wtorek, 11 sierpnia 2015

Publiczna debata w sprawie in vitro, czyli rzucamy sobie gównem.





Źródło: http://www.andrzejrysuje.pl/anatomia/
Autor: Andrzej ;)

To się dzieje już od ładnych kilku tygodni.
In vitro wyskakuje na mnie z szafy, lodówki, radia, internetów. Boję się już nawet otworzyć skrzynkę na listy, czy tam inviter przypadkiem nie siedzi.
Dobrze, że chociaż telewizji za dużo nie oglądam, bo czasu nie mam. Czekam tylko, aż do mojego "Na Wspólnej" dorzucą temat invitra.

Żarty żartami, ale nie wiem już sama, co bardziej mnie przeraża:
to CO o invitrach mówią czy to JAK mówią.
Czasami mam wrażenie, że w naszym kraju człowiek traci na wartości w chwili urodzenia.

Pominę fakt masowego pierdolenia o naprotechnologii, o tym, że baby karierę robią a potem mają (albo i nie), że antykoncepcji się zachciało to i kara jest, że wola Boża i pogódź się, człowieku puchu marny, że nie każdy musi mieć dzieci i takie tam.
Pominę.
Cóż, też kiedyś trochę pierdoliłam trzy po trzy zanim na mnie trafiło.
Z naciskiem na "trochę".

Ale, moi drodzy, flaki mi się wywracają, kiedy temat zaczyna niebezpiecznie celować w dzieci i ocierać się o jakiś Czarnobyl.
Niby wszystkie dzieci "nasze są", niby wszystkie chciane i kochane, ale a to jakaś bruzda przemknie, a to liczne złamania, a to ktoś rzuci coś o dzieciach z taśmy, a to o dzieciach-produktach, a to o jakimś "syndromie ocaleńca" (WTF?) a to o martwych braciszkach.

Jestem dorosłą osobą, dość na szczęście ostatnio zajętą, żeby przejmować się tym pierdoleniem o invitrach.
Jedynie moi znajomi, kiedy się spotykamy, mocno się emocjonują, że jak tak, kurde blacha, można. Że uszy schną od tego hejtu.

Przeraża mnie jedynie fakt, że moje malutkie, zdrowe, piękne, kochane, chciane, różowe Dziecko z gładkim czołem i całymi kośćmi w niezbyt odległej perspektywie czasowej dorośnie i zacznie rozumieć, co się do Niej mówi.
O produktach. O rodzicach egoistach. O taśmie. O bruzdach. O ocaleńcach. O wybrykach natury. O niegodności.

Do tej pory było dla mnie oczywiste, że Mesia będzie wiedziała, jak została powołana na ten świat. I że będzie mogła być dumna z rodziców, że poruszyli niebo i ziemię (+ wszystkie konta w banku), pokonali ogromny mur, żeby z miłości, wytrwałości i marzeń mogła powstać Ona.

Jednak w obliczu tego, co można ostatnio zaobserwować w temacie invitrów zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno ta wiedza Jej posłuży. I jak Ona sobie z nią poradzi.

Liczę, że do czasu, aż Mesia będzie kumała temat, ludzie znajdą sobie jakąś inną sensację do pastwienia się. Przestaną rzucać gównem i gówno trochę zaschnie.

Jestem jednak myślami z dzieciakami ze szkła, które już ogarniają, oraz z ich rodzicami.
Drodzy rodzice - jeśli tutaj jesteście, podzielcie się swoimi przemyśleniami:
będziecie mówić?
nie będziecie?
a może już powiedzieliście?
jak radzicie sobie z sytuacją i jak radzą sobie Wasze dzieci?


Uf, jak gorąco.