czwartek, 25 czerwca 2015

O radości, iskro bogów, kwiecie elizejskich pól





Zbieram się do tego postu właściwie od pojawienia się Mesi na świecie.

Wielokrotnie przed urodzeniem dziecka słyszałam, że dziecko to ogromna radość dla całej rodziny, ale nigdy się nad tym jakoś dłużej nie zastanawiałam. Wydawało mi się to takim truizmem. Takim powiedzeniem bez głębszego sensu. Powiedzenie, że "kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat" było dla mnie tak banalne i egzaltowane, że aż wkurzające.
Nie miałam też chyba żadnych oczekiwań, wyobrażeń ani fantazji jak to będzie, kiedy w naszej rodzinie pojawi się nasze dziecko. O dziwo, bo po niepłodności mogła bym chyba mieć ich mnóstwo.

Ta radość, w piątek 13tego marca, uderzyła w nas i w naszych najbliższych jak tsunami.
Mnie osobiście wysadziła w butów i wstrząsnęła wszystkimi moimi neuronami.
I z dnia na dzień to tsunami się zmaga, co jest aż przerażające.

Codziennie rano budzi mnie bezzębny uśmiech różowego skrzata, krótkie rozczochrane kudły pieją na głowie a ja, stojąc nad tym łóżeczkiem na miękkich kolanach nie tęsknię za niczym, co było: ani za pracą, ani za kolacyjkami na mieście, ani za zapachem perfum, ani za eleganckimi strojami i szpilkami, ani za sukcesami w pracy. Nigdy nie wstawałam aż tak wcześnie rano i nie miałam do tego takiej motywacji.

Jeśli chodzi o Nią, to cieszy nas milion rzeczy. Każdy z malutkich postępów w Jej rozwoju jest dla nas radochą. Pamiętam, jak tuż po powrocie ze szpitala pierwszy raz chwyciła smoczek. Radości nie było końca - byliśmy dumni, że nasze dziecko nabyło jakąś nową umiejętność :)
Nie wspomnę co się działo, jak zaczęła się uśmiechać.
Jak kiedyś powie "mama", to chyba na sygnale po mnie przyjadą.

Wczoraj widziałam łzy w uśmiechniętych oczach Małża, kiedy nachylał się nad przewijakiem a Mesia szczerzyła różowe dziąsła w bezzędnym uśmiechu, wystawiając przy tym końcówkę jęzorka.
Nigdy dotąd aż tak szeroko się nie uśmiechał ten mój introwertyk.

Ta wszechogarniająca euforia zaskoczyła mnie też w odniesieniu do naszej rodziny.
Ostatnie niemal 2 tygodnie spędziliśmy u mnie w górach - tydzień po wyjściu ze szpitala zarówno nasza pediatra jak i pani doktor ze szpitala dały zezwolenie, że możemy jechać.
Mesia poznała więc mój rodzinny dom, wszystkich jego mieszkańców oraz pozostałą część rodziny.
To, że moja mama jest w miłosnym amoku, to wiadomo. Czuję się, jakbym została kompletnie zdetronizowana :) Natomiast moja babcia... kiedy nachylała się nad dzieckiem, kiedy śpiewała jej pieśni żołnierskie (jeszcze z czasów wojny), kiedy trzymała Ją na rękach, miała w oczach i na twarzy taką radość, że ja nigdy nie widziałam Jej tak szczęśliwej. A Mesia kwiczała ze śmiechu na Jej widok.
W pierwszych dniach babcia oznajmiła góralską gwarą podczas śniadania:
"Jo jom tak kochom, że jo w nocy nie mogłach spoć. Musiałach se proszek na spanie wziąć". 

W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że dziecko wniesie w nasze życie i życie naszych najbliższych tyle radości i miłości.

Czy ma jakieś znaczenie nasza niepłodnościowa historia?
To nie jest tak, że ja zapomniałam. Nie chcę zapominać.
Czasami tulę ją w ramionach, wdycham zapach mleka i bezgłośnie dziękuję Bogu za to, co mam a mogłam przecież nie mieć.
Czasami w trudniejszych momentach, bo i takie się zdarzały, myślę sobie, że nie będę się denerwować, bo mogło nie być, a jest.
Także nie jestem w stanie stwierdzić, na ile macierzyństwo po niepłodności różni się od takiego "szybkiego i łatwego", ale czymś się różni na pewno.

O mojej relacji z dzieckiem mogła bym pisać jeszcze długo, ale nie napiszę.
Bo moje.
Bo to był by dopiero prawdziwy truizm.
Bo jak nazwać coś, co nienazwane.
Już teraz wiem, dlaczego nie mogłam znaleźć tego na innych blogach.

Na koniec powiem tylko, że dotychczas żadne okoliczności nie dostarczały mi takiej radości.
I choć życie toczy się nadal, ze swoimi łamigłówkami i problemami to ja nigdy nie byłam tak szczęśliwa.

Macierzyństwo przeszło moje najśmielsze oczekiwania.


niedziela, 14 czerwca 2015

Karmienie piersią w miejscach publicznych

Zdjęcie autorstwa Ivette Ivens, źródło: ivetteivens.com

Gdzieś w necie natknęłam się na wywiad z gwiazdeczką popierającą karmienie piersią w miejscach publicznych i przy okazji rzuciłam okiem na komentarze do tegoż. Tajfun hejtu. Zdawałam sobie sprawę, że temat jest kontrowersyjny, ale że doprowadza ludzi do wrzenia- z tego sobie sprawy nie zdawałam.
Komentatorzy porównywali karmienie dziecka piersią wśród ludzi do publicznego załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych jak kupa lub siki czy nawet seksu. Nie zostawili na matkach karmiących publicznie suchej nitki wyzywając je od zboczonych, nawiedzonych, niesmacznych, nieestetycznych. Generalny wydźwięk był taki, że matki karmiące powinny zaszyć się w domu albo wychodzić z domu między karmieniami albo ewentualnie zabrać ze sobą butelkę z odciągniętym lub modyfikowanym mlekiem. Nakazano również korzystać ze specjalnie przygotowanych pokoi dla matki z dzieckiem.
Komentarze pochodzą z serwisu plotkarskiego, więc błyskotliwej debaty kwiatu polskiej inteligencji nie ma się co spodziewać, ale jednak byłam lekko zszokowana. Mimo, że wcześniej rozumiałam pewne opory w temacie to takiej rzeki pomyjów wylanych na głowy i cycki matek się nie spodziewałam.

Karmię wyłącznie piersią i przez 3 miesiące życia mojego dziecka zdarzyło mi się karmić w miejsach publicznych. Czy miałam z tym problem? Ano miałam na początku. Nie dlatego, że bałam się urazić swiętojebliwe spojrzenia zdegustowanych widzów tylko czułam się skrępowana, że MUSZĘ odsłonić kawałek intymnego ciała w miejscu publicznym. Przypomnijcie sobie- mieliście kiedyś sen, że jesteście nadzy w miejscu publicznym? No właśnie.

Pierwszy raz był w szpitalu pediatrycznym, kiedy to kilka godzin czekaliśmy na wizytę u lekarza od naczyniaków (które naczyniakami nie są jak się okazało). Wizyta była zaplanowana na 10tą a weszliśmy ok 14. Mela spała baaardzo długo, ale jak się domyślacie, w końcu się obudziła i trzeba było ją nakarmić. A ciasna poczekalnia pełna była ludzi. Miałam mega stresa i żołądek w gardle, bo poparcie matek karmiących poparciem, ale pokazywać swoją pierś, nawet dyskretnie, to już inna bajka.
Ostatecznie przemieściłam się w najdalszy zakątek poczekalni, gdzie nie było ludzi, zasłoniłam się pieluszką, zagrodziłam wózkiem i nakarmiłam swoje głodne dziecko nawet nie podnosząc oczu do góry, żeby nie prowokować spojrzeń. 
Od tamtego czasu karmię moje dziecko wszędzie tam, gdzie tego potrzebuje, bo zaspokojenie podsawowych potrzeb Meli jest dla mnie ważniejsze niż święte oburzenie gapiów. 
Staram się to robić najdyskretniej jak potrafię, mając dwie ręce i marudzące niemowle na rękach. Nie tylko ze względu na gapiów, ale głównie- ze względu na własny wstyd i dyskomfort.
W parku korzystam z ławek znajdujących się z zaułkach, ale nie zawsze mam czas, żeby się tam przemieścić, bo jeśli Mela zaczyna płakać "głodowo" to korzystam z najbliższej mojemu miejscu położenia ławki. Zakrywam ją pieluszką lub kocykiem tak, że właściwie chyba trudno się zorientować, że tam jest dziecko, które karmię. Wystają tylko nóżki.
Kluczowy jest jednak moment przystawiania dziecka do piersi. Muszę wysunąc ją z ubrania i przystawić dziecko. W tym momencie brakuje mi trzeciej ręki, żeby się jakoś zasłonić, więc jeśli ktoś patrzy, to zobaczy. A ja nie chcę, żeby widział.

Zdarzyło mi się karmić podczas wypadu (jedynego póki co) do centrum handlowego w tzw. pokoju matki z dzieckiem. Fajnie, że są takie miejsca. Jeśli mogła bym wyrazić swoje życzenia to fajnie by było, żeby było troszkę czystsze i bardziej zadbane. Czułam się tam jednak trochę jak w bunkrze, jakbym doluszczała się jakiegoś wstydliwego i niegodnego czynu. Ale to takie odczucia na marginesie, generalnie fajnie, że takie pokoje są (z tym, że one są w centrach handlowych, w parkach czy innych miejscach ich nie ma, więc nie traktujmy ich jako jednego słusznego miejsca, w jakim można karmić).

Karmiłam również przy stoliku w ogródku knajpy. Spotkałam się kilka razy z koleżankami w ciąży lub matkami i początkowo na karmienia udawałam się do samochodu. Jednak w pewnym momencie stwierdziłam, że te kilka pojedyńczych osób w knajpie może zniesie dzielnie ten dyskomfort i nakarmiłam (podobnie jak koleżanki). Wydaje mi się, że nikt nawet nie zauważył.

Jeśli mam możliwość to w rodzinnym gronie zawsze wychodzę do innego pokoju. Zresztą najbardziej lubimy karmić się na leżąco, więc wygodne łóżko w sypialni daje nam poczucie intymności i komfortu.

Do tej pory nigdy nie spotkałam się z grymasami, fochami czy zwróceniem uwagi. Jeśli ktoś kiedyś wypali mi z obrzydliwym tekstem o "wywalaniu cyca" to będzie siwy dym, bo tak się składa, że mam strasznie niewyparzoną gębę.

Jeśli kiedyś przyjdzie mi karmić (czyli zmusi mnie sytuacja a nie dla przyjemności) w towarzystwie osób siedzących blisko, mogących aż nazbyt doświadczyć mojego karmienia, to zapytam ich kurtuazyjnie, czy nie mają nic przeciwko. Kurtuazyjnie. A jeśli jednak będą mieli, well...poproszę ich, mniej lub bardziej uprzejmie, żeby w takim razie nie patrzyli albo sobie poszli, do dup** na raki, poławiać szczupaki. 

Spotkałam się z głosami, że karmiące matki powinny siedzieć w domu, bo "jak masz dziecko to masz ograniczenia". Jasne, że te ograniczenia w pewnym zakresie występują, ale wybaczcie- na życzenie oburzonych nie dołoże sobie kolejnych. Nie zabarykaduje się w domu, przywdzieję kajdany i szaty pokutne, bo komuś przedzkadza i obrzydza, że karmię swoje dziecko w sposób wymyślony i opatentowany przez naturę i Bozię.

W kiblu karmić też nie będę.
I nawet nie pokuszę się o wyjaśnienia dlaczego. Taki pomysł jest uwłaczający godności zarówno matki jak i dziecka.
A jak mi ktoś kiedyś coś takiego zaproponuje w restauracji na przykład, to przysięgam, że wykorzystam wszystkie swoje zdolności menadżersko-pr'owo-reklamowe, żeby sprawę nagłośnić i narobić im wstydu w możliwie najszerszej grupie konsumenckiej.

Z butelki, nawet odciągniętym mlekiem, karmić też nie będę. Jak chcesz wiedzieć dlaczego, to pokuś się o sprawdzenie, chociażby w Google, że laktacja i ssanie smoczka nie zawsze idą w parze.
Poza tym nie będę sobie dokładała roboty z butelkowym sprzętem tylko dlatego, że ktoś ma problem. Dość mam innych obowiązków przy dziecku.

Nieustająco się dziwię, że roznegliżowane panny w mediach i na ulicach nikogo nie dziwią, po parkach łażą podstarzali panowie bez koszulek z cyckami jak naleśniki a matki karmiące swoje dzieci budzą świętojebliwe oburzenie tłumów. Psy załatwiają się na ulicach, dokładnie widać proces oddawania ich małego stolca ale jakoś nikt o tym oburzonych felietonów nie pisze (o ile właściciel sprząta).
Jesteśmy przyzwyczajeni do takiego widoku. Dlatego jest akceptowalny społecznie.
Czuję więc misję, żeby karmić piersią w miejscach publicznych tak często, jak tego potrzebuję.
Nie tylko, żeby zaspokoić Meli potrzebę jedzenia i picia.
Również dlatego, aby oswajać ludzkość z tym widokiem. Może kolejnym dziewczynom będzie łatwiej.

Apeluję: żyjcie i dajcie żyć innym.
Czy się Wam taki widok podoba czy nie: odwróćcie wzork. To nie jest trudna czynność. Karmiąc dziecko przy ludziach robię to dla dziecka a nie dla uciechy czy strapienia Twoich oczu. 

Karmiące cyce na ulice.
Amen.

Zdjęcie autorstwa Ivette Ivens, źródło: ivetteivens.com

czwartek, 4 czerwca 2015

Horror


Poprzedni post był już podszyty lekką nutką szpitalnej dekadencji, ale dopiero wszystko to, co stało się potem to był prawdziwy horror.

Stan na dziś:
jestem z dzieckiem w domu.
Wypisałam ją we wtorek ze szpitala na własne żądanie.

W skrócie:
Najpierw w szpitalu dopadł mnie kryzys laktacyjny.
Stoczyłam ciężki, co najmniej trzydniowy bój.
Już nie mógł sobie skurczybyk wybrać lepszego momentu.
Z pełnych mleka, nabrzmiałych dotąd piersi zrobiły się smutne korniszony.
Doradcą laktacyjnym nie jestem, ale moim zdaniem nałożyło się kilka czynników:

stabilizacja laktacji
&
choroba dziecka, które słabiej ssało
&
stres związany z chorobą i pobytem w szpitalu
&
przesypianie nocy dziecka od 6 tygodnia życia (średnio od 20:00 - 6:00 rano, bez jedzenia, bo nie budziłam na siłę)
&
codzienne ważenie dziecka

Już wiem dlaczego doradczyni laktacyjna kazała nie kupować wagi. Takie ważenie dwa razy dziennie i trzęsienie się nad każdymi 15 dg doprowadzało mnie do białej gorączki.
Miałam wrażenie, że wszyscy w koło karmią dzieci mlekiem modyfikowanym.
Nie, nie - nie należę do ruchu laktacyjnego terroru, ale sama czułam się jak odszczepieniec. Matki dookoła dosłownie żonglowały butelkami z białym proszkiem. Bożesz, czego one do tych butelek nie wlewały. Czekałam tyko aż przyjdzie kolej na mydło w płynie wiszące nad umywalką.
Gdybym miała na oko, procentowo oszacować ilość matek karmiących butelką na oddziale, strzelam, że było to ok. 90%. Oczywiście przebywałam na oddziale dla niemowlaków, więc nie mówię tu o 10cio latkach.
Co ciekawe, miałam wrażenie, że budzę JAKIEŚ odczucia w pielęgniarkach, kiedy odpowiadając na pytanie o sposób żywienia mówiłam, że wyłącznie mleko matki. U niektórych było to wyraźne odczucie uznania, u niektórych zaś raczej niepokój, że hmm.. a wystarcza dziecku? Dosłownie takie pytania właśnie słyszałam. Tylko czekałam, aż z ust którejś z pielęgniarek padnie ulubione pytanie mojej teściowej: a nie chcesz jej podać troszkę mieszaneczki?
Nie oczekiwałam ani uznania ani tym bardziej paniki. Wydawało mi się, że karmienie piersią jest jednak troszkę bardziej powszechne niż jest.
Najzabawniejszy był moment, kiedy podczas karmienia Meśki weszła "piguła" i widząc mnie z dzieckiem na piersi zapytała: "a pani karmi piersią?".
No więc mój kryzys był podsyconym faktem, że czułam się na cenzurowanym.

Przez dwa dni więc zaciskałam zęby, starałam się nie beczeć (z różnym skutkiem) i nie dać się zwieść mojej głowie, która mówiła: dziecko ma zapalenie płuc a ty, wyrodna matko, będziesz ją głodzić i nie dasz jej "mieszaneczki"? To nie jest dobry czas na spełnianie swoich ambicji. 
Przystawiałam Melę mega często do piersi.
Właściwie całe 2 dni spędziłyśmy w schemacie cycek - irytacja -odbek - cycek - irytacja - odbek- i tak aż do znudzenia.
Piłam 3 litry dziennie, wspomagałam się środkiem wspierającym laktację, masowałam ciepłym prysznicem, piłam melisę, zaczęłam ją budzić w nocy 2x na karmienie i starałam się myśleć pozytywnie i wierzyć w swoje cycki i głowę.
Nie podałam butelki.
I duużo przytulałam, ściskałam dziecko, bardzo się przy tym rozczulając i miłośnie emocjonując.
I podczas takich miłosnych przytulanek na kozetce z Mesią u piersi, nawet nie wiem kiedy, doszłam do wniosku, że jest lepiej i problemu nie ma.

Piersi nie odzyskały już tego mega nawału co wcześniej - nadal są smutne korniszonki, ale mleko jest. Co jak rozumiem oznacza, że laktacja się ustabilizowała.
Nadal jednak utrzymuje się lekki stresik, co będzie dalej, bo
1/ Mela ostatnio je nie najlepiej
2/ ja jestem w mega stresie i średnio się odżywiam
3/ mogła by lepiej przybierać na wadze (jest mniej więcej na 20-25 centylu).

Chwała Bogu, że chociaż byłyśmy same w boksie (tak nazywają te maluśkie pokoiki) i mogłyśmy sobie walczyć w kameralnej atmosferze a nie pod okiem zdegustowanych mam butelkowych.

No właśnie... byłyśmy same do czasu.
Laktacja się ustabilizowała a personel zadecydował, że czas nam umilić pobyt.
Najpierw przenieśli nas (o 2:30 w nocy, dodam..) do boksu z 2 paniami, które przy 25ciu stopniach na zewnątrz, bały się otworzyć okno. Qrwa.. myślałam, że się uduszę od stężenia dwutlenku węgla. Ja się mogłam dusić, ale tak mi było szkoda tych dzieci.
Jak tam rano weszła pediatra, to nas opieprzyła od stóp do głów. I słusznie.

W następnej kolejności (wtorek), w efekcie roszad, zostałyśmy przeniesione do kolejnego boksu, zamieszkanego przez... niezbyt elegancką mamę i jej córkę, rodem z horroru.
Jak zobaczyłam to dziecko, to czułam, że ups, chyba się zesram ze strachu.
Okolica ust tego dziecka, oraz wnętrze buzi, były pokryte ranami ze strupami. Całość została wypędzlowana jakimś fioletowym płynem, w rezultacie dziecko miało czarne zęby.
Jak się po chwili okazało, ta przerażająca, około dwuletnia dziewczynka miała zapalenie jamy ustnej. Wirusowe.
I że kilka pierwszych nocy tak się darła po nocach, że musieli jej podawać środki uspokajające ( z czego mama była super zadowolona, bo przecież dziecko tak pięknie spało..).

Jak to usłyszałam, to zamarłam.
Byłam przerażona, że moja malutka, różowa, roześmiana dziewczyneczka będzie musiała spędzić co najmniej 24 godziny narażona na takiego wirusa. I nie chciałam sobie nawet wyobrażać, co by się działo, gdyby go złapała.
W pierwszej kolejności powędrowałam do pielęgniarek (akurat na tej zmianie były super) z zapytaniem, czy my możemy się tym zarazić i czy mogłybyśmy zostać przeniesione do innego boksu. Możliwości przeniesienia nie było (bo wszystkie inne z wolnymi miejscami były ze świeżymi infekcjami, więc groźne dla niemal zdrowego dziecka).
Wróciłam więc do boksu i postanowiłam jakoś przeczekać i modlić się, żeby Mela się nie zaraziła.
Upiorna dziewczynka była leczona już antybiotykiem 6 dni, więc nie wiem jakie były szanse na zarażenie, ale wolałam się nie przekonywać. Pielęgniarki zaleciły, żeby dziewczynki się nie dotykały. Niestety, jednak nieśmiała początkowo dziewczynka, zaczęła latać od ściany do ściany jak torpeda, piszcząc przy tym (kiedy próbowałam usilnie uśpić Melkę) i niestety, niebezpiecznie zbliżać się do łóżeczka. Kiedy zaczęła ładować łapy do łóżeczka, żeby pogłaskać Melę i dotknęła/próbowała dotknąć jej misia, nerwy mi puściły. Wzięłam dziecko pod pachę i z płaczem poleciałam do pielęgniarek. Pielęgniarki, ku mojemu zdziwieniu, były równie przerażone co ja. Przyznały, że strasznie im nas szkoda i że one mówiły lekarzom, że to jest idiotyczny pomysł, ale taka decyzja zapadła i nie mamy wyboru.
Zwróciły uwagę mojej mamie-współlokatorce, żeby pilnowała dziecka, żeby nie kręciło się obok łóżeczka dzidziusia, na co "elegancka" pani odpowiedziała, że to nie jest jej wina że "TO dziecko tu przeniosłyście".

Wiedziałam już wtedy, że prawdopodobnie zostaniemy wypisane w środę (czyli następnego dnia), jeśli wyniki badań będą ok. Zdjęto Małej wenflon i antybiotyk i tak miała dostawać już doustnie.
Zaczęłam więc kombinować, żeby wypisać dziecko na własne żądanie. Nie byłam absolutnie pewna tej decyzji, bałam się, ale poparły mnie pielęgniarki. Dało mi do myślenia, że widać było wyraźnie, że cała zmiana jest mocno zaniepokojona sytuacją.
Potem zaczęły się kombinacje, bo wypisując się na żądanie szpital nie może wypisać recepty na antybiotyk. Mąż więc musiał lecieć do przychodni do naszej pediatry po receptę, ja telefonicznie na linii pediatra z przychodni - pielęgniarki, ustalałyśmy jakie dawki i jaki antybiotyk.
Pozostał jeszcze fakt, że Mela miała mieć robione rano następnego dnia badania, które miały potwierdzić, czy jesteśmy gotowe do wyjścia. Udało mi się zdobyć listę tych badań i wykonaliśmy je następnego dnia, odpłatnie.

Oczywiście z wypisem też był problem, bo młoda lekarka dyżurująca na wieść, że zabieram dziecko, walnęła focha i kazała mi wracać do boksu.
Tu miarka się przebrała. Zaczęłam wyć, odmówiłam powrotu do boksu i łaziłam z dzieckiem po korytarzu. W tym momencie, przyznaję, że byłam bliska wyjścia ze szpitala tak jak stałam, z dzieckiem pod pachą. Na szczęście wspaniałe panie pielęgniarki wzięły lekarkę na stronę, wytłumaczyły jej sytuację po czym... młoda pani doktor przepraszała mnie chyba z 7 razy i tłumaczyła, że ona ma 4 oddziały na głowie i jest wściekła, bo nie wszystko jest tak, jak by sobie tego życzyła.

Podsumowując:
mąż przyjechał, przejął dziecko, żeby już nie wracało do tego boksu z czarną zarazą, ja spakowałam rzeczy, pospiesznie się pożegnałam i w drogę.
Teraz kurujemy się w domu, zostało nam jeszcze kilka dni antybiotyku.

Wyniki badań mają być jutro.
W poniedziałek osłuch u naszej pediatry.

Boje się. Boje się, bo ona brzydko kaszle.
Dużo gorzej niż "przed" szpitalem.
Ale ma katar, więc w szpitalu zapewniali, że to dlatego, że katar jej spływa do gardła.

Mam wizytówkę do naszej lekarz prowadzącej ze szpitala.
Mimo urlopu w piątek mam do niej dzwonić z wynikami badań.

Modlę się, żeby wszystko było okej.
Żeby Meleczka była zdrowa i żebyśmy NIGDY więcej nie musiały wracać do tego miejsca.

Bardzo się boję i mam nadzieję, że ta decyzja była słuszna :-/