sobota, 30 maja 2015

Szpitalna rzeczywistość mamy i Córki



A więc jesteśmy hospitalizowane od czwartku.
Na izbie przyjęć panie przyjęły nas w trybie pilnym a Mela obdarzała je wszystkie zalotnym uśmiechem pełną gębą. Poinformowano nas, że może nawet i nie musiały byśmy zostać w szpitalu, ale zmiany zapalne są liczne a dodatkowo dziecko ulewa sporo, czyli w domu prawdopodobnie zwracała by leki. Poza tym dostaje antybiotyk, więc lepiej, żeby dostawała go dożylnie niż do brzuszka.

Dostałyśmy mały boks, w którym sobie pomieszkujemy. Myszka mości się w swoich kocykach w towarzystwie misia-szumisia a ja zalegam na rozkładanej, twardej jak cholera leżance (cieszę się, że mam taką opcję, bo nie każdy ma tyle szczęścia i śpi na plastikowym krześle).

Badania z krwi wyszły jej okej.
Jest to więc zapalenie albo wirusowe albo zachłystowe (od krztuszenia się przy ulewaniu).
Dostaje dożylnie antybiotyk (przez głowę mi nawet nie przeszło, żeby się na niego nie zgodzić), inhalacje z soli fizjologicznej i syropu oraz probiotyk.
Wszystkie te zabiegi nie są dla Niej uciążliwe- antybiotyk dostaje przez wenflon więc nawet nie kuma, że ta miła pani, do której się zalotnie uśmiecha, właśnie serwuje Jej jakiś lek. Inhalacje troszke "buczą", ale dajemy rade bez problemu w zasadzie.
Najgorszym przeżyciem było zakładanie wenflonu, ale dałyśmy radę. Nie jestem mamą histeryzującą, zachowuje w takich chwilach zminą krew, bo trzeba być dzielnym dla Dziecka. Nie dałam się odesłać na ten czas na przeczekanie do boksu i dobrze, bo widać było, że taki 11tygodniowy dzidziuś bardzo potrzebuje mamusi w takich chwilach. Płakała patrząc na mnie a kiedy "wstrętne babska" z zabiegowego skończyły, natychmiast się uspokoiła gapiąc się wprost w moje źrenice i tonąc w potoku buziaczków. Bardzo się cieszę, że mogłam chociaż tak jej pomóc, ukoić, ulżyć.

Teraz zbyt wiele nam głowy nie zawracają. Od czasu do czasu ktoś wpadnie z antybiotykiem, inhalatorem albo wagą. Personel jest miły i pomocny. Tak więc sam pobyt w szpitalu nie jest jakimś koszmarnym doświadczeniem.

Melania od samego początku nie miała żadnych oznak choroby, poza tym pokasływaniem. Jest bardzo radosnym i spokojnym dzieckiem. Na oddziale zyskała już przydomek identyfikujący "ta pogodna". Rzeczywiście, jak akurat nie śpi to uśmiecha się do wszystkich. Do pielęgniarek, lekarzy, salowych, nawet pań w zabiegowym. O sobie nawet nie wspomnę. 
Wszyscy zgodnie chórem twierdzą, że nic a nic nie widać po niej choroby. Jest bez wątpienia najgrzeczniejszym dzieckiem w zasięgu mojego wzroku.

Nie płacze i bardzo dużo śpi. Wczoraj podczas dnia przespała sześć godzin.
I to mnie smuci najbardziej, bo wiem, że ten Jej chill wynika z choroby i działania leku. Dopóki zachowywała się zupełnie normalnie, to cała ta choroba była zupełnie nierealna i łatwiej było oswoić się z tą myślą. Ale teraz, kiedy śpi taka słabiutka w tym metalowym łóżeczku, to serce mi się kraja i spłynęła dziś pierwsza łza. Szczególnie, kiedy otworzyla z trudem na momencik zaspane powieki, uśmiechnęła się nieprzytomnie na mój widok i oczka opadły ponownie.
Wtedy myślałam, że zacznę wrzeszczeć krzykiem bezsilności, ale zamiast tego po prostu okryłam ją szczelniej kocykiem, przysiadłam na leżance i trochę sobie pochlipałam.
Ale kiedy Ona nie śpi jestem szczebiocącą radością - usmiechamy się, gadamy, całujemy. Nie zdziwie się, jeśli Jej pierwszymi słowami jakie wypowie, będą "kocham Cię", bo chyba te słyszy najczęściej.

Żeby nie zabrakło nam atrakcji, to jeszcze niepokoje się o swoją laktację, bo Myszka przy tym wszystkim gorzej je i piersi jakieś mniej wydajne się zrobiły. Ale walczę, nie odpuszczę i na pewno będzie dobrze.

Od czasu do czasu zagląda do naszego boksu poczucie winy.
I wtedy to mnie zakłada wenflon.
W serce.











czwartek, 28 maja 2015

Kłopoty

Mesia pokasłuje od tygodnia z hakiem.
Nic poza tym Jej nie dolega, jest spokojna i pogodna, myślałam, że to pokasływanie od ulewania.
Wystraszyła mnie trochę historia koleżanki, która z synkiem mniej więcej w Jej wieku trafiła do szpitala z zapaleniem płuc. Nic mu nie dolegało, ale dwa razy złapał bezdech, więc postanowili się zbadać i prześwietlić. W osłuchu nic nie wyszło. Rentgen wykazał jednak zapalenie płuc. Szpital i antybiotyk na tydzień.

Troszkę mnie ta historia zaniepokoiła i postanowiłam się z Meśką profilaktycznie pokazać u naszej fajnej pani pediatry. No i zaczęło się.
Osłuchowo nic nie wyszło, w płucach niby czysto, ale pani stwierdziła, że jak dziecko pokasłuje to zdecydowanie coś jest nie tak i dostaliśmy skierowanie na rentgen, który dziś zrobiliśmy.
W osłuchu wyszły jej za to szmery nad sercem, więc jeszcze mamy zalecenie opieki kardiologicznej.

W opisie rentgena informacja, że liczne zmiany zapalne w płucach, więc prawdopodobnie mamy zapalenie płuc.
Za chwilę mam wizytę u pediatry, żeby się rozmówić, co tak de facto oznaczają te złowrogie słowa na opisie rentgena i co dalej, czy szpital konieczny czy nie. Bo antybiotyk na pewno.

Także słabo.

***

Update:
Diagnoza: śródmiąszowe zapalenie płuc.
Powód nieznany. Możliwy wirus. 

Skierowanie do szpitala. 

poniedziałek, 25 maja 2015

O Matko Jedyna!




Czuję, że muszę, po prostu muszę w tym roku sklecić post z okazji Dnia Matki, ale nie za bardzo wiem od czego zacząć. Albo inaczej: nie za bardzo wiem, co właściwie chcę powiedzieć.

Rok temu o tej porze z niecierpliwością i nadzieją oczekiwałam wyniku pierwszego podejścia do IVF. 28 maja dowiedziałam się, że niestety, mamą póki co, nie zostanę.

Od tamtych dni minął rok a moje życie zmieniło się diametralnie.
Zostałam pełno-etatową mamą swojej Córki.
Tym razem Dzień Matki dotyczy także i mnie.
Kto by pomyślał.

Myślę, że to właściwy moment, żeby powiedzieć, że bardzo szybko zapomniałam o in vitro.
No, może nie tyle zapomniałam, co ten fakt spadł gdzieś zupełnie na drugi plan.
Mela każdym swoim uśmiechem koi wspomnienie wszystkich trudnych przeżyć.
Robi mi Dzień Matki codziennie.
Łatwiej pogodzić mi się z wieloma dylematami.
Odpuściłam.
Pogodziłam się.

Wszystkie Wy dziewczyny i chłopaki, którzy co miesiąc oglądacie przeklętą, samotną kreskę na teście, którzy upadacie i wstajecie, którzy tracicie nadzieję, żeby wbrew wszystkiemu za raz ją odzyskać - walczcie, bo jest o co.
Walczcie, bo nagroda jest kosmiczna.

I mam nadzieję, że wczorajszy wynik wyborów nie zniweczy marzeń i pragnień całych zastępów siłaczy zmagających się z tym przekleństwem, jakim jest niepłodność.
Bo żeby wpaść na pomysł karania ludzi za in vitro, w tym pozbawiania ich wolności... to trzeba być bez serca, bez empatii, bez ducha.
Ale nie ma co politykować.

Wszystkim blogowym Mamom - high five!
Wszystkim nadal walczącym - do boju. Walczcie, bo jest o co.

Dziś i ja jestem Mamą.
W moim sercu mieszka miłość a w piersiach mleko.
Cuda, wianki.



PS. Proszę o kontakt dwie z moich blogowych czytelniczek: anię i Anię :) , które niedawno zostały mamami i ślad po nich zaginął :) Dziewczyny, dajcie koniecznie znać co u Was :)

niedziela, 17 maja 2015

Demony przeszłości



Poprzedni wpis optymizmem nie tryskał i ten także nie będzie.
Mela ma się świetnie, moje macierzyństwo również powoli raczkuje sobie do przodu.
Meśka w dzień jest dzieckiem umiarkowanie grzecznym a w nocy śpi jak królewna - od 19:30 do mniej więcej 6-7 rano (po karmieniu zasypia znowu i śpi średnio do 10 także alleluja..). Nie, nie wybudzam Jej na jedzenie. Nie, nie zmieniam jej papmersiaków w nocy. Waga idzie w górę a pupka różowa jak świnka Peppa.
Staram się ogarniać dom (co jest niejako nowością, bo dotychczas życie spędzałam raczej w pracy) a i życie towarzyskie ma się świetnie, bo narodziły się nowe znajomości a w wielkim mieście jest co robić, będąc młodą mamą, oj jest.

Co więc jest kolejną, poza mijającym powoli labor bluesem, rysą na szkle?
Zaczynają mnie nękać demony przeszłości.

Jakiś czas temu na Waszych blogach zauważyłam, że w trakcie ciąży niektóre z Was nękane były jakimiś swoimi problemami z czasów dzieciństwa: najczęściej były to relacje z kimś bliskim. Akurat w ciąży temat wypływał i wracały stare smrody.
Moje powróciły dopiero po urodzeniu dziecka.
A na imię im: niezależność i zaufanie.

Jako, że z góry wiem, że krótki post jak zwykle mi nie wyjdzie, to może zacznę od początku.
Pochodzę z typowej góralskiej, chłopskiej rodziny, gdzie kobiety miały jasno określone role i z którymi nikt nie dyskutował: usługiwać.
Od dziecka obserwowałam jak kobiety z dwóch pokoleń zasuwały zarówno w domu jak i zawodowo. Zupełnie nie wiem skąd to się wzięło, że w wieku lat bodajże pięciu złożyłam śluby panieńskie, że ja nigdy nie będę usługiwać żadnemu mężczyźnie i niech sobie, na Miły Bóg, sam zrobi tą pieprzoną herbatę i wypierze brudne gacie. To, że ktoś ma penisa nie zmienia przecież faktu, że ma również dwie górne kończyny- lewą i prawą - i umie ich używać.
Lat mam trzydzieści i prawie jeden i wiele się u mnie w tej kwestii nie zmieniło.

Ogromną lekcją równouprawnienia, mocno bolesną, była historia moich rodziców - a raczej - mojej Mamy.
Mama zawsze bardzo kochała ojca, w drugą stronę tak to nie działało.
Całe życie, odkąd pamiętam, ojciec zdradzał mamę i robił to zupełnie na "bezczela". Patrzyłam na to od kiedy tylko zaczęłam jako dziecko rozumieć relacje damsko-męskie. Patrzyłam i słuchałam, jak mama wieczorami płacze w poduszkę. Najgorsze uczucie świata. Patrzyłam jak ją upokarzał- i w domu i publicznie, przy ludziach. Jak niszczył tą delikatną i nieco egzaltowaną kobietę, która tak bardzo go kochała. Kiedy dorastałam, zaczął niszczyć i mnie, bo za bardzo Ją przypominałam.
Kiedy parkował samochód przed domem, Mama dosłownie potykała się o własne nogi, żeby zdążyć zaserwować mu ciepły, domowy obiad, zanim jeszcze przekroczy próg.
Pamiętam, jak Mama niemal zawsze przed snem, zanim położyła się do łóżka, nakładała na twarz świeży makijaż - malowała kreski, rzęsy, róż. Wtedy tego nie rozumiałam.
Nigdy "nie miał pieniędzy", ale używał najdroższych perfum. Podczas kiedy mama chodziła w jednych butach piąty rok. W kieszeniach jego drogiej marynarki można było znaleźć paragony za drogie, damskie perfumy i biżuterię, ale tak się składa, że do mamy one nigdy nie trafiły.
Mama twierdzi, że nigdy Jej nie uderzył, ale pamiętam co najmniej jedną sytuację, która nie pozostawia wiele do domysłu.
W głowie mam dziwne strzępki wspomnień z wczesnego dzieciństwa w temacie dziwnych sytuacji na linii ojciec vs ja-dziewczynka, wspomnień, które mam wrażenie, że moja głowa gdzieś pochowała, a ja wiem, że one tam są... ale to za ciężki kaliber na tego bloga i nawet nie chcę ruszać tego gówna, póki nie śmierdzi.
Nienawidziłam go.
Kiedy miałam 15 lat był już tak bezczelny, że do domu przychodził jedynie po świeże koszule i się ogolić. Podczas jednej z wypraw na basen, "przez przypadek" spotkaliśmy jego "koleżankę" z pracy, którą nam przedstawił. Od razu się domyśliłam, co jest cięte.
Czemu dorośli myślą, że dzieci są takie niekumate?
W tamtym czasie budziłam się w środku nocy i jeśli akurat był w domu to poważnie rozważałam zabicie go nożem kuchennym. Nie, to nie jest żart.
Pamiętam sytuację, jak stoję w kuchni z nożem do patroszenia ryb w ręce (był wędkarzem) i pomyślałam: "jeśli on tu teraz wejdzie - zabiję go".

Któregoś dnia, kiedy bawiłam się z bratem w ogrodzie podjechał pod dom swoim dość drogim srebrnym samochodem. Wiedziałam po co przyjechał. Starałam się czymś zająć mojego młodszego braciszka i modliłam się, żeby on z tego nic nie rozumiał.
Spakował torbę i po prostu wyszedł, mijając nas. Zostawił nas w ogrodzie bez słowa. Nawet nie spojrzał. Taki tchórz.
"Przyjemność" wytłumaczenia 15to letniej córce i 8mio letniemu synowi, że tatuś już z nami nie mieszka, zostawił mamie.

Zostawił nas dla tej pindy z basenu.
Mama została z dwójką dość małych dzieci, bez pracy, z kredytem hipotecznym na dom, zjebaną psychiką i upokorzeniem.
Nie płacił ani alimentów ani rat kredytu.
Ale za to adoptował jej dzieci.
Znikąd pomocy.
Mama musiała wyjechać na rok za granicę (USA) do ciężkiej pracy, żeby mieć z czego spłacić chociaż część kredytu.
My zostaliśmy z babcią i traumą a on jeszcze straszył sądem, że jak matka śmiała zostawić swoje dzieci.
Cudem nie popełniłam samobójstwa i nie wpadłam w narkotyki.
Wtedy poznałam mojego S. (który jest absolutnym przeciwieństwem mojego ojca) - myślę, że Bóg się nade mną zlitował i mi Go zesłał.
Teraz, kiedy sama jestem mamą, nie umiem sobie wyobrazić niewyobrażalnego cierpienia matki, która na rok MUSI zostawić swoje dzieci na innym kontynencie po takich przeżyciach. To był najstraszniejszy rok mojego życia i Jej zapewne też.
Codziennie na lekcjach w LO pisałam do Niej listy, bo z telefonami było różnie a Skype jeszcze wtedy nie istniał.

Kolejne co najmniej 7 lat żyłam napędzana dziką energią nienawiści.
Właściwie to jej chyba zawdzięczam większość tego, co osiągnęłam, ale to jest bardzo niszcząca siła. Szłam przez życie jak burza z hasłem "ja wam jeszcze wszystkim pokaże".
Modliłam się do Boga na kolanach, żeby go los pokarał, szlag trafił i piekło pochłonęło.
I wymodliłam oczywiście.

Mama wróciła z USA, jakoś wyszliśmy na prostą.
Chodziłam na terapię.
Ta dzielna kobieta wychowała dwójkę dzieci, które wyszły na przyzwoitych ludzi, wykształciła, spłaciła ten jebany kredyt (dopiero kilka lat temu) i jakoś ogarnęła tą kuwetę.
Ale do dziś dzień jest samotna. Znerwicowana. Z traumą, jaką zafundował Jej "tatuś".
Jej wiara w siebie jest nie do odbudowania. Rany - nie do zagojenia. Nie wyszła z tego cało.
Można śmiało powiedzieć, że zniszczył Jej życie.

I tak wyrosłam w przeświadczeniu, że mój ojciec, nie to że nie kocha... on nienawidzi mojej Mamy a małżeństwo jest czymś strasznym.

Niestety, Ojciec wypalił swoje piętno również i na mnie.
W dorastającej kobiecie wykiełkowały dwie obsesje: zazdrości i niezależności.
S. mógłby wiele powiedzieć szczególnie o tej pierwszej.
Od samego początku miał jasno ustalone zasady: ja i tylko ja i zero kompromisu. Wszystko było dla mnie czarne albo białe. Nie było szarości. Kiedyś, długie lata temu, zobaczyłam jak czyta CKM'a - zamknęłam się w łazience i pocięłam nożyczkami, oczywiście tak, żeby zobaczył.
Kiedy po kolejnych latach odkryłam, że pornografia to coś, co jednak nie jest mu obce, spakowałam walizkę i wyjechałam na 4 miesiące do Anglii a Jemu kazałam czekać na moją decyzję.
Do dziś lubię zerknąć w Jego telefon czy inne prywatne kanały komunikacji. Strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Drugi demon zaskoczył mnie w najmniej oczekiwanym momencie, czyli... teraz.
Teraz, kiedy zostałam matką.
Kiedy odpowiedzialna jestem już nie tylko za siebie ale i za Nią. Za jednostkę, jaką jest rodzina.
Teraz ja jestem na miejscu mojej mamy.
Teraz, kiedy bardzo realnie myślimy o kolejnym dziecku, nie wykluczone, że już za rok.
Teraz, kiedy moja praca, moja kariera jednak ucierpiały jakoś tam na macierzyństwie.
A jeśli zdecyduję się na kolejne dziecko niemal rok po roku, to już beretka.
A dzieci najchętniej miała bym troje.
Jak mam zaufać?

Łatwo prawi się o niezależności i emancypacji, będąc niespełna trzydziestoletnią siksą z dobrą pracą, perspektywami i szklaneczką mohito w wykremowanej dłoni. Kiedy odpowiedzialna jesteś jedynie za siebie.

Na ten moment, jeśli mogę dać się ponieść fantazji:
chciałabym to drugie dziecko jak najszybciej, trzecie w jakiejś tam perspektywie,
domek na przedmieściach, chciałabym kilka lat poświęcić na wychowanie dzieci, na cieszenie się domowym życiem (nie podejrzewała bym..) a potem kiedyś znowu rzucić się w wir roboty.

I te marzenia, które mnie zaskoczyły, spadły na mnie jak grom z jasnego nieba, po prostu wpędzają mnie w dziką panikę.
Panicznie boje się zaufać, panicznie boję się utraty niezależności, panicznie boję się nieprzewidywalności życia.

Kilka lat temu byłam u wróżki.
Nie róbcie tego. To jest zabawa z zapałkami.
Powiedziała mi, że koło 40tki będę miała drugiego męża.
Kurwa, nie chcę żadnego drugiego męża.
Nie potrzebuję. Dziękuję, postoje.

Wczoraj rano obudziłam się ze ściśniętym z przerażenia gardłem.
Śniło mi się, że najpierw rozmawiałam z szefem, będąc w pidżamie a potem pakowałam swoje rzeczy z firmowego biurka w pracy do kartonowego pudła.
Wtedy podszedł S. i powiedział z takim rozmaślonym wzrokiem, że spotkał kogoś i się zakochał i odchodzi. I zmienił nazwisko, żeby nie mieć ze mną nic wspólnego. I że będzie mi płacił 2 tysiące złotych alimentów... rocznie.
Ona była spokojną brunetką a ja czułam, widziałam w Jego rozmarzonych oczach, że przepadło. Bezsilność. Nic się nie da zrobić.

Kocham Go.
Nigdy nie dał mi powodów do zazdrości.
W życiu nie obejrzał się za inną idąc ze mną ulicą.
Ale czy ja umiem zaufać aż tak?

Do tej pory byliśmy parą gówniarzy bawiących się w dom.
Miałam poczucie, że w każdym momencie mogę pozbierać zabawki i wrócić skąd przyszłam.
Ale dzieci, to już zupełnie inna bajka...




To był trudny wpis.
Drugi najtrudniejszy w historii tego bloga, zaraz po wpisie z informacją o nieudanej pierwszej próbie IVF.


PS. Ojciec został zdradzony i porzucony przez pindę z basenu. Jako, że po latach to ona była głównym żywicielem rodziny, po rozwodzie został skazany na emigrację do UK, gdzie nie rozbija się już dość drogim, srebrnym samochodem i pracuje w magazynie. Został sam jak palec. Jedyne co mu zostało to obejrzeć sobie wnuczkę na Skype. Co ciekawe: teraz musi płacić alimenty na tamte adoptowane dzieci :) bo adopcji nie da się ot tak odkręcić. 
I nie może mieć tego poczucia dumy, jakie ma moja Mama, która dokonała niemożliwego i wychowała dwoje skrzywdzonych dzieci na porządnych ludzi, którzy kochają Ją i siebie wzajemnie nad życie. 

sobota, 9 maja 2015

Labor blues

To ja, w trakcie cięcia. 
Proszę o nie wykorzystywanie zdjęcia bez mojej zgody. 

Moje posty są ostatnio słodko-pierdzące, więc czas dorzucić kilka ziaren goryczy.
Dotychczas kiedy stykałam się z wielką egzaltacją matek nad cudem macierzyństwa miałam ochotę powiedzieć im: a może by tak...go fuck yourself? A teraz sama popadam w lekką , pieluszkową ekstazę.
Dla równowagi czas więc wyspowiadać się z pewnego dołka w który wpadłam jakiś czas po wyjściu z poporodowego szoku.

Zjawisko z jakim się zderzyłam nazwałam sobie labor-blues.

Jeszcze zanim zaszłam w ciąże, zarzekałam się, że ja dziękuję za naturalny poród i ja poproszę cesarkę. Nie myślałam nawet tak bardzo o bólu, co o bezpieczeństwie dziecka. Chciałam po prostu mieć dziecko po drugiej stronie brzucha w możliwie najbezpieczniejszy sposób (jakim jawiła mi się wtedy cesarka). Bałam się, że coś podczas porodu może pójść nie tak, że być może ja zawiodę i nie będę dość mocna, żeby sprawnie urodzić dziecko. 
W tamtym czasie poród nie był dla mnie wydarzeniem ambicjonalnym. Priorytetem było dla mnie posiadanie dziecka w ogóle, bo przecież nie wiedziałam, czy w ogóle będzie nam dane.

Poród naturalny (ze znieczuleniem) przyszedł mi do głowy dopiero jakoś bodajże w okolicach 5 miesiąca ciąży. Wtedy miałam tymczasowe wskazania do cesarki i, cóż.. pojawiła się obawa, że o rety, być może nie będę mogła rodzić sn. Jak to mówią: kobieta zmienną jest. Zapewne hormony też swoje zrobiły.

Wskazania do cesarki minęły. 
Uważnie odrobiłam kurs w szkole rodzenia.
W domu ćwiczyłam oddychanie przeponowe.
Zwiedziłam porodówkę z moją położną.
Wymaściłam plan porodu.
Przygotowałam świece zapachowe, muzykę a na wybór koszuli do porodu poświęciłam zdecydowanie za wiele czasu.

Jak teraz patrzę wstecz to stwierdzam (ze zdziwieniem), że do pewnego czasu nie bałam się wcale.

Końcówka ciąży fizycznie była okrutnie trudna. Dziecko bardzo intensywnie naciskało na kanał rodny. Mam wrażenie, że Mela ułożyła się bardzo nisko. Bolało.
Jakieś 2 tygodnie przed terminem pojawiły się jakieś dziwne kłucia na dole, jakby ktoś dźgał widelcem w szyjkę macicy. Trwało to dosłownie kilka sekund, w których dosłownie zaciskałam oczy i pięści i kuliłam się w sobie, nie mogąc zebrać w środku siły żeby krzyknąć nawet, tylko niemo otwierałam usta.
"To nie może być to. To nie może aż tak boleć" myślałam.
[ do dziś nie wiem co to było, bo skurcze bolą na całym brzuchu a nie w szyjce podobno ]

Jakiś tydzień przed terminem lekarz, zachwycony, orzekł, że szyjka się skraca, że jest rozwarcie, co mnie nastawiło, że zapewne lada moment.
Na prawdę chciałam już rodzić.

Niestety, pełna nadziei na rychłe rozwiązanie dokulałam się do terminu.

Szorowanie na kolanach mozaiki pod prysznicem spowodowało jedynie odejście czopa śluzowego i niepotrzebną nadzieję u mnie, że to lada moment.

Nadzieje zgasiła położna, stwierdzając, że jak dla niej jeszcze z tydzień poczekam. Byłam zdruzgotana, ale chciałam czekać do oporu (ku lekkiemu zdenerwowaniu i prowadzącego i położnej, którzy najchętniej szybciochem by indukowali).

"Kochana, zobaczymy ile wytrzymasz. Każdy dzień będzie dla Ciebie obciążeniem psychicznym i z dnia na dzień będzie coraz ciężej." stwierdziła położna i nie pomyliła się.

Rzeczywiście tak było. Każdy kolejny dzień był bardziej męczący. I bolesny. 
Ale cesarki nie chciałam. Chciałam rodzić naturalnie. Nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć.
Nie dlatego, że sn lepsze dla dziecka, nie dlatego, że bałam się operacji, szwów, blizny.
Załączyło mi się jakieś takie irracjonalne pragnienie urodzenia dziecka naturalnie.

Kto czytał, wie jak było.
Ciąża przenoszona prawie tydzień.
Dzień przed indukcją, podczas KTG, śmiertelnie przeraził mnie ryk rodzącej kobiety.
Nieudane wywołanie porodu Perpidrilem.
Rozmowa z położną, że "ja nie dam rady" "to trzeba wytrzymać, to boli" "znieczulenie to przerwa w bólu, albo rodzisz albo masz znieczulenie", "jesteś za wrażliwa" i sugestia cesarki.
I 10 godzin koszmarnych rozterek na porodówce, żeby ostatecznie zrezygnować z oksytocyny i poddać się cesarce.
I słowa lekarza podczas cięcia: "A pani już miała jakieś skurcze, prawda?".
I wspomnienie podsłuchanej uwagi jednej z położnych, na wieść, że jednak będzie CC: "ale przecież tam nie było źle wczoraj".
I wspomnienie, jak położna podczas badania dotykała główki.
I leżenie na sali poporodowej z dziewczyną, którą wszyscy chwalili za to, że urodziła 4,5 kg dziecko (bardzo sympatyczna, do dziś mamy kontakt) a ja jak ta pierdoła, z raną na brzuchu.
I wspomnienie telefonu do lekarza prowadzącego: "już po!" "sama?" "nie, cesarka była" "haaaa, wiedziałem!". Tak bardzo chciałam mu odpowiedzieć: "tak, sama".

I tak oto, mijający szok poporodowy powitał labor-bluesa, czyli żal, że miało być, a nie było.
Że nie urodziłam swojego dziecka a zostało wyjęte przez lekarzy z brzucha.
Że skapitulowałam, stchórzyłam, nie dałam rady, nawet nie spróbowałam.
Że nie wiem jak to jest.
Że miliony kobiet TAK a ja NIE.
Że po wszystkim S. nie mógł mnie takiej bladej, spoconej, omdlałej pocałować w czoło i powiedzieć "Jestem z ciebie dumny".
Że rzeczywiście, chyba coś ze mną nie tak.
Zazdroszczę kobietom, które urodziły naturalnie. Urosły w moich oczach do rangi weteranów wojennych.

Dopadły mnie zupełnie irracjonalne emocje, których nie chce.
W pewnym momencie popadłam niemal w obsesję rozmyślania i rozpamiętywania porodu. Właściwie codziennie rano otwierając oczy - rozpamiętywałam, rozdziobywałam.
Karmiąc - patrzyłam na Jej główkę zastanawiając się, jak ona by się tam zmieściła.
Kiedy słyszałam Jej krzyk w nocy (zdarzało jej się krzyczeć na początku), byłam niemal pewna, że ohoo, śni jej się, jak ją wyszarpują z brzucha. Ma traumę, na pewno.
Spędziłam godziny (wieczorne) oglądając kolejne odcinki "One Born Every Minute".
Uwielbiam rozmawiać o porodzie, rozdłubywać każdy szczegół, rozpamiętywać.
Babrać się w każdej fajnej i mniej fajnej minucie.

Małżon w pewnym momencie wkurzył się i stwierdził, że koniec tematu, nie będziemy więcej o tym gadać. On się cieszy, że była cesarka, że poród był wspaniały, lepszego sobie nie wyobraża, mamy ukochane wyczekane dziecko i mamy patrzeć w przyszłość a nie rozpamiętywać coś co było i minęło.
Jakby nie patrzeć - ma racje.

Nie twierdzę, że żałuję swojej decyzji.
Żałuje, że nie urodziłam naturalnie, ale nie mam do siebie pretensji.
Wiem, że w tamtym momencie dałam z siebie tyle ile tylko mogłam dać.
Próbowałam. Podjęłam próbę wywołania porodu i ja wtedy na prawdę chciałam urodzić.

Cieszę się, że jednak przeszłam na porodówce ten proces.
Że nie wzięłam cesarki "na zimno", z góry.
Wtedy byłam zła na siebie, że mogłam sobie darować to cierpienie ostatnich dni - fizyczne i psychiczne - i po prostu tą cesarkę zaplanować wcześniej. Na jedno by wyszło.
Dziś się z tego cieszę, bo wiem, że próbowałam.

Gdyby ktoś pozwolił mi cofnąć czas, to nie wiem co bym zrobiła.
Dziś jestem "mądra", bo mam przy sobie zdrowe dziecko i nic mnie aktualnie nie boli. Nie czuję tego koszmarnego, rozrywającego uczucia w dole brzucha.
Pewnie podjęła bym taką samą decyzję.

Mam nadzieję, że czeka mnie co najmniej jeszcze jeden poród i być może wtedy...
choć pewnie te słowa położnej, że "nie dam rady" wyryły się we mnie jak w kamieniu.
[ swoją drogą nie daje mi spokoju, jakie były intencje położnej podczas naszej rozmowy... bo chyba zdawała sobie sprawę, że mówienie takich rzeczy babce wysmarowanej żelem do indukcji, leżącej na łóżku porodowym, nie pozostanie bez znaczenia.. ]

Dziś jest już lepiej.
Wiecie co mi paradoksalnie pomogło? Zrobiłam sobie seans w necie z opisami koszmarnych porodów innych babek. Jak to czytałam, to się cieszyłam, że miałam cc.

Nie zmienia to faktu, że samą cesarkę, sam ten poród wspominamy na prawdę wspaniale.
Po cięciu, leżąc jeszcze na stole przez łzy mówiłam: "Dziękuje Wam, jesteście wszyscy super, dziękuję, jesteście super!".
Same doznania związane z operacją zniosłam również nad wyraz dobrze. Ostatnią dawkę jakiegokolwiek leku uśmierzającego ból dostałam 12 h po cesarce a potem już nikt mi nie proponował a sama nic już nie potrzebowałam, nawet APAPu.
Dziś o cesarce przypomina mi jedynie gojąca się rana w podbrzuszu i nie ukrywam, że ją lubię. Jest dla mnie czymś w rodzaju blizny wojennej, z której można być dumnym.
Za każdym razem kiedy na nią patrzę mam wrażenie, że mówi do mnie: spójrz na mnie! jestem dowodem, że swoje też musiałaś przejść i przecierpieć! będę Ci o tym przypominać do końca życia, na wypadek, gdybyś zapomniała!

Aktualnie mam mocne postanowienie, że koniec z rozdłubywaniem historii porodowej.
Porodowej - bo przecież też urodziłam swoje dziecko i to nie tak zupełnie bezboleśnie i zaocznie.
Poród zostawiam za sobą i skupiam się na przyszłości.
I na Radości i Szczęściu, jakie porykuje sobie właśnie w ramionach tatusia.

Bo przecież mogło nie być - a jest.



PS. Nie chciałam urazić żadnej kobiety, która urodziła przez CC - czy to z konieczności czy z wyboru. W tekście przedstawiam swoje indywidualne, subiektywne odczucia, dotyczące wyłącznie mojej osoby. 

niedziela, 3 maja 2015

Co zmienia pojawienie się dziecka?



Chyba każdy z nas słyszał, co najmniej raz, że pojawienie się dziecka zmienia wszystko i wywraca życie do góry nogami.
Często słyszałam jeszcze dodatkowy, złowrogi dodatek do tego stwierdzenia:
noooo, teraz to się wam zacznieee. 
Wersja alternatywna: teraz too sięę skończyyy luz blues. 

Zanim zostałam mamą wiedziałam więc, że:

#1 teraz to "się nam skończy" [przyjemności]
#2 coś tam "się zacznie" [kłopoty]
#3 na pewno przeżyjemy kryzys małżeński
#4 a ja na pewno wpadnę w baby bluesa albo depresję
#5 moje potrzeby zejdą na drugi plan.

Mam wrażenie, że opinia publiczna i otoczenie są zaprogramowane na wystraszenie i negatywne nastawienie przyszłych rodziców do rodzicielstwa.
Nawet w książce Tracy Hogg stoi jak byk: "w pierwszych tygodniach powtarzaj sobie: to minie".

Oczekiwałam więc z dreszczykiem emocji tego armagedonu.
Czekałam, czekałam, ale coś się doczekać nie mogę, a Meśce stukną 2 miesiące za raz..

Trudno nie zgodzić się i jakkolwiek dyskutować z jednym:
u nas dziecko zmieniło baaardzo dużo.
Można by uznać tezę: dziecko zmienia wszystko - za prawdziwą. 

Nasze życie uległo gwałtownej zmianie.
Jest tak, jakby ktoś zburzył zbudowany z klocków Lego domek, wymieszał te klocki, dodał do nich kilka nowych, innych, kolorowych klocków i zbudował ten domek od nowa.
Niby ten sam, ale zupełnie już inny.

Pamiętam ten poranek, 12 marca, kiedy opuszczałam mieszkanie wychodząc do szpitala na wywołanie porodu.
Zanim zamknęłam za sobą drzwi spojrzałam na pokoje, wciągnęłam nosem powietrze i z na prawdę ogromnym wzruszeniem pomyślałam: już nic nigdy nie będzie takie samo. Wrócę tu, jako inny człowiek. Jako mama. 
I nie pomyliłam się.

OK, ale co de facto się zmienia?
Bo "wszystko" to jakaś taka gówniana, mętna odpowiedź.
Jakoś nie mogłam tego zrozumieć przed pojawieniem się Meśki.

#1 Organizacja dnia codziennego
u nas Meśka zupełnie przekreśliła rytm i codzienność, którą znaliśmy.
7 dni tygodnia zaczęły się kręcić wokół Niej.
Powstał zupełnie nowy rytm życia, rytm dnia - dość intensywny.
Jesteś słabo zorganizowany? Well, musisz się zorganizować jak chcesz coś zjeść albo gdzieś wyjść. A jak Ci zabraknie Papmersów w środku nocy to biada Ci.
Lubisz pospać do południa? Well, na to bym zbytnio nie liczyła.
Lubisz brać dłuuugi prysznic poranny, poprzedzony godzinnym posiedzeniem na tronie z iPadem lub Wyborczą? Ja tam się cieszę, jak posiedzenie uda mi się w ogóle sfinalizować bez koncertu zza ściany :)  A prysznic staram się brać wieczorem, bo rano, to loteria.
Lubisz zaliczyć mały melanż z piątku na sobotę a potem leczyć kaca przez co najmniej 1 dzień? Odradzała bym, jeśli nie chcesz widzieć opieki społecznej pukającej do Twoich drzwi.
Lubisz obejrzeć sobie "Grę o Tron" o 2 w nocy, kiedy tylko pojawi się nowy odcinek?  Grę o tron to ja mam teraz, jak potrzebuję pilnie udać się na stronę a dziecko ma akurat inny plan.
Masz ochotę obejrzeć 13765 odcinek "Mody na sukces"? Zabieraj wózek, czas wywietrzyć bobasa na spacerze.
Et cetera.

#2 My sami
To jest temat na osobny post.
Jestem w ciężkim szoku ile zmieniło się we mnie.
Jak zmieniły mi się priorytety.
Do tej pory miałam taką wewnętrzną motywację dla samej siebie, obecnie motywacją jest dla mnie moja córka.
Płaczę na reklamach, głównie niestety mleka modyfikowanego, bo są najbardziej ckliwe.
Bez żalu zajmuje się domem, bez panicznej obawy, że mąż zobaczy we mnie kurę domową. Baaa, mało tego - bycie takim drobiem sprawia mi przyjemność.
Patrze na Melę i chcę drugie dziecko. ASAP- as soon as possible.
Zaczynamy kombinować jak tu zamienić hipsterskie mieszkanie w centrum wielkiego miasta na działkę poza miastem. Samochód na vana.
Już nie stoję w rozkroku pomiędzy domem rodzinnym w górach a domem w którym mieszkam. 13 marca zostały przecięte dwie pępowiny i wiem już, że mój dom jest tam, gdzie Mela i jej tata. Że Oni są dla mnie najważniejsi.
Mogła bym jeszcze długo wymieniać, co się zmieniło.
Nie wszystko potrafię nazwać. Niektóre odczucia i feeling trudno mi zidentyfikować i nazwać.
Tu jednak zostawiam sobie mały margines, bo czuję, ojj czujęę bardzo, że jestem jeszcze pod mocnym wpływem hormonów pociążowo-około-porodowych. A pewnie i karmienie piersią karmi mnie dodatkową porcją hormonków.

#3 Relacja między rodzicami 
nasz burzliwy związek trochę się uspokoił.
Mamy dla siebie więcej cierpliwości, jesteśmy spokojniejsi, mniej się kłócimy.
Bo mamy wspólny cel. Cel najwyższej rangi - wychowanie szczęśliwego dziecka.
Dziś rano miałam poczucie (zresztą chyba tak samo jak i On) niewyobrażalnego szczęścia: spędziliśmy poranek w łóżku: ja, on, między nami Mela przytulona do cycka a w nogach wyciągnięte, wygrzane, rozczochrane dwa koty. W takich chwilach zdarza mi się wziąć głęboki wdech, spojrzeć lekko w górę i szepnąć w myślach "Boże, dziękuję Ci".

Rozprawiając się ze straszakami z początku posta:

#1 teraz to "się nam skończy" [przyjemności]  --> false
#2 coś tam "się zacznie" [kłopoty] --> zaczyna się o wiele więcej, niż obowiązki i kłopoty, więc false
#3 na pewno przeżyjemy kryzys małżeński --> pewne są śmierć i podatki. u nas kryzysu brak
#4 a ja na pewno wpadnę w baby bluesa albo depresję --> false, odpukać
#5 moje potrzeby zejdą na drugi plan --> true i czuje się to z pełną mocą siedząc na kiblu i nie mogąc skończyć w spokoju, co się zaczęło.

Oczywiście zdarzają się trudne chwile, kiedy jestem zmęczona i mam dość, ale generalnie wszystkie te zmiany są fajne.
Moja odpowiedź na to cudowne stwierdzenie o wszech-zmieniającej się rzeczywistości brzmi:

I super, i świetnie.
Po to mamy dziecko, żeby się zmieniło.
Po 16 latach związku i 6 latach małżeństwa - time is high!