czwartek, 24 września 2015

Rodzajowe scenki spożywcze

rys. Matka Po Godzinach


#CHAPTER 1

Piękne środowe popołudnie.
Prowadzę.
Teściowa z tyłu w samochodzie. Obok w foteliku - Meśka.
Zadowolona - jak zwykle. Wielkimi, niebieskimi gałami obserwuje świat. I teściową.

Teściowa: Co tam, Melusia, co tam? Pić się chce?
Meś: <nic, gapi się>
Teściowa: Pić chce, bieeeedne dziecko. 
Ja, w myślach: "Bi**ch, please.."




#CHAPTER 2

Wizyta u prababci.
Siedzimy. Nic się nie dzieje. Nagle.

Prab.:- A dajecie Jej już coś do jedzenia?
Ja w myślach: Nie, kur**a. Ona żyje miłością i fotosyntezą. 







#CHAPTER 3

Telefon.
Teściowa.

T: A zupki kiedy jej podasz?
Ja: Mamo, mówiłam Ci, że jedzenie raczej w kawałkach do rączki, ta metoda BLW - pamiętasz?
T: <cisza>. 
<cisza>
<cisza>
Ale takie zupki, no wiesz, ja Ci powiem jakie: marcheweczka, mięsko i miksujesz.. (...)





#CHAPTER 4

Chrzciny (tak, tak, ochrzciłam moje dziecko z in vitro).
Zdjęcia zbiorowe przed ołtarzem.

Ktoś: Oh, Boziu, jaka Meśka jest rozkoszna.
Teściowa: No, ładna, tylko te nóżki ma takie chude..




#CHAPTER 5

Chrzciny.
Obiad w lokalu.
Zamknęłam się w małym pomieszczeniu gospodarczym i karmię Melę.
Teściowa koczuje pod drzwiami. Po ch**j tam stała, to nie wiem. Pilnowała.
Wychodzę, po krótkiej chwili, bo dziecko nie chciało jeść.

Teściowa: Nie chciała więcej? Hmmm.. słuchaj, a może być tak, że ona odrzuca cyca?
Ja: Nie.  [w myślach: ta, chciała byś. Trzymasz kciuki od 2 doby jej życia za ten moment. ]

Będę karmić to dziecko piersią aż do matury. Przysięgam.
Tylko po to, żeby zrobić na złość teściowej.



#CHAPTER 6

Teściowa przyszła z wizytą i bawi się z małą.
Ja sprzątam.

16:00
Teściowa: I co, mamusia pije a Ty, biedne dziecko, Tobie nie dadzą. 

16:15
Teściowa: Biedne dziecko, babcia by dała butle i by dziecko spało, babcia by dałaaaa. Ale mama nie poźwala. Nie poźwala mamia.. No, jeście tlośke, jeście tlośke. 







***

Wydawało mi się wcześniej, że już bardziej nie można być na cenzurowanym niż podczas wyłącznego karmienia piersią.

Myliłam się.

Pierś po 6tym miesiącu + BLW + dziecko 3-10 centyl wygrywa wszystko.

wtorek, 8 września 2015

Te pierwsze wspólne wakacje ;)


Były!
Dwa ostatnie tygodnie sierpnia i pierwszy września - ciurem.

Najpierw nad morzem.
Nasze kochane Dębki, do których jeździliśmy najpierw jako gówniarze, dzieciaki popijające winko w namiocie, z zapałem zapoznające się z instrukcją na ulotce opakowania Durexów.  Pełni wściekłości, kiedy rano po polu biegały krzyczące dzieci, budząc nas zaspanych, z lekko bolącą głową.

Potem, wiele lat potem, starsi. Z obrączką na palcu, bogatsi o pewne doświadczenia.
Pojechaliśmy tam na kilka dni tuż po odebraniu fatalnych wyników nasienia.
To był zły, zły czas. Pamiętam, jak przechadzałam się, blada, z moją mamą rozmawiając o in vitro, że ja chyba nie mogę, że jak to tak,  że musi nam się przecież udać "normalnie". Że adopcja może.
Pamiętam pachnący starym drewnem zabytkowy kościół, w którym klęczałam pełna wściekłości, miłości i błagania, wznosząc zuchwałe, załzawione i opętane pragnieniem oczy w stronę ołtarza. Pamiętam łóżeczko turystyczne stojące w naszym pokoju - ot, taka ironia losu. Śmiało mi się w oczy, to przeklęte, niebieskie, puste łóżeczko turystyczne.

We wrześniu ubiegłego roku byliśmy tam znowu, w tych samych domkach od niebieskiego łóżeczka.
Stało tam znowu, ale tym razem zerkało na mnie z nadzieją. Na mnie i na mój leciusieńko wystający spod swetra brzuszek. Tam pierwszy raz, będąc bardzo cicho, poczułam w brzuchu coś na kształt bąbelka lub małego motylka. Byłam wtedy mocno skołowana, jeszcze z siniakami i resztkami krwiaków na brzuchu, targana emocjami, z poranionym sumieniem, ale i szczęśliwa, bo poniżej pępka mieszkał, jak nam się wtedy wydawało, malutki... Leon? :) Nie, jak wiemy nie Leon. Ona.

I teraz. Sierpień 2015.
Cała ferajna: ja, On i Ona.
Grzeczna, cudowna, uśmiechnięta i cichutka malusieńka dziewczynka, która pierwszy raz zamoczyła nogi w wodzie, pierwszy raz pomerdała nimi w piachu, pierwszy raz zgrzytnęło między różowymi dziąsłami ziarenko piasku, którego tak próbowała uniknąć mama. Pierwszy raz zachłysnęła się nadmorskim wiatrem,  siedząc w chuście, przytulona do mamy całym ciałkiem.
Z tatą było różnie, były kłótnie, bo chyba zaczął nam się kryzysik. Na razie kryzysik, zobaczymy co z tego będzie. Tatuś czasem zachowuje się jak egoistyczny bęcwał. A czasem nie. Różnie.









Potem pojechaliśmy na Mazury.
O losie, niemal w to samo miejsce,w którym byliśmy 2 lata temu.
2 miesiące po odebraniu wyroku w postaci wyników badania nasienia.
Wtedy byłam w Mordorze. Wtedy zaczynałam pisać bloga, pikając na komórce pierwsze wpisy, wyrzucając z siebie rozpacz i a z głowy dziwne myśli, napędzane niepłodnością.
Jeśli chcesz wiedzieć jak niepłodność miesza w głowie i rozwala związek to kliknij w link 2 linijki wyżej. W związku COŚ się psuje, ale w sumie to nie do końca wiadomo o co chodzi.
Widać to dopiero z perspektywy czasu.

W tym roku było inaczej.
Jedliśmy razem posiłki, spacerowaliśmy razem po pięknych mazurskich trasach, Mela latała z mamą po mleko i jajka do pobliskiego gospodarstwa, moczyła nóżki w stawie, bujała się z mamą w hamaku i pierwszy raz "ciućkała" jakbłko zerwane przez mamę wprost z mazurskiego drzewa. Oglądała owce, koniki i krowy, choć niespecjalnie były interesujące.
W ubiegłą środę dostała kataru, wystraszyła rodziców i skróciwszy wakacje o 2 dni popędziliśmy z powrotem do domu, troszkę już stęsknieni.

Takie to były te nasze pierwsze wspólne wakacje.
A pierwsze razy mają to do siebie, że nawet jeśli troszkę boli, to i tak są wspaniałe i człowiek je pamięta do końca życia ;)










niedziela, 6 września 2015

Wyprawkowe kity

W uzupełnieniu do poprzedniego posta, kilka słów w temacie nieudanych gadżetów wyprawkowych :)

No to tak.. :)

#1 Termometr bezdotykowy



Kwestii wyboru termometru poświęciłam przed urodzeniem Meśki dużo czasu.
Jeden nawet odesłałam do apteki, bo coś mi nie pasowało.
Bardzo zależało mi na szybkim i precyzyjnym mierzeniu temperatury.
Po termometr sięgnęliśmy już w trzecim dniu po wyjściu ze szpitala, kiedy to spanikowani, bo dziecko płacze :)) heh.. i robi strzelające kupy.. heh.. :)) zmierzyliśmy tym wynalazkiem temperaturę Mesi. (Jezusie, o czym ja myślałam w tej szkole rodzenia.. ? :))
I co wskazał ten cud techniki? Ano 38.5
Yyyy.. wait! What?!
Jeszcze raz.. 38.5.
Czy muszę dodawać, że wpadłam w istną histerię, spanikowana, w hormonalnym szoku, z rozpłatanym brzuchem i obolałymi cyckami tryskającymi mlekiem? Obdzwoniłam połowę pediatrów w mieście i walnęłam focha mojej przychodni, że jak to lekarz nie przyjdzie do mnie do domu?! Przecież ja mam równiutko tygodniowe dziecko z gorączką!
Małż, wkurwiony, poleciał do apteki po zwykły termometr elektroniczny, który wylądował w.. pupie. I dopiero tam okazało się, że zamiast 38,5 mamy 36.6.
3 dni dochodziłam do siebie.
Teraz używam tego termometru od czasu do czasu i wiem, że jak pokazuje 36.9 to oznacza, że Mela ma tak na prawde 36.6 i jakoś sobie funkcjonujemy.
Plus: kiedy już mniej więcej obczaiłam jego "margines błędu" to używam go do szybkiej i bezszelestnej kontroli.
Z tym "do pupy" już tak łatwo i nieinwazyjnie nie jest (ale precyzyjnie za to!!).


#2 Materacyk Lifenest



To jest taki specjalny materacyk-klin, z siateczką - zapobiega uduszeniu, odkształceniu główki, zapewnia wentylację, pomaga przy ulewaniu i inne bajery.
Nie to, żebym miała jakieś wielkie życzenie go kupić. Ba, nawet nie wiedziałam o jego istnieniu, dopóki koleżanka  nie zaproponowała mi odsprzedania swojego, w pakiecie z fotelikiem i innymi w okazyjnej cenie.
Używałam mniej więcej do 3-4 miesiąca, aż znalazłam dziecko ryczące zupełnie poza materacykiem.
Wczesną wiosną materacyk zapewniał dziecku nadmierną wentylację - od spodu było po prostu zimno (latem sprawdził by się wyśmienicie, ale nie zdążyłam sprawdzić). Często musiałam pod dziecko podkładać jakiś kocyk - co tak de facto pozbawiało materacyk najważniejszej funkcji - ochrony oddechu dziecka. Podobny efekt był, kiedy kładłam Młodą spać w rożku.
Mela na początku bardzo dużo ulewała, więc tu był przydatny, ale na pewno można się bez niego obejść.
A cena oryginalnej nówki jest zabójcza, bo kosztuje jakoś ponad 400 zł.


#3 Śpiworki do spania i rożek








Tu mam trochę problem, bo nie do końca wiem, jak je sklasyfikować.
Nie do końca kity, ale nie sprawdziły się w sposób, w jaki tego oczekiwałam na starcie.
Rożek - kupiłam, przekonana, że nie będziemy mogli sobie poradzić z chwytaniem Młodej (w ogóle jak na wojnę się szykowałam..). Okazało się, że świetnie sobie radziliśmy z trzymaniem dziecka od samego początku. Mąż, o którego tak bardzo się bałam, robił to koncertowo.  Rożek jakoś specjalnie się nie przydawał, do czasu, aż zaczęłam go używać w zastępstwie śpiworków - zawijałam dziecko tak, że nogi wychodziły dołem a z wierzchu przykrywałam lekkim kocykiem. W ten sposób dziecko nie było przegrzane, ale nie odkopywało się.
Śpiworek natomiast w okresie wiosennym dla Meli był za cienki, tym bardziej, że spała na materacyku Lifenest. Dopiero teraz- latem - śpiworek sprawuje się sympatycznie.
Nie są to więc definitywne kity, choć trochę się rozczarowałam funkcją.




#4 Smoczek


Mela nie chce i basta.
Leży więc sztuk 5 i zdobią szufladę.
W sumie się cieszę, choć nie powiem - przydała by się czasem jakaś zatyczka do dzieciaka ;)





#5 Koszulki i kaftaniki

Podwijają się podczas leżenia i noszenia.
Wyglądają ładnie ale są kompletnie niepraktyczne.
Z bodziakami nie ma tego problemu + trzymają ładnie pieluszkę.
Koszulkom mówię stanowcze "nie".
(i z tego co się zdążyłam zorientować - nie jestem jedyna)



#6 Nosidło - wisidło



Dostałam.
W bladych początkach życia Mesi używałam w domu, żeby mieć wolne ręce.
Używałam, zanim się zorientowałam, że to jest wisidło a nie prawidłowe nosidełko.
W tego typu nosidłach dziecko wisi zawieszone na kroczu, jest w nieprawidłowej pozycji obciążającej kręgosłup, nie wspominając o bioderkach a już noszenie przodem w ogóle odpada.
Używałam, zanim się pokapowałam, że dziecko można nosić na zdrowie w nosidłach ergonomicznych- dziecko ma zupełnie inną pozycję.
Obecnie noszę w chuście kółkowej i bardzo sobie chwalę. Niebawem chyba szarpnę się na Tulę.


sobota, 5 września 2015

Wyprawkowe hity

Jako mama z niemal półrocznym stażem, chciałam się podzielić z Wami drobnymi refleksami na temat niemowlęcej wyprawki :)
Co ciekawe, pierwsza wersja tego posta powstała 20 kwietnia, czyli Mesia miała 5 tygodni... i od tamtego czasu poniższa lista jakoś dramatycznie się nie zmieniła :)
A więc...

Zacznę od tego, że większość wyprawki mieliśmy:

a/ darowaną w spadku
b/ zakupioną używkę

czyli tu minęliśmy się troszkę ze stereotypem, że rodzicie wyczekanych dzieci dostają przysłowiowego pierdolca i skupują jak leci, co popadnie, wszystko najlepsze i najdroższe.
Pojechaliśmy po bandzie jedynie z wózkiem, czego nie żałuję.



#1 Suszarka & szumy

Tak, ja wiem, że to nie jest stały element wyprawki, ale jest to urządzenie, które najbardziej nam się przysłużyło w pierwszym półroczu życia dziecka.
Działa fenomenalnie.
Co prawda nie mieliśmy wielkich problemów z kolkami, ale używamy do dziś. Młoda w 85% zasypia przy suszarce.
Chyba nie muszę dodawać, że przepłacam za prąd?

Dodatkowo wyposażeni jesteśmy w szumy z YouTube i Spotify (uwaga na reklamy w darmowej wersji!), aplikacje na telefonie Baby Sleep i ukochanego Misia Szumisia czyli Whisbear.
Wszystko super, tylko dźwięku "żywej" suszarki nie zastąpi nic :)
Szumiś jest pomocny poza domem oraz do podtrzymania fazy snu, rozpoczętej przez suszarkę.
Wada: jest drogi. Moim zdaniem: 135 zł to za dużo jak na taki gadżecik.







#2 Wózek Bugaboo Cameleon 3




Absolutny hit sezonu, choć jesteśmy jeszcze na finishu z gondolą.
Składa się i rozkłada kilkoma szybkimi ruchami.
Mieści się w bagażniku.
Jest meeega zwrotny (na tyle, że rzeczywiście warto podczas prowadzenia zawinąć sobie taki sznurek bezpieczeństwa na ręce).
Jedzie jak po maśle - po parkach i po fatalnie nierównych chodnikach w centrum miasta i w dość trudnym terenie, jak chociażby ścieżki leśne, również te na wydmach.
Ma specjalną opcję na plażę, która na serio daje radę.
Cały wózek waży 9 kilo!
Jest mega stabilny - miałam okazję wypróbować na mega wiatrzysku.
Ma extra budkę, którą można zamknąć niemal po samo podwozie - nie wyobrażam sobie bez niej życia, nie muszę kombinować z zasłanianiem dziecka chustkami czy pieluchami.
Gondola składa się jak harmonijka, na płasko, więc można łatwno zmieścić do bagażnika.
Plusy mogła bym wymieniać jeszcze długo.

Dwa zasadnicze minusy:
trudny dostęp do kosza przy gondoli (ze spacerówką będzie już lux, bo dostęp jest łatwy a kosz ma pojemność 40 litrów) i ... cena.






#3 Pluszowy kocyk no-name



Teściowa kupiła na rynku za jakieś 30 złotych.
Wydawało mi się, że straszny syf, że ja tym dziecka nie owinę, że jakiś badziew.
Ale... powędrował z nami na porodówkę i został naszym ulubieńcem.
Mela miała spać jeno w śpiworkach, bo dziecka nie powinno się przykrywać przez pierwsze 3 miesiące kołderkami itp. ale jednak śpi pod kocykiem co noc.
Mimo, że kocyków mamy z 7 to jednak kocyk kocykowi nie równy i trzeba trafić na swój ulubiony.
Moja mama kupiła Młodej koc z jakiejś hiszpańskiej bawełny za 100 zł i okazało się, że jest jakiś nieprzyjemny w dotyku. Więc leży i wyściela półkę komody. Może kiedyś wkradnie się do łask.





#4 Przewijak + kosze z IKEI

w komplecie z koszami do zawieszenia na brzegach




Cudo.
Mamy najtańszą wersję przewijaka za 79 złotych w komplecie z koszami.
Przewijak jest bardzo wygodny, na najniższej półce jest idealne miejsce na przechowywanie pak pampersów, zapasu kremów i gadżetów, które nie są potrzebne przy przewijaniu na bieżąco.
Zawieszane na bokach kosze natomiast, mieszczą wszystko to, co jest potrzebne podczas przewijania i bieżącej pielęgnacji - pieluszki, kremy, chusteczki.
W komplecie jest doczepiany do boku przewijaka kosz na brudne pampersy - świetna sprawa. Nie wyobrażam sobie życia bez niego.
Minusem przewijaka jest to, że na Melę zaczął być za krótki mniej więcej w 3 miesiącu :)
Nie zrażam się tym faktem, olałam ten fakt i po prostu nóżki Jej wystają poza, choć jest coraz mniej wygodnie. Jak z niego całkowicie wyrośnie to będę płakać.






#5 
Krem Linomag BOBO A+E



Krem poznałam najpierw na blogu Juti (seria "Wyprawkowe dylematy"), na blogu Sroki potwierdziło się, że krem ma niezły skład (choć nie idealny). Uwielbiam.
Używam do wszystkiego. Jeszcze moment i koty będę nim smarować.
W pierwszych tygodniach kremowałam pupę Melki (teraz nie smaruję niczym, bo nie ma potrzeby), suche miejsca na ciele (szczególnie w pierwszym tygodniu życia), Jej buźkę w razie konieczności, moje dłonie i twarz, suchą twarz małżona... zapewne znajdą się jeszcze jakieś zastosowania.







#6 Mydło marsylskie

Poszukiwanie idealnego preparatu do kąpieli zajęło nam ponad 4 miesiące.
Przerabialiśmy Hippa (za mocno pachnie), Linomag (nie dawał rady z suchością, przynajmniej tak było na początku), emolientowa pianka do mycia Atoperal (fatalna pompka) aż przypadkowo w zasadzie (przy okazji zakupu pieluch wielorazowych, których używam from time to time) zakupiłam mydło marsylskie.
Skóra Meśki po takiej kąpieli jest nawilżona i nie przesusza się!, mięciutka i przyjemnie, bardzo delikatnie pachnie, nie zabijając przy tym jej dzidziusiowego zapachu.
Cena jest dodatkowym atutem. 16 zł za 300 gram, które starczy mi chyba na rok :)
Super!

Minus: wielka, 300 gramowa kostka jest nieporęczna i trzeba wykombinować, jak ją przechowywać.






#7 Biustonosz do karmienia Alles 

Taak, wiem, że nie jest to element wyprawki dla dziecka, ale do dziecka w komplecie jest zawsze mama, która jeśli będzie karmić piersią, to takowy jej się przyda!
Tuż przed porodem zakupiłam 2 staniki w Alles: z miękkimi i twardszymi miseczkami.
W tym z twardym, mimo, że ładniejszy, trudniej jest odchylić miseczkę natomiast ten z miękkimi jest fantastyczny i nie wyobrażam sobie życia matki karmiącej bez niego.
Świętnie trzyma biust (a on teraz tego na prawdę potrzebuje solidnie), jest super wygodny, pięknie leży, ładnie wygląda i łatwo rozpiąć miseczkę jedną ręką. Po 6ciu miesiącach bardzo intensywnej eksploatacji wciąż wygląda dobrze i świeżo a ja czuję się ładnie, elegancko i seksi, mimo mlecznych baloników z przodu.
Warto zainwestować!





Niebawem kity ;)
Stay tuned!