem już pierwszej nocy w szpitalu wylądowałyśmy razem w jednym łóżku :D

    OdpowiedzUsuń
  15. You're a natural! <3

    Kobieto, kiedy Ty miałaś czas to wszystko napisać?

    A w kwestii laktatora, to już wcześniej polecałam Lovi. Baaardzom zadowolona!

    Całusy dla immienniczki mej :)))

    OdpowiedzUsuń
  16. Dzięki Tobie przez cały tydzień nuciłam pod nosem "jaki cudny czas by zaczynać..":-) Pink, mogę tylko wyobrażać sobie ten szaleńczy czas, ale jestem przekonana, że świetnie dajesz sobie radę! Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  17. super :) cieszę się że kolki Was nie nawiedzają :)

    OdpowiedzUsuń