poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Latawice

Źródło: kopia ze strony http://joemonster.org/art/31835/Ilustratorka_ze_Szkocji_pokazuje_prawdziwe_oblicze_ciazy_mocno_brutalnie_i_bez_skrupulow_ 
Autorka: Lucy Scott, "Pamiętnik świeżo upieczonej mamy"

Wraz z pięknymi, pierwszymi oznakami wiosny dostałyśmy przysłowiowych "owsików" :)
Codziennie w godzinach około południowych, w dzikich, purpurowych wrzaskach, odziewam Melanię w elegancki outficik (który zahacza już nawet o rozmiar 62) i udajemy się na podbój miasta i okolic.

Mieszkam w ścisłym centrum wielkiego miasta, więc tereny wokół są, delikatnie mówiąc, niezbyt krajobrazowe. Dodatkowo mieszkam na 3cim piętrze bez windy, więc już przed porodem musiałam opracować jakiś system logistyczno-spacerowy.
Zakupiliśmy więc leciutki, łatwo składany wózek 3w1, który trzymamy w bagażniku.
Codziennie więc pakuję dziecię do samochodu i kierujemy się w stronę - zazwyczaj pięknego parku - który mamy jakieś 7 minut samochodem od domu. Spacery trwają zazwyczaj jakieś 2-3 godziny.

A to umówię się z jakąś inną młodą mamą na park-owanie, a to wyskoczę na drobne zakupy do pobliskiego centrum handlowego. Udało nam się nawet wyskoczyć ze znajomymi (razem z Melką) na obiado-kolację i na grilla na działkę do znajomych.

Bywają takie dni jak sobota, że Melania jest eksploatowana na maxa.
Od 12:00 - 14:30 spacer, od 15:30-17:30 wycieczka samochodowa, 17:30-19:30 obiad ze znajomymi w dość gwarnym, wielkomiejskim miejscu.
Na koniec niestety Młoda urządziła niezły koncert - obawiam się, że została przestymulowana.

No właśnie - wszystko fajnie, ale zastanawiam się, czy tak intensywny tryb życia jest ok dla 6cio tygodniowego dziecka?
Co prawda Ona poza domem bezwzględną większość czasu śpi.
Cyca również wywalam w miejscach publicznych i sprawa załatwiona (bardzo dyskretnie).
Przewinąć można w samochodzie.
Dbam o to, aby była ubrana adekwatnie do pogody i zawsze było jej ciepło (choć moim zdaniem czasem ją przegrzewam - ale oduczam się tego).

Jakie są Wasze doświadczenia w temacie wojaży z tak małymi dziećmi?
Można? Nie można?

Cieszyć się życiem i wiosną, czy raczej odrzucić własne ADHD, usiąść na pupie i zaszyć się w domowych pieleszach, dla dobra dziecka?

Dziękuję, pozdrawiam,
Młoda się obudziła.
Wychodzimy :))

piątek, 17 kwietnia 2015

44 czyli cztery tygodnie i cztery dni szczęścia

Źródło: kopia ze strony http://joemonster.org/art/31835/Ilustratorka_ze_Szkocji_pokazuje_prawdziwe_oblicze_ciazy_mocno_brutalnie_i_bez_skrupulow_ 
Autorka: Lucy Scott, "Pamiętnik świeżo upieczonej mamy"

Jeśli kiedykolwiek dotychczas wydawało mi się, że:

A/ jestem zarobiona 
B/ że czas i dni generalnie szybko mi mijają i że szybciej się nie da

to byłam w błędzie ;)

W poniedziałek stuknął nam miesiąc wspólnego życia.
Nie mogliśmy się z Małżem nadziwić, jak to jest możliwe - przecież wydaje nam się, jakbyśmy byli w domu dopiero kilka dni.

Życie jakoś powoli zaczyna się stabilizować.
Małymi kroczkami, ale do przodu.

Przede wszystkim przestałam dziko pędzić i przeć w stronę utartego planu dnia.
Przestałam notować drzemki, kupy, karmienia, marudzenia.
Przestałam liczyć czas karmienia - autentycznie był taki moment, że w sypialni wszędzie rozstawiłam zegary.
Przestałam obsesyjnie myśleć o wadze - bo widzę, jak "puchną" policzki, rączki, jak ciuszki robią się ciasnawe.

Zchillowałam.

Postanowiłam poddać się instynktowi - zaufać dziecku i sobie.
I ta decyzja chyba nam wszystkim polepszyła samopoczucie: i Melce i mnie.

Jakaś tam regularność tak czy inaczej zaczyna się pojawiać:
rytuał kąpieli między 19 a 20
karmienie
2 nocne pobudki na jedzenie: ok 1:30 i 4:00
pobudka koło 7 i marudzenie
pierwsza drzemka od ok.9:30
spacer koło 12:30
a potem luźny performance aż do kąpieli.

hmm.. w sumie to więcej tej regularności niż sobie z tego zdawałam sprawę. 

Ulewania nie minęły - ulewa nadal, z tym, że przestałam się tym przejmować.
Oczywiście konsultowałam z pediatrą - ulewanie jest normalką.
Sytuacja troszkę się unormowała, kiedy przestałam Ją tak często karmić.
Nie długo po tym, jak opublikowałam post marudzący o ulewaniu, doszłam do wniosku, że za często Ją karmię. Że nie każde stęknięcie oznacza "Mamo daj mi cyca".
I od razu była poprawa.
Po prostu biedne dziecko było zatykane cycem.

Odkryłam jeszcze jedną wspaniałość:
spacery.
Boziu Boziu, dziękuję Ci za spacery.
Po ich odkryciu jakość naszego życia uległa diametralnej poprawie :)
Mela na spacerach grzecznie śpi a po powrocie do domu... również śpi, dotleniona :)
Wczoraj zaliczyłyśmy ponad dwugodzinny spacer po parku a po południu wyprawę poza domem od 16:00 do niemal 20:00. Mela była tak zmęczona, że przespała pierwsze nocne karmienie.

I kolejna wspaniałość:
nosidełko.
Podczas porannego marudzenia zbieram dziecię z łóżka, wpinam w nosidło, ogarniam śniadanie i sprzątanie kuchni a dziecię co robi?
Ano śpi, z rozdziawioną paszczą, wtulone w matkę.
A ja mogę od czasu do czasu swobodnie sztachnąć się zapachem Jej główki :)

Niestety, albo stety, nie wiadomo - czasem używamy smoczka.
Staramy się minimalizować to zjawisko, ale jednak.

Bardzo się cieszę, że Melka pojawiła się na świecie właśnie wiosną.
W moim mieście dużo się dzieje i wiem, że będę z tego korzystać, będę wychodzić z dzieckiem.
Już wczoraj udałam się na spotkanie pewnej grupy wspierającej karmienie piersią.
Nie do końca mój klimat, ale wiem, że będę korzystać z podobnych inicjatyw a Melka podczas nich jest spokojna i ustępliwa.

Jutro wieczorem ustawiłam się na kolację na mieście ze znajomymi.
Małżon zostaje z Melką i odciągniętym mlekiem.
Przy odrobinie szczęścia ta misja może się udać :)

Podsumowując: jestem zmęczona, ale niesamowicie szczęśliwa.
Chyba nigdy nie byłam aż tak.
Wczoraj pani prowadząca spotkanie dla mam zapytała mnie, jako jedną z kolejnych, czego mi jako mamie brakuje.
Aż dziwnie było mi przyznać, że yyy noo.. niczego. Niczego mi nie brakuje.
Cieszę się, że jest tak jak jest, bo przecież mogło nie być wcale.
Ale że to może dlatego, że jestem mamą dopiero od 4 tygodni i 4 dni.
Pani stwierdziła, że po prosu nadal jestem na poporodowych endorfinach.

Moc mojego uczucia do Niej zaskakuje mnie z każdym dniem.
Zaskakuje mnie fakt, ile siły i powera potrafię codziennie z siebie wykrzesać.
Zaskakuje mnie intensywność zmian jakie zachodzą we mnie dla Niej.
Nie sądziłam, że można kogoś tak kochać.
Tak bardzo, że zastanawiam się, czy zostanie w sercu miejsce na kogoś jeszcze.

Zaskakujące, jak szybko zapomniałam o in vitro.
Nawet nie zauważyłam kiedy ten fakt stał się dla mnie niemal bez znaczenia.


sobota, 11 kwietnia 2015

Magiczne moce taty-kangura



Dziś rzecz będzie o PinkTacie.
O tym, jak fantastycznie radzi sobie z Melanią.
Trochę taka pieśń pochwalna - chociaż boję się ją zmaterializować, żeby nie zapeszyć.

Ci, co czytali wpisy z czasów ciąży wiedzą, że PinkTata potrafił odwinąć brzydki numer, zupełnie niegodny przyszłego rodzica.
Dodatkowo, jest jedynakiem, nigdy nie miał kontaktu z dziećmi.
Kompletnie nie umiał obchodzić się z małymi homo sapiensami.
Lubił, ale nie umiał.

No więc w szkole rodzenia pilnowałam i bacznie kazałam słuchać, co mówi pani prowadząca.
Podczas ćwiczeń na fantomach uważnie kontrolowałam Jego praktykę.
Kupiłam usztywniany rożek, żeby PinkTata mógł bez obaw chwycić córkę, kiedy już pojawi się na świecie.
Mieliśmy kilka starć w temacie Jego obecności przy porodzie.
Widziałam obawy na Jego twarzy, kiedy mówiłam, że będzie musiał zająć się dzieckiem w razie ewentualnej cesarki, której przecież nie planowaliśmy.
/sama byłam ostro przerażona faktem, że będę zajmować się dzieckiem - ale nie o mnie dziś/ 

Jego super-pozytywna rola zaczęła się ujawniać tuż przed samym porodem.
Wtedy, kiedy wstąpiłam do Mordoru, słysząc tuż przed porodem wrzaski rodzącej kobiety na porodówce. Wtedy się rozsypałam jak domek z kart a On był jakimś takim stelażem, na którym ten domek mogłam z powrotem jakoś postawić i zameldować się następnego dnia rano na bloku porodowym.
Zachował w 100% zimną krew.
Nie wiem, czy te ryki Jego nie przeraziły czy udawał spokój - ale kiedy ja zaczęłam płakać, on zaczął się śmiać (i nie był to śmiech histeryczny).

Kiedy stawiliśmy się na porodówce w celu wywołania porodu S. był moją ostoją i opoką.
Jego obawy odnośnie obecności przy porodzie gdzieś prysnęły - przynajmniej dobrze je przede mną schował - i był, trwał, w świetnym humorze, z uśmiechem, błyskiem w oku - i robił wszystko, żeby ten świetny humor przeszedł i na mnie. I udawało mu się to. Przynajmniej dopóki nie usłyszałam od położnej, że "ty nie dasz rady".

W późniejszych godzinach, kiedy szarpałam się z decyzją o sposobie porodu, był moim wsparciem i ostoją - w każdej decyzji.

Potem Jego obecność przy cesarce - było wspaniale.
Kto by pomyślał, że poród operacyjny może być dla rodziców takim wspaniałym, wspólnym, wzniosłym przeżyciem.
Jak już emocje opadły, to oboje stwierdziliśmy, że nie mogło być lepiej.
Nie mogło być piękniej.

Kiedy pojawiła się Ona - Melcia - tata kangurował Małą na gołej klatce, kiedy ja byłam niedyspozycyjna.
Okazało się, że nawet mu powieka ani ręka nie drgnęła, kiedy trzeba było Malutką chwycić.
Kiedy ja po porodzie nie byłam w stanie Jej podnosić robił to On!
Byłam w szoku, że piękny, usztywniany kokosowym wkładek rożek można było o kant dupy rozbić.
Tata dzierżył córę w ręku, jakby robił to od lat.

Po powrocie do domu okazało się, że Tata ma jakąś magiczną moc.
Wystarczy, że przytuli Melankę do swojej klatki, a dziecko uspokaja się jak zaklęte i zasypia z szeroko rozdziawioną paszczą.
Tatuś ma cierpliwość, niczym nie zmąconą.
Tatuś ma szerokie ręce, które pewnie trzymają Melkę do kąpieli.
Tatuś jak przemówi do Melanki, to Ta słucha wszystkimi zmysłami.
I przede wszystkim:
Tatuś ma magicznego skilla uspakajania dziecka.

Momentami mam wrażenie, że o mojej wartości dla Melki świadczą jedynie cycki pełne mleka.
Reszta należy do PinkTatusia.

PinkTata pracuje w dużej mierze z domu, więc kiedy słyszy płacz Melki dłuższy czas, wyłania się ze swojego gabinetu i użycza swoich wielkich ramion i klaty.
I zapada cisza.
I słychać tylko sapiący oddech śpiącej Melanki.

Zastanawiam się na ile ten moment kangurowania dziecka po porodzie wpłynął na ich magiczną więź.

Czy wyjdę na śmieszną, przyznając się, że czasem czuję się lekko zazdrosna i troszkę pominięta?
Zarówno o Jej wpatrzenie w Tatusia jak i... na odwrót ;)

Czasami wręcz dopada mnie lekka obawa, że może ta cesarka zaburzyła nam jakoś relację, że ten kontakt skóra do skóry był po jakiś 30 minutach a nie od razu.. że to nie ja byłam pierwszą, która trzymała ją w ramionach.

Tak czy inaczej, TataPink jest fajnym tatą, pełnym miłości i cierpliwości.
Z magicznym skillem taty-kangura.



Fajnie, że jest fajnie.



czwartek, 2 kwietnia 2015

Nowy dzień

Wczorajszy dzień był dobrym dniem.
Bardzo aktywnym, ale dobrym.

Udało mi się spotkać ze wspomnianą doradczynią laktacyjną.
Pani I. ma certyfikat międzynarodowego konsultanta laktacyjnego i na prawdę zna się ta Pani na rzeczy. To widać po minucie rozmowy z nią. Nawet po tym jak dotyka pierś.
Dziewczyny które wiedzą gdzie rodziłam na pewno wiedzą o kogo chodzi i jeśli zdecydują się rodzić w tej samej placówce to na pewno będą miały przyjemność konsultować się z Panią I.

Dobra, konkrety:
jest w porządku.
Pani I. mnie ochrzaniła, że mam się sama nie diagnozować, bo zastoju prawdopodobnie nie było. Miałam do czynienia raczej z niedrożnością kanalika mlecznego.
Jak się okazało, źle postępowałam ze schematem:
rozgrzanie - ssak - chłodzenie.
Nie wolno rozgrzewać piersi w tej sytuacji.

Obejrzała piersi i określiła, że "są do karmienia".
Mam dziś jeszcze brać Ibuprom co 6 godzin (dokładnie co 6, to ważne!).
Mam sobie dać już spokój z męczeniem tej piesi. Jeśli będę czuła dyskomfort w piersi, to mam przyłożyć schłodzoną wkładkę laktacyjną.
I ewentualnie podjechać do niej jeszcze w piątek, z czego chyba nie skorzystam, bo jest okej.

Karmię Melkę z obu piersi i gdyby nie lekkie dreszcze w nocy, to nie pamiętała bym o jakichkolwiek niedrożnościach.
Na tym gruncie jest, odpukać, okej i wszystko wróciło do normy.

W nocy jedynie przeżyłam pewne niepokoje, bo piersi były mocno pełne, z takim lekkim nawałem a nie było opcji Młodej przystawić do obu, bo po 5-10 minutach jedzenia z jednej zasypiała i koniec.
Nie miałam siły ani ochoty na sesję z laktatorem, zresztą musimy się w końcu z Medelą Lactiną pożegnać, bo ileż można kontynuować ten toksyczny (?) związek.

Wczoraj także pokusiłam się o wizytę w przychodni zdrowia, żeby Młodą zważyć.
Jestem z siebie dumna, bo to było nasze pierwsze, samodzielne wyjście z domu.
Ważenie wskazało 3 900!
Przy wadze urodzeniowej 3300, z dniu wypisu 3200.
Czyli w 2 tygodnie i 1 dzień przyrost 700 gram.
Pani ważąca orzekła, że to bardzo ładnie i wyraziła uznanie, że to tylko na cycku taka waga została wyhodowana.
Przyznam, że średnio się orientuję w przyrostach dzieciowych, ale taka waga chyba jest okej.
Pierwsze co zrobiłam, to zadzwoniłam do teściowej, żeby jej oznajmić, że jej histeryczne podejście do mojego karmienia piersią i zalecenia dokarmiania mlekiem modyfikowanym może sobie o kant dupy, excuse my french, rozbić.

Także jak sobie wyobrażacie, po takich wspaniałych jak wyżej wieściach, wczoraj rozpierał mnie entuzjazm.
Dziś mam go już jednak odrobinkę mniej i pojawiły się inne rebusy.
Nie jestem pewna, czy ja się jednak nie zamartwiam na zapas i dają o sobie znać moje menadżerskie zapędy, że wszystko musi być zgodnie z plano-harmonogramem.

Od mniej więcej poniedziałku Melka zrobiła się strasznie marudna.
Dziś na przykład, tak jak dzień się rozpoczął około 8-9, tak padła spać dopiero właściwie jakąś... hm.. godzinę temu? A zegar mój wskazuje 15:14.
Po drodze były jakieś szczątkowe drzemki, ale to raczej na moim ramieniu albo brzuchu albo rękach. Jak się tylko kapowała, że ją odkładam, to wrzask był nieziemski.

Najbardziej martwią mnie

1/ ulewanie
Ona strasznie ulewa.
Czasami przetrawionym już mlekiem.
Czasami tak chlustająco, że aż na odległość.
Ulewa baardzo dużo.

2/ prężenie i płacz podczas jedzenia
od mniej więcej poniedziałku pojawiły się dziwne zachowania.
Mianowicie podczas jedzenia nagle zaczyna płakać i prężyć się i uspokoić ją można właściwie tylko przewieszając w pozycji na ramieniu, w pionie.
Pokazałam to wczoraj położnej środowiskowej - orzekła, że gazy (zaleciła Espumisan).
Rzeczywiście, kiedy położna ścisnęła jej brzuszek podczas jedzenia, były w momencie bąki i kupa (well, sorry..).

I kończy się na tym, że te karmienia w większości nie trwają już nawet 10 minut.
Melka łyknie kilka łyków, średnio 5 minut i zaczyna się płacz, który utulić można właściwie tylko trzymając ją na ramieniu, a raczej: przewieszoną przez ramię jak kukiełkę.

Co dziwne - w nocy się tak nie dzieje.
Zjada (szybko, bo szybko) i zasypia.

I stresuje mnie to strasznie, bo to krótkie jedzenie + jeszcze do tego ulewanie... Jezu, czy Jej w tym brzuszku coś zostaje?
Dochodzi do takich sytuacji jak dziś (a pierwszy raz zostałyśmy same na caaały dzień), że ja na prawdę już nie wiem o co jej chodzi i co mam zrobić.

Nie wspominając już o tym, że cud, że w ogóle udało mi się umyć zęby, wziąć panicznie szybki prysznic, zarzucić na siebie jakieś wymięte ciuchy i cokolwiek zjeść.
Oczywiście wszystko na raty.

Cała ta sytuacja zaczęła się w poniedziałek.
Wtedy też porzuciłam lekkostrawną dietę "laktacyjną" i zaczęłam jeść normalnie.
Słuchając więc swojego własnego instynktu, postanowiłam więc znów wrócić do tego jałowego żarcia, które mi mama pomroziła w małych porcjach.
I zobaczymy, co się stanie.

Chciałabym wprowadzić w nasze życie jakąś regularność.
Fajnie brzmi ten cały "Prosty plan" Tracy Hogg, tylko jak do cholery ja mam to wprowadzić...
ale to już rozważania na zupełnie inny post.



PS. Dziękuję Wam, Dobre Duszyczki, za wszystkie miłe słowa wsparcia pod ostatnim postem.
Nie mam czasu odpisać na Wasze komentarze, ale czytam je wszystkie, dzierżąc telefon jedną ręką, kiedy tylko mam taką możliwość.
Z taką grupą wsparcia każdy kryzys laktacyjny można pokonać! :)