niedziela, 17 maja 2015

Demony przeszłości



Poprzedni wpis optymizmem nie tryskał i ten także nie będzie.
Mela ma się świetnie, moje macierzyństwo również powoli raczkuje sobie do przodu.
Meśka w dzień jest dzieckiem umiarkowanie grzecznym a w nocy śpi jak królewna - od 19:30 do mniej więcej 6-7 rano (po karmieniu zasypia znowu i śpi średnio do 10 także alleluja..). Nie, nie wybudzam Jej na jedzenie. Nie, nie zmieniam jej papmersiaków w nocy. Waga idzie w górę a pupka różowa jak świnka Peppa.
Staram się ogarniać dom (co jest niejako nowością, bo dotychczas życie spędzałam raczej w pracy) a i życie towarzyskie ma się świetnie, bo narodziły się nowe znajomości a w wielkim mieście jest co robić, będąc młodą mamą, oj jest.

Co więc jest kolejną, poza mijającym powoli labor bluesem, rysą na szkle?
Zaczynają mnie nękać demony przeszłości.

Jakiś czas temu na Waszych blogach zauważyłam, że w trakcie ciąży niektóre z Was nękane były jakimiś swoimi problemami z czasów dzieciństwa: najczęściej były to relacje z kimś bliskim. Akurat w ciąży temat wypływał i wracały stare smrody.
Moje powróciły dopiero po urodzeniu dziecka.
A na imię im: niezależność i zaufanie.

Jako, że z góry wiem, że krótki post jak zwykle mi nie wyjdzie, to może zacznę od początku.
Pochodzę z typowej góralskiej, chłopskiej rodziny, gdzie kobiety miały jasno określone role i z którymi nikt nie dyskutował: usługiwać.
Od dziecka obserwowałam jak kobiety z dwóch pokoleń zasuwały zarówno w domu jak i zawodowo. Zupełnie nie wiem skąd to się wzięło, że w wieku lat bodajże pięciu złożyłam śluby panieńskie, że ja nigdy nie będę usługiwać żadnemu mężczyźnie i niech sobie, na Miły Bóg, sam zrobi tą pieprzoną herbatę i wypierze brudne gacie. To, że ktoś ma penisa nie zmienia przecież faktu, że ma również dwie górne kończyny- lewą i prawą - i umie ich używać.
Lat mam trzydzieści i prawie jeden i wiele się u mnie w tej kwestii nie zmieniło.

Ogromną lekcją równouprawnienia, mocno bolesną, była historia moich rodziców - a raczej - mojej Mamy.
Mama zawsze bardzo kochała ojca, w drugą stronę tak to nie działało.
Całe życie, odkąd pamiętam, ojciec zdradzał mamę i robił to zupełnie na "bezczela". Patrzyłam na to od kiedy tylko zaczęłam jako dziecko rozumieć relacje damsko-męskie. Patrzyłam i słuchałam, jak mama wieczorami płacze w poduszkę. Najgorsze uczucie świata. Patrzyłam jak ją upokarzał- i w domu i publicznie, przy ludziach. Jak niszczył tą delikatną i nieco egzaltowaną kobietę, która tak bardzo go kochała. Kiedy dorastałam, zaczął niszczyć i mnie, bo za bardzo Ją przypominałam.
Kiedy parkował samochód przed domem, Mama dosłownie potykała się o własne nogi, żeby zdążyć zaserwować mu ciepły, domowy obiad, zanim jeszcze przekroczy próg.
Pamiętam, jak Mama niemal zawsze przed snem, zanim położyła się do łóżka, nakładała na twarz świeży makijaż - malowała kreski, rzęsy, róż. Wtedy tego nie rozumiałam.
Nigdy "nie miał pieniędzy", ale używał najdroższych perfum. Podczas kiedy mama chodziła w jednych butach piąty rok. W kieszeniach jego drogiej marynarki można było znaleźć paragony za drogie, damskie perfumy i biżuterię, ale tak się składa, że do mamy one nigdy nie trafiły.
Mama twierdzi, że nigdy Jej nie uderzył, ale pamiętam co najmniej jedną sytuację, która nie pozostawia wiele do domysłu.
W głowie mam dziwne strzępki wspomnień z wczesnego dzieciństwa w temacie dziwnych sytuacji na linii ojciec vs ja-dziewczynka, wspomnień, które mam wrażenie, że moja głowa gdzieś pochowała, a ja wiem, że one tam są... ale to za ciężki kaliber na tego bloga i nawet nie chcę ruszać tego gówna, póki nie śmierdzi.
Nienawidziłam go.
Kiedy miałam 15 lat był już tak bezczelny, że do domu przychodził jedynie po świeże koszule i się ogolić. Podczas jednej z wypraw na basen, "przez przypadek" spotkaliśmy jego "koleżankę" z pracy, którą nam przedstawił. Od razu się domyśliłam, co jest cięte.
Czemu dorośli myślą, że dzieci są takie niekumate?
W tamtym czasie budziłam się w środku nocy i jeśli akurat był w domu to poważnie rozważałam zabicie go nożem kuchennym. Nie, to nie jest żart.
Pamiętam sytuację, jak stoję w kuchni z nożem do patroszenia ryb w ręce (był wędkarzem) i pomyślałam: "jeśli on tu teraz wejdzie - zabiję go".

Któregoś dnia, kiedy bawiłam się z bratem w ogrodzie podjechał pod dom swoim dość drogim srebrnym samochodem. Wiedziałam po co przyjechał. Starałam się czymś zająć mojego młodszego braciszka i modliłam się, żeby on z tego nic nie rozumiał.
Spakował torbę i po prostu wyszedł, mijając nas. Zostawił nas w ogrodzie bez słowa. Nawet nie spojrzał. Taki tchórz.
"Przyjemność" wytłumaczenia 15to letniej córce i 8mio letniemu synowi, że tatuś już z nami nie mieszka, zostawił mamie.

Zostawił nas dla tej pindy z basenu.
Mama została z dwójką dość małych dzieci, bez pracy, z kredytem hipotecznym na dom, zjebaną psychiką i upokorzeniem.
Nie płacił ani alimentów ani rat kredytu.
Ale za to adoptował jej dzieci.
Znikąd pomocy.
Mama musiała wyjechać na rok za granicę (USA) do ciężkiej pracy, żeby mieć z czego spłacić chociaż część kredytu.
My zostaliśmy z babcią i traumą a on jeszcze straszył sądem, że jak matka śmiała zostawić swoje dzieci.
Cudem nie popełniłam samobójstwa i nie wpadłam w narkotyki.
Wtedy poznałam mojego S. (który jest absolutnym przeciwieństwem mojego ojca) - myślę, że Bóg się nade mną zlitował i mi Go zesłał.
Teraz, kiedy sama jestem mamą, nie umiem sobie wyobrazić niewyobrażalnego cierpienia matki, która na rok MUSI zostawić swoje dzieci na innym kontynencie po takich przeżyciach. To był najstraszniejszy rok mojego życia i Jej zapewne też.
Codziennie na lekcjach w LO pisałam do Niej listy, bo z telefonami było różnie a Skype jeszcze wtedy nie istniał.

Kolejne co najmniej 7 lat żyłam napędzana dziką energią nienawiści.
Właściwie to jej chyba zawdzięczam większość tego, co osiągnęłam, ale to jest bardzo niszcząca siła. Szłam przez życie jak burza z hasłem "ja wam jeszcze wszystkim pokaże".
Modliłam się do Boga na kolanach, żeby go los pokarał, szlag trafił i piekło pochłonęło.
I wymodliłam oczywiście.

Mama wróciła z USA, jakoś wyszliśmy na prostą.
Chodziłam na terapię.
Ta dzielna kobieta wychowała dwójkę dzieci, które wyszły na przyzwoitych ludzi, wykształciła, spłaciła ten jebany kredyt (dopiero kilka lat temu) i jakoś ogarnęła tą kuwetę.
Ale do dziś dzień jest samotna. Znerwicowana. Z traumą, jaką zafundował Jej "tatuś".
Jej wiara w siebie jest nie do odbudowania. Rany - nie do zagojenia. Nie wyszła z tego cało.
Można śmiało powiedzieć, że zniszczył Jej życie.

I tak wyrosłam w przeświadczeniu, że mój ojciec, nie to że nie kocha... on nienawidzi mojej Mamy a małżeństwo jest czymś strasznym.

Niestety, Ojciec wypalił swoje piętno również i na mnie.
W dorastającej kobiecie wykiełkowały dwie obsesje: zazdrości i niezależności.
S. mógłby wiele powiedzieć szczególnie o tej pierwszej.
Od samego początku miał jasno ustalone zasady: ja i tylko ja i zero kompromisu. Wszystko było dla mnie czarne albo białe. Nie było szarości. Kiedyś, długie lata temu, zobaczyłam jak czyta CKM'a - zamknęłam się w łazience i pocięłam nożyczkami, oczywiście tak, żeby zobaczył.
Kiedy po kolejnych latach odkryłam, że pornografia to coś, co jednak nie jest mu obce, spakowałam walizkę i wyjechałam na 4 miesiące do Anglii a Jemu kazałam czekać na moją decyzję.
Do dziś lubię zerknąć w Jego telefon czy inne prywatne kanały komunikacji. Strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Drugi demon zaskoczył mnie w najmniej oczekiwanym momencie, czyli... teraz.
Teraz, kiedy zostałam matką.
Kiedy odpowiedzialna jestem już nie tylko za siebie ale i za Nią. Za jednostkę, jaką jest rodzina.
Teraz ja jestem na miejscu mojej mamy.
Teraz, kiedy bardzo realnie myślimy o kolejnym dziecku, nie wykluczone, że już za rok.
Teraz, kiedy moja praca, moja kariera jednak ucierpiały jakoś tam na macierzyństwie.
A jeśli zdecyduję się na kolejne dziecko niemal rok po roku, to już beretka.
A dzieci najchętniej miała bym troje.
Jak mam zaufać?

Łatwo prawi się o niezależności i emancypacji, będąc niespełna trzydziestoletnią siksą z dobrą pracą, perspektywami i szklaneczką mohito w wykremowanej dłoni. Kiedy odpowiedzialna jesteś jedynie za siebie.

Na ten moment, jeśli mogę dać się ponieść fantazji:
chciałabym to drugie dziecko jak najszybciej, trzecie w jakiejś tam perspektywie,
domek na przedmieściach, chciałabym kilka lat poświęcić na wychowanie dzieci, na cieszenie się domowym życiem (nie podejrzewała bym..) a potem kiedyś znowu rzucić się w wir roboty.

I te marzenia, które mnie zaskoczyły, spadły na mnie jak grom z jasnego nieba, po prostu wpędzają mnie w dziką panikę.
Panicznie boje się zaufać, panicznie boję się utraty niezależności, panicznie boję się nieprzewidywalności życia.

Kilka lat temu byłam u wróżki.
Nie róbcie tego. To jest zabawa z zapałkami.
Powiedziała mi, że koło 40tki będę miała drugiego męża.
Kurwa, nie chcę żadnego drugiego męża.
Nie potrzebuję. Dziękuję, postoje.

Wczoraj rano obudziłam się ze ściśniętym z przerażenia gardłem.
Śniło mi się, że najpierw rozmawiałam z szefem, będąc w pidżamie a potem pakowałam swoje rzeczy z firmowego biurka w pracy do kartonowego pudła.
Wtedy podszedł S. i powiedział z takim rozmaślonym wzrokiem, że spotkał kogoś i się zakochał i odchodzi. I zmienił nazwisko, żeby nie mieć ze mną nic wspólnego. I że będzie mi płacił 2 tysiące złotych alimentów... rocznie.
Ona była spokojną brunetką a ja czułam, widziałam w Jego rozmarzonych oczach, że przepadło. Bezsilność. Nic się nie da zrobić.

Kocham Go.
Nigdy nie dał mi powodów do zazdrości.
W życiu nie obejrzał się za inną idąc ze mną ulicą.
Ale czy ja umiem zaufać aż tak?

Do tej pory byliśmy parą gówniarzy bawiących się w dom.
Miałam poczucie, że w każdym momencie mogę pozbierać zabawki i wrócić skąd przyszłam.
Ale dzieci, to już zupełnie inna bajka...




To był trudny wpis.
Drugi najtrudniejszy w historii tego bloga, zaraz po wpisie z informacją o nieudanej pierwszej próbie IVF.


PS. Ojciec został zdradzony i porzucony przez pindę z basenu. Jako, że po latach to ona była głównym żywicielem rodziny, po rozwodzie został skazany na emigrację do UK, gdzie nie rozbija się już dość drogim, srebrnym samochodem i pracuje w magazynie. Został sam jak palec. Jedyne co mu zostało to obejrzeć sobie wnuczkę na Skype. Co ciekawe: teraz musi płacić alimenty na tamte adoptowane dzieci :) bo adopcji nie da się ot tak odkręcić. 
I nie może mieć tego poczucia dumy, jakie ma moja Mama, która dokonała niemożliwego i wychowała dwoje skrzywdzonych dzieci na porządnych ludzi, którzy kochają Ją i siebie wzajemnie nad życie. 

26 komentarzy:

  1. Nie wiem co napisać. Dużo z tego co napisałaś nie jest mi obce. I jakże adekwatne do mojej sytuacji. Tylko brak mi Twojej siły i determinacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Carrie wczoraj byłam u Ciebie, widziałam wpisy. Nic nie napisałam, bo nie miałam pomysłu co, ale Twoja sytuacja też mi jakoś dała do myślenia i tak mi się zebrało, że musiałam opisać powyższe.
      A siła i determinacja.. cóż. Nie byłam w Twojej sytuacji, więc tego się nie da porównać.
      Jedyne co Ci chciałam napisać u Ciebie,to że ja na Twoim miejscu nie podejmowała bym zbyt szybko decyzji i dała sobie czas.
      Buziaki i trzymam za Ciebie kciuki.
      I jesteś dzielna.

      Usuń
    2. Z tego co czytam i słyszę, pozostać w związku dla dziecka to wcale nie jest opcja. Jeśli jest jeszcze miłość, próba naprawienia lub jakiś żal chociaż.... Prawda jest taka, że gdy pojechałam z małym do mamy na noc On nawet nie zadzwonił:/. Nigdy też nie wrócił do sypialni po tym jak jeszcze w ciąży wyniósł się do drugiego pokoju. Myślę, że już wtedy była ta druga. A ja..... Też mam tendencje do robienia z siebie ofiary, zalowania sobie kasy, czekania z obiadem który On zje albo i nie....

      Usuń
  2. Może oglądać wnuczkę na skype? Wrrrr...ja bym mu nie dała nawet zdjęcia......
    Jesteś dzielna, bardzo, zresztą masz to po mamie....
    Ściskam :-*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet był u nas, przyleciał do Polski i odwiedził wnuczkę.
      Sypnął becikowym.

      Pozbyłam się nienawiści, bo to strasznie niszcząca siła.

      Usuń
  3. Hmm...
    Tak bliski mi ten wpis, choć- współczesne my- tak różne od siebie. Jednak schemat myślenia, postanowienia- rozumiem aż za dobrze. Moja mama również całe życie latała z gorącym obiadem., tyle, że... nie z miłości. I właściwie nie wiem z jakiego powodu? Bo jeszcze miłość, nawet tą nieodwzajemnioną, jestem w stanie zrozumieć- ona człowieka zaślepia... I mimo, że moja mama całe życie w wiele sferach była zupełnie poddana ojcu, to jednocześnie była zawsze w jakimś sensie niezależna finansowo. Może dlatego, dziś, ja chociaż z tym nie mam problemu? W sensie, że tak- jestem zależna finansowo od Marcina, ale jakoś specjalnie (na ogół) mi to nie doskwiera.
    Ja z kolei dorastałam w mocnym postanowieniem, że żaden mężczyzna nigdy mnie nie zrani, i przez żadnego nie będę płakać. Bo płacz mamy, mimo, że bardzo starała się, żebyśmy nie byli jego świadkami, znam aż za dobrze.

    Myślę, że żadna z nas nie da Ci tu gotowej odpowiedzi co robić. Zresztą, pewnie nie po to powstał ten wpis... Marzenia kontra lęki. Plany kontra demony przeszłości...
    Wiesz, tak się zastanawiam... A może jednak już zaufałaś- przecież jest Melania. I tak, wiem- z jednym dzieckiem, to mimo wszystko inna bajka. Jednak, jeśli zostawić kwestię samej niezależności finansowej, bo jak mniemam- z jedną Melką jesteś w stanie żyć na przyzwoitym poziomie, to przecież tu jest jeszcze inny aspekt- ojciec Was zostawił. Tego również nie chcesz dla swoich dzieci, prawda? Jednak masz z S. dziecko, także może nawet nieświadomie, jednak obdarzyłaś Go zaufaniem- że stanie na wysokości zadania, że jest godny tego, aby być tatą Twojego dziecka...
    A przyszłość? Ona zawsze jest zagadką. I tak naprawdę nigdy ani jej do końca nie przewidzimy, ani nie zaplanujemy.
    Trzymaj się. I niech duchy przeszłości śpią mocnym snem. Moje praktycznie w ogóle się nie budzą.

    Ps. Mój ojciec też zniszczył moją mamę. Tragizm całej sytuacji polega na tym, że Oni nadal są razem. Chociaż stwierdzenie "są razem" brzmi co najmniej dziwnie w stosunku do ludzi, którzy:
    nie rozwiedli się
    żyją w jednym mieszkaniu, od lat w osobnych pokojach
    łączą Ich opłaty itp sprawy
    I tak- mój ojciec całe życie nigdy sobie nie żałował na nic, moja mama też zawsze była i jest tą w jednych butach... I też, wiele, wiele razy życzyłam Mu jak najgorzej. Nienawidziłam Go. Teraz? Jest mi obojętny. Totalnie. Tyle, że On jeszcze swojej "zapłaty" za to, co nam wszystkim zrobił jeszcze nie dostał. I choć dzisiaj jestem wolna od tych myśli, od pragnienia, żeby "dostał za swoje", to wątpię, żeby to się kiedykolwiek stało...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nienawiść to bardzo niszcząca siła. Dobrze, że jesteś wolna od takiego pragnienia.
      U mnie się ziściło - ojciec dostał za swoje a ja wolałabym, żeby jednak on żył w spokoju.
      Bo tak to teraz jeszcze mi go żal i jeszcze się nim muszę martwić, że sam, że cięzka praca, że długi i taaak dalej. Taki już mam posrany charakter cierpiętnicy.

      Usuń
    2. Niszcząca to na pewno, ale- nawet na Twoim przykładzie można też mówić o pewnym pozytywnym Jej aspekcie- na pewno jest też silnym motorem napędowym.
      Co do Twojego stosunku do ojca to rozumiem, naprawdę. Wiem, że kiedyś, kiedy mój ojciec będzie starym, schorowanym człowiekiem, to też Go nie zostawię, nie oleję- chociaż powinnam, po wcześniejszym wyrzyganiu Mu wszystkiego co zrobił mamie i nam. Ale wiem, że tego nie zrobię. I nie wiem tylko- bo przecież nie darzę Go żadnym uczuciem, czy to kwestia przyzwoitości? Wychowania?

      Usuń
  4. No coz... mnie rowniez ten temat nie jest obcy:( Rozumiem prawie kazde slowo (i znam z wlasnego zycia...niestety). I tez zawsze sie balam... Tamte doswiadczenia zawazyly na moim zyciu.

    Moi rodzice sie rozwiedli, kiedy ja juz mialam 20+. Ale calymi latami zylam w napieciu, stresie, posrod ich klotni, kolejnych zdrad ojca i uporu matki, zeby jednak sie z nim nie rozwodzic "dla dobra dzieci"... Nie zyczylabym zadnym dzieciom takiego domu. Mam uraz, dokladnie tak jak piszesz.

    Zawsze bylam (i pewnie bede) przeczulona na pkcie zdradzania. Ojciec po latach ozenil sie z kobieta mlodsza od mojego brata... ale zdaje sie ze ostatnio go zostawila? Nie mial wiecej dzieci. Samotna starosc przed nim, tak sadze... Matka rowniez jest sama, ale po latach juz jej nie wspolczuje, nie trzymam jej strony, bo ona tez grala... manipulowala, wygrywala swoje gierki i wojenki... Nieszczesliwa, zagubiona, samotna kobieta. Nigdy nie chcialam byc taka jak ona. Nie ma miedzy nami milosci.

    Wiec choc tu jestes bogatsza, ze Wasza matka Was kochala i macie bliskie wiezi ze soba...U mnie nieszczesliwy i trwajacy zbyt dlugo, na sile nie-zwiazek moich rodzicow zrujnowal wszystko... Ich zycie i nasze zycie. Nie wiem czy kiedys sobie to poukladam? Byc moze...

    Co ja robie w zwiazku z tym? Staram sie miec swoja niezaleznosc, budowac wlasna sile i umiejetnosc radzenia sobie zawsze i wszedzie. Nie wiem czy umialabym 100% zaufac, byc moze nie? Ale kobiety sa mocne i jak widac na przykladzie Twojej mamy i innych mam - daja sobie rade, mimo wszystko. Wiec moze to jest optymistyczne? Ze mozna? I ze nie ma co bac sie na zapas? Tylko podazac za swoim sercem? Chyba gorzej jest czegos waznego nie przezyc, nie zrealizowac niz przezyc i musiec radzic sobie z konsekwencjami (nawet trudnymi jak samotne macierzynstwo). A pewnosci nigdy nie ma do konca... Nikt z nas, w jakiejkolwiek sprawie, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewności nigdy nie ma.
      Zobaczymy co przyniesie życie.
      :)

      A co do Twojej historii:
      uważam, że nie ma sensu żeby ludzie trwali w związkach na siłę.
      Ja poczułam ogromną ulgę jak się ojciec wyprowadził. Cieszyłam się.

      Usuń
  5. Och, Pink - muszę przetrawić... Trzymaj się!
    I wiesz co - staraj się bardzo nie wybiegać do przodu myślami... naprawdę z mojego doświadczenia widzę, że mało co jest takie, jakie sobie wyobraziłam.
    I to wcale nie zawsze jest złe ;)
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Juti wiem wiem. Tylko to siedzi gdzieś tam głęboko i śmierdzi.
      Jakoś to będzie wszystko ;)

      Usuń
    2. Bo zawsze jakoś jest :)
      No wiadomo, smrody siedzą. I chyba czasem już do końca niestety. Ale można nauczyć się z nimi żyć.
      Mamę masz rewela!!! Uściskaj ją też ode mnie na Dzień Matki!

      Usuń
  6. Twoja Mama odwaliła kawał dobrej roboty. Wierzę że dacie radę i wcale nie będzie drugiego męża. A sny... pokazują nasze lęki a nie przyszłość. Trzymaj się dzielnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda: zarówno z mamą jak i ze snami ;)

      Usuń
  7. Zobacz ile z nas pisze że to temat nam nie obcy. Mnie też. Wiele z nas mierzy się z takimi demonami. Ja po historii moich rodziców jak zobaczyłam ze rodzice mojego narzeczonego są normalną kochającą się parą to aż do bólu zapragnęłam taki sam dom stworzyć moim dzieciom. Bez krzyków, upokarzania i wiecznych kłótni rodziców. Mamy nasze to bohaterki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jako dziecko nie mogłam się NADZIWIĆ się niektórzy rodzice moich znajomych są zgodni, baaaa, oni się kochają!
      Nie mogłam tego zrozumieć dlaczego akurat moi nie.

      Usuń
  8. Ja nigdy nie zaufam. To nie znaczy że czekam, sprawdzam czy kontroluję ja po prostu staram się być niezależna finansowo. Nigdy się nikomu nie przyznałam że zbieram rachunki, wyciągi bankowe, że jeśli mnie zdradzi to zostanie bez domu... Nigdy nie miałam samochodu bo prowadzić nie lubię itd. ale jak miało się drugie dziecko urodzić to samochód kupiłam i zarejestrowałam na siebie. Musze mieć furtkę zawór bezpieczeństwa o którym nikt nie wie bo ja się boję żyć. Życia się boję tu i teraz przeszłość już minęła a przyszłość dla moich dzieci ma być bezpieczna. Kocham mojego męża jest najuczciwszym człowiekiem pod słońcem ale ja się boję .... Anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem Cię i swojego czasu też miałam w planach tajne konto na boku, żeby odkładać pieniądze. Tylko nie wiem co się w międzyczasie z tym planem stało.

      Usuń
  9. Hmm, nie mam aż takich doświadczeń, chociaż moi rodzice rozwiedli się jak miałam 12 lat. Ale nie było takiej toksycznej atmosfery. Tata miał na boku kobietę i pewnie by się nie rozwodzili, ale mama też kogoś poznała i chciała z nim być. Niestety mama na tej swojej miłości dobrze nie wyszła, nie jest to dobre małżeństwo. Tata ma lepiej.
    Ja wyniosłam z domu tylko przekonanie, że małżeństwo nie musi być na stałe i że nie miłość jest najważniejsza, tylko bezpieczeństwo.
    Nie mam takich strachów finansowych - dopisałam J. do swojego konto po paru dniach bycia razem. I nie wiem, co on tam na swoim koncie robi. Ale to dlatego, że czuję zabezpieczenie w tacie. Bez środków do życia nie zostanę.

    OdpowiedzUsuń
  10. Kurczę, jakie to wszystko porąbane,u mnie podobna historia była... Z ta różnica, ze jestem jedynaczka, ojciec dziecka Pani Pindy nie adoptował a mama nie wyjeżdżała. Fajnie, ze macie teraz kontakt. Moj ojciec juz nie zyje, czasu sie nie cofnie... A co do zaufania to nigdy nie masz pewności, nawet jak facet jest ok to zawsze moze zginać w wypadku i i tak zostajesz sama na polu bitwy :(
    Ale przecież niektórym sue udaje, wiec czemu nie zaryzykować?:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie wiem zupelnie co Ci napisac... Dziecinstwo mialas po prostu koszmarne. Takie doswiadczenia zostawiaja na nas rysy do konca zycia... Jestes osoba godna podziwu, ze nie zerwalas z ojcem kompletnie kontaktu. Naprawde, wielki szacun!

    Tak jak piszesz, Twoj S. jest kompletnym przeciwienstwem Twojego ojca. Nigdy nie dal Ci najmniejszego powodu do zazdrosci. Razem przeszliscie in-vitro, dluga droge do wlasnego malenstwa. Nie jestescie tez juz gowniarzami, ale dojrzalymi ludzmi po 30-stce. Mysle, ze macie poukladane w glowach i ustalone zyciowe priorytety. I szanse na spokojne, szczesliwe, rodzinne zycie.

    Co do wrozki, to wiesz, ze mnie tez pare razy w zyciu korcilo, zeby sie wybrac? W koncu jednak wystraszylam sie tego, co moglabym uslyszec. Wole byc kowalem wlasnego losu i podejmowac decyzje kierujac sie rozsadkiem, a nie pragnieniem osiagniecia lub unikniecia tego, co wywrozyla mi jakas oszustka. :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Oj Pinku, Pinku, w pierwszym odruchu chciałam do Ciebie zadzwonić i pogadać, ale zaraz sobie uświadomiłam, że przecież nie mam Twojego numeru telefonu... Ale wiesz, oferta jest - wcisnę rozmowę z Tobą gdzieś między zmienianie pieluchy a rozmowę z klientem :)

    To takie dziwne, że do nas wracają stare demony - ale zobacz, może to szansa, by się nimi zająć znów. Ja widzę po sobie, że mam takiego demona, co we mnie siedzi, który mi mówi, że to jest niemożliwe, że ktoś może mnie pokochać, że mnie nie można kochać. I ten demon każe mi pytac Małża do znudzenia: "Kochasz mnie?" On też czasem mówi mi, że Koszałek pewnie mnie nie kocha tak bardzo jak babci, niańki, dziadka, taty, psa i całego Bożego świata. I wtedy muszę temu demonowi dawać po mordzie :) Bo on nie zniknie. A mordobicie na razie działa :)

    A co do zaufania... bez tego się nie da. Ja też miałam wątek w życiu z obecnym Małżem, gdzie to zaufanie zostało mocno nadwątlone ale podjęłam decyzję, że pomimo wszystko będziemy razem. I jesteśmy. Teraz NIE sprawdzam, nie zaglądam, daję mu jego prywatność. Co ma być, to będzie. Jeśli pojawi się ktoś inny - trudno. To jest poza moją wolą. A ja wiem, że jestem jak feniks i się odrodzę.

    A co do lęków - nie wiem, jak to się dzieje, ale odkąd jestem mamą, to lęki mnie nękają. I inne moje psiapsiółki mamy też. Różne, absurdalne. Dużo się boję. Może taki już nasz los....

    Ściskam filozoficznie :)

    OdpowiedzUsuń
  13. A ja siedzę i ryczę. I nie umiem napisać nic mądrego.
    Masz wspaniałą mamę. A miłość, czy raczej uzależnienie, bywają ślepe...
    Ale los bywa przewrotny. Może Ti taki będzie dla Twjoej mamy i zafunduje Jej piękną i pełną miłości dojrzałość, a później starość. Tego Jej życzę.
    A Ciebie rozumiem. Aż za bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  14. Jestem pod wrażeniem!!! uwielbiam Cię czytać...szkoda, że w takich okolicznościach, ale tak wszystko piszesz realnie, że czytając to wczuwam się w to wszystko...podziwiam Twoją Mamcię!!! ściskam :*

    OdpowiedzUsuń
  15. podziwiam cię za mądrośc i dystans do wielu spraw, jestes bardzo dojrzałą kobietą i stąd te demony, to odpowiedzialnośc za drugiego człowieka....widac że masz wiele cech swojej wspaniałej mamy,
    nie każda potrafi tak logicznie rozprawić się ze swoją przeszłością
    każdy z nas ma w sobie ten strach, jedni bardziej ukryty, inni mniej....przecież nie wiemy co nam przyniesie los, z której strony dostaniemy kopa, ale żyć trzeba i cieszyc się tym co mamy....
    podzieliłas sie z nami swym problemem i masz juz jego tylko "co najmniej połowę "
    zasyłam serdeczności i podziw :)
    leptir
    http://leptir-visanna7.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń