piątek, 17 kwietnia 2015

44 czyli cztery tygodnie i cztery dni szczęścia

Źródło: kopia ze strony http://joemonster.org/art/31835/Ilustratorka_ze_Szkocji_pokazuje_prawdziwe_oblicze_ciazy_mocno_brutalnie_i_bez_skrupulow_ 
Autorka: Lucy Scott, "Pamiętnik świeżo upieczonej mamy"

Jeśli kiedykolwiek dotychczas wydawało mi się, że:

A/ jestem zarobiona 
B/ że czas i dni generalnie szybko mi mijają i że szybciej się nie da

to byłam w błędzie ;)

W poniedziałek stuknął nam miesiąc wspólnego życia.
Nie mogliśmy się z Małżem nadziwić, jak to jest możliwe - przecież wydaje nam się, jakbyśmy byli w domu dopiero kilka dni.

Życie jakoś powoli zaczyna się stabilizować.
Małymi kroczkami, ale do przodu.

Przede wszystkim przestałam dziko pędzić i przeć w stronę utartego planu dnia.
Przestałam notować drzemki, kupy, karmienia, marudzenia.
Przestałam liczyć czas karmienia - autentycznie był taki moment, że w sypialni wszędzie rozstawiłam zegary.
Przestałam obsesyjnie myśleć o wadze - bo widzę, jak "puchną" policzki, rączki, jak ciuszki robią się ciasnawe.

Zchillowałam.

Postanowiłam poddać się instynktowi - zaufać dziecku i sobie.
I ta decyzja chyba nam wszystkim polepszyła samopoczucie: i Melce i mnie.

Jakaś tam regularność tak czy inaczej zaczyna się pojawiać:
rytuał kąpieli między 19 a 20
karmienie
2 nocne pobudki na jedzenie: ok 1:30 i 4:00
pobudka koło 7 i marudzenie
pierwsza drzemka od ok.9:30
spacer koło 12:30
a potem luźny performance aż do kąpieli.

hmm.. w sumie to więcej tej regularności niż sobie z tego zdawałam sprawę. 

Ulewania nie minęły - ulewa nadal, z tym, że przestałam się tym przejmować.
Oczywiście konsultowałam z pediatrą - ulewanie jest normalką.
Sytuacja troszkę się unormowała, kiedy przestałam Ją tak często karmić.
Nie długo po tym, jak opublikowałam post marudzący o ulewaniu, doszłam do wniosku, że za często Ją karmię. Że nie każde stęknięcie oznacza "Mamo daj mi cyca".
I od razu była poprawa.
Po prostu biedne dziecko było zatykane cycem.

Odkryłam jeszcze jedną wspaniałość:
spacery.
Boziu Boziu, dziękuję Ci za spacery.
Po ich odkryciu jakość naszego życia uległa diametralnej poprawie :)
Mela na spacerach grzecznie śpi a po powrocie do domu... również śpi, dotleniona :)
Wczoraj zaliczyłyśmy ponad dwugodzinny spacer po parku a po południu wyprawę poza domem od 16:00 do niemal 20:00. Mela była tak zmęczona, że przespała pierwsze nocne karmienie.

I kolejna wspaniałość:
nosidełko.
Podczas porannego marudzenia zbieram dziecię z łóżka, wpinam w nosidło, ogarniam śniadanie i sprzątanie kuchni a dziecię co robi?
Ano śpi, z rozdziawioną paszczą, wtulone w matkę.
A ja mogę od czasu do czasu swobodnie sztachnąć się zapachem Jej główki :)

Niestety, albo stety, nie wiadomo - czasem używamy smoczka.
Staramy się minimalizować to zjawisko, ale jednak.

Bardzo się cieszę, że Melka pojawiła się na świecie właśnie wiosną.
W moim mieście dużo się dzieje i wiem, że będę z tego korzystać, będę wychodzić z dzieckiem.
Już wczoraj udałam się na spotkanie pewnej grupy wspierającej karmienie piersią.
Nie do końca mój klimat, ale wiem, że będę korzystać z podobnych inicjatyw a Melka podczas nich jest spokojna i ustępliwa.

Jutro wieczorem ustawiłam się na kolację na mieście ze znajomymi.
Małżon zostaje z Melką i odciągniętym mlekiem.
Przy odrobinie szczęścia ta misja może się udać :)

Podsumowując: jestem zmęczona, ale niesamowicie szczęśliwa.
Chyba nigdy nie byłam aż tak.
Wczoraj pani prowadząca spotkanie dla mam zapytała mnie, jako jedną z kolejnych, czego mi jako mamie brakuje.
Aż dziwnie było mi przyznać, że yyy noo.. niczego. Niczego mi nie brakuje.
Cieszę się, że jest tak jak jest, bo przecież mogło nie być wcale.
Ale że to może dlatego, że jestem mamą dopiero od 4 tygodni i 4 dni.
Pani stwierdziła, że po prosu nadal jestem na poporodowych endorfinach.

Moc mojego uczucia do Niej zaskakuje mnie z każdym dniem.
Zaskakuje mnie fakt, ile siły i powera potrafię codziennie z siebie wykrzesać.
Zaskakuje mnie intensywność zmian jakie zachodzą we mnie dla Niej.
Nie sądziłam, że można kogoś tak kochać.
Tak bardzo, że zastanawiam się, czy zostanie w sercu miejsce na kogoś jeszcze.

Zaskakujące, jak szybko zapomniałam o in vitro.
Nawet nie zauważyłam kiedy ten fakt stał się dla mnie niemal bez znaczenia.


38 komentarzy:

  1. Ujawniam sie:) Dobry wieczor:) Kibicuje Ci juz jakis czas... niesamowicie budujace dla mnie jest to co piszesz:) Lubie tu zagladac:) Niech dobry czas dla Was trwa i trwa, nieprzerwanie... serdeczne pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, baardzo mi miło :))
      Dziękujemy i mam nadzieję, że zostaniesz z nami dłużej ;)
      Pozdrawiamy

      Usuń
  2. Pięknie napisałaś PinkMamo :) I tak jakoś tchnie spokojem z tego posta, czuć to Twoje wychillowanie :) miło czytać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosia, to Melka tak napełnia mnie spokojem, że aż mi się wylewa ;) (ulewa? :)
      Buziaki :)

      Usuń
  3. Chilloucik jak ta lala:)
    Ja, ekhem, ekhem, do tej pory (pojutrze 10 miesięcy stuknie) notuję KAŻDE karmienie, czas, dwójkę, ilość jedzenia...
    Boszsz, czy już umawiać wizytę u dochtora..?

    Pink, jak fajnie, że u Was tak dobrze w tej nowej Mela-rzeczywistości :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No więc najlepszego z okazji 10tej miesięcznicy ;))
      A powiedz, notujesz w celu kontrolowania regularności czy tak dla siebie po prostu?
      Pytam, bo nadal szukam i zastanawiam się nad właściwą drogą dla nas.

      A dochtorom daj już spokój :-P

      Buziaki :)

      Usuń
    2. Notuję z dwóch powodów. Po pierwsze, pamięć mam jak rzeszoto zatem z takiego uczciwie wypełnianego notesu mam ogromny pożytek, gdy np. trzeba podać lekarzowi informację, w jakich "spożywczych" okolicznościach zdarzyła się odbiegająca od normy dwójka albo gdy wykluwa się jakieś choróbsko. Zamiast gorączkowo szperać w lichej pamięci, wyciągam wtedy notatki i jestem zdolna przytoczyć każdy detal wraz z godziną, rodzajem jedzenia i jego ilością. Poza tym nie zaprzeczam, że sama lepiej (pewniej!) się czuję mając te rzeczy pod kontrolą.
      Po drugie, ten notes będzie kiedyś fajną, sentymentalną pamiątką dla Duni. Zamierzam dać jej ten nasz święty zeszyt wraz z pamiętnikiem, który dla niej piszę od dnia, w którym ujrzałam upragnione dwie krechy.

      Usuń
    3. Kurcze, taki prezent to wspaniała sprawa :)
      Podziwiam za chęci i zapał :)

      Usuń
  4. I tak musi być :) Chillujemy :) Ja też powoli odpuszczam nerwom ciążowym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alla tak jest! :)
      Widziałam, zaglądam do Ciebie regularnie, acz po cichu ;)

      Usuń
  5. Wiosna, lato super sprawa na rodzenie dzieci, ja bardzo się cieszę, że u mnie też przypada na ciepłe i długie dni. Synka rodziłam na początku listopada, pech chciał, że zaraz po wyjściu ze szpitala zasypało śniegiem po kolana;/ Takie uziemienie w domu jest mega frustrujące a wyjście na 5 minut po bułki do sklepu człowiek traktuje jak błogosławieństwo.
    Nie demonizuj smoczka, moja koleżanka wzięła sobie za punkt honoru nie podawanie go i w konsekwencji mała przez półtora roku nie schodziła z rąk... młoda ma teraz 8 lat i zgryz zębów:) U nas smoczek wyeliminowany w dzień został jak mały zaczął tylko się samodzielnie przemieszczać, ale do spania to służył dwa lata, pożegnalibyśmy się szybciej, gdybym musiała go "zasmoczać" po kazdym przebudzeniu, ale opanował samoobsługę. Później kupiłam mu taki ciężki ortodontyczny, który już nie sprawiał frajdy i sam się z nim pożegnał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Balbina muszę przyznać, że zanim Mela się pojawiła nie miałam świadomości mocy smoczka. Ani zagrożeń, jakie ze sobą niesie.
      Używamy smoka, owszem, ale staramy się to robić świadomie, czy używać jak najrzadziej i wyjmować, jak tylko spełni swoją rolę.

      Usuń
  6. No tak to właśnie chyba zazwyczaj wygląda :) Że regularność przychodzi sama :)
    A po 4 miesiącu to już fiu fiu! ;)
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Juti, mam nadzieję, że tak właśnie będzie w naszym przypadku i ta regularność jakoś się pojawi sama właśnie.. ;))
      Buziaki!

      Usuń
  7. Jak ten czas mija :)
    Lubię czytać Twoje wpisy. Jakoś tak mnie dobrze nastrajają i dają nadzieję ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, że dają nadzieję, to dla mnie duuży komplement :)
      Buziaki :)

      Usuń
  8. Przez pierwsze miesiące z naszym Bąblem też starałam się wszystko obsesyjnie planować - problem w tym, że Młody o tym nie wiedział i kompletnie nie chciał się do tych moich planów dostosowywać ;) Ale zgadzam się, że z czasem wszystko samo się normuje,a rodzice i dziecko docierają się do siebie i funkcjonują wspólnie we względnie ustalonym, poukładanym rytmie - choć oczywiście czasem strona dorosła musi robić pewne ustępstwa w tej kwestii ;)

    Super,że Melka "trafiła się" na wiosnę - bo ja niestety często ze względu na paskudną pogodę byłam z Bąblem uziemiona w czterech ścianach, w których on nie chciał spać za żadne skarby świata, a ja dostawałam już na głowę taka całkiem odcięta od rzeczywistości za oknem :)

    Jestem pełna podziwu, Aktywna Mamusiu ! Kolacja ze znajomymi, grupy wsparcia, no no...I bardzo dobrze - przecież macierzyństwo to nie tylko cyc/butelka, pieluchy i kupy. Fajnie, że nie wypadłaś z towarzyskiego "obiegu" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bajeczko, rzeczywiście, gdybym urodziła na zimę, to było by krucho :/
      Nie dziwię się, że dostawałaś na głowę.

      A wczoraj udało się wyjść z domu na kolację i w sumie nawet niepotrzebnie mleko rozmroziłam :)
      Melka jak zasnęła o 20:30, sama, w swoim łóżeczku, tak spała do 2 w nocy ;)
      Także nawet nie miała szansy odnotować mojej nieobecności a ja nawet zdążyłam się przespać, zanim nastąpiła pierwsza pobudka ;) (co nie zmienia faktu, że i tak jestem niewyspana..)

      Usuń
  9. Ja urodziłam we wrześniu i całą zimę nosiłam go w chuście. Spacerowałam z nim w chuście przy -15 stopniach. Opłaciło się :-) Młody ma 3,5 roku i w ogóle nie choruje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo no widzisz, to super.
      Czyli mam się nie martwić spacerując z Małą 2h po parku przy takim wietrze, że łep urywa :) Dobrze wiedzieć :)

      Usuń
  10. No i jak wyjscie? Udane? Mam nadzieje. :)

    Wspaniale, ze tak Wam sie z Mela ladnie, spokojnie uklada. Nosidelko to fajna rzecz. Nasza pediatra bardzo polecala, ale szybko okazalo sie, ze moje dzieci nalezaly do "wagi ciezkiej" i kregoslup mi zwyczajnie wysiadal. ;)

    Zanim urodzilam dzieci, o smoczku mialam zdanie jak najgorsze. Ale juz w drugiej dobie zycia Bi, desperacko jej go wpychalam, bo inaczej Mloda domagala sie ciaglego noszenia albo cyca 24/7. A na to nie mialam sily. Niestety, starsza czasem podczas lepszego humoru dawala sie "zapchac", ale poza tym smoka wypluwala. Kiedy skonczyla pol roku poddalam sieiI smoczek wyladowal w pudle z zabawkami. Mlodszy za to przy probach wsadzenia smoka dostawal spazmow z wscieklosci. Z nim poddalismy sie juz w pierwszym miesiacu. I wiesz co? Corka, ktora smoczka od czasu do czasu, przez kilka miesiecy ssala, ma sliczne, prosciutkie zabki. A syn, ktory smoczka praktycznie nie uzywal - ma krzywe! I badz tu czlowieku madry! ;) Tak wiec spokojnie - jak widac u Was smoczek zupelnie nie zaburza karmienia piersia, a jaka to pomoc dla zmeczonego rodzica! ;) A co do przyszlego zgryzu, jak widac na moich dzieciach, to kwestia genow. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agata wyjście się udało jak najbardziej :) Melka sama zasnęła w swoim łóżeczku (bo jednak tam śpi) i spała aż do 2 w nocy, przy czym ja wróciłam o północy, także nawet nie zauważyła mojego znikniecia ;)

      A co do smoczka - wyeliminowałam póki co, bo WYDAJE mi się, że Ona jakoś inaczej zaczęła łapać cycka i się wystraszyłam :)

      Usuń
  11. Matko córko już niedługo będę to znowu przechodzić :) Nie wiem jak ogarnę dwójkę dzieci i oboje małych :) Może chusta zamiast nosidełka? Nosidła są dla siedzących dzieci bo bardzo obciążają kręgosłup

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dwójka małych dzieci.. well.. ;)) Dasz radę!
      Ja już myślę nad drugim ;)

      Nad tą chustą myślę intensywnie, ale nie wiem, czy będzie mi się chciało wiązać.

      Usuń
    2. Twardzielka! :) Ja przez 3 miesiące po porodzie panicznie bałam się ciąży :)

      Usuń
    3. Kochana, ja miałam cesarkę i wymigałam się od TEGO bólu, więc paniki nie ma :)
      Ale jak sobie przypomnę ból tych ostatnich 2-3 tygodni, to faktycznie.. :)

      Usuń
  12. Witaj gronie schillowanych mamusiek!

    PS. Tak, potwierdzam, bardzo lubię spać na świeżym powietrzu :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mela, czy możesz wpuścić mnie na swojego bloga. Nie zauważyłam, że hasłujesz i obiłam się od ściany. gabim@op.pl

      Usuń
  13. Pink ta doradczyni to Irena Rychta? Potrzebuję na cito konsultacji bo tylko u nas obecnie ściągane i butla a chce wrocić do kp...RATUNKU

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ania, dokladnie o Nią chodzi, tylko ona nie prowadzi otwartego doradztwa, chyba tylko w ramach Medeora.
      Ale odpłatnie pewnie też doradzi. Znajdziesz w necie nr telefonu do niej - dzwoń bez wahania!

      Doradztwo laktacyjne prowadzi też Centrum dla mamy.
      Albo La Leche League: http://www.lllpolska.org/

      Gratuluję i trzymam kciuki!
      Dasz radę na pewno!
      Mnie też się udało pokonać kryzys, i Tobie się uda!

      Jak się ogarniesz to liczę na szczegółową relację co i jak ;)

      Usuń
  14. Przepraszam za prywate z gory... ale jak ustawic bloga tak, zeby byl widoczny po zastrzezeniu - tzn aktualizacja tematow? Mama z Follow Your Dreams to stosuje z powodzeniem, a my zespolowo sie glowimy jak taki efekt osiagnac;) Mamo z FYD - pomozesz? Dziekuje:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Issa, dostałam taką odpowiedź od Kasi z Follow Your Dreams:

      Zawsze przed dodaniem posta zmieniam bloga na publiczny, potem dodaje post i po dodaniu ponownie blokuje :)

      Chytrus ;)

      Usuń
  15. Pink! Gratulacje, jesteś dla mnie wzorem! Spokój i szczęście biją z tego postu. Ja na dojście do takiego etapu daję sobie 3 miesiące a i tak myślę, że to będzie niezły czelejndż :)
    W każdym razie dajesz wiarę, że da się ogarnąć temat i nie ma rzeczy niemożliwych... Szacun!
    Ja powoli zbliżam się do finiszu, czeka mnie CC, właśnie w M. Termin będzie ustalony na następnej wizycie u doktorka. I tutaj mam pytanie: który lekarz Cię kroił? K? a może L lub ktoś jeszcze inny? Z tego co zrozumiałam nasz doktorek umawia domyślnie do L, a opinie o nim są różne, z tego co się zorientowałam, ale nie chcę się niepotrzebnie uprzedzać. Proszę, daj znać :)
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ania weź, z tym wzorem to wyskoczyłaś ;-P
      Bywają chwile lepsze i gorsze, po prostu nie zawsze mam czas pisać i się żalić :P

      Ostatnimi dniami młoda ma albo skok rozwojowy, kolki albo jej się nudzi po prostu, bo jest taką męczydupą, że aż strach.
      Żeby Ci odpisać, musiałam zatkać ją smoczkiem, także taki wzór matki ze mnie właśnie, oo taki.

      Co do CC, nic się nie bój.
      Ja moją wspominam koncertowo - nie mogło być lepiej. Słowo honoru.
      Kroiło mnie dwóch lekarzy: dr L i jeszcze jakiś, jak rozumiem ten drugi też był lekarzem.
      Dr L jest przemiły, przesympatyczny i przecudowny.
      Ja opinii nie czytałam. Generalnie oni wszyscy tam są super.

      Ojciec dziecka jeśli chce być przy operacji, to dostanie strój do CC na miejscu, będzie się musiał cały kompletnie przebrać. Weźcie aparat. Personel wręcz zachęca do robienia zdjęć podczas CC. My mamy takie foty z pierwszych sekund życia Meli, że aż oko dęba staje :)

      W mojej opinii i z mojego doświadczenia CC może być fantastycznym przeżyciem.. ale może po prostu każdy poród taki jest, bo w końcu pojawia się dziecko :)

      PS. I jeszcze jedno. Mój S. pojechał do domu ok 19 (CC miałam o 11) bo prawie mdlał ze zmęczenia, bo niewiele spał w nocy. I to było najsłabsze z całej imprezy, bo zostałam sama, zdana na położne.
      Na przyszłość oboje wiemy, że przed planowanym porodem NALEŻY się wyspać, bo on akurat by mi się przydał chociażby jak wstawałam (ok 21).
      Ale pod prysznic cieszę się, że poszłam sama i on tego nie widział, bo widok jest średni. Leciało ze mnie jak z ubojni, a ja sama prezentowałam się mało wyjściowo. (aczkolwiek trzeba mieć na uwadze, że można zemdleć)

      Usuń
    2. Pink!! Baaardzo, baaardzo dziękuję Ci za odpowiedź.
      Uspokoiłaś mnie w kwestii CC i dr L. Niepotrzebnie nakręciłam się opiniami w necie, a tym samym zniechęciłam.
      Teraz już jestem nastawiona pozytywnie, trzymam się tego, że CC będzie naszym wspólnym, niesamowitym przeżyciem i nie tworzę (w chwili obecnej) czarnych scenariuszy.
      Pozostaje mi jeszcze wycieczka na oddział (obym zdążyła!) i... wszystko wskazuje, że za 2 tygodnie będziemy już w trójkę!
      Na razie czuję, że maluch nie spieszy się na drugą stronę, no, ale planowane CC są zawsze wcześniej. Niestety, (chyba).
      Dzięki za wskazówki dot. małża...on chyba nie powinien mieć żadnych problemów z wyspaniem się, śpi mocno, zawsze i wszędzie... obawiam się, że nawet płacz dziecka nie jest w stanie go obudzić, ale to już inna historia ;)
      Aparat przygotowany, dobrze, że przypominają o jego użyciu bo w takim stresie chyba łatwo jednak zapomnieć...
      Jeszcze raz wielkie dzięki, super zorganizowana Mamo Pink! :)

      Usuń
    3. ania, nie ma sprawy.
      Każdemu życzę tak udanej cesarki jak była u mnie - przynajmniej w moim odczuciu.
      (co nie zmienia faktu, że i tak bym wolała urodzić sn - ale to moje prywatne odczucie).

      U mnie było o tyle "fajnie", że nie czytałam wcześniej w necie nic o cesarce, jedynie opisy dziewczyn na zaprzyjaźnionych blogach. I dobrze - bo na forach piszą dziwne rzeczy, które w moim przypadku nie miały nic wspólnego z rzeczywistością.
      Na salę operacyjną szłam więc
      1/ nieświadoma, bez żadnych oczekiwań - wszak nic prawie o cc nie wiedziałam
      2/ w podskokach, jak na wybawienie - bo wiedziałam już, że minie mnie oksotycyna i zwierzęce wrzaski.

      Ciekawa byłam jedynie tego bólu po CC, jaki on będzie. Wszak niektórzy opisują go jako koszmarny :)
      Owszem, boli - ale bez przesady. Depilacja laserowa NA PEWNO bolała mnie bardziej :)
      U mnie to było trochę tak, że brałam go na klatę z pokorą. Wręcz psychicznie czułam się lepiej z mottem: teraz jest mój czas na ból narodzin. Musi trochę poboleć.
      Wstawanie pod prysznic jest najmniej fajną częścią tej imprezy, ale ja się po tym prysznicu czułam O NIEBO lepiej. A nigdy bym nie przypuszczała.

      Mój mąż też w normalnych okolicznościach by się wyspał na bank :) Tylko powiedzmy szczerze, u nas ten dzień przed i noc, były "trochę" :) nerwowe. Nikt nie wiedział, czy przypadkiem za raz nie zacznę rodzić, bo przecież nie dość że tydzień po terminie to jeszcze żel na wywołanie poszedł.. :)

      Trzymam za Ciebie kciuki i w sumie zazdroszczę, że czekają Cię takie przeżycia :)
      Owszem, jakoś tam trudne - ale, Kochana, moment zobaczenia dziecka... pierwsze przystawienie do piersi i ZAPACH główki noworodka przez kilka pierwszych dni - absolutnie unikatowe i bezcenne doznania :)

      Enjoy! :)

      Usuń
  16. Co do tego, czy znajdzie się w tobie chęć 'mienia' i dość miłości dla drugiego dziecka... Kiedy się urodziła T, tez myślałam, że bardziej i więcej kochać nie dam rady. Kiedy T miała 1,5 roku hormony mi zagrały i zaczęłam pragnąć drgiego dziecka chyba jeszcze bardziej, niż czułam to za pierwszym razem... Teraz mam i Tosię i Antka i wiesz co, głupia zastanawiam się, czy będzie nas za te dwa lata stać na trzecie :P Serce to organ podobny do macicy - nie masz pojęcia jak bardzo może się rozciągnąć ;) I choć o 21 padam na pysk po uśpieniu ferajny, to padam na szczęśliwy pysk tuląc tę przemądrzałą trzylatkę i przyssanego do cyca sześciotygodniowego bąbla.

    OdpowiedzUsuń