niedziela, 18 października 2015

Kryzysy Matki Polki



Kryzys podobno jest integralną częścią życia młodej mamy, postanowiłam się przyjrzeć, jak też u mnie na stanie z tymi kryzysami.
No więc sprawy mają się jak następuje.

#Kryzys: opcja standard
Póki co, nie dopadł mnie chyba taki standardowy kryzys"młodej mamy" pt: jestem zmęczona, ograniczono mi wolność.
Spodziewałam się go, ale póki co - ani widu, ani słychu.

A mógłby mnie dopaść, jak słowo daję, mógłby.
Czytam na zaprzyjaźnionych blogach młodych mam, jak wychodzą, robią coś poza dzieckiem, pracują trochę lub trochę więcej, jakoś tam się realizują - bo mają z kim zostawić dziecko.
Ja nie mam.
Ani zapasowej "opiekunki" (w postaci chociażby babci) ani możliwości, bo Mesia nie chce pić z butelki. Mało tego - w związku z tym, że Małżon pracuje w tym roku nieprzeciętnie dużo, jestem córki niemalże jedyną opiekunką. Obecnie zaskutkowało to mega przyzwyczajeniem i jakimś kwiczącym lękiem separacyjnym: mama musi być blisko, co najmniej w zasięgu wzroku a najlepiej w odległości maks 1 metr. Powiem szczerze, że nawet gdybym ją podczas dnia zostawiła z Małżem na te, powiedzmy, 2 godziny między karmieniami, to nie wiem jak by to znieśli.
Jasne, że to nie jest dobre ani zdrowe, ale cóż począć, kiedy innego wyboru nie ma.
Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Pocieszające jest to, że niedawno teściowa zabrała Młodą na jakieś 2h na spacer i dały radę super, także nie jestem taka absolutnie niezastąpiona na krótką metę.

Oczywiście, zdarzały się takie nerwowe dni, kiedy miałam ochotę wystawić marudzącą Meśkę gdzieś na balkon a sama zwiać, gdzie raki zimują. Jasne.
Ale generalnie, póki co, nie dopadł mnie ten taki popularny kryzys pt. jestem zmęczona, nie mam życia, oddajcie mi je.

Życie jako takie mam, nawet i towarzyskie - ale to wszystko "baby attached".
Wszędzie z Nią.

Wyjątkami są takie wieczory jak wczoraj, kiedy po uspaniu dziecka wypindrowana udałam się do znajomych na małą imprezkę. Udało się pobrykać do 21:00 do 24 z hakiem, co uważam za wyczyn i jestem usatysfakcjonowana.

Wiecie za czym tęsknię najbardziej?
Za alkoholem i perfumami :)
Obu lubiłam czasem nadużyć.

Anyway, pardon, ale póki co jakiś wielki kryzys w opcji "standard" albo przeszedł bokiem, albo się czai, żeby wyskoczyć z szafy w odpowiednim momencie.

Niemniej jednak pojawiło się kilka innych tworów kryzysowych, które mnie dopadły:

#Kryzys tożsamości
w opcji medium -> hard

Tak, tu jest zdecydowanie najgorzej.
Żeby się nie rozwlekać:
przed ciążą prowadziłam bardzo intensywne wielkomiejskie życie zawodowo-towarzyskie.
Bardzo.
Dom był dla mnie raczej noclegownią i miejscem na dospanie po pracy lub wyleczeniem kaca (oczywiście lekko koloryzując, żeby nie było..) a dywizą gospodyni: clean house is a sign of wasted life. Żarcie do domu docierało najczęściej w ciepłych pudełkach.

Ktoś to wszystko przeciął wielkim sekatorem w momencie, kiedy w kibelku w pracy zaskoczyło mnie czerwone kapanie. W tamtym momencie, w jednej sekundzie, wszystko to się skończyło i moje życie podryfowało fjuuuuuuuuuuuuuuu: 180 stopni.

Aktualnie jestem TYPOWĄ matką polką.
W domu z doczepionym do cycka dzieckiem, wszędzie z dzieckiem, ZERO pracy, codziennie ciepłe posiłki, pranko, jako-tako sprzątanko i różowe klapki domowe, bo takie najwygodniejsze.
Wygodne trampki zastąpiły bardziej wyrafinowany obuw.
Ulubionym tematem stały się sprawy odpieluszkowo - dzieciowe i najlepsze porady laktacyjne u cioci PinkThink.

Mało tego - nie jest mi z tym źle.
Jest fajnie. Potrzebowałam tego.
Ale do końca mojego macierzyńskiego zostało jakieś 5 miesięcy, małż coś tam pobrzdąkuje o naszym domowym budżecie a ja zaczynam panikować, bo zupełnie nie wiem, jak mam teraz ułożyć swoje życie.
Nie mam ochoty na powrót do pracy a myśl o tym, że miałabym zostawić z kimkolwiek moje dziecko przyprawia mnie o istny atak paniki.
Dodatkowo, na pełny wymiar i tryb pracy nie wrócę, bo to oznaczało by nieobecność w godzinach średnio 8:30 - 18:00 czyli równie dobrze mogę oddać dziecko do sierocińca.
A że moje stanowisko nie bardzo będzie dało się realizować w innym zakresie, trzeba będzie wymyślić coś innego.

Anyway, już zaczynam kombinować, żeby w marcu do pracy jeszcze nie wracać.
Nie mam ochoty. Ona jest za mała.
Nie chcę Jej odstawiać od piersi.

Tak czy inaczej - obecnie jestem szczęśliwa, ale pogubiona.
Nie wiem już, kim jestem.
Nie wiem, co dalej.
Trochę się boję.


#Kryzys laktacyjny
zaliczyłam dwa.
Jeden podczas pobytu z Melą w szpitalu, jak miała 11 tygodni - definitywnie potrzebowała więcej mleka, niż produkowałam. Był stres, pot i łzy.
Ale wygrałyśmy.
(bo po prostu miałam wiedzę - wiedziałam, co robić. Bez tego były byśmy stracone.)

Drugi, we wrześniu, po powrocie z wakacji, kiedy to postanowiłam pójść do doradczyni laktacyjnej, w sumie bez większego powodu. Nasłuchałam się, że dziecko ma za małe przyrosty, że mam podawać kleik, odciągać, cudować a tak w ogóle pójść do psychologa z Nią, bo nadpobudliwa jakaś, i do logopedy, bo ta buzia otwarta... i tak dalej.
Po wyjściu z gabinetu rozpłakałam się.
Stres i cuda-wianki w mojej głowie wywołały nam kolejny, nerwowy kryzys laktacyjny.
Minął po ok. tygodniu, kiedy odzyskałam balans.


#Kryzys poporodowy
czyli tzw. labor-blues
wiadomo jaki. Wałkowałam tu.
Nadal daje o sobie znać.


#Kryzys małżeński
opcja light.
Wiele o nim słyszałam przed porodem i spodziewałam się jakiejś małżeńskiej masakry.
Takowa nie nadeszła póki co i nawet kilkakrotnie pochwaliłam Małża tutaj na blogu, jak fajnie radzi sobie z Młodą. Na początku.
Nie oznacza to jednak, że po naszym domu pomyka tęcza. Oj nie.
Nie jest źle, ale musimy się jakoś odnaleźć w nowej rzeczywistości (tzn. ta rzeczywistość ma już 7 miesięcy...).
Najgorzej było podczas 3 tygodniowego urlopu, kiedy On nie miał już alibi, że przecież ma pracę więc to ja muszę zająć się dzieckiem. Wychodził wieczorami na piwo z kolegą i wracał o 3-4 - i okej - ale ten kolega wstawał o 7 rano, żeby zająć się swoją marudzącą córeczką, żeby jego partnerka mogła się wyspać. A ja, zostawiwszy Małżowi marudzącą Meśkę, bo chciałam zrobić wszystkim śniadanie, słyszałam zaspany, sfochowany tekst spod kołdry: "możesz ją zabrać? chciałem się wyspać." Wtedy rozstąpywało się niebo i trafiał mnie szlag jasny i świetlisty.
Tenże sam kolega szedł skacowany na plażę specjalnie tylko po to jeno, aby swoim dziewczynom zanieść rzeczy, rozłożyć parawan, robić namiocik, zrobić grajdołek - po czym z powrotem wracał spać.
Ja natomiast z dzieckiem na ręku robiłam śniadanie, z dzieckiem w bujaczku postawionym przed kabiną prysznicową ogarniałam siebie a potem zapierniczałam na plażę z dzieckiem w chuście, namiotem na ramieniu, pchając przed sobą wózek pełen plażowych klamotów. Na plaży, rozkładając wszystkie sprzęty jedną ręką z niezbyt zadowolonym dzieckiem w drugiej, szczerze zazdrościłam koleżance.
Bo Małż przecież musi się wyspać.

Jest różnie między nami.
Najlepiej, kiedy ja nie mam żadnych oczekiwań - wtedy nie ma problemu.
Ogarniam wszystko sama - zakupy, z dzieckiem oczywiście, gotuję i sprzątam, również z dzieckiem.
Odpoczywam - kiedy już ogarnęłam dziecko.

Także odtrąbiam, że kryzys małżeński jakiś tam jest i liczę, że to się jakoś ułoży.
O tyle o ile, bo my zdecydowanie jesteśmy partnerami mocno ścierającymi się.
W tym punkcie pewnie mogła bym napisać o wiele więcej, ale nie napiszę.

***

I taka oto klasyfikacja kryzysowa.
A z powyższych najgorzej wypada kryzys tożsamości, który drąży mnie jak robak jabłko.
Ostro trzymam się jednak zasady:
jakoś to będzie!

niedziela, 11 października 2015

Luźne historie o niepłodności



Chapter #1


Jedni z moich najulubieńszych znajomych. Bliskich znajomych.
Filigranowa i Pan Zabawny.
Ona ciepła, mądra, niska i świetnie mi się z Nią rozmawia. Umie słuchać. Bardzo Ją lubię.
On - z kamienną twarzą, jak rzuci żartem to sikam ze śmiechu. Wszyscy sikają. Masowo.
Rok temu we wrześniu zaczęli się starać o dziecko, po jakimś czasie stało się jasne, że coś nie idzie.
Diagnoza - niedrożny jajowód, więc płodność co drugi cykl.
HSG, leczenie, zastrzyki na podkręcenie, monitoring cyklu.

Wczoraj, godzina 14:00
Jedziemy z małżem i Melą do Ikei.
Cisza.

Ja, z nienacka: Ciekawe, czy Filigranowej i Zabawnemu uda się uniknąć in vitro. Nieciekawa sprawa z tym jajowodem.
Małż, jak zwykle wygadany: No. Ciekawe.  

Wczoraj, godzina 24:00
Małż ma wychodne.
Leżę w łóżku.
Przysypiam.

Piiikk piiik.
Sms.

Małż: Filigranowa jest w ciąży :)
Ja: Super.
cisza
cisza
Ja: Ciekawe, czy kiedyś pozbędę się "tego" uczucia...
Małż: Mam tak samo. 

Fuj.
Ciekawe, czy kiedyś się pozbędziemy tego śmierdziela.
Filigranowej i Panu Zabawnemu życzę z całego serca i serdecznie wszystkiego wspaniałego.


Chapter #2

Dawna Przyjaciółka i Poszukiwacz.
Pisałam o nich kiedyś TU.
Czekają na dziecko już co najmniej 7 lat, skacząc od lekarza do lekarza, programując podświadomość i popijając ziółka z dna Morza Martwego. Pierdu pierdu.
Nasze relacje od czasu zamieszczenia tamtego postu uległy znacznej poprawie i Dawna Przyjaciółka została mamą chrzestną Mesi.
Dotychczas poza motywowaniem i wspieraniem nie starałam się jej ukierunkować ani przyspieszyć Jej działań, ale jadąc na południe na chrzciny (odbyły się w górach a nie tu u nas, w Polsce centralnej, co przyprawiło część rodziny o zawał) postanowiłam sobie, że z Nią pogadam.
Mamy 31 lat and still counting a Oni nadal czekają na mannę z nieba tudzież na przemianę wody w wino. Cierpi, przeżywa, ale tkwi jak kołek w miejscu. Postanowiłam, że przysłowiowo "kopnę ją w dupę".
Stwierdziłam, że wolę coś palnąć i potem ewentualnie żałować, niż NIC NIE POWIEDZIEĆ a potem być świadkiem jej życia bez dziecka i żałować, że nic nie powiedziałam.
No więc powiedziałam.
Zapytałam, czy czeka na rozstąpienie się Morza Martwego czy na niepokalane poczęcie?
Powiedziałam, że wszystko Jej w życiu minie - praca, pieniądze, kariera, namiętność, podróże - a dziecko - dziecko zostanie na zawsze.
Powiedziałam, że Pan Poszukiwacz może mieć dzieci nawet mając i 60 lat natomiast Ona - no Ona nie ma już tyle czasu. Jakieś 4 lata.
I ten ostatni argument trafił w samo sedno. Dotarł.
Okazało się, że moje gadanie było tylko zwieńczeniem Jej ostatnich przemyśleń, bo tuż przed chrzcinami podjęła decyzję o przystąpieniu do IVFu.
Jak Jej słuchałam ostatnio przez telefon: o problemach w pracy, o problemach z mężem, o problemach z samą sobą, to tak dobitnie widziałam, jak ją ten smród niepłodności omotał. Co ciekawe - ona nie do końca widzi związek swojego stanu z niepłodnością.
Z dystansu jednak sporo więcej widać.
Tak czy siak, tak bardzo trzymam za nich kciuki.
7 lat czekali. Cierpliwość to mają żelazną, nie ma co.


Chapter #3

Lipiec 2015.
Rehabilitacja Meśki (nieprawidłowe wzorce ruchowe - asymetria i słaby podpór przodem)
Pierwsze zajęcia.

Pani rehabilitantka: A jakieś leki pani brała w ciąży?
Ja: Tak, sporo. Wie pani, my jesteśmy po in vitro, także na początku sporo leków brałam. 
Pani r. : Aha. Rozumiem. 
cisza
cisza
cisza
Pani r.: No właśnie, bo my też się staramy, coś nam nie idzie. A w jakiej klinice.. (...)

Październik 2015
Koniec zajęć, pakuję manaty, ubieram wyjącą Meśkę.

Pani R: No właśnie..yy.. bo my będziemy podchodzili do IVF. Novum. Niech mi Pani powie, jak tam z tą refundacją..

Powiedziałam co i jak.
I nie omieszkałam uświadomić jej w temacie podejmowania decyzji co do ilości zapładnianych komórek.
Powiedziałam, jak to wygląda u mnie.
Ale powiedziałam też, jak to wygląda u tych, co nie mają czego mrozić.
Niech będzie świadoma. Bardziej świadoma niż ja, w każdym razie.


#Epilog

Pod ostatnim postem rozwinęła się ognista dyskusja - co było do przewidzenia.
Cieszę się, że takowa zaistniała i że udało się ją utrzymać w ryzach, mimo mnóstwa osób z odmiennymi opiniami w tak drażliwym temacie. 

Ustalone zostało, że mając zamrożone zarodki należy się zabezpieczać.
Mnie się niestety kilka razy nie udało. 
Zachowaliśmy się jak nieodpowiedzialne nastolatki idące na spontan. 
Hulaj dusza- piekła nie ma (?). 

Okres, który wrócił pod koniec sierpnia, miał się pojawić jakoś na koniec września.
Coś się zagubił, biedaczek. Nie ma. 
No więc wczoraj, z mieszanymi uczuciami, udałam się na stronę obsikać test, choć rano to nie było. 
Zostało kilka w szufladzie, z dnia, w którym odebraliśmy dodatnią betę "na Melę" i sikaliśmy radośnie i masowo, podziwiając wyczekane, wymarzone, wyśnione dwie czerwone kreski. 

Pierwszy raz od lat, sikałam bez histerii. 
Nie wiem, czy określenie "na luzie" było by odpowiednie, ale "bez histerii" - na pewno. 
Małż czekał bawiąc się z zadowoloną Meśką.

Jedna kreska.
Wyszłam z miną taką, że niby ulga. Że niby "uf".
Nie wiem, jak nazwać nasze uczucia.
Wydaje mi się, że jest coś takiego, jakoś tam głęboko, wbrew logice, wbrew zasadom, wbrew powinności. Że niby możemy. 
Wydaje mi się, że On zrobił to specjalnie. Wiecie co. 
Bo to nie był raz, chociaż prosiłam. Wiecie, w trakcie jakoś nie miałam siły protestować. 
Może dla Niego by to było jakieś udowodnienie, bo to przecież chodzi o sprawność armii.
A wiecie jak to jest u facetów z tym budowaniem domu, sadzeniem drzewa.. 

Obsikałam, obejrzałam, odłożyłam. 
Niby "uf", niby "what the fuck". 
Pojechaliśmy do IKEI.
Wróciliśmy po jakiś 2-3 godzinach.
Myję ręce.
O, jest. Leży. Nie wyrzuciłam. 
Patrzę. 
Są dwie.
Jakoś krzywo, nie tam gdzie powinno, ale są dwie. 

Eeee, nie ważny.
Buch, w kosz. 



***



PS. Drogi Czytelniku- płodny i niepłodny. 
Ala z "Bocianie Czekamy" machnęła ostatnimi czasy dość trudny wpis o tym, jak ma się macierzyństwo adopcyjne do macierzyństwa biologicznego. TUTAJ jest. 
U mnie na blogu znajdziesz mnóstwo informacji ... hm.. a może raczej - w większości subiektywnych odczuć osoby korzystającej z metody zapłodnienia in vitro. 
Zobacz, co Ala ma do powiedzenia o adopcji w kontekście ciąży (tudzież ciąży w kontekście adopcji). 
Chociażby z ciekawości. 
Bo #adopcjaTOnieTABU



niedziela, 4 października 2015

Dlaczego nie cieszę się z ustawy o leczeniu niepłodności



Jak wszyscy wiemy, po kilku tygodniach medialnej burzy czyli wakacyjnego plucia jadem w temacie in vitro podpisana została ustawa o leczeniu niepłodności.
Następnie temat został zdetronizowany przez uchodźców z Syrii i z całym szacunkiem dla ich sytuacji - cieszę się, że medialna gadka wskoczyła na inny tor. 

Niby fajnie, że w końcu ktoś usystematyzował to, co dotychczas było wolną Amerykanką.
Chodzi też chyba o taki aspekt psychologiczny - jest ustawa, czyli in vitro przestaje być jakimś tajemniczym obrządkiem voodoo i wchodzi oficjalnie w kanony polskiego prawa i na polskie salony. 

Fajnie, że reguluje pewne sprawy i rozstrzyga spory, które mogły by się pojawić.
Blokuje dziwne praktyki w temacie hybryd i innych cudów. 

Agnieszka Ziółkowska płacze z radości w sejmie, środowisko "niepłodne" odtrąbia tryumfy... a ja mam mieszane uczucia i w ostatecznym rozrachunku nie cieszę się. 
Wcale.

Ustawa wprowadziła całkowity zakaz niszczenia zarodków.
Na pierwszy rzut oka - alleluja, to wspaniale!
Cóż, powiedzmy to głośno - dla mnie osobiście to kwestia dyskusyjna. 
Tu pewnie 90ciu procentom czytelników podniesie się ciśnienie - ale jak to, wszak obrona życia!

Ano tak to, że punkt widzenia tak bardzo zależy od punktu siedzenia. 
Myślę, że najprędzej zrozumieją mnie Ci, którzy mają w laboratorium zamrożone zarodki, gromadę dzieci śpiących w swoich łóżeczkach i więcej łóżeczek nie planują. 

W tym wypadku pozostają wyłącznie dwa wyjścia:
przyjąć wszystkie zarodki lub oddać je do adopcji prenatalnej.
Innej drogi nie ma. Ustawa nie przewiduje. Pozamykała wszystkie inne wyjścia, których przed jej podpisaniem tak czy inaczej kliniki nie praktykowały - przynajmniej moja nie przewidywała zniszczenia zarodków i podpisywało się odpowiednie papiery.
Choć strzelam, że pary decydujące się na takie wyjście miały takie pole manewru, żeby jednak owy proceder uskutecznić. 

Nie twierdzę, że niszczenie zarodków jest dobrą opcją. 
Wiem, że jest to bardzo kontrowersyjne rozwiązanie, dla niektórych nie do przyjęcia moralnie, porównywalne z morderstwem czy aborcją. 
Dla mnie też, jeszcze całkiem niedawno było nie do przyjęcia. Ale tak jak pisałam - punkt siedzenia bardzo mocno determinuje punkt widzenia. 
Ci, co śledzili moją historię wiedzą, że mam w laboratorium kilka zarodków i że bardzo, bardzo mocno przeżyłam ten fakt. Płacę za moje in vitro, płaciłam jeszcze zanim zaszłam w ciążę i pewnie płacić będę jeszcze długo, o ile nie już zawsze. 
Ta myśl towarzyszy mojemu każdemu dniu i ciągle mam ją z tyłu głowy. 

Bywa tak, że adopcja prenatalna jest nie do przeskoczenia dla zwykłego śmiertelnika.
Trzeba być takiej decyzji pewnym, bo raz podjętej - nie da się cofnąć i trzeba będzie z tym jakoś żyć.
Ta sama zasada ma zastosowanie w przypadku ewentualnego zniszczenia zarodków.

Podsumowując, po bardzo, ale to na prawdę bardzo długich godzinach przemyśleń i analizowania sytuacji uważam, że decyzja o dalszych losach zarodków powinna należeć do pary. 
Myślę, że czasami to trzecie wyjście, może okazać się najmniejszym złem.
Dlatego nie cieszę się z tej ustawy. 

Tym bardziej, że ja póki co, na adopcję prenatalną nie jestem gotowa. Daleko mi do gotowości, choć bardzo bym chciała. 
Pocieszeniem jest fakt, że zarodki powstałe przed wejściem w życie ustawy, mogą być przechowywane przez 20 lat od momentu jej wejścia w życie. Czyli mam 20 lat, żeby jakoś się ogarnąć. Choć jak wszyscy wiemy przy IVF nigdy nic nie wiadomo i może się okazać, że te wszystkie nieprzespane noce były zbędne - oby!


Drugi wynalazek ustawy:
odnotowywanie faktu poczęcia dziecka przez in vitro podczas jego rejestracji w Urzędzie Stanu Cywilnego. 
Tutaj moja opinia jest zdecydowanie mniej stonowana:
czy, kogoś za przeproszeniem popie***ło do reszty w tym kraju?

Powodem takiej operacji rzekomo jest ochrona przed dostępem do IVF dla samotnych, par homoseksualnych i chęć zapewnienia dzieciom obojga rodziców. Niemniej jednak uważam, że absurdalność i szkodliwość takiego rozwiązania znacznie przewyższa korzyści z niego płynące.

Nie wiem jak oni mają zamiar to sprawdzać, ale na pewno zanim zgłoszę swoje kolejne, daj Boże, dziecko w USC dowiem się dokładnie jak można to prawo złamać i oszukać system.
Kiedy pomyślę sobie, że mam się spowiadać z tak prywatnych spraw urzędnikowi a on to sobie skrzętnie zakreśli z jakimś formularzu to szlag mnie jasny trafia i krew się we mnie gotuje.
Proponuję od razu znakować dzieci jak bydło, żeby było wiadomo co i jak. 
Jestem na prawdę zszokowana, że ktoś mógł wpaść na tak debilny pomysł a jeszcze kto inny się na to zgodził. 
I tyle w temacie bo szkoda lać wody.

Pożytek z ustawy taki, że z jej podpisaniem procedura IVF jakoby wyszła z podziemia. 
Kliniki pewno też cieszą się, że nie będą musiały same wedle uznania rozstrzygać pewnych sytuacji zarodkowych i organizacyjnych typu rozwody, śmierci, czy "babcia jest mamą swojej wnuczki". 
Fajnie, że powstała Rada Do Spraw Leczenia niepłodności (czy jakoś tak). 

Bardzo dobrze, że zlimitowano ilość zapładnianych komórek do 6 - moim zdaniem, mając jako takie doświadczenie w temacie IVF (i swoje i czytając innych), to jest bardzo dobra decyzja. Żałuję, że kiedy ja podchodziłam do IVF takiego limitu nie było. Niemniej jednak myślę, że i tak znamienitej ilości podchodzących par zostaną nadliczbowe zarodki i te pary, kiedy już opadnie kurz walki,  kiedy wyschną łzy radości z ciąży, kiedy minie pierwsza dzika euforia z posiadania biologicznego dziecka, kiedy zapełnią się wszystkie dostępne łóżeczka w domu - te pary będą musiały usiąść i wspólnie zastanowić się, co dalej i jak wybrnąć z tej sytuacji.
A nie ukrywajmy - w temacie nadliczbowych zarodków zazwyczaj nie ma dobrej drogi.
Jest tylko mniejsze zło. 

Na koniec dodam jeszcze, że kilka razy rzucono mi stwierdzeniem:
in vitro tak, ale nie za wszelką cenę!

Powiem tak:
mając cały bagaż doświadczeń jaki posiadam - z jego dobrodziejstwem i przekleństwem. 
Będąc mamą półrocznej, cudownej, kochanej dziewczynki, która właśnie zaczęła ząbkować (!!!).
Zapłaciła bym chyba każdą cenę i podeszła bym do IVF jeszcze raz, gdybym musiała.
Taka prawda. 

***

I słowo wyjaśnienia, zanim wybrani czytelnicy zaczną rzucać piorunami i nakładać ekskomunikę:
Nie próbuję nikogo przekonywać do swoich racji. 
To temat uber drażliwy i uber emocjonalny.
Jeśli nie zgadzasz się z moją opinią - jasne, rozumiem to.
Proszę o nie rzucanie gównem w komentarzach.
Dzięki!