sobota, 9 maja 2015

Labor blues

To ja, w trakcie cięcia. 
Proszę o nie wykorzystywanie zdjęcia bez mojej zgody. 

Moje posty są ostatnio słodko-pierdzące, więc czas dorzucić kilka ziaren goryczy.
Dotychczas kiedy stykałam się z wielką egzaltacją matek nad cudem macierzyństwa miałam ochotę powiedzieć im: a może by tak...go fuck yourself? A teraz sama popadam w lekką , pieluszkową ekstazę.
Dla równowagi czas więc wyspowiadać się z pewnego dołka w który wpadłam jakiś czas po wyjściu z poporodowego szoku.

Zjawisko z jakim się zderzyłam nazwałam sobie labor-blues.

Jeszcze zanim zaszłam w ciąże, zarzekałam się, że ja dziękuję za naturalny poród i ja poproszę cesarkę. Nie myślałam nawet tak bardzo o bólu, co o bezpieczeństwie dziecka. Chciałam po prostu mieć dziecko po drugiej stronie brzucha w możliwie najbezpieczniejszy sposób (jakim jawiła mi się wtedy cesarka). Bałam się, że coś podczas porodu może pójść nie tak, że być może ja zawiodę i nie będę dość mocna, żeby sprawnie urodzić dziecko. 
W tamtym czasie poród nie był dla mnie wydarzeniem ambicjonalnym. Priorytetem było dla mnie posiadanie dziecka w ogóle, bo przecież nie wiedziałam, czy w ogóle będzie nam dane.

Poród naturalny (ze znieczuleniem) przyszedł mi do głowy dopiero jakoś bodajże w okolicach 5 miesiąca ciąży. Wtedy miałam tymczasowe wskazania do cesarki i, cóż.. pojawiła się obawa, że o rety, być może nie będę mogła rodzić sn. Jak to mówią: kobieta zmienną jest. Zapewne hormony też swoje zrobiły.

Wskazania do cesarki minęły. 
Uważnie odrobiłam kurs w szkole rodzenia.
W domu ćwiczyłam oddychanie przeponowe.
Zwiedziłam porodówkę z moją położną.
Wymaściłam plan porodu.
Przygotowałam świece zapachowe, muzykę a na wybór koszuli do porodu poświęciłam zdecydowanie za wiele czasu.

Jak teraz patrzę wstecz to stwierdzam (ze zdziwieniem), że do pewnego czasu nie bałam się wcale.

Końcówka ciąży fizycznie była okrutnie trudna. Dziecko bardzo intensywnie naciskało na kanał rodny. Mam wrażenie, że Mela ułożyła się bardzo nisko. Bolało.
Jakieś 2 tygodnie przed terminem pojawiły się jakieś dziwne kłucia na dole, jakby ktoś dźgał widelcem w szyjkę macicy. Trwało to dosłownie kilka sekund, w których dosłownie zaciskałam oczy i pięści i kuliłam się w sobie, nie mogąc zebrać w środku siły żeby krzyknąć nawet, tylko niemo otwierałam usta.
"To nie może być to. To nie może aż tak boleć" myślałam.
[ do dziś nie wiem co to było, bo skurcze bolą na całym brzuchu a nie w szyjce podobno ]

Jakiś tydzień przed terminem lekarz, zachwycony, orzekł, że szyjka się skraca, że jest rozwarcie, co mnie nastawiło, że zapewne lada moment.
Na prawdę chciałam już rodzić.

Niestety, pełna nadziei na rychłe rozwiązanie dokulałam się do terminu.

Szorowanie na kolanach mozaiki pod prysznicem spowodowało jedynie odejście czopa śluzowego i niepotrzebną nadzieję u mnie, że to lada moment.

Nadzieje zgasiła położna, stwierdzając, że jak dla niej jeszcze z tydzień poczekam. Byłam zdruzgotana, ale chciałam czekać do oporu (ku lekkiemu zdenerwowaniu i prowadzącego i położnej, którzy najchętniej szybciochem by indukowali).

"Kochana, zobaczymy ile wytrzymasz. Każdy dzień będzie dla Ciebie obciążeniem psychicznym i z dnia na dzień będzie coraz ciężej." stwierdziła położna i nie pomyliła się.

Rzeczywiście tak było. Każdy kolejny dzień był bardziej męczący. I bolesny. 
Ale cesarki nie chciałam. Chciałam rodzić naturalnie. Nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć.
Nie dlatego, że sn lepsze dla dziecka, nie dlatego, że bałam się operacji, szwów, blizny.
Załączyło mi się jakieś takie irracjonalne pragnienie urodzenia dziecka naturalnie.

Kto czytał, wie jak było.
Ciąża przenoszona prawie tydzień.
Dzień przed indukcją, podczas KTG, śmiertelnie przeraził mnie ryk rodzącej kobiety.
Nieudane wywołanie porodu Perpidrilem.
Rozmowa z położną, że "ja nie dam rady" "to trzeba wytrzymać, to boli" "znieczulenie to przerwa w bólu, albo rodzisz albo masz znieczulenie", "jesteś za wrażliwa" i sugestia cesarki.
I 10 godzin koszmarnych rozterek na porodówce, żeby ostatecznie zrezygnować z oksytocyny i poddać się cesarce.
I słowa lekarza podczas cięcia: "A pani już miała jakieś skurcze, prawda?".
I wspomnienie podsłuchanej uwagi jednej z położnych, na wieść, że jednak będzie CC: "ale przecież tam nie było źle wczoraj".
I wspomnienie, jak położna podczas badania dotykała główki.
I leżenie na sali poporodowej z dziewczyną, którą wszyscy chwalili za to, że urodziła 4,5 kg dziecko (bardzo sympatyczna, do dziś mamy kontakt) a ja jak ta pierdoła, z raną na brzuchu.
I wspomnienie telefonu do lekarza prowadzącego: "już po!" "sama?" "nie, cesarka była" "haaaa, wiedziałem!". Tak bardzo chciałam mu odpowiedzieć: "tak, sama".

I tak oto, mijający szok poporodowy powitał labor-bluesa, czyli żal, że miało być, a nie było.
Że nie urodziłam swojego dziecka a zostało wyjęte przez lekarzy z brzucha.
Że skapitulowałam, stchórzyłam, nie dałam rady, nawet nie spróbowałam.
Że nie wiem jak to jest.
Że miliony kobiet TAK a ja NIE.
Że po wszystkim S. nie mógł mnie takiej bladej, spoconej, omdlałej pocałować w czoło i powiedzieć "Jestem z ciebie dumny".
Że rzeczywiście, chyba coś ze mną nie tak.
Zazdroszczę kobietom, które urodziły naturalnie. Urosły w moich oczach do rangi weteranów wojennych.

Dopadły mnie zupełnie irracjonalne emocje, których nie chce.
W pewnym momencie popadłam niemal w obsesję rozmyślania i rozpamiętywania porodu. Właściwie codziennie rano otwierając oczy - rozpamiętywałam, rozdziobywałam.
Karmiąc - patrzyłam na Jej główkę zastanawiając się, jak ona by się tam zmieściła.
Kiedy słyszałam Jej krzyk w nocy (zdarzało jej się krzyczeć na początku), byłam niemal pewna, że ohoo, śni jej się, jak ją wyszarpują z brzucha. Ma traumę, na pewno.
Spędziłam godziny (wieczorne) oglądając kolejne odcinki "One Born Every Minute".
Uwielbiam rozmawiać o porodzie, rozdłubywać każdy szczegół, rozpamiętywać.
Babrać się w każdej fajnej i mniej fajnej minucie.

Małżon w pewnym momencie wkurzył się i stwierdził, że koniec tematu, nie będziemy więcej o tym gadać. On się cieszy, że była cesarka, że poród był wspaniały, lepszego sobie nie wyobraża, mamy ukochane wyczekane dziecko i mamy patrzeć w przyszłość a nie rozpamiętywać coś co było i minęło.
Jakby nie patrzeć - ma racje.

Nie twierdzę, że żałuję swojej decyzji.
Żałuje, że nie urodziłam naturalnie, ale nie mam do siebie pretensji.
Wiem, że w tamtym momencie dałam z siebie tyle ile tylko mogłam dać.
Próbowałam. Podjęłam próbę wywołania porodu i ja wtedy na prawdę chciałam urodzić.

Cieszę się, że jednak przeszłam na porodówce ten proces.
Że nie wzięłam cesarki "na zimno", z góry.
Wtedy byłam zła na siebie, że mogłam sobie darować to cierpienie ostatnich dni - fizyczne i psychiczne - i po prostu tą cesarkę zaplanować wcześniej. Na jedno by wyszło.
Dziś się z tego cieszę, bo wiem, że próbowałam.

Gdyby ktoś pozwolił mi cofnąć czas, to nie wiem co bym zrobiła.
Dziś jestem "mądra", bo mam przy sobie zdrowe dziecko i nic mnie aktualnie nie boli. Nie czuję tego koszmarnego, rozrywającego uczucia w dole brzucha.
Pewnie podjęła bym taką samą decyzję.

Mam nadzieję, że czeka mnie co najmniej jeszcze jeden poród i być może wtedy...
choć pewnie te słowa położnej, że "nie dam rady" wyryły się we mnie jak w kamieniu.
[ swoją drogą nie daje mi spokoju, jakie były intencje położnej podczas naszej rozmowy... bo chyba zdawała sobie sprawę, że mówienie takich rzeczy babce wysmarowanej żelem do indukcji, leżącej na łóżku porodowym, nie pozostanie bez znaczenia.. ]

Dziś jest już lepiej.
Wiecie co mi paradoksalnie pomogło? Zrobiłam sobie seans w necie z opisami koszmarnych porodów innych babek. Jak to czytałam, to się cieszyłam, że miałam cc.

Nie zmienia to faktu, że samą cesarkę, sam ten poród wspominamy na prawdę wspaniale.
Po cięciu, leżąc jeszcze na stole przez łzy mówiłam: "Dziękuje Wam, jesteście wszyscy super, dziękuję, jesteście super!".
Same doznania związane z operacją zniosłam również nad wyraz dobrze. Ostatnią dawkę jakiegokolwiek leku uśmierzającego ból dostałam 12 h po cesarce a potem już nikt mi nie proponował a sama nic już nie potrzebowałam, nawet APAPu.
Dziś o cesarce przypomina mi jedynie gojąca się rana w podbrzuszu i nie ukrywam, że ją lubię. Jest dla mnie czymś w rodzaju blizny wojennej, z której można być dumnym.
Za każdym razem kiedy na nią patrzę mam wrażenie, że mówi do mnie: spójrz na mnie! jestem dowodem, że swoje też musiałaś przejść i przecierpieć! będę Ci o tym przypominać do końca życia, na wypadek, gdybyś zapomniała!

Aktualnie mam mocne postanowienie, że koniec z rozdłubywaniem historii porodowej.
Porodowej - bo przecież też urodziłam swoje dziecko i to nie tak zupełnie bezboleśnie i zaocznie.
Poród zostawiam za sobą i skupiam się na przyszłości.
I na Radości i Szczęściu, jakie porykuje sobie właśnie w ramionach tatusia.

Bo przecież mogło nie być - a jest.



PS. Nie chciałam urazić żadnej kobiety, która urodziła przez CC - czy to z konieczności czy z wyboru. W tekście przedstawiam swoje indywidualne, subiektywne odczucia, dotyczące wyłącznie mojej osoby. 

38 komentarzy:

  1. Kochana przeszłaś tyle, że cesarka i SN przy tym to pikuś- walczyłaś o dziecko, chciałaś go z całych sił i zrobiłaś wszystko by się Twoja kruszynka na świecie znalazła! Miałaś te siły, te siły o ktore modlę się każdego dnia! To jest godne podziwu, to jest godne naśladowania, to jest warte zapamiętania i dające nadzieje! I pewnie łatwo mi sie mówi bo na razie jestem na etapie starań i przystaraniowych dramatów, ale ja osobiście Cię podziwiam i liczę, że będę mogła kiedys przeżywać to co Ty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję kochana za te miłe słowa.
      Teraz to chociaż mogę powiedzieć, że warto walczyć, na prawdę warto. I... o tym się nawet zapomina. Przynajmniej ja już zapomniałam w dużej mierze.
      Trzymam kciuki!

      Usuń
  2. Cześć Pinki:) Jeśli to pocieszenie to urodziłam córkę cesarską w podobnych okolicznościach a syna 18 miesięcy później SN:) pozdrowienia Gosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Gosia! Oooo no to gratuluję! :))) Czyli można :)
      Napisz coś więcej jak będziesz mogła: czy lekarze zgodzili się bez problemu, czy straszyli komplikacjami no i... jak było :))
      Pozdrowienia!

      Usuń
  3. ten ból co czulas to był napór dziecka na spojenie łonowe, miałam to na koncówce obu ciąż, boli jak nie wiem. Antka miałam bardzo nisko i ten ostatni tydzień był koszmarny, miałam uczucie, że wyleci sam bez parcia. niestety tak dobrze to nie było ;D położna powinna przejść szkolenie z podstaw empatii bo to ona dała ciała programując cię z góry na porażkę. co to kurde ma znaczyć, że personel szpitalny wie lepiej od rodzacej czy ta da radę, powinien wspierać i motywowac a nie tak. takie uwagi powinni zachowac dla siebie. lekarz tez nie lepszy. współczuje bo kompletnie zawiódł u ciebie system wsparcia... ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz, że to dźganie w szyjce to to właśnie? Bardzo nieprzyjemne uczucie, mnie osobiście odbierało oddech.
      I też miałam takie wrażenie, już chyba z ostatnie 3 tygodnie nawet, że jak podskoczę to Ona wyleci.

      Co do położnej - no... pomogła nam tam trochę itd ale ta akcja z tym "wyznaniem" to była na prawdę słaba. Przecież musiała sobie zdawać sprawę, że pardon, ale nie pomaga mi.. Do dziś się zastanawiam, dlaczego to zrobiła. Położna jest kumpelą teściowej. Może się bała odpowiedzialności za synową kumpeli po IVF, może mi rzeczywiście jakoś krzywo z oczu patrzy.. nie mam pojęcia.

      Usuń
    2. tak, to to ;D położnej ja bym powiedziała, żeby się podszkoliła w podejściu do 'klienta'.... położna jest od 'dasz radę, masz w sobie tę siłę choć teraz o tym nie wiesz, jestem z tobą' a nie od 'ta to taki delikates, nie chce mi sie z nią użerać, pewnie będzie jęczeć i krzyczeć i źle oddychać, cesarkę jej'

      Usuń
    3. co do mojego porodu - odnoscie twojego komentarza u mnie - ja miałam dwa bardzo dobre porody, co nie znaczy było łatwo a zamiast bólu czułam łaskotki ;D kwestia nastawienia chyba. ja jakoś czułam, że dam radę, kiedy zaczynał mi sie skurcz nie skupialam sie na tym że boli tylko że zaraz się skończy i przez 3 minuty nie bedzie bolało ;p oba porody tydzien po terminie. bez indukcji. drugi poród był trudniejszy bo choć krótszy to bolało dużo bardziej. ale kiedy byłam już skłonna prosic położną o prochy bo az mi się w głowie kręciło po skurczu to się okazało że sensu brak bo już 9cm i za chwile koniec... i nabrałam jakiejs ekstra mocy i urodziłam ;D

      Usuń
    4. http://wyczekana.blogspot.com/2014/01/sama-prawda-okoo-porodowo-wspomnienie.html a tu mój pierwszy poród....

      Usuń
    5. Dzięki za linka :) przeczytane, skomentowane :)
      Brzmi dobrze :)

      Usuń
  4. Po pierwsze- myślę, że S. i tak jest z Ciebie dumny. Jestem tego niemal pewna.
    Po drugie- już wtedy zagotowałam się na słowa Twojej położnej, i może pamiętasz- pytałam Cię skąd u Niej takie przekonanie, że nie dałabyś rady i ile razy pomyliła się z taką oceną sytuacji.
    Po trzecie... Coś Ci napiszę. Kiedy byłam w ciąży z Elizą, było mi naprawdę obojętne jak będę Ją karmić. Nie miałam najmniejszego parcia na karmienie piersią. Potem urodziła się Mała, z karmieniem nie szło nam od początku ( z wielu powodów, głównie niezależnych od nas, bo E. była chora), szybko trzeba było podać butelkę, i co? I wtedy okazało się, że ja chcę karmić piersią. I że wyję dzień w dzień bo nie mogłam tego robić. Nie wiem, czy to jeszcze hormony sterują naszymi odczuciami, czy co- ale chyba wiele mam tak ma i w przypadku karmienia i w przypadku rodzaju porodu. Pewnie w kwestii porodu więcej z nas ma te rozterki. Zwłaszcza, jeśli coś pójdzie nie tak. Zastanawiamy się- a może gdyby cc, to było by inaczej- i na odwrót. Myślę, że u Ciebie nie bez znaczenia jest kwestia, że możesz czuć się tak, jakby położna, lekarz nie wierzyli w Ciebie- że dałabyś radę. To może dołować.
    Tyle, że to się już stało. Tak miało być. Masz zdrowe, kochane dziecko- Wasz cud. Szkoda czasu na takie rozkminy. I zapewniam Cię, że jak patrzę dziś na moją E. to nie przypominam sobie za każdym razem, że nie karmiłam Ją piersią. Owszem, pamiętam to, ale dziś nie ma to żadnego znaczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marta, dokładnie tak jak piszesz: czuję się jak jakaś sierota, bo i położna i lekarz uznali, że nie dam rady.
      Lekarz to jeszcze pół biedy, bo zaczął mi tłumaczyć przez telefon, że spoko, że "nie ma co", że po terminie, że dobrze się stało, że najważniejsze jest dziecko.
      Mam w przyszłym tygodniu w środę wizytę kontrolną i bardzo ciekawa jestem i czekam, cóż też mi powie. Zobaczymy.

      Co do tych porodowych rozterek - to rzeczywiście, nie jestem jedyna. Wiele ma dylematy i pewnie mnóstwo babek po SN z radością zamieniły by swoje doświadczenia na moje CC.
      I na odwrót.

      Czuje się o wiele wiele lepiej po napisaniu tego postu :)
      Jednak jak człowiek się "wyrzyga" to mu lepiej :)

      Co do karmienia piersią - ja się kurczowo trzymam tego karmienia.
      Jestem przeszczęśliwa, że akurat w tym temacie się udało, bo to dla mnie taki "ostatni bastion".
      Chociaż to.

      Buziaki!

      Usuń
    2. Nie myśl tak, że "chociaż to", bo sama siebie obsadzasz w roli tej, której się nie udało. Absolutnie nie zamierzam się mądrzyć, bo uwierz mi Pink, tyle łez ile ja wylałam przez to nieudane karmienie piersią Elizy, to ja jedna wiem, ale chce Ci to po prostu napisać z perspektywy mamy, która to już przeżyła. To jest wszystko u Ciebie bardzo świeże, ale widzisz- już Ci lepiej, i o to przecież chodzi. Z każdym miesiącem, kiedy będziesz patrzała na Melę- uwierz mi, będziesz myślała o wszystkim, ale nie o tym, że nie udało się sn- to naprawdę z czasem kompletnie traci na znaczeniu. Teraz- tak, to jest dla Ciebie ważny, bo być może jeszcze wiele osób pyta itd. Czy Ty myślisz, że dziś mnie ktoś pyta jak karmiłam Elizę :) Swoją drogą- Lilę karmię już 2,5roku (karmienie Jej piersią było spełnieniem moich marzeń) i powiem Ci, że autentycznie momentami mam już dość, tak przez wielkie gigantyczne "d" :)

      Nie wiem co jest z tymi położnymi, ale moja też powiedziała coś takiego, co mnie po prostu w ziemię wbiło. Napiszę w skrócie, a w ogóle to może już to tu pisałam. Po cc z Elizą, które było z przyczyn medycznych, ale które przyjęłam z wielką ulgą, Lilkę bardzo, ale to bardzo chciałam urodzić naturalnie. Tym bardziej, że z E. to była taka cesarka totalnie "na zimno" i chyba było mi gdzieś tam jednak ciut żal, że "coś mnie ominęło", że nawet nie wiem, jak to jest kiedy się zaczyna. Między nami- teraz jak o tym myślę, to jednak dochodzę do wniosku, że te hormony trochę odbierają człowiekowi rozum :) W każdym razie- do porodu z Lilą wynajęłam prywatną położną, bo "obsrana" byłam jak cholera. Kiedy się zaczęło, okazało się, że z sn dupa, bo Mała ma 6cm różnicy między barkami a główką, czyli innymi słowy- zaklinuje się. Miałam więc cc. Ta myśl o tych 6cm tak mnie przeraziła, że już dla mnie nieważne było jak, byleby tylko Ją już mieć, zobaczyć Ją, i dowiedzieć się skąd taka różnica. No i leżę sobie z Małą, upojona tymi wszystkim hormonami, radością, że jak się okazało- dysproporcji nie ma (także tak można wierzyć usg, albo umiejętnością lekarzy w jego obsłudze), i wchodzi "moja" położna z pytaniem: "No i co pani Marto, nie żałuje pani, że się nie udało naturalnie". Kuuuuuurwa- to było jedyne słowo jakie wtedy przyszło mi do głowy. Czy żałuję?! Ja pierdzielę- mam zdrowe dziecko, i czego mam żałować?! Ale tak myślę, że pewnie moje podejście wynikało z tego, że była już o jedno 6letnie dziecko mądrzejsza :) Także Kochana- przy drugim, bez względu na okoliczności- będzie łatwiej :)
      Trzymaj się!

      Usuń
    3. Jasne, że sama siebie obsadzam w roli ofiary (własnych słabości) i doskonale sobie zdaje z tego sprawę.
      Ale generalnie od momentu napisania tego postu mocno zeszło mi ciśnienie :)
      Jutro mam wizytę kontrolną u doktorka i chcę zamknąć temat dumania nad porodem. Bo czasami na prawdę... gdybym mniej rozkminiała pewne rzeczy, to była bym o wiele zdrowsza.

      Gratuluję karmienia 2,5 roku :) Piękny wynik.

      A tekst położnej.. no cóż. One to miewają wyczucie :)

      Usuń
  5. Wiele kobiet pewnie rozpamiętuje i zastanawia się co by było gdyby i być może nie do końca sprawy potoczyły się po ich myśli. Ja urodziłam naturalnie ale nie dostałam Młodego do przytulenia, zabrali mi go na całą dobę i z kolei tego mi bardzo mi brakowało bo nie zatarły się wspomnienia bólu. Teraz porodu boję się jeszcze bardziej bo wiem "czym to pachnie"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, właśnie zaczynam zdawać sobie sprawę, że nie ja jedyna mam nutkę rozczarowania...
      medal ma dwie strony. Z jednej strony lekkie rozczarowanie, z drugiej: poród który się odbył mogę zaliczyć ze spokojem do najpiękniejszych momentów mojego życia. Jak nie najpiękniejszy.

      Nie wierzę, że to powiem.. doprawdy :) ale zazdroszczę Ci tych wspaniałych chwil, które masz przed sobą :)

      Usuń
  6. Serio??? :) Tak świeża sprawa i zazdrościsz? :) ja jestem na etapie ataków paniki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe.. no cóż, wszystko ma swoje plusy i minusy :)
      A i owszem: zazdroszczę tych "plusów" :)))
      Bo moment, kiedy widzisz swoje dziecko po raz pierwszy, jest niesamowity, jedyny i niepowtarzalny :)

      Usuń
  7. Ja na szczęście nie mam takich myśli :)
    Pink - drugie naturalnie i Ci się wygładzi! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Juti, bo mądra kobita jesteś i nie wymyślasz sobie problemów, tak jak i ja... ;)
      A ja bez sensu, kompletnie irracjonalnie sobie kuku robię :)
      Taki typ.

      Usuń
  8. Ja tam zaluje, ze rodzilam naturalnie. Juz nidgy bym sie nie zdecydowala na naturalny porod. Przezylam koszmar. Bol byl niemilosierny. Do dzisiaj nie moge sobie z tym poradzic , ze zostalam psychicznie i fizycznie "okaleczona". To , ze po porodzie dali mi na pol godziny potrzymac moje dlugo wyczekiwane dziecko nie mialo dla mnie zadnego znaczenia. Dlugo nie mogla nawiazac z moim dzieckiem wiezi. :(NIe tak to sobie wyobrazalam.
    Jesli chodzi o Twoja polozna, to jakas porazka. Mysle, ze KAZDA kobieta jest w stanie urodzic naturalnie, chyba, ze po pierwszym dramatycznym porodzie juz tego nie chce. Twoj maz ma racje , nie ma co rozpamietywac. Macie zdrowa coreczke i to jest najwazniejsze. Nie jest wazne czy dziecko przyjdzie na swiat przez cc, naturalny porod czy adopcje. O wiele wazniejsze , jest zeby sprawdzic sie jako dobra mama :) Duzo zdrowka dla malutkiej, a dla Was duzo pociechy :) Pozdrawiam J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, myślę, że w swoich odczuciach nie jesteś odosobniona i wiele kobiet ma podobne odczucia w stosunku do swoich porodów.
      Wystarczy wpisać w Google..

      Masz rację: najwazniejsze, że mamy dzieciaki a reszta się nie liczy.
      Było, minęło i nie wróci :)

      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  9. Pink, dobrze, że dzisiaj wizytą zamkniesz tę kwestię. :)

    Ja od porodu Laury mam żal, że zostałam okradziona z dużej części ciąży. Mam dziecko, ale nie wiem, jak to mieć taki brzuch piłeczkę, czuć mocne ruchy, ledwo chodzić i z utęsknieniem czekać na poród. Nie miałam żadnego minusa ciąży, a został szok, że została ona tak brutalnie przerwana. Z obłoków i rozmyślań, jak to będzie przed samym porodem zostałam strącona w otchłań walki o życie. Córki po porodzie nie widziałam, zobaczyłam ją dopiero po ponad dobie. A kiedy się obudziłam po narkozie i zapytałam, czy Laura żyje, usłyszałam, że położna nie może iść na drugi oddział i sprawdzić, bo ochrona danych osobowych. Ale jakby umarła to chyba by przyszli z OIOM-u powiedzieć. I do rana leżałam, zastanawiając się, czy w ogóle zobaczę swoje dziecko żywe.
    Mamy ogromne szczęście, że Laura wyszła z wcześniactwa bez szwanku. A jednak w rozmowach matek czułam się jakby obok. Należę do tego grona, bo mam dziecko, ale nic nie wiem o III trymestrze, o pierwszych dniach z dzieckiem w domu itd. W domu była po dwóch miesiącach, to już nie był noworodek.

    Teraz w ciąży czułam się spokojnie. W końcu przyczyna przedwczesnego porodu została usunięta. Myślałam, że zacznę się denerwować na etapie porodu Laury, bo nie miałam żadnych powodów do niepokoju. Ale los jeszcze brutalniej pokazał mi, gdzie moje miejsce i co może się stać. I żebym tym bardziej się cieszyła, że raz się udało, uciekłyśmy śmierci spod kosy.
    Jeśli kiedykolwiek będę znów w ciąży, już nie poczuję beztroski. Każdego dnia na moją szyję będzie mógł spaść topór. Będzie nade mną wisiał miecz Damoklesa i nigdy nie poczuję po prostu czystej radości z ciąży. Nigdy nie wiadomo, czy rano nie obudzę się skazana kolejny raz na śmierć dziecka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wężon, czytając historie takie jak Twoja wstyd mi, że w ogóle emanuje na blogu z takimi irracjonalnymi rozterkami jak sposób porodu..

      Bardzo mi przykro, że wszystko się tak ch** ułożyło u Ciebie.
      Nie mam pomysłu, co mogła bym napisać więcej, bo wszystko będzie banalne.

      Pozdrawiam Cię ciepło.

      Usuń
    2. Pink, każdy ma prawo mieć takie rozterki, jakie przyjdą mu do głowy, zwłaszcza u siebie.
      Jak kiedyś na swoim blogu opisałam ten irracjonalny żal za straconą ciążą, koleżanka mnie opieprzyła, że to głupie i mam się tylko cieszyć, że Laura cudem jest zdrowa. Ona miała bliźniaki z zespołem przetoczenia - jeden umarł, a drugi jest roślinką.
      Każdy ma swoje żale, że nie było lepiej i zawsze jest ktoś, kto miał gorzej.
      Też pozdrawiam.

      Usuń
  10. Też mam labor blues (chyba wymyśliłaś nową przypadłość poporodową).
    Tylko z innego powodu.
    Męczę się niemiłosiernie, własnoręcznie chłostam i krzyżuję, że nie byłam bardziej stanowcza i nie powiedziałam głośno, wyraźnie i dobitnie, że chcę PÓŹNIEJ planowaną cesarkę. Zaufałam lekarzowi, a intuicja podpowiadała mi zupełnie inaczej. To nie był jeszcze czas. I czuję, że lekarz też to wiedział i to wyczuwał (tez się wahał co do daty na ostatniej wizycie), ale ostatecznie jego decyzja to był jego dupochron.
    Biczuję się, bo może gdybym jeszcze ponosiła ich tydzień lub nawet dwa, to może...może...Aleks by nie zachorował (jego choroba była przypadłością wcześniaczą, a przecież mieli NIE BYĆ wcześniakami, bo ciąże bliźniacze inaczej się liczy).
    Mąż mówi bym zapomniała, że i tak nie wiadomo co by było, że już minęło.
    A ja wiem i czuję swoje - a jednak muszę to wykreślić ze swoich myśli. Najlepiej na zawsze, bo się zamęczę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Promesa, skreślaj jak najszybciej. Dużo nerwów Cię to kosztowało, ale Aleks wyszedł z choroby i tego się trzymaj.

      Usuń
    2. Promesa, nie wiadomo co by było "gdyby".
      Wydaje mi się, że lekarze nie pierwszy raz decydowali o rozwiązaniu ciąży bliźniaczej i gdyby to wszystko było takie oczywiste, to by Cię cieli później.

      Pomyśl sobie, jakie dylematy miałyśmy rok temu z hakiem.
      Wtedy bałyśmy się, że w ogóle dzieci nie będzie.

      Usuń
  11. Kochana, ja mysle, ze to demony nieplodnosci wracaja, tylko w nowej formie. Bo czy kazda z nas nie chcialaby, oprocz bycia madra, atrakcyjna, towarzyska, itd. okazac sie prawdziwa "samica", co to w ciaze zajdzie za pierwszym podejsciem, urodzi naturalnie w 4 godziny, wykarmi cycem do drugich urodzin, a potem co dwa lata "pyknie" sobie kolejnego malucha? Z data urodzin wymierzona co do miesiaca, oczywiscie? ;) Pomijam oczywiscie te z nas, ktore nie pala sie do macierzynstwa. To indywidualny wybor kazdej kobiety, ale te, ktore chca byc matkami, czy nie wyobrazaja sobie takiego mniej wiecej scenariusza?
    Wiesz co? Dobrze Cie rozumiem. Nie bede powtarzac tego, co pisza dziewczyny wyzej, ze czas zapomniec i doceniac to, ze masz zdrowa coreczke, bo to oczywiste i sama to napisalas. Ja dodam za to, ze sama tak mialam i nadal czasem mam. O pierwsza ciaze staralam sie ponad 3 lata. To baaardzo duzo czasu... Przez ten czas setki razy wyrzucalam sobie, ze co ze mnie za kobieta, ze nie moge tak zwyczajnie zajsc w ciaze? Wszystkie krewne i znajome (oprocz jednej, ale zadna z nas nie odwazyla sie otworzyc na druga w sprawie swojego problemu) zachodzily, rodzily zdrowe dzieci, tylko ja tkwilam w tym nieplodnosciowym g*wnie. W koncu w ciaze zaszlam, potem w kolejna. Czy demony odeszly? A gdzie tam! Tu chyba zaczyna sie odzywac wrodzony brak pewnosci siebie. Pierwszy porod skonczyl sie ciagiem prozniowym, a trwal calosciowo prawie 30 godzin... Drugi porod zakonczyl sie cesarka, co prawda z przyczyn niezaleznych ode mnie, ale jednak. Teraz wiec mam kolejny powod, zeby wyrzucac sobie, ze nie jestem stuprocentowa kobieta: najpierw nie moge zajsc w ciaze, a jak juz zaszlam, to nie daje rady urodzic wlasnego dziecka! Gdzie ta natura, biologia, porod jako czysta fizjologia?
    Moja corka skonczyla niedawno 4 lata. Syn za miesiac bedzie mial 2.5. A ja nie moge pozbyc sie takich mysli. Wracaja coraz rzadziej, ale nadal sie pojawiaja... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agata, prawda, że demony nieplodności nie odpuszczają.
      Ja leżąc na porodówce, miotając się z decyzją o CC napisałam do mojej przyjaciółki, że
      " najpierw nie mogłam zajść w ciążę a teraz nawet dziecka nie moge urodzić - jakie to żenujące ".
      Oczywiście dostałam od niej niezle po glowie za to stwierdzenie, ale fakt faktem - padło.

      Najgorsze jest to, że te całe nasze demony prodowe są kompletnie irracjonalne.

      Usuń
  12. Jakbym czytała o swoim porodzie (miesiąc przed Toba). Całe życia zakładałam, że tylko CC i nie ma innej opcji. Gdy już zaszłam w ta upragnioną ciążę umówiłem się z moją lekarka na CC na życzenie. I tak sobie trwała mniej więcej do połowy ciąży. Położna, siostry i znajome cały czas namawiał na poród SN no i dałam się przekonać. Zaczęłam ćwiczenia oddechowe, zakupiłam super drogi balonik epino do rozciągania krocza , piłam herbatkę z liści malin i takie tam. Wody odeszły mi wieczorem przeddzień umowionego z moja lekarka terminu. I cala noc z regularnym skórczami do trwała do 8 rano. Przybył mąż i z uśmiechem poszłam na porodowke. Jeszcze sobie za żartowałam jakie wygodne łóżka. Męczył am się do 13.45 Wszystko szło super tylko mały się nie obniżal i przy pełnym rozwarciu zero skorczy partych i decyzja o cc. Los zadecydował ale nie żałuję. I wiem, że drugi tez będzie cc. I żadnych wyrzutów sumienia!!! Ważne są nasze dzieci. Po blisko 6 latach starań nie obchodzi mnie gdy ktoś mówi, że nie rodziłam a g..no prawda.o.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aga, ale przecież Ty rodziłaś bez dwóch zdań :)
      Doszłaś do dychy, próbowałaś, wiesz jak to boli :)
      I co ważne: zadecydował los :)

      I teraz decyzję o kolejnym CC możesz ze spokojem podejmować sama :)

      Usuń
    2. Juz nawet podjęłam. W czerwcu zaczynamy starania i poród tylko przez cc. PS. Polecam dla dzidziuli takie krzesełko do karmienia na
      kółkach z opcją leżaczka. Pakuje młodego i jeździ ze mną po mieszkaniu. Wszystko widzi wiec zadowolony jest. Nosidłem gardzi choć zainwestowałam w tule. Ja mam to siedzisko apollo sun. A uwierz ze juz ze sto razy słyszałam że nie rodziłam ale olewam. ;-)

      Usuń
  13. Ech Pinku, Pinku, nie jestes odosobniona w swoim labor blues. Pamietaj jednak, jak sama zreszta zauwazylas, ze podejmujemy wlasciwe decyzje na dana chwile. Teraz, "z pozycji kanapy" (jak mawiala moja polonistka) mozemy sobie gdybac. Jest nam wygodnie, spokojnie, ufnie. Nic nie boli, ciagnie, dzga widelcem. Nie ma leku. Well, gdybym miala taki stan umyslu, to pewnie poszlabym w porod sn. Ale nie mialam. Nie ufalam. Balam sie. Przezywalam kazdy komentarz. Obrzydliwe warunki sanitarne. Przypadkowe kobiety i ich historie szpitalne. Nie stac mnie bylo na prywatna klinike i empatyczny, ludzki personel i normalne warunki. Szkoda straszna, ze personel medyczny kazdej z nas serwuje jakies zdanko do rozpamietywania na cale zycie. Wiesz, ze u mnie to byl komentarz przypadkowego lekarza w szpitalu: ale pani ma idelane warunki do porodu". Wymienilam go sobie w glowie na komentarz pani psycholog od tematow okoloporodowych "dotychczas ufala sobie pani w swoich decyzjach, wiec dlaczego teraz odbiera sobie pani to prawo?" mam tez podobne spostrzezenia co Marta - mysle ze same wiemy co jest dla nas dobre i nastawienie to podstawa. Ja np nigdy nie mialam lekow zwiazanych z karmieniem piersia i fakt, jest nam z tym fajnie, a poczatkowe dramaty z cycami jakos nie powracaja do mnie w formie koszmarow. Czyli jednak makówka rzadzi.:)
    A na koniec jeszcze powiem, ze dramatem jest tez to, ze pozosatwiaja nam wybor. Jakby mi nie zaproponowano cc to bym musiala sie zawziac i urodzic :)
    Teraz jest juz ok... Koszal zdrowy i wspanialy. Czasem mysle, czy jakby sie urodzil przez sn to czy bylby jeszczce wspanialszy, czy czegos go pozbawilam, ale zaraz potem mowie sobie ze to wyjatkowo glupie myslenie:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, kto wie, czy nie zrobią jakiś badań za X lat i stwierdzą, że jednak dziecko lepiej się czuje podczas CC niż podczas przechodzenia przez 10 cm szparkę. (Kużwa, jak one się tam mieszczą ja się pytam? :)

      Pisząc ten post myślałam też o Tobie.
      Wiedziałam, że nie jestem sama w tych rozterkach.
      Pamiętam, co Ci powiedział ten lekarz.
      Pomyślałam o Tobie, o tym jego stwierdzeniu, kiedy podsłuchałam z dyżurki położnych stwierdzenie o mnie " przecież tam nie było źle wczoraj ".

      Sęk w tym, że nie wiemy Kochana jak by było, gdyby było.
      Mogło by być źle.
      A mogło by nie być.

      Cholera wie.
      Jedno jest pewne: nasz labor blues jest irracjonalny.
      Bo co za różnica..?

      Anyway, jak Bozia da, to jeszcze będziemy w ciąży.
      I będziemy przez to piekło decyzji przechodzić jeszcze raz.
      Póki co wydaje mi się, że się zdecyduję na SN.
      Ale wynajmę sobie jakąś fajną położną, z którą popracuję PRZED, która mi powie, że dam radę a nie jakąś nawiedzoną babę, która mi wyryła we łbie jak w kamieniu, że jestem ch*** a nie baba, bo jestem za delikatna i nie dam rady.

      Usuń
  14. Zobaczymy jak bedzie... Ja mysle ze pojde ponownie w cc. Pewnie mi zaleca ze wzgledu na wiek i pierwsza cc haha
    Ps. Fajnie ze o dwoch fajnych Melkach myslalas na porodowce :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Pomyśl o tym z perspektywy czasu. Mogłaś nie przezyc tego w żaden z tych dwóch sposobów. Mogłaś nie zostać mamą. A teraz zastanów się, co jest jednak w tym najważniejsze i nie zasmiecaj sobie głowy pierdołami. Liczy się CEL, każda droga prowadząca do niego jest dobra.

    OdpowiedzUsuń
  16. Dwa CC ratujące życie dzieci :) mam żal że natura zabrała mi coś pięknego. Najważniejsze że chłopcy są cali i zdrowi.

    OdpowiedzUsuń