sobota, 11 kwietnia 2015

Magiczne moce taty-kangura



Dziś rzecz będzie o PinkTacie.
O tym, jak fantastycznie radzi sobie z Melanią.
Trochę taka pieśń pochwalna - chociaż boję się ją zmaterializować, żeby nie zapeszyć.

Ci, co czytali wpisy z czasów ciąży wiedzą, że PinkTata potrafił odwinąć brzydki numer, zupełnie niegodny przyszłego rodzica.
Dodatkowo, jest jedynakiem, nigdy nie miał kontaktu z dziećmi.
Kompletnie nie umiał obchodzić się z małymi homo sapiensami.
Lubił, ale nie umiał.

No więc w szkole rodzenia pilnowałam i bacznie kazałam słuchać, co mówi pani prowadząca.
Podczas ćwiczeń na fantomach uważnie kontrolowałam Jego praktykę.
Kupiłam usztywniany rożek, żeby PinkTata mógł bez obaw chwycić córkę, kiedy już pojawi się na świecie.
Mieliśmy kilka starć w temacie Jego obecności przy porodzie.
Widziałam obawy na Jego twarzy, kiedy mówiłam, że będzie musiał zająć się dzieckiem w razie ewentualnej cesarki, której przecież nie planowaliśmy.
/sama byłam ostro przerażona faktem, że będę zajmować się dzieckiem - ale nie o mnie dziś/ 

Jego super-pozytywna rola zaczęła się ujawniać tuż przed samym porodem.
Wtedy, kiedy wstąpiłam do Mordoru, słysząc tuż przed porodem wrzaski rodzącej kobiety na porodówce. Wtedy się rozsypałam jak domek z kart a On był jakimś takim stelażem, na którym ten domek mogłam z powrotem jakoś postawić i zameldować się następnego dnia rano na bloku porodowym.
Zachował w 100% zimną krew.
Nie wiem, czy te ryki Jego nie przeraziły czy udawał spokój - ale kiedy ja zaczęłam płakać, on zaczął się śmiać (i nie był to śmiech histeryczny).

Kiedy stawiliśmy się na porodówce w celu wywołania porodu S. był moją ostoją i opoką.
Jego obawy odnośnie obecności przy porodzie gdzieś prysnęły - przynajmniej dobrze je przede mną schował - i był, trwał, w świetnym humorze, z uśmiechem, błyskiem w oku - i robił wszystko, żeby ten świetny humor przeszedł i na mnie. I udawało mu się to. Przynajmniej dopóki nie usłyszałam od położnej, że "ty nie dasz rady".

W późniejszych godzinach, kiedy szarpałam się z decyzją o sposobie porodu, był moim wsparciem i ostoją - w każdej decyzji.

Potem Jego obecność przy cesarce - było wspaniale.
Kto by pomyślał, że poród operacyjny może być dla rodziców takim wspaniałym, wspólnym, wzniosłym przeżyciem.
Jak już emocje opadły, to oboje stwierdziliśmy, że nie mogło być lepiej.
Nie mogło być piękniej.

Kiedy pojawiła się Ona - Melcia - tata kangurował Małą na gołej klatce, kiedy ja byłam niedyspozycyjna.
Okazało się, że nawet mu powieka ani ręka nie drgnęła, kiedy trzeba było Malutką chwycić.
Kiedy ja po porodzie nie byłam w stanie Jej podnosić robił to On!
Byłam w szoku, że piękny, usztywniany kokosowym wkładek rożek można było o kant dupy rozbić.
Tata dzierżył córę w ręku, jakby robił to od lat.

Po powrocie do domu okazało się, że Tata ma jakąś magiczną moc.
Wystarczy, że przytuli Melankę do swojej klatki, a dziecko uspokaja się jak zaklęte i zasypia z szeroko rozdziawioną paszczą.
Tatuś ma cierpliwość, niczym nie zmąconą.
Tatuś ma szerokie ręce, które pewnie trzymają Melkę do kąpieli.
Tatuś jak przemówi do Melanki, to Ta słucha wszystkimi zmysłami.
I przede wszystkim:
Tatuś ma magicznego skilla uspakajania dziecka.

Momentami mam wrażenie, że o mojej wartości dla Melki świadczą jedynie cycki pełne mleka.
Reszta należy do PinkTatusia.

PinkTata pracuje w dużej mierze z domu, więc kiedy słyszy płacz Melki dłuższy czas, wyłania się ze swojego gabinetu i użycza swoich wielkich ramion i klaty.
I zapada cisza.
I słychać tylko sapiący oddech śpiącej Melanki.

Zastanawiam się na ile ten moment kangurowania dziecka po porodzie wpłynął na ich magiczną więź.

Czy wyjdę na śmieszną, przyznając się, że czasem czuję się lekko zazdrosna i troszkę pominięta?
Zarówno o Jej wpatrzenie w Tatusia jak i... na odwrót ;)

Czasami wręcz dopada mnie lekka obawa, że może ta cesarka zaburzyła nam jakoś relację, że ten kontakt skóra do skóry był po jakiś 30 minutach a nie od razu.. że to nie ja byłam pierwszą, która trzymała ją w ramionach.

Tak czy inaczej, TataPink jest fajnym tatą, pełnym miłości i cierpliwości.
Z magicznym skillem taty-kangura.



Fajnie, że jest fajnie.



8 komentarzy:

  1. Okazuje się, że Mezczyzni potrafią zaskakiwać również pozytywnie :-)
    A ta lekka zazdrość -myślę ,że to normalne ...

    OdpowiedzUsuń
  2. No to oklaski dla PinkTaty ! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniale, że tato tak pięknie się spisuje :) mogłabym napisać dokładnie to samo, z tym, że mój nie lubił dzieci ;) No i nie kangurował na gołą klatę. A jednak między nimi jest taka sama magiczna więź, np. to on potrafi ją w sekundę uspokoić jak wrzeszczy i wije się na przewijaku. A mnie mała kopie ;) dlatego nie wyrzucaj sobie tego kangurowania, nie wiadomo skąd się bierze taka piękna więź (i chyba też bywałam o to trochę zazdrosna, ale już mi przeszło hehe). Ja od razu wywaliłam usztywnienie z becika, służył mi bardziej ogrzewania małej w łóżeczku, bo lepiej nosiło się bez. Ach te pewne, wielkie ręce, nie wiem skąd ten instynkt ;) Fajnie, że też u Ciebie z tym tak fajnie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Po pierwsze - ogromne gratulacje. Choć czytam regularnie, nie zdążyłam jeszcze pogratulować Wam pojawienia się Melki na świecie :)
    Po drugie - Tata-Kangur brzmi dumnie. Cieszę się, że u Was wszystko dobrze. A z tym poczuciem zazdrości to chyba naturalne. Myślę, że czeka mnie to samo :)

    OdpowiedzUsuń
  5. E, gdzie tam smieszna! :) Twoj maz po prostu jest kolejnym potwierdzeniem, ze kazda dziewczynka to ksiezniczka tatusia! Powiem ci, ze ja tez bylam zazdrosna, ze mojemu mezowi "tacierzynstwo" przyszlo tak lekko i pewnie. Juz kiedys pisalam, ze mi zajelo sporo czasu, zeby odnalezc sie jako matce. Wtedy tez pocieszalam sie, ze mam chociaz to karmienie piersia, ktorego on nie przejmie chocby pekl. ;) Malz zas wkroczyl w nowa role jakby robil to cale zycie. :)
    Za to teraz, kiedy dzieciaki sa juz w wieku przedszkolnym, to JA mam wiecej cierpliwosci i entuzjazmu do wspolnych zabaw. Spokojnie wiec, jeszcze kiedys Ty bedziesz #1! ;)
    Zreszta, to zaczelo sie juz wczesniej, a konkretnie po narodzinach Nika. Moj maz, ktory od poczatku pewna reka przewijal, ubieral i pielegnowal corke, nagle na widok synka przerazil sie, ze ma zmienic pieluche takiej kruszynce. Wiadomo, przyzwyczajemi bylismy do roczniaka, ktory raczej zwiewal nam z dywanu, albo potrafil kopnac prosto w zeby. :D A tu nagle noworodek. Ale wtedy mi wlaczyl sie instynkt matki, wznioslam oczy ku niebu, prychnelam pogardliwie i po prostu syna przewinelam. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. No to pozazdrościć ;) Mój M. wprawdzie też świetnie spisuje się w roli Bąbelkowego taty, ale jednak Młody zdecydowanie lepiej i szybciej uspokaja się w moich objęciach (przez co w gorszych momentach to właśnie ja byłam często skazana na jego wielogodzinne taszczenie i kołysanie, aż mi ręce odpadały ze zmęczenia ;) )

    A śmieszna nie jesteś ani trochę - u nas też walka o względy Juniora bywa zaciekła (oczywiście wszystko niby w formie żartów, ale jednak każdy po cichu chce być dla niego tym 'number one' ;) )

    OdpowiedzUsuń
  7. Myślę, że na pewnym etapie, każda z nas doświadcza takiego ukłucia zazdrości. Mnie to też nie ominęło :) Raczej mocniej przy pierwszej córci... Grunt, że masz w mężu taką pomoc! To naprawdę super. A jak ulewania?

    OdpowiedzUsuń
  8. Ha! czyli jednak tata też potrafi! :) Ja również wiem co to kangurowanie i jak wykorzystuje się to w praktyce :D Mała bardzo lubi takie przytulanie, jest wtedy bardzo spokojna :) Ojciec też potrafi! :D Zapraszam na mojego bloga http://www.simed.pl/blog/cztery-anie-ktore-koniecznie-musi-poznac-mlody-tata/ , można poczytać o moich przygodach z "tacierzyństwem" :)

    OdpowiedzUsuń