czwartek, 4 czerwca 2015

Horror


Poprzedni post był już podszyty lekką nutką szpitalnej dekadencji, ale dopiero wszystko to, co stało się potem to był prawdziwy horror.

Stan na dziś:
jestem z dzieckiem w domu.
Wypisałam ją we wtorek ze szpitala na własne żądanie.

W skrócie:
Najpierw w szpitalu dopadł mnie kryzys laktacyjny.
Stoczyłam ciężki, co najmniej trzydniowy bój.
Już nie mógł sobie skurczybyk wybrać lepszego momentu.
Z pełnych mleka, nabrzmiałych dotąd piersi zrobiły się smutne korniszony.
Doradcą laktacyjnym nie jestem, ale moim zdaniem nałożyło się kilka czynników:

stabilizacja laktacji
&
choroba dziecka, które słabiej ssało
&
stres związany z chorobą i pobytem w szpitalu
&
przesypianie nocy dziecka od 6 tygodnia życia (średnio od 20:00 - 6:00 rano, bez jedzenia, bo nie budziłam na siłę)
&
codzienne ważenie dziecka

Już wiem dlaczego doradczyni laktacyjna kazała nie kupować wagi. Takie ważenie dwa razy dziennie i trzęsienie się nad każdymi 15 dg doprowadzało mnie do białej gorączki.
Miałam wrażenie, że wszyscy w koło karmią dzieci mlekiem modyfikowanym.
Nie, nie - nie należę do ruchu laktacyjnego terroru, ale sama czułam się jak odszczepieniec. Matki dookoła dosłownie żonglowały butelkami z białym proszkiem. Bożesz, czego one do tych butelek nie wlewały. Czekałam tyko aż przyjdzie kolej na mydło w płynie wiszące nad umywalką.
Gdybym miała na oko, procentowo oszacować ilość matek karmiących butelką na oddziale, strzelam, że było to ok. 90%. Oczywiście przebywałam na oddziale dla niemowlaków, więc nie mówię tu o 10cio latkach.
Co ciekawe, miałam wrażenie, że budzę JAKIEŚ odczucia w pielęgniarkach, kiedy odpowiadając na pytanie o sposób żywienia mówiłam, że wyłącznie mleko matki. U niektórych było to wyraźne odczucie uznania, u niektórych zaś raczej niepokój, że hmm.. a wystarcza dziecku? Dosłownie takie pytania właśnie słyszałam. Tylko czekałam, aż z ust którejś z pielęgniarek padnie ulubione pytanie mojej teściowej: a nie chcesz jej podać troszkę mieszaneczki?
Nie oczekiwałam ani uznania ani tym bardziej paniki. Wydawało mi się, że karmienie piersią jest jednak troszkę bardziej powszechne niż jest.
Najzabawniejszy był moment, kiedy podczas karmienia Meśki weszła "piguła" i widząc mnie z dzieckiem na piersi zapytała: "a pani karmi piersią?".
No więc mój kryzys był podsyconym faktem, że czułam się na cenzurowanym.

Przez dwa dni więc zaciskałam zęby, starałam się nie beczeć (z różnym skutkiem) i nie dać się zwieść mojej głowie, która mówiła: dziecko ma zapalenie płuc a ty, wyrodna matko, będziesz ją głodzić i nie dasz jej "mieszaneczki"? To nie jest dobry czas na spełnianie swoich ambicji. 
Przystawiałam Melę mega często do piersi.
Właściwie całe 2 dni spędziłyśmy w schemacie cycek - irytacja -odbek - cycek - irytacja - odbek- i tak aż do znudzenia.
Piłam 3 litry dziennie, wspomagałam się środkiem wspierającym laktację, masowałam ciepłym prysznicem, piłam melisę, zaczęłam ją budzić w nocy 2x na karmienie i starałam się myśleć pozytywnie i wierzyć w swoje cycki i głowę.
Nie podałam butelki.
I duużo przytulałam, ściskałam dziecko, bardzo się przy tym rozczulając i miłośnie emocjonując.
I podczas takich miłosnych przytulanek na kozetce z Mesią u piersi, nawet nie wiem kiedy, doszłam do wniosku, że jest lepiej i problemu nie ma.

Piersi nie odzyskały już tego mega nawału co wcześniej - nadal są smutne korniszonki, ale mleko jest. Co jak rozumiem oznacza, że laktacja się ustabilizowała.
Nadal jednak utrzymuje się lekki stresik, co będzie dalej, bo
1/ Mela ostatnio je nie najlepiej
2/ ja jestem w mega stresie i średnio się odżywiam
3/ mogła by lepiej przybierać na wadze (jest mniej więcej na 20-25 centylu).

Chwała Bogu, że chociaż byłyśmy same w boksie (tak nazywają te maluśkie pokoiki) i mogłyśmy sobie walczyć w kameralnej atmosferze a nie pod okiem zdegustowanych mam butelkowych.

No właśnie... byłyśmy same do czasu.
Laktacja się ustabilizowała a personel zadecydował, że czas nam umilić pobyt.
Najpierw przenieśli nas (o 2:30 w nocy, dodam..) do boksu z 2 paniami, które przy 25ciu stopniach na zewnątrz, bały się otworzyć okno. Qrwa.. myślałam, że się uduszę od stężenia dwutlenku węgla. Ja się mogłam dusić, ale tak mi było szkoda tych dzieci.
Jak tam rano weszła pediatra, to nas opieprzyła od stóp do głów. I słusznie.

W następnej kolejności (wtorek), w efekcie roszad, zostałyśmy przeniesione do kolejnego boksu, zamieszkanego przez... niezbyt elegancką mamę i jej córkę, rodem z horroru.
Jak zobaczyłam to dziecko, to czułam, że ups, chyba się zesram ze strachu.
Okolica ust tego dziecka, oraz wnętrze buzi, były pokryte ranami ze strupami. Całość została wypędzlowana jakimś fioletowym płynem, w rezultacie dziecko miało czarne zęby.
Jak się po chwili okazało, ta przerażająca, około dwuletnia dziewczynka miała zapalenie jamy ustnej. Wirusowe.
I że kilka pierwszych nocy tak się darła po nocach, że musieli jej podawać środki uspokajające ( z czego mama była super zadowolona, bo przecież dziecko tak pięknie spało..).

Jak to usłyszałam, to zamarłam.
Byłam przerażona, że moja malutka, różowa, roześmiana dziewczyneczka będzie musiała spędzić co najmniej 24 godziny narażona na takiego wirusa. I nie chciałam sobie nawet wyobrażać, co by się działo, gdyby go złapała.
W pierwszej kolejności powędrowałam do pielęgniarek (akurat na tej zmianie były super) z zapytaniem, czy my możemy się tym zarazić i czy mogłybyśmy zostać przeniesione do innego boksu. Możliwości przeniesienia nie było (bo wszystkie inne z wolnymi miejscami były ze świeżymi infekcjami, więc groźne dla niemal zdrowego dziecka).
Wróciłam więc do boksu i postanowiłam jakoś przeczekać i modlić się, żeby Mela się nie zaraziła.
Upiorna dziewczynka była leczona już antybiotykiem 6 dni, więc nie wiem jakie były szanse na zarażenie, ale wolałam się nie przekonywać. Pielęgniarki zaleciły, żeby dziewczynki się nie dotykały. Niestety, jednak nieśmiała początkowo dziewczynka, zaczęła latać od ściany do ściany jak torpeda, piszcząc przy tym (kiedy próbowałam usilnie uśpić Melkę) i niestety, niebezpiecznie zbliżać się do łóżeczka. Kiedy zaczęła ładować łapy do łóżeczka, żeby pogłaskać Melę i dotknęła/próbowała dotknąć jej misia, nerwy mi puściły. Wzięłam dziecko pod pachę i z płaczem poleciałam do pielęgniarek. Pielęgniarki, ku mojemu zdziwieniu, były równie przerażone co ja. Przyznały, że strasznie im nas szkoda i że one mówiły lekarzom, że to jest idiotyczny pomysł, ale taka decyzja zapadła i nie mamy wyboru.
Zwróciły uwagę mojej mamie-współlokatorce, żeby pilnowała dziecka, żeby nie kręciło się obok łóżeczka dzidziusia, na co "elegancka" pani odpowiedziała, że to nie jest jej wina że "TO dziecko tu przeniosłyście".

Wiedziałam już wtedy, że prawdopodobnie zostaniemy wypisane w środę (czyli następnego dnia), jeśli wyniki badań będą ok. Zdjęto Małej wenflon i antybiotyk i tak miała dostawać już doustnie.
Zaczęłam więc kombinować, żeby wypisać dziecko na własne żądanie. Nie byłam absolutnie pewna tej decyzji, bałam się, ale poparły mnie pielęgniarki. Dało mi do myślenia, że widać było wyraźnie, że cała zmiana jest mocno zaniepokojona sytuacją.
Potem zaczęły się kombinacje, bo wypisując się na żądanie szpital nie może wypisać recepty na antybiotyk. Mąż więc musiał lecieć do przychodni do naszej pediatry po receptę, ja telefonicznie na linii pediatra z przychodni - pielęgniarki, ustalałyśmy jakie dawki i jaki antybiotyk.
Pozostał jeszcze fakt, że Mela miała mieć robione rano następnego dnia badania, które miały potwierdzić, czy jesteśmy gotowe do wyjścia. Udało mi się zdobyć listę tych badań i wykonaliśmy je następnego dnia, odpłatnie.

Oczywiście z wypisem też był problem, bo młoda lekarka dyżurująca na wieść, że zabieram dziecko, walnęła focha i kazała mi wracać do boksu.
Tu miarka się przebrała. Zaczęłam wyć, odmówiłam powrotu do boksu i łaziłam z dzieckiem po korytarzu. W tym momencie, przyznaję, że byłam bliska wyjścia ze szpitala tak jak stałam, z dzieckiem pod pachą. Na szczęście wspaniałe panie pielęgniarki wzięły lekarkę na stronę, wytłumaczyły jej sytuację po czym... młoda pani doktor przepraszała mnie chyba z 7 razy i tłumaczyła, że ona ma 4 oddziały na głowie i jest wściekła, bo nie wszystko jest tak, jak by sobie tego życzyła.

Podsumowując:
mąż przyjechał, przejął dziecko, żeby już nie wracało do tego boksu z czarną zarazą, ja spakowałam rzeczy, pospiesznie się pożegnałam i w drogę.
Teraz kurujemy się w domu, zostało nam jeszcze kilka dni antybiotyku.

Wyniki badań mają być jutro.
W poniedziałek osłuch u naszej pediatry.

Boje się. Boje się, bo ona brzydko kaszle.
Dużo gorzej niż "przed" szpitalem.
Ale ma katar, więc w szpitalu zapewniali, że to dlatego, że katar jej spływa do gardła.

Mam wizytówkę do naszej lekarz prowadzącej ze szpitala.
Mimo urlopu w piątek mam do niej dzwonić z wynikami badań.

Modlę się, żeby wszystko było okej.
Żeby Meleczka była zdrowa i żebyśmy NIGDY więcej nie musiały wracać do tego miejsca.

Bardzo się boję i mam nadzieję, że ta decyzja była słuszna :-/


47 komentarzy:

  1. Pinku, modlę się razem z Tobą, po swojemu.
    Co do laktacji, Miłosz był prawie pół roku ledwo na 3 centylu! Potem dobił do 10, teraz jest w okolicach 50 , więc błagam nie stresuj się tym! Wazcie się góra raz na tydzień i póki nie spada ze swojego centyla o 2 lub więcej punktów, to jest ok! No i polecam siatki WHO dla dzieci KP. Masz tyle mleka, ile trzeba. Kropka.
    Szpitalnych horrorów i bezsensu nie dam nawet rady skomentować, bo mi się tylko przekleństwa cisną na usta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. isa, wiesz co, dziś ten centyl sprawdzałam i coś mi się zdaje, że przeskoczyłyśmy na 10ty :/
      za to ze wzrostem jesteśmy powyżej 50tego..

      Zaczęłam ją budzić w nocy 2x na karmienie.
      Staram się o tym nie myśleć, ale i tak trzeba to będzie z pediatrą omówić, bo ona bardzo ulewa.

      Usuń
  2. Tytuł mnie wystraszył,horror niefajny ale w domu juz moze będzie dobrze ,jak co to zareagujesz szybko jakąś konsultacją. Odpoczywajcie i cycujcie sie dalej Zdrówka i spokoju,Aga

    OdpowiedzUsuń
  3. Aaaa i nie waż Meli matko codziennie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Na pewno podjęłaś słuszną decyzję.
    Ja wylądowałam w szpitalu z 14-to miesięczną córką (też zapalenie płuc), akurat w trakcie odstawiania od piersi. Dziecię tak zestresowało przejażdżką karetką i całą szpitalną otoczką (zapalenie było bezobjawowe, młoda lekko gorączkowała, rano w przychodni stwierdzili przeziębienie, po czym wieczorem dostała drgawek i wylądowaliśmy na pogotowiu), że z odstawiania nici. Wisiała na cycku non-stop, o żadnym innym jedzeniu nie było mowy. Zdziwionym minom pań pielęgniarek nie było końca. No jak można takie duże dziecko jeszcze karmić?! Najlepiej jakbym je głodne zostawiła, co tam, że nie chciało nic innego jeść. Wsparli mnie tylko lekarze.
    Ale ja w sumie nie o tym. Pod koniec naszego pobytu, jak już młoda nie wykazywała żadnych objawów choroby, zostało nam tylko parę dawek antybiotyku, na oddział przypałętał się rotawirus. Do tej pory żałuję, że nie wypisałam jej wcześniej na własne żądanie. Przez tego wirusa musiałyśmy zostać w szpitalu tydzień dłużej, chorowała córka, ja i mąż, wyglądaliśmy wszyscy jak zombie, a jedną decyzją można było tego uniknąć.
    Mam nadzieję, a nawet jestem pewna, że wszystko u Was dobrze się skończy. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Zdrówka dla Malutkiej, spokoju dla Ciebie Pink :) Decyzja chyba dobra, skoro poparta przez pielęgniarki na oddziale. Melka w domu nie będzie narażona na jakieś nieznane wirusy, bakterie etc... Trzymam kciuki, zdrowe bądźcie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, otóż to.
      A dodatkowo psychicznie chyba bym siadła.
      Dzięki!

      Usuń
  6. Trzymajcie się, laski! Oby horrorzysko poszło szybko precz!

    OdpowiedzUsuń
  7. Pink, przytulam i SPOKOJNIE!!! Jesteście już w domu, teraz będzie coraz lepiej. Laktacja na pewno ruszy trochę do przodu, jak Mela odzyska apetyt po chorobie, ale hej- Mamo- nie spodziewaj się już mega nabrzmiałych piersi- za dobrze i za pięknie by było :) Poza tym- pamiętaj- mleko produkuje się również wtedy, kiedy właśnie co przystawiasz Małą do piersi, więc ich wielkość, nabrzmienie nie ma tu nic do ilości mleka, zwłaszcza, że nie masz już noworodka, tylko zacnego niemowlaka :) 20-25 centyl to nie jest koniec świata! Dlatego ta siatka ma taką rozpiętość, żeby było miejsce i dla dzieci bardziej pulchnych, i dla tych, które zawsze będą drobne. A Mela widać dba o figurę już teraz. A tak serio- Pink, naprawdę spokojnie- nie głodzisz Małej!!! Żadna mieszanka nie jest Wam potrzebna, i Mela nie byłaby od Niej zdrowsza- wiesz to, prawda?!

    Pisałam Ci, że rok temu (dokładnie 4.06, czyli dziś) wylądowałyśmy w szpitalu z zakażeniem ukł.moczowego. Fakt, Lila miała ponad 1,5roku, ale uważam, że karmienie piersią Jej w tym wieku nie było jeszcze niczym niezwykłym, natomiast zanim poznały nas wszystkie pielęgniarki (o, to ta mama co JESZCZE karmi piersią) czułam się jak kosmitka i dewiantka. Dziś chce mi się z tego śmiać, wtedy przyznaję- mimo tego, że wiedziałam, że Lilce ta pierś jest w tym okresie mega potrzebna, czułam się zajebiście nieswojo. Tłumaczyć się, że tak- jeszcze karmię piersią? No ja pierdolę, gdzie jak gdzie- ale w szpitalu?!?! I nie- ja też jestem meeeeeega daleka od fanatyzmu laktacyjnego, ale na Boga- od lekarzy i pielęgniarek jednak oczekiwałabym innego podejścia!

    Uspokoję Cię- mimo, że zapalenie jamy ustnej było wirusowe, Mela nie powinna się zarazić- syn mojego brata dość często to miewał (miał jako niemowlę takie skłonności) ale nigdy żadnego dziecko z rodziny nie zaraził.

    I po drugie- my wtedy ze szpitala również zostałyśmy wypisane na doustnym antybiotyku, ale bez żadnego problemu wypisali nam tam wszystkie recepty, i nas akurat lekarka zachęcała do wyjścia-co było dla mnie nieco bez sensu, bo dali nam antybiotyk chyba na 3 albo 4dni, i skoro Mała brała go dożylnie, oszczędzając przy tym jelita i żołądek, to przemęczyłabym się jeszcze te góra 4dni...

    A historię z dziwnym łączeniem przypadków też znam... My miałyśmy zakażenie układu moczowego i specjalnie płaciłam za osobną salę, żeby ze względu na karmienie piersią mieć ten komfort, że nikt mi nie stoi nad głową, a z racji przepełnienia oddziału połączyli nas z dziewczynką w wieku Lilki, też z zakażeniem ukł. moczowego, ale wywołanego inną bakterią!!! I też moja i męża sraczka, że przecież jedna wanna, że jak to, no ale uspokajali, że się nie zarażą od siebie... Ciężkie te szpitalne losy, ale mimo wszystko jakoś ten nasz pobyt wspominam całkiem, całkiem... Może dlatego, że po tym, czego doświadczałam z Elizą podczas licznych pobytów w szpitalach, ten z Lilą był niemal... luksusowy... Długo byłyśmy w sali same i uwaga uwaga- mogłyśmy od początku wychodzić na spacery- wielkie komfort, zwłaszcza o tej porze roku.
    Zdrowiejcie! A Ty na ile dasz radę zacznij dobrze jeść, zrelaksuj się (Małż niech w tym pomoże ;P) i staraj się zapomnieć- to już za Wami!

    A to, że nerwy puściły i łzy poleciały- NORMALNE. Jesteś mamą- tak oparciem, siłą Melanii, ale do tych łez miałaś prawo. Ja przy każdym pobycie w szpitalu wyłam w końcu jak bóbr, mimo, że tak jak Ty- jak najdłużej starałam się trzymać pion i fason. Ale przychodzi taki moment, że łzy same lecą...
    No już dobrze Pink- głowa do góry!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Kochana za dobre słowo.

      Co do tego karmienia piersią to jestem w szoku, niestety negatywnym :/

      Buziaki!

      Usuń
  8. Wierz sobie i sprawdzaj lekarzy. Mnie ta decyzja tez wydaje sie jedyna, wlasciwa. Ale wizyta u lekarki jutro prawde Ci powie... Najwyzej konsultowalabym z 2-3 pediatrami, dobrymi, zeby miec pewnosc.

    W domu obie dojdziecie do siebie szybciej wg mnie. Psychicznie przede wszystkim. Dziecko przeciez czuje Twoj stres, nawet jesli jest zadbana.

    Niech juz chorobsko sobie idzie precz!!!

    Nie ma jakis naturalnych metod wzmocnienia odpornosci dla takich maluszkow? Poza mlekiem mamy?
    Moze to wspomogloby proces leczenia? Niestety nic nt nie wiem, nie orientuje sie:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy zapaleniu płuc potrzeba istnej medycznej armaty, ale na przyszłość, skoro Issa wywołała temat, wtrącę słówko, że w celu wspomożenia odporności można stosować banalną witaminę C.
      U Duńki stosuję JuvitC - kropelki, które można podawać niemowlętom już od 28. dnia życia. Za każdym razem gdy robi się trochę "niewyraźna", zaczyna jej coś kapać z nosa czy pochrząkuje kaszląc, aplikuję jej przez parę dni do 8 kropel dziennie i na ogół daje się tę "niewyraźność" rozgonić. No chyba że trafi nas jakiś wredny wirus, wtedy już trzeba ruszyć z konkretnymi lekami. Jednak profilaktycznie, okazjonalnie stosowana wit.C na pewno nie zaszkodzi.

      Pink, decyzja z wypisaniem się z tego szpitalnego burdelu jak najbardziej słuszna. Myślę, że w tym przypadku Twoja intuicja spisała się na medal. A za umieszczanie dzieci w salach w tak absurdalny sposób, jak opisałaś, na szpital powinno się nasyłać prokuratorów. Skandaliczne obyczaje. Znam to aż za dobrze. Po ostatnim pobycie w szpitalu do domu przywiozłam dziecko z wykluwającą się chorobą, właśnie "dzięki" temu, że Dunię umieszczono w jednej sali z okrutnie rzężącym dzieciakiem.
      Nie bardzo rozumiem dlaczego za wypisanie się na żądanie pacjenta karze się odmową wydania mu recepty na lek... Rozumiem, że nie w głowie Ci było szarpanie się o receptę, ale ja tam żądałabym podania podstawy prawnej. Fochy lekarki na wieść o Twojej decyzji to kolejna żenada...

      Postaraj się nie zamartwiać kasłaniem Meli. Zauważyłam już dawno temu, że wiele osób wychodząc z jakiejś infekcji kaszle mocniej i intensywniej akustycznie niż wtedy, gdy choroba dopiero się rozwija. Oby u Meli była to oznaka wracania do zdrowia.

      Matka, a teraz zjedz coś, nastrój pozytywnie głowę i korniszony do przodu;) Będzie lepiej:*

      Usuń
    2. Fajnie, ze dopisalas to o wit.C - nie wiedzialam.

      Mysle, ze pierwsze "koty za ploty" - chyba kazda mama przechodzi chrzest bojowy przy pierwszej powazniejszej chorobie dziecka. Zeby nie stracic glowy, samej jakos dac rade i jednoczesnie zaopiekowac sie dzieckiem jak najlepiej. Wyklocic u lekarzy, pielegniarek czy kogo tam trzeba... Mialas po swojej stronie pielegniarki - to duzo. Mialas tez meza - to jeszcze wiecej.

      Ale stres napewno jest ogromny i zmeczenie Twoje takze. Zadbaj o siebie? Wypocznij, w dowolny dla Ciebie mozliwy obecnie sposob? Jasne, ze dziecka nie zostawisz, nie pojdziesz sie relaksowac, ale na chwile oderwanie od tematu moze byc bardzo pomocne w nabraniu dystansu, tak mi sie wydaje.

      Gratuluje tez sukcesu z karmieniem:) Udalo Ci sie!

      Usuń
    3. Dzięki dziewczyny.
      Zainteresuje się tą witaminą C - ma to sens.

      Usuń
    4. Ja oprócz witC daję wapno, w tym samym celu.
      Pink ja Klopsa budzę, od początku właściwie, kolo północy (tak chodzę spać, więc po prostu przed snem). cobys nie zwariowala z tymi pobudkami. A siatki, cóż... Moim zdaniem o kant... Na początku Klops nie dość, że nie specjalnie przybierał, to gubił(jak się okazało, że stracił też na długości, dotarło do mnie, że te pomiary mogą różnie w różnych szpitalach wychodzić.) dziś jest prawdziwym Klopsem.
      Cyckuj i odciągaj babole, żeby nie miało co spływać. Zdrowia!

      Usuń
    5. To prawda, wit.C można podawać i to nie od 28 dnia, a nawet i wcześniej, bo u nas w szpitalu niejednokrotnie podawano noworodkom... :)
      W trakcie choroby/infekcji zaleca się podawać 2x5 kropli, ja tak podawałam na początku, jak Olę złapało przeziębienie i mało co też nie wylądowałyśmy w szpitalu.
      Jednak trzeba pamiętać, żeby z nią nie przesadzić, bo osadza się na nerkach.

      Również podawałam wapno. Jest dobre na katar, działa wysuszająco. Ja miałam płynne w ampułkach, do iniekcji... rozrabiałam je w strzykawce z wodą aqua i podawała 2x2ml :)

      Usuń
  9. Pink, współczuję przeżyć, rozumiem, sama w szpitalu spędziłam z dzieckiem...miesiąc. Jezu, nie mogę, bo już ryczę...
    Wracając do Melci: modlę się za jej zdrowie, i ważne, że uciekłyście czarnej zarazie.
    I wiesz, jeszcze z tymi centylami - ja jestem być może jakaś wyrodna matka, ale ja autentycznie nie wiem na jakim centylu są moje chłopaki. Wcześniej ważyłam ok. raz na tydzień (teraz ok. raz na 2 tygodnie), patrzyłam czy przybierają na wadze (przybierali, nawet ładnie), poza tym raz w miesiącu jesteśmy na szczepieniu, tam pan doktor też ich zawsze waży, gdyby było coś nie teges, to by reagował. A ja po prostu patrzę czy chłopcy dobrze i pulchnie wyglądają i widzę dwóch zdrowych, fajnych chłopaków. Z tymi centylami można się zapędzić w kozi róg. Wiem, że teraz przy chorobie Meli możesz być bardziej wyczulona, ona może spaść z wagi, ale spokojnie. Dasz radę wykarmić - i tego się trzymamy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Promesa, wiem, że u Ciebie był hardcore z tym szpitalem ://
      Na szczęście to już niemiłe wspomnienie.

      Co do wagi, to karmiąc butelką jest łatwiej. Mieszanka bardziej tuczy no i wiadomo ile dziecko zjadło. Z piersią natomiast jest niezła zabawa.
      Ja też miałam ostatnio dość luźne podejście do wagi, ale ten centylowy spadek troszku mnie wystraszył.
      Zobaczymy co będzie dalej.

      Usuń
  10. Pink - takie są szpitale często :( My z Ł po naczyniaku w 6mż (ostrzykiwanie) wróciłyśmy z zapaleniem oskrzeli (obie). Na sali malutkiej było 6 dzieci i sześć mam, w tym dwoje dzieci z wirusem. Kobiety odmówiły przejścia z dziećmi do izolatki, bo "tam śmierdzi moczem".
    A co do kaszlu - mogę Ci potwierdzić (Fran przerabia jakiś.... hmmm... 14 katar w życiu?). Kaszle się od kataru. Obserwuj, czy kaszle głównie po spaniu (wtedy się smarki zbierają w gardle). U nas właśnie nad ranem i mniej więcej 30-60 minut po położeni spać. Bo katar spływa.
    jeśli tak jest, nie bój się - kup nasivin soft, psiknij do nosa. Oczywiście, jeśli katar faktycznie jest i się mała męczy ( w tym wieku stosuj maks. 3-5 dni i tylko na noc).
    Zdrówka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dokładnie kaszle jak się obudzi. I wtedy musze jej aspiratorem odessać (i jest ryk, bo już się pokapowała do czego ten aspirator służy. Tak jak zazwyczaj nie ma myślenia przyczynowo -skutkowego, tak w temacie aspiratora jest bezbłędna).
      Kaszle też częściej, albo raczej: generalnie, jak leży. Jak jest w pionie to mniej.

      Nasivin dali mi w szpitalu. 3x dziennie po 1 kropli. Daję jej dwa razy dziennie.
      Do tego psikam wodą morską i sola fizjologiczną.

      Buźka!

      Usuń
    2. To pewnie od kataru kaszle, powinno minąć, jak się katar skończy.
      Mój też szybko załapał, do czego aspirator :(

      Usuń
  11. O rrrrrrety! Jak dobrze, że już jesteście w domu...

    A co do wagi, to mimo że Ola rośnie w zastraszającym tempie i niezmiennie utrzymuje się na 97 centylu, to jednak cieszę się i wolę to, niżeli miałaby być niejadkiem :) Ma dużo wałeczków i papulki ale liczę na to, że jak zacznie raczkować i chodzić to je zgubi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas jest tak, że Mela je krótko - ok 10 min.
      I dużo ulewa :(
      Wczoraj sprawdziłam siatki centylowe i coś mi się zdaje, że jesteśmy na 10tym centylu.

      Usuń
    2. siatki centylowe tylko ze strony who dla dzieci kp, te w ksiazeczce zdrowia to komunistyczne siatki dla dzieci na mm.... ;/ serio mówię, nie sugeruj sie siatkami z ksiazeczki

      Usuń
    3. Ola tez krotko ssie i ulewa w dalszym ciagu... a teraz w te upaly to juz w ogole pociumka troszke i koniec... i jakas taka marudna sie zrobila.

      Usuń
    4. U Meli chociaż tyle, że jest super pogodna. Śmieje sie, ciągle gada, śpiewa (!!), sama sobą sie zajmuje. Ale to ulewanie..eh szkoda gadać. Chciała bym ją widzieć tłuściutką.

      Usuń
    5. Oj nie chciałabyś... ja już mam serdecznie dość, Ola ma dużo fałdek, wszystko się odparza, trzeba to bardzo pielęgnować i dbać, a i tak zawsze gdzieś coś się zrobi... :( Aż się boje, co będzie latem...

      Usuń
  12. Na katar polecam odciagacz katary KATAREK do odkurzacza, wyciaga katar i dziecko nie budzi sie z zatkanym nosem.
    Historie szpitalne zawsze przerazaja, decyzja zapewne sluszna o wyjsciu, w domu szybciej sie dochodzi do zdrowia.
    Zdrowka!
    Pozdraeiam K

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałam o katarku, rozważam, bo przyznam, że ja czasami Fridą nie daję rady. Nie mam aż takiej pary.. Pomyślę o tym. Dzięki!

      Usuń
  13. Mam nadzieję, że wszystko skończy się dobrze, a po tytułowym horrorze już wkrótce nie będzie ani śladu...W domku Melka na pewno szybciej dojdzie do siebie niż w warunkach szpitalnych.

    A dostaliście zalecenia, żeby ją czymś w domu inhalować? My po pierwszym Bąblowym zapaleniu oskrzeli i kilkudniowym pobycie w szpitalu posłuchaliśmy rady lekarza i kupiliśmy sobie inhalator z maseczką dla niemowlaka - i potem przy kolejnych infekcjach nasz doktor już nie kierował na oddział, tylko kazał inhalować we własnym zakresie.

    Zgadzam się z sugestiami odnośnie witaminy C, też podajemy Młodemu na odporność - do spółki z tranem Mollers Baby (można go aplikować od 6 miesiąca życia).

    Powodzenia i duuuużo zdrówka :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Bajeczko!
      Inhalatora nie mam, ale na razie nic nie mówili o inhalacjach. W poniedziałek będę u pediatry, więc pogadam na ten temat.
      U nas na zapalenie płuc był jeszcze antybiotyk dożylnie, więc hospitalizacja nie tylko z powodu inhalacji.
      Buziaki!

      Usuń
  14. Pink, to była dobra decyzja, po co Ci nowe infekcje. A badania przecież zrobiłaś i pod kontrolą jesteś. Masz już dzisiejsze wyniki?
    Laura miała zapalenie oskrzeli poważne jak miała jakieś 8-9 miesięcy, wtedy pediatra na Izbie Przyjęć (bo dostałyśmy skierowanie do szpitala) powiedziała, że szkoda takiego malucha na szpital i jak da sobie leki podawać i się inhalować, to w domu zawsze lepiej. Bo pobyty w szpitalu prawie zawsze kończą się jakimiś bonusami. Wtedy udało się wyjść z choroby.
    Do szpitala trafiła z bezkaszlowym zapaleniem płuc jak miała 1,5 roku. W sobotę w dzień dostała lekkiej temperatury, w niedzielę było gorzej i o świcie pojechaliśmy do szpitala, bo nie chciała nic jeść/pić, miała gorączkę i dziwnie oddychała. Ani razu nie zakaszlała. Na rtg wyszło zapalenie płuc z wodą. W jeden dzień!
    W szpitalu spędziliśmy tydzień. Już po dwóch dniach zachowywała się jak zdrowa.
    Na szczęście sala była 4 osobowa, byliśmy 2 dni sami, a potem z chłopczykiem na obserwacji. Zbadali go i mógłby iść do domu, ale opiekująca się nim babcia przyznała się, że nie wie, czy nie wypił jakichś środków czystości. Bo zostawiła go samego w pokoju, była w kuchni, a znalazła go w łazience w kałuży domestosa i nie wiedziała, czy tylko rozlał, czy się napił przy okazji. I tak go trzymali, czy jakieś skutki się nie pojawią. Siedziałyśmy więc ze zdrowym dzieckiem. Nie było źle.

    Ja Laurę karmiła mieszanie - tzn. przez pół roku wyłącznie moim mlekiem, ale z butelki, bo nie nauczyła się ssać. Rosła ponad 1 kg miesięcznie, a i tak rok trwało zanim załapała się na 3 centyl. Teraz też jest w dolnych stanach, zwłaszcza z wagą, ale energii jej nie brakuje i wyniki ma dobre.

    Życzę dużo zdrowia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wężon, tak mamy wyniki, skonsultowane już rano z pediatrą ze szpitala. Wszystko ok na szczęście!
      Jeszcze w poniedziałek osłuch u pediatry naszego w ośrodku nas czeka.
      Jeśli wszystko będzie ok to możliwe nawet, że we wtorek pojedziemy w moje rodzinne strony na południe. Szpitalny pediatra nie miał nic przeciwko temu o ile osłuch w poniedziałek rano będzie okej.

      Jeśli chodzi o nasz pobyt, to my też od czwartku do poniedziałku byłyśmy same na sali, więc to było spoko i mogłam sobie spokojnie walczyć z kryzysem laktacyjnym.

      1 kg miesięcznie to dużo!
      To bardzo ładny przyrost chyba :)
      No i fajnie, że się udało utrzymać laktację pół roku na samym laktatorze.

      Pozdrówka.

      Usuń
    2. Super wieści. :) o inhalatorze pomyślcie. Nie raz uratował nam skórė do tej pory. Pomaga rozluźnić katar i jest niezastąpiony przy pierwszym pokasływaniu. Przeważnie inhalujemy się solą fizjologiczną z olbasem, ale leki wziewne też się podaje.

      Przez pierwsze miesiące w domu Laura rosła jak na drożdżach. Musiała nadgonić i nabrać trochę ciałka. Ten przyrost był bardzo ważny, ale dobrze jej szło. Może też dlatego, ze nic nie ulewała. Nawet kropelka jej sie nie cofała. Nie chodziłam opluta, ani z pieluszką na ramieniu.

      Usuń
  15. Pink gratuluję decyzji o wypisaniu Melki i ogólnie współczuję przeżyć szpitalnych życząc Wam już tylko zdrówka.
    My walczymy od tygodnia z katarem, byłam wczoraj z młodym na kontroli Nasivin zamieniła nam dr na Mucofluid i cały czas się inhalujemy z soli fiz z dodatkiem aromatolu.
    Młody kicha cały czas,czasami suchy kaszel od kataru, a katar różny od przezroczystego po zielone suchary z rana.Pediatra oczywiście na pierwszej wizycie wysuszyła mi głowę za zarażenie młodego bo ja i mąż przeziębieni.Co miałam zrobić,wystawić dziecko na balkon albo oddać bo jestem chora?
    Mam nadzieję że jakoś się z tym uporamy bo perspektywa szpitalu mnie przeraża.
    Ps.08.06 kończy Kacperek 2 miesiące-szok.
    Pozdrawiamy i ściskamy ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ania, kichanie jest ponoć normalne. Mela kicha od urodzenia.
      Kaszel to już inna historia.

      A Ty jak tam? Jak rana? Zakażenie ustąpiło?
      Kacperek to już duży chłopak :)
      Pozdrawiamy.

      Usuń
    2. Ja ok,ogarnęłam już temat synka,znamy się na tyle dobrze że jest czas na śniadanie,obiad,kolację,spacer i już nie jestem zfrustrowaną mamą która nawet na potrzeby fizjologiczne nie ma czasu ;D
      Rana po dwóch miesiącach łaskawie się zagoiła, zakażenie ustąpiło i oby już nie powróciło.
      Co do laktacji ja żyję w symbiozie z laktatorem,w dzień młodemu idciągam mleko w sumie 3 razy dziennie -w 14 min mam 180 ml mlesia z obu piersi a w nocy dostaje cyca-tak sobie ułożyliśmy nasze mleczne życie.
      Pozdrawiamy

      Usuń
    3. Ania to super, cieszę się, że trudności poszły sobie w las ;)
      Trzymajcie się zdrowo :)

      Usuń
  16. U nas na odziale tylko jedna matka karmiła. Ale to był noworodek, dziecko dużo plakalo, widziałam, że pielęgniarki przyniosły espumisan.... Nikomu się nie chciało dziewczynie pokazać jak ma przystawiac itp, płacz wytłumaczyły kolka i gitara. Czuję, że i Ona szybko przejdzie na mm. Ja z kolei za każdym razem jak mnie pytają jak karmię, czuję żal, wstyd i jeszcze coś, czego nie potrafię nawet nazwać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, z tą laktacją było by o wiele łatwiej, gdyby była pomoc, wsparcie, wiedza... a nie zewsząd komentarze o chudym mleku, jego braku czy jeszcze czymś tam.

      A żal i inne to można odłożyć w kąt. Najważniejsze, że są dzieci.
      Jeszcze rok temu byłyśmy w czarnej d**ie i o ile pamiętam to byłyśmy już po pierwszej porażce IVF.
      Także... tego.

      Usuń
  17. U nas na odziale tylko jedna matka karmiła. Ale to był noworodek, dziecko dużo plakalo, widziałam, że pielęgniarki przyniosły espumisan.... Nikomu się nie chciało dziewczynie pokazać jak ma przystawiac itp, płacz wytłumaczyły kolka i gitara. Czuję, że i Ona szybko przejdzie na mm. Ja z kolei za każdym razem jak mnie pytają jak karmię, czuję żal, wstyd i jeszcze coś, czego nie potrafię nawet nazwać.

    OdpowiedzUsuń
  18. U nas na odziale tylko jedna matka karmiła. Ale to był noworodek, dziecko dużo plakalo, widziałam, że pielęgniarki przyniosły espumisan.... Nikomu się nie chciało dziewczynie pokazać jak ma przystawiac itp, płacz wytłumaczyły kolka i gitara. Czuję, że i Ona szybko przejdzie na mm. Ja z kolei za każdym razem jak mnie pytają jak karmię, czuję żal, wstyd i jeszcze coś, czego nie potrafię nawet nazwać.

    OdpowiedzUsuń
  19. PinkMamo, jestem pewna, ze decyzja byla bardziej niz sluszna! Nie wiem jakie bylo ryzyko zarazenia sie Meli, ale zapalenie jamy ustnej to paskudztwo... Moja siostrzenica przeszla je kiedy miala okolo roku i cala buzie miala tak rozpulchniona, ze wyszly jej wszystkie brakujace zeby na raz (przed choroba miala ich dopiero 4)!

    Co do karmienia piersia to jestem w szoku, ze dziwi ono nawet pielegniarki... A teksty o "mieszaneczce" slyszalam kiedy Bi byla malutka caly czas... Tylko dziecko zaplakalo, a tesciowa i matka juz za glowe sie lapaly, ze napewno glodna, ze mleko mam "chude" i przytaczaly kilka(nascie) przykladow kobiet, ktore musialy zrezygnowac z karmienia, bo mialy slaby pokarm... Ciekawe, ze kiedy moje Potworki rosly potem pulchne i dorodne, az martwilismy sie, ze to takie "kluchy", tesciowa z madra mina twierdzila, ze dzieci na piersi tak maja. To co sie stalo z tym "chudym" mlekiem? :D
    Aha, wydaje mi sie, ze w ilu centylach dziecko sie miesci jest raczej uwarunkowane genetycznie. Podejrzane sa nagle spadki, jesli dziecko z powiedzmy 80 centyla spadnie do 20. Chociaz moja Bi kiedy zaczela chodzic zleciala wagowo z 95 centyla na 50 i lekarka sie nie przejela. Jesli Mela stale rosnie i przybiera swoim tempem, to nie ma sie czym martwic. Jest zdrowa, tylko po prostu drobna. A tak w ogole, odnosnie "mieszaneczek". Moje dzieciaki wylacznie na piersi utrzymywaly sie miedzy 90 a 95 centylem, natomiast synek kolegi, wylacznie na mleku modyfikowanym ledwie dociagal do 10 centyla. ;)

    Laktacja sie nie przejmuj. Mela mogla miec z powodu choroby gorszy apetyt, wiec i laktacja troche spowolnila, ale jak tylko w pelni wyzdrowieje, zacznie wiecej ssac i cycki nadrobia. ;) Tylko nie zrazaj sie jesli przez kilka dni Mela bedzie nerwowa i bardziej placzliwa, albo bedzie chciala byc czesciej przystwiana. Piersiom zlapanie nowego rytmu produkcji zajmuje 2-3 dni i przez ten czas Mela moze byc troche glodnawa.
    A tak w ogole to wiesz, ze to juz nie czas na nabrzmiale piersi? Teraz juz zostana "korniszonki", ale to wcale nie oznacza, ze sa puste. :D

    OdpowiedzUsuń